ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Canoandes. Na podbój kanionu Colca i górskich rzek obu Ameryk

Dwa lata temu minęło 30 lat od pionierskiej wyprawy sześciu Polaków*, którzy jako pierwsi przepłynęli najgłębszy kanion świata. Czynem tym nie tylko udowodnili, iż jest w ogóle możliwe przebycie go przy pomocy kajaka i pontonu, ale również przyczynili się do rozwoju regionu, który z zacisznego zakątka stał się miejscem obleganym przez turystów.

Wyprawa Canoandes rozpoczęła się w 1979 roku. Początkowo planowano przepłynięcie rzek Argentyny, jednak ze względu na problemy z wizami, które nie dotarły do uczestników wyprawy, postanowiono udać się do Peru. Jednak i tu polscy kajakarze napotkali opór ze strony sił wyższych. Ze względu na lód zalegający w zatoce statek nie mógł wypłynąć z portu, potem w Peru wybuchł strajk... Kolejna zmiana planów okazała się wreszcie szczęśliwa i ekipa wodniaków znalazła się w Meksyku, w którym kajakarzom udało się przepłynąć kilka rzek. Jednak marzenie o Peru nadal nie dawało mężczyznom spokoju... Tym razem los był łaskawszy i wreszcie udało im się dotrzeć do upragnionego kanionu Colca. Rozpoczęła się walka z żywiołem, w której uczestnicy wyprawy nie zawsze byli na wygranej pozycji. Stracili prawie wszystkie kajaki (pozostał im tylko jeden z nich oraz ponton), a ich konfrontacja z siłami natury często przybierała postać walki o życie. W wyniku pomyłki na mapie źle obliczyli zapasy żywności i do przystanku dopłynęli znacznie niedożywieni. Po koniecznej przerwie podjęli ostatni odcinek wyzwania i zrealizowali swój zamiar, dokonując tym samym niemożliwego i zamykając tym samym wyprawę.

Canoandes. Na podbój kanionu Colca i górskich rzek obu Ameryk to rzetelna relacja z wyprawy sprzed trzydziestu lat, gdy za podróżnikami nie stali sponsorzy i liczne grono patronów. Wodniacy o wszystko zabiegali sami, a ich strojom daleko było do nazwania ich profesjonalnymi. Na jednej z licznych fotografii widać panów dumnie prężących się w... dżinsach! Ale niekomfortowy strój nie był w tym wszystkim najgorszy - gdy czytałam o pokonywaniu kajakiem wodospadów wysokich na 3-4 m (!), mój umysł nie radził sobie z wyobrażaniem takich manewrów, podobnie jak innych, które poznałam tylko z nazwy (co to jest eskimoska?). W tym drugim przypadku brakowało mi słowniczka tematycznego, który pobudziłby moją wyobraźnię.

Canoandes... to idealna lektura dla tych, którzy lubią poczuć wzrost adrenaliny we krwi oraz dla miłośników podróży.
przystanekswiat.blogspot.com 2013-05-14

Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta

Męczące tłumy, korki na ulicach i zanieczyszczone powietrze - taki obraz pozostaje po wizycie w Chinach we wspomnieniach wielu turystów z Zachodu. Nic dziwnego - większość z nich nie wyjechała poza granice Szanghaju czy Pekinu, które w istocie są zatłoczone i spowite smogiem. Anna Jaklewicz, zafascynowana Państwem Środka, postanowiła pokazać drugie oblicze tego kraju. Jest bowiem wiele kameralnych miejsc, w które turyści jeszcze nie dotarli i gdzie gości ludzka życzliwość. Mowa o małych miasteczkach i wioskach zamieszkiwanych przez różnorodne grupy etniczne takie jak Bulang, Dong, Miao, Bai, Dai czy Aini. Zapewne dla większości czytelników egzotyczne nazwy nie były wcześniej znane, co wywołuje ciekawość i chęć poznania tajemniczych mniejszości narodowych. Anna Jaklewicz z uwagą chłonie każdy szczegół z ich życia, od architektury przez stroje po tradycyjne rytuały i obchodzone święta, by potem skrupulatnie przekazać swoje spostrzeżenia czytelnikowi. A okazji do poznawania grup etnicznych nie brakuje! Wprost z pogrzebu, na którym znalazła się przypadkiem, trafia na wesele, uczestniczy także w zawodach gry na lusheng i obserwuje występy folklorystyczne. Zatrzymując się w wioskach ma okazję podglądać także życie codzienne Chińczyków: hierarchie społeczne, podejmowane prace, sposób spędzania czasu oraz tradycyjnie wytwarzaną żywność (przysmakiem Mosuo jest suszona świnia, która czeka na spożycie kilka lat!).

Niebo w kolorze indygo to książka niebezpieczna. Zaszczepiła we mnie przemożną chęć zobaczenia nieznanych Chin na własne oczy, zasmakowania ich i chłonięcia wszystkich barw jakie miałam okazję ujrzeć na zdjęciach. Bo te są wprost przepiękne! Kto poznał turystyczną stronę Państwa Środka po lekturze będzie żałował trzymania się utartych szlaków opisywanych w przewodnikach, a ten kto nie miał okazji gościć w Chinach, zapragnie to zmienić.
poczytajka.blogspot.com 2013-04-19

Może (morze) wróci

Do czytadeł podróżniczych mam dwojaki stosunek - z jednej strony jest to obok klasyki czy książek kulturoznawczych podstawowa moja lektura. Przyznam się, że jeśli chodzi o inne gatunki mam dość marne pojęcie, co ostatnio jest na topie, wstyd, wstyd, magister polonistyki powinien mieć trochę lepsze pojęcie, co się dzieje w światku literackim... W każdym razie literaturę podróżniczą śledzę z nastawieniem do niej bardzo różnym, bo z jednej strony bardzo lubię czytać o poznawaniu i przeżywaniu podróży, z drugiej - odrobinę jestem ostatnimi czasy zmęczona książkami w stylu: "Byłem, zrobiłem, dokonałem, zrobiłem kilka fotek, pojechałem stąd tam". Literatura podróżnicza jest w ogromnym stopniu egocentryczna, co toleruję w dużym stopniu (jako autor podróżniczego bloga nie mam w sumie nic do gadania), ale często brak w niej czegoś więcej niż "Poszedłem, zobaczyłem, ja zrobiłem, ja pojechałem, ja zjadłem".

I tu miła niespodzianka. Czytadło niewątpliwie, książka, która nie jest i raczej nie będzie klasyką, ot, miło się ją wchłonęło. "Może (morze) wróci" miałam w rękach już tu, w Niemczech, i to w wersji elektronicznej, a wersje elektroniczne z reguły raczej ciężko mi się wchłania. Tymczasem ten krótki kawałek o Uzbekistanie przeczytałam bardzo szybko i z dużą sympatią do autora.

To chyba podstawowa kwestia, która bardzo rzadko mi się zdarza przy czytaniu tego typu książek - stwierdzenie, "No żesz, lubię gościa, który to napisał". Pokora wobec własnej podróżniczej nieporadności, zachwyt nad otaczającą rzeczywistością i tym podobne odczucia są być może czasem odrobinę przerysowane, ale ogólne nastawienie autora do tego, co widzi, słyszy i czuje są mi bardzo bliskie. Scena, w której zastanawia się, czy wypada robić zdjęcia biedakom na uzbeckiej ulicy przypomina mi wiele scen, kiedy z niepewnością wyciągałam aparat wśród Romów kosowskich (i nigdy nie zapomnę przedstawiciