Recenzje
Canoandes. Na podbój kanionu Colca i górskich rzek obu Ameryk
Bardzo dużo osób, zapytanych o najgłębszy kanion świata, robi wielkie oczy i mówi Colorado. Kanion Colca wciąż jest szerzej nieznany. A jego odkrywcami byli przecież Polacy! Dlaczego tak się dzieje? Na pewno przyczynił się do tego komunizm panujący w Polsce. Władze nie pozwoliły nagłaśniać tego wielkiego wyczynu! Paczka podróżników nie mogła wrócić do ojczyzny, rozdzieliła się więc i poszukała szczęścia w innych państwach. Część z nich osiedliła się w Stanach Zjednoczonych, a część w Peru. Ich wyczyn znalazł się w Księdze Rekordów Guinnessa. Na okładce wydania z 1984 roku umieszczano zdjęcie Piotra Chmielińskiego wpływającego w najgłębszą część kanionu Colca.
Podczas lektury nasuwał mi się nowocześnie pojęty patriotyzm. Podróżnicy zastanawiali się nad zakończeniem wyprawy i powrotem do kraju, aby wesprzeć to, co działo się w Polsce w 1980 roku. Zdecydowali jednak, że więcej pożytku naszej Ojczyźnie przyniesie realizacja ich planu. I rzeczywiście tak się stało. Andrzej Piętkowski i jego koledzy stali się szeroko znani w Peru, a wraz z nimi zaczęto przypominać innych Polaków, którzy działali na rzecz państwa ze stolicą w Limie i przyczynili się do jego rozwoju.
"Canoandes" to relacja o przezwyciężaniu własnych ograniczeń, granicy bólu i zmęczenia oraz pokonywaniu trudności, które stają na naszej drodze. Książka to także opowieść o spełnianiu swoich marzeń mimo wszystko. Wyjazd za granicę w czasach PRL nastręczał przecież mnóstwo trudności. Dodatkowo podróżnicy zmagali się z brakiem środków finansowych, nie posiadali sprzętu, który dziś powszechnie wykorzystują wszyscy kajakarze, a mapy kanionu Colca były delikatnie mówiąc trochę nieadekwatne do stanu rzeczywistego.
Książkę podzielono na 8 rozdziałów poświęconym poszczególnych krajom, w których przebywali podróżnicy (Meksyk, Gwatemala, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Ekwador, Peru). Dziewiąty rozdział dotyczy samego spływu przez kanion Colca. Całość uzupełniono kolekcją fotografii oraz dwiema mapami.
Książkę czyta się bardzo przyjemnie i szybko (liczy ok. 180 stron). Pozwala oderwać się od rzeczywistości i zrozumieć, że marzenia są na wyciągnięcie ręki. Potrzeba "tylko" mnóstwo samozaparcia i chęci do realizacji swoich celów. Oceniam tę lekturę jako dobrą. Nie jest to książka wybitna, do której będę wracać wielokrotnie, ale spędziłem z nią miło czas i coś z niej wyniosłem.
Podczas lektury nasuwał mi się nowocześnie pojęty patriotyzm. Podróżnicy zastanawiali się nad zakończeniem wyprawy i powrotem do kraju, aby wesprzeć to, co działo się w Polsce w 1980 roku. Zdecydowali jednak, że więcej pożytku naszej Ojczyźnie przyniesie realizacja ich planu. I rzeczywiście tak się stało. Andrzej Piętkowski i jego koledzy stali się szeroko znani w Peru, a wraz z nimi zaczęto przypominać innych Polaków, którzy działali na rzecz państwa ze stolicą w Limie i przyczynili się do jego rozwoju.
"Canoandes" to relacja o przezwyciężaniu własnych ograniczeń, granicy bólu i zmęczenia oraz pokonywaniu trudności, które stają na naszej drodze. Książka to także opowieść o spełnianiu swoich marzeń mimo wszystko. Wyjazd za granicę w czasach PRL nastręczał przecież mnóstwo trudności. Dodatkowo podróżnicy zmagali się z brakiem środków finansowych, nie posiadali sprzętu, który dziś powszechnie wykorzystują wszyscy kajakarze, a mapy kanionu Colca były delikatnie mówiąc trochę nieadekwatne do stanu rzeczywistego.
Książkę podzielono na 8 rozdziałów poświęconym poszczególnych krajom, w których przebywali podróżnicy (Meksyk, Gwatemala, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Ekwador, Peru). Dziewiąty rozdział dotyczy samego spływu przez kanion Colca. Całość uzupełniono kolekcją fotografii oraz dwiema mapami.
Książkę czyta się bardzo przyjemnie i szybko (liczy ok. 180 stron). Pozwala oderwać się od rzeczywistości i zrozumieć, że marzenia są na wyciągnięcie ręki. Potrzeba "tylko" mnóstwo samozaparcia i chęci do realizacji swoich celów. Oceniam tę lekturę jako dobrą. Nie jest to książka wybitna, do której będę wracać wielokrotnie, ale spędziłem z nią miło czas i coś z niej wyniosłem.
librimagistri.blogspot.com Czytelnik, 2013-04-28
Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta
Anna Jaklewicz to osoba, której zazdroszczę życia. Z zawodu jest archeologiem, któremu udało się zdobyć pracę na wykopaliskach innych niż teren budowy pod Warszawą. Z zamiłowania - zapaloną podróżniczką i utalentowanym fotografem. Chiny to jej wielka miłość i trzeba przyznać, że w książce widać to na każdym kroku. Jej zagraniczne podróże, nie tylko te do Państwa Środka, można na bieżąco obserwować na jej oficjalnym fanpejdżu. Ale najpierw przeczytajcie recenzję poniżej!
"Niebo w kolorze indygo" to wszystko to, czym powinna być dobra literatura podróżnicza. To głęboka pasja połączona z ogromną wiedzą oraz chęcią przekazywania czytelnikom i jednego, i drugiego. Oto, co w skrócie oferuje nam w swojej najnowszej książce Anna Jaklewicz. Co ciekawe, próżno byłoby w niej szukać wskazówek dotyczących zwiedzania Pekinu, Wielkiego Muru Chińskiego lub Zakazanego Miasta. Autorka stawia bowiem na prowincję, na to, czego nie widać na co dzień i czego niefrasobliwi turyści unikają jak ognia, bo ważniejsze jest gonienie za tym, co masowe. A dla Anny Jaklewicz nie ma nic piękniejszego jak chińska wieś, małe miasteczka, regionalne święta i stroje ludowe w kolorze indygo. W swojej książce pokazuje nam, jakie są te prawdziwe Chiny - te, które warto zobaczyć i w których warto się zakochać. Bo tylko przebywając w takich miejscach, można obserwować granatowoniebieskie niebo. W Pekinie się tego nie zobaczy, bo tam na niebie widać jedynie oszałamiające drapacze chmur i wszędobylski smog...
Biorąc tę książkę do ręki, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to klimatyczna okładka, której kolor nawiązuje do tytułu. Wewnątrz jest jeszcze lepiej - wysokiej jakości papier w pełni oddaje piękno fotografii, którymi autorka urozmaiciła tekst. Zdjęć jest naprawdę sporo i skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie zadziałały na moją wyobraźnię. Zadziałały, i to bardzo, a w połączeniu z przystępnym, wciągającym tekstem, sprawiły, że zapragnęłam zrobić wszystko, by w swoim życiu odbyć podobną podróż po chińskiej prowincji. Co dla mnie najważniejsze, to fakt, że tekst nie jest jedynie mieszanką suchych faktów, lecz emocjonalną relacją z zagranicznych wojaży autorki. W każdej literze widać jej niesłabnącą miłość do podróżowania i spotykanych po drodze ludzi. To właśnie oni stanowią epicentrum tej wspaniałej przygody. Czytanie o ich zwyczajach, zachowaniach, podejściu do obcokrajowców i codziennym życiu było po prostu fascynujące i sprawiło mi ogromną przyjemność. A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że historia opowiadana przez Annę Jaklewicz była tak naprawdę historią tych ludzi. Gdyby nie "Niebo w kolorze indygo" nie błądziłabym oczyma wyobraźni po skąpanych w rosie polach ryżowych, ani nie uczestniczyłabym mentalnie w chińskim odpowiedniku śmingusa-dyngusa. Przyznam bez ogródek, że myśląc o Chinach, miałabym przed oczami postępującą technokrację tego kraju oraz komunizm w nim panujący. Jestem wdzięczna autorce za tę jakże odmienną wizję Państwa Środka, dzięki której widzę teraz coś zgoła innego.
W książce bardzo wyraźnie rysuje się kilka grup etnicznych zamieszkujących Chiny. Każda z nich ma własne tradycje i obyczaje i warto się z nimi zapoznać, chociażby dla własnej satysfakcji. Dla mnie nie ma nic lepszego niż te wszystkie ciekawostki i anegdotki wzięte prosto z życia Chińczyków. Z przyjemnością poznawałam wszystkie te szczegóły, na ogół pozbawione politycznego aspektu Chin, który tak bardzo podkreślany jest w mediach. Jedyny temat, który rzucił mi się w oczy, a wiązał się z polityką, dotyczył chińskiej systemu kontroli urodzin. Jest to przerażający proceder, w którym władze Chin widzą jakiś sens, a który umyka większości zamożnych rodzin. Dlaczego zamożnych, spytacie zapewne? Głównie dlatego, że za posiadanie "nielegalnego" potomstwa w Chinach nie grozi więzienie, lecz wysoka grzywna. Tym sposobem zamożne rodziny podkreślają swój status materialny. Mając kilkoro dzieci, udowadniają, że ich na to stać. Brzmi strasznie? To i tak nic w porównaniu z tym, co się dzieje, gdy w ciąże zajdzie kobieta z biednej rodziny. Masowe aborcje, wyrzucanie dzieci na śmietnik, adopcje lub nielegalna sprzedaż - to ciemniejsza strona Chin, której nie znajdziecie w tradycyjnych książkach i przewodnikach.
Podsumowując tę wspaniałą propozycję Bezdroży, przede wszystkim chcę podkreślić, że "Niebo w kolorze indygo" roztacza wokół siebie niesamowity klimat. Autorka włożyła w napisanie tej książki mnóstwo wysiłku i naprawdę widać, że sprawiło jej to ogromną uciechę. Jej pasja i miłość do Chin jest mocno wyczuwalna zarówno w tekście, jak i na zdjęciach. I chyba nie sposób się tą miłością zarazić. "Niebo w kolorze indygo" to świetnie wydana książka i wzorcowy przykład tego, jaka według mnie jest dobra literatura podróżnicza. Jest to pozycja pisana prosto z serca, wolna od przekłamań i niedomówień oraz reklamowania postępującej w Chinach techniki. Całe szczęście, że można w nich jeszcze znaleźć tak piękne miejsca jak Langde i Zhaoxing. A także ludzi, którzy je nam pokażą i udowodnią, że Państwo Środka to nie tylko hałaśliwy i zatłoczony Pekin, lecz także prowincja, gdzie króluje kolor indygo...
Polecam, naprawdę warto przeczytać tę książkę i poznać Chiny, o których na co dzień nikt nie mówi.
"Niebo w kolorze indygo" to wszystko to, czym powinna być dobra literatura podróżnicza. To głęboka pasja połączona z ogromną wiedzą oraz chęcią przekazywania czytelnikom i jednego, i drugiego. Oto, co w skrócie oferuje nam w swojej najnowszej książce Anna Jaklewicz. Co ciekawe, próżno byłoby w niej szukać wskazówek dotyczących zwiedzania Pekinu, Wielkiego Muru Chińskiego lub Zakazanego Miasta. Autorka stawia bowiem na prowincję, na to, czego nie widać na co dzień i czego niefrasobliwi turyści unikają jak ognia, bo ważniejsze jest gonienie za tym, co masowe. A dla Anny Jaklewicz nie ma nic piękniejszego jak chińska wieś, małe miasteczka, regionalne święta i stroje ludowe w kolorze indygo. W swojej książce pokazuje nam, jakie są te prawdziwe Chiny - te, które warto zobaczyć i w których warto się zakochać. Bo tylko przebywając w takich miejscach, można obserwować granatowoniebieskie niebo. W Pekinie się tego nie zobaczy, bo tam na niebie widać jedynie oszałamiające drapacze chmur i wszędobylski smog...
Biorąc tę książkę do ręki, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to klimatyczna okładka, której kolor nawiązuje do tytułu. Wewnątrz jest jeszcze lepiej - wysokiej jakości papier w pełni oddaje piękno fotografii, którymi autorka urozmaiciła tekst. Zdjęć jest naprawdę sporo i skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie zadziałały na moją wyobraźnię. Zadziałały, i to bardzo, a w połączeniu z przystępnym, wciągającym tekstem, sprawiły, że zapragnęłam zrobić wszystko, by w swoim życiu odbyć podobną podróż po chińskiej prowincji. Co dla mnie najważniejsze, to fakt, że tekst nie jest jedynie mieszanką suchych faktów, lecz emocjonalną relacją z zagranicznych wojaży autorki. W każdej literze widać jej niesłabnącą miłość do podróżowania i spotykanych po drodze ludzi. To właśnie oni stanowią epicentrum tej wspaniałej przygody. Czytanie o ich zwyczajach, zachowaniach, podejściu do obcokrajowców i codziennym życiu było po prostu fascynujące i sprawiło mi ogromną przyjemność. A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że historia opowiadana przez Annę Jaklewicz była tak naprawdę historią tych ludzi. Gdyby nie "Niebo w kolorze indygo" nie błądziłabym oczyma wyobraźni po skąpanych w rosie polach ryżowych, ani nie uczestniczyłabym mentalnie w chińskim odpowiedniku śmingusa-dyngusa. Przyznam bez ogródek, że myśląc o Chinach, miałabym przed oczami postępującą technokrację tego kraju oraz komunizm w nim panujący. Jestem wdzięczna autorce za tę jakże odmienną wizję Państwa Środka, dzięki której widzę teraz coś zgoła innego.
W książce bardzo wyraźnie rysuje się kilka grup etnicznych zamieszkujących Chiny. Każda z nich ma własne tradycje i obyczaje i warto się z nimi zapoznać, chociażby dla własnej satysfakcji. Dla mnie nie ma nic lepszego niż te wszystkie ciekawostki i anegdotki wzięte prosto z życia Chińczyków. Z przyjemnością poznawałam wszystkie te szczegóły, na ogół pozbawione politycznego aspektu Chin, który tak bardzo podkreślany jest w mediach. Jedyny temat, który rzucił mi się w oczy, a wiązał się z polityką, dotyczył chińskiej systemu kontroli urodzin. Jest to przerażający proceder, w którym władze Chin widzą jakiś sens, a który umyka większości zamożnych rodzin. Dlaczego zamożnych, spytacie zapewne? Głównie dlatego, że za posiadanie "nielegalnego" potomstwa w Chinach nie grozi więzienie, lecz wysoka grzywna. Tym sposobem zamożne rodziny podkreślają swój status materialny. Mając kilkoro dzieci, udowadniają, że ich na to stać. Brzmi strasznie? To i tak nic w porównaniu z tym, co się dzieje, gdy w ciąże zajdzie kobieta z biednej rodziny. Masowe aborcje, wyrzucanie dzieci na śmietnik, adopcje lub nielegalna sprzedaż - to ciemniejsza strona Chin, której nie znajdziecie w tradycyjnych książkach i przewodnikach.
Podsumowując tę wspaniałą propozycję Bezdroży, przede wszystkim chcę podkreślić, że "Niebo w kolorze indygo" roztacza wokół siebie niesamowity klimat. Autorka włożyła w napisanie tej książki mnóstwo wysiłku i naprawdę widać, że sprawiło jej to ogromną uciechę. Jej pasja i miłość do Chin jest mocno wyczuwalna zarówno w tekście, jak i na zdjęciach. I chyba nie sposób się tą miłością zarazić. "Niebo w kolorze indygo" to świetnie wydana książka i wzorcowy przykład tego, jaka według mnie jest dobra literatura podróżnicza. Jest to pozycja pisana prosto z serca, wolna od przekłamań i niedomówień oraz reklamowania postępującej w Chinach techniki. Całe szczęście, że można w nich jeszcze znaleźć tak piękne miejsca jak Langde i Zhaoxing. A także ludzi, którzy je nam pokażą i udowodnią, że Państwo Środka to nie tylko hałaśliwy i zatłoczony Pekin, lecz także prowincja, gdzie króluje kolor indygo...
Polecam, naprawdę warto przeczytać tę książkę i poznać Chiny, o których na co dzień nikt nie mówi.
zrecenzujemy.blogspot.com 2013-04-19
Schudnij w zgodzie ze swoją grupą krwi
Lato za pasem, nadszedł więc czas wielkiego odchudzania. Jak co roku o tej porze, poszukujemy dobrej lektury, która zmobilizuje nas do przedwakacyjnej przemiany.
Wydawcy wychodzą nam naprzeciw. I tym razem nie zawiedli. Niedawno do księgarń trafił kolejny poradnik poruszający tematykę zdrowego odżywiania. Mowa o „Schudnij zgodnie ze swoją grupą krwi”. Jak tytuł wskazuje, książka powinna doinformować czytelnika, co jest dla niego wskazane, a czego powinien unikać w zależności od tego, jaką grupę krwi posiada. Poniżej postaram się nakreślić, ile tytuł ma wspólnego z zawartością książki i czy warto ją nabyć.
Niekwestionowaną zaletą poradnika „Schudnij zgodnie ze swoją grupą krwi” jest lekkość, z jaką został napisany. Autorki umieją się wypowiedzieć na papierze, co da się wyczuć od pierwszego zdania, dzięki temu książkę przyjemnie się czyta. Ale przecież nie to jest priorytetem w tego rodzaju literaturze. Od tego typu pozycji oczekuje się przede wszystkim fachowych informacji i porad. Przejdę zatem do meritum. Moje pierwsze odczucie podczas czytania, poza zauważeniem lekkiego pióra autorek, to dezorientacja. Liczyłam na informacje o tym, dlaczego osoby o różnej grupie krwi powinny odżywiać się inaczej i jakie powinny być ich nawyki żywieniowe, tymczasem przekładałam kolejne strony i słowa na temat grupy krwi nie zauważyłam. Pojawiające się w tytule hasło dane jest zobaczyć czytelnikowi dopiero w okolicach 100 strony. Niebagatelnie długi wstęp – pomyślałam i przeszłam do dalszej lektury z nadzieją, że w końcu zaczerpnę fachowej wiedzy autorek. Po chwili czekało mnie jednak kolejne rozczarowanie. Informacje na temat odżywiania się osób z różnymi grupami krwi zajęły raptem 30 stron. Tego już nawet nie można nazwać lekką przesadą.
Jedyna merytoryczną zaletą poradnika jest przykładowy jadłospis na 10 dni z uwzględnieniem wymagań każdej grupy krwi, jednak zamieszczone po nim przepisy na wszystkie wymienione w nim potrawy popsuły efekt „wow”. O ile sposób przyrządzenia dań obiadowych możne budzić wątpliwości, o tyle poziom trudności większości zaproponowanych śniadań i kolacji jest zerowy i zaskakujące jest czytanie przepisu np. na kaszę jaglaną z rodzynkami, gdzie należy jedynie połączyć kaszę z rodzynkami. Trudność chyba polega na tym, by pamiętać o wcześniejszym ugotowaniu kaszy.
Na końcu poradnika wstawiono fajny gadżet – tabelę zestawiającą produkty z ich wpływem na funkcjonowanie organizmów osób o poszczególnych grupach krwi. Naprawdę dobry pomysł, ale… kogo nie ogarnie frustracja, gdy w tekście, kilkadziesiąt stron wcześniej, przeczytał, że produkt jest zalecany dla jego grupy krwi, podczas gdy informacje w tabeli temu zaprzeczają i odwrotnie? Która informacja jest prawdziwa? Ostatecznie straciłam cierpliwość.
Książki „Schudnij zgodnie ze swoją grupą krwi” na pewno nie mogę polecić osobom, które szukają obszernych, a przede wszystkim rzetelnych informacji na temat wpływu grupy krwi na przyswajanie i nieprzyswajanie pokarmów, lub które chcą odżywiać się w zgodzie ze swoją grupą krwi. Dylematy, które ze sprzecznych informacji są prawdziwe, gwarantowane.
Wydawcy wychodzą nam naprzeciw. I tym razem nie zawiedli. Niedawno do księgarń trafił kolejny poradnik poruszający tematykę zdrowego odżywiania. Mowa o „Schudnij zgodnie ze swoją grupą krwi”. Jak tytuł wskazuje, książka powinna doinformować czytelnika, co jest dla niego wskazane, a czego powinien unikać w zależności od tego, jaką grupę krwi posiada. Poniżej postaram się nakreślić, ile tytuł ma wspólnego z zawartością książki i czy warto ją nabyć.
Niekwestionowaną zaletą poradnika „Schudnij zgodnie ze swoją grupą krwi” jest lekkość, z jaką został napisany. Autorki umieją się wypowiedzieć na papierze, co da się wyczuć od pierwszego zdania, dzięki temu książkę przyjemnie się czyta. Ale przecież nie to jest priorytetem w tego rodzaju literaturze. Od tego typu pozycji oczekuje się przede wszystkim fachowych informacji i porad. Przejdę zatem do meritum. Moje pierwsze odczucie podczas czytania, poza zauważeniem lekkiego pióra autorek, to dezorientacja. Liczyłam na informacje o tym, dlaczego osoby o różnej grupie krwi powinny odżywiać się inaczej i jakie powinny być ich nawyki żywieniowe, tymczasem przekładałam kolejne strony i słowa na temat grupy krwi nie zauważyłam. Pojawiające się w tytule hasło dane jest zobaczyć czytelnikowi dopiero w okolicach 100 strony. Niebagatelnie długi wstęp – pomyślałam i przeszłam do dalszej lektury z nadzieją, że w końcu zaczerpnę fachowej wiedzy autorek. Po chwili czekało mnie jednak kolejne rozczarowanie. Informacje na temat odżywiania się osób z różnymi grupami krwi zajęły raptem 30 stron. Tego już nawet nie można nazwać lekką przesadą.
Jedyna merytoryczną zaletą poradnika jest przykładowy jadłospis na 10 dni z uwzględnieniem wymagań każdej grupy krwi, jednak zamieszczone po nim przepisy na wszystkie wymienione w nim potrawy popsuły efekt „wow”. O ile sposób przyrządzenia dań obiadowych możne budzić wątpliwości, o tyle poziom trudności większości zaproponowanych śniadań i kolacji jest zerowy i zaskakujące jest czytanie przepisu np. na kaszę jaglaną z rodzynkami, gdzie należy jedynie połączyć kaszę z rodzynkami. Trudność chyba polega na tym, by pamiętać o wcześniejszym ugotowaniu kaszy.
Na końcu poradnika wstawiono fajny gadżet – tabelę zestawiającą produkty z ich wpływem na funkcjonowanie organizmów osób o poszczególnych grupach krwi. Naprawdę dobry pomysł, ale… kogo nie ogarnie frustracja, gdy w tekście, kilkadziesiąt stron wcześniej, przeczytał, że produkt jest zalecany dla jego grupy krwi, podczas gdy informacje w tabeli temu zaprzeczają i odwrotnie? Która informacja jest prawdziwa? Ostatecznie straciłam cierpliwość.
Książki „Schudnij zgodnie ze swoją grupą krwi” na pewno nie mogę polecić osobom, które szukają obszernych, a przede wszystkim rzetelnych informacji na temat wpływu grupy krwi na przyswajanie i nieprzyswajanie pokarmów, lub które chcą odżywiać się w zgodzie ze swoją grupą krwi. Dylematy, które ze sprzecznych informacji są prawdziwe, gwarantowane.
dlaLejdis.pl Iwona Bujak, 2013-05-09
Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności
Jak zostać artystą? Większość myśli, że z „tym” trzeba się urodzić. Otóż nie! Talent talentem, ale tworzenie czegoś, co ma być oryginalne to nic innego jak przetworzenie tego, co już istnieje.
Jeśli chodzi ci coś po głowie, ale czekasz na właściwy moment, kiedy z nieba spłynie olśnienie i wena wraz z charakterystyką twojej nowej osobowości artysty, prawdopodobnie nigdy się nie doczekasz. Co za tym idzie, szansa na bycie artystą przejdzie ci koło nosa, a dodatkowo popadniesz w kompleksy, że widocznie nie masz wystarczającego talentu, pomysłów, zdolności. Austin Kleon w swojej książce „Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności” daje bardzo prosty przepis na to, jak osiągnąć i stworzyć tyle, ile chcemy. Jako artysta wszechstronny wie coś na ten temat. Książka jest zbiorem cytatów różnych znanych ludzi, którzy jednoznacznie potwierdzają, że ich dzieła malarskie, muzyka, czy książki powstały na bazie skradzionych inspiracji. Całość składa się z 10 rozdziałów (owych 10 przykazań), każdy zawiera objaśnienie konkretnej rady.
Trudno uwierzyć, że prawdziwa oryginalność to odtwórczość. Ale skoro nawet Pismo Święte o tym mówi („Nic zgoła nowego nie ma pod Słońcem”), a rzesza artystów takich jak Salvador Dali, Pablo Picasso czy John Lennon to potwierdza, to ja już nie mam żadnych wątpliwości. Jak zacząć już od dziś? To proste. Otaczaj się tym, co lubisz, co ci się podoba, na co lubisz patrzeć, słuchać. Szukaj informacji, kolekcjonuj książki, ciekawe zdjęcia, wycinki z gazet. Wieszaj na ścianach to, co cię inspiruje. Innymi słowy bądź ciekawy świata, a tym stworzysz siebie. Kradzież w tym dobrym sensie oznacza tu nie wierne naśladowanie kogoś, a własną interpretację czegoś, co już istnieje. Nasuwa się znane wszystkim słowo-plagiat. Jest tego jednak objaśnienie. Plagiat to skopiowanie jednej osoby. Twórczość i oryginalność to skopiowanie setek ludzi w jednej pracy. Autor w bardzo przekonujący sposób opowiada o tym, jak łatwo zostać artystą. Potwierdzeniem jest choćby ta książka, w której umieścił całe mnóstwo cytatów i to na nich oparł dopiero swój tekst. Jedna z jego ważniejszych rad brzmi: Rozgryź, co należy skopiować. Przekształcenie to coś innego niż imitowanie.
Po przeczytaniu kilku stron książki „Twórcza kradzież”, doznałam szoku. Nasunęło mi się od razu pytanie: czy naprawdę wszyscy kradną twórczość? To niemożliwie, przecież są prawa autorskie, moralność i tak dalej. Ale jeśli pomyślimy o tym głębiej, to można wysunąć zaskakujące wnioski. Moda jest najlepszym przykładem. Światowej sławy domy mody tworzą konkretny wzór wart miliony dolarów, a my możemy w sieciówkach kupić ciuchy w podobnym stylu za kilkadziesiąt złotych. Wszyscy na tym korzystają. Otóż prawdziwy artysta to ktoś, kto kradnie mądrze i tworzy z tego, dodając cząstkę siebie. Logiczne, prawda? Tę krótką książkę z ciekawą oprawą graficzną i zabawnymi rysunkami aż chce się czytać. Jest przyjemna, szokująca, uświadamia i pochłania się ją na raz. Czego chcieć więcej?
Jeśli chodzi ci coś po głowie, ale czekasz na właściwy moment, kiedy z nieba spłynie olśnienie i wena wraz z charakterystyką twojej nowej osobowości artysty, prawdopodobnie nigdy się nie doczekasz. Co za tym idzie, szansa na bycie artystą przejdzie ci koło nosa, a dodatkowo popadniesz w kompleksy, że widocznie nie masz wystarczającego talentu, pomysłów, zdolności. Austin Kleon w swojej książce „Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności” daje bardzo prosty przepis na to, jak osiągnąć i stworzyć tyle, ile chcemy. Jako artysta wszechstronny wie coś na ten temat. Książka jest zbiorem cytatów różnych znanych ludzi, którzy jednoznacznie potwierdzają, że ich dzieła malarskie, muzyka, czy książki powstały na bazie skradzionych inspiracji. Całość składa się z 10 rozdziałów (owych 10 przykazań), każdy zawiera objaśnienie konkretnej rady.
Trudno uwierzyć, że prawdziwa oryginalność to odtwórczość. Ale skoro nawet Pismo Święte o tym mówi („Nic zgoła nowego nie ma pod Słońcem”), a rzesza artystów takich jak Salvador Dali, Pablo Picasso czy John Lennon to potwierdza, to ja już nie mam żadnych wątpliwości. Jak zacząć już od dziś? To proste. Otaczaj się tym, co lubisz, co ci się podoba, na co lubisz patrzeć, słuchać. Szukaj informacji, kolekcjonuj książki, ciekawe zdjęcia, wycinki z gazet. Wieszaj na ścianach to, co cię inspiruje. Innymi słowy bądź ciekawy świata, a tym stworzysz siebie. Kradzież w tym dobrym sensie oznacza tu nie wierne naśladowanie kogoś, a własną interpretację czegoś, co już istnieje. Nasuwa się znane wszystkim słowo-plagiat. Jest tego jednak objaśnienie. Plagiat to skopiowanie jednej osoby. Twórczość i oryginalność to skopiowanie setek ludzi w jednej pracy. Autor w bardzo przekonujący sposób opowiada o tym, jak łatwo zostać artystą. Potwierdzeniem jest choćby ta książka, w której umieścił całe mnóstwo cytatów i to na nich oparł dopiero swój tekst. Jedna z jego ważniejszych rad brzmi: Rozgryź, co należy skopiować. Przekształcenie to coś innego niż imitowanie.
Po przeczytaniu kilku stron książki „Twórcza kradzież”, doznałam szoku. Nasunęło mi się od razu pytanie: czy naprawdę wszyscy kradną twórczość? To niemożliwie, przecież są prawa autorskie, moralność i tak dalej. Ale jeśli pomyślimy o tym głębiej, to można wysunąć zaskakujące wnioski. Moda jest najlepszym przykładem. Światowej sławy domy mody tworzą konkretny wzór wart miliony dolarów, a my możemy w sieciówkach kupić ciuchy w podobnym stylu za kilkadziesiąt złotych. Wszyscy na tym korzystają. Otóż prawdziwy artysta to ktoś, kto kradnie mądrze i tworzy z tego, dodając cząstkę siebie. Logiczne, prawda? Tę krótką książkę z ciekawą oprawą graficzną i zabawnymi rysunkami aż chce się czytać. Jest przyjemna, szokująca, uświadamia i pochłania się ją na raz. Czego chcieć więcej?
dlaLejdis.pl Katarzyna Picz, 2013-05-09
Zasady wywierania wpływu na ludzi. Teoria i praktyka. Komiks
Czy można zmienić książkę naukową w komiks? Jak najbardziej! Wierni czytelnicy Roberta B. Cialdiniego - uważnego obserwatora ludzkiej natury, mistrza pióra, twórcy zgrabnych, chwytliwych sformułowań, bystrego eksperymentatora - z pewnością docenią formę, w jaką została ujęta esencja jego 30-letnich badań nad psychologią wpływu. Dzięki tej pozycji można się zanurzyć w świat niedalekiej przyszłości, w którym toczy się walka z mrocznymi siłami pragnącymi zmienić ludzi w bezmyślną tłuszczę. Czytelnik może poznać strategię, dzięki której można ocalić nasz gatunek - odkryje sześć najskuteczniejszych zasad wpływania na ludzi. Nauczy się działać skutecznie na gruncie prywatnym i zawodowym oraz demaskować tych, którzy usiłują wywrzeć na niego wpływ.
Personel Plus 2013-05-01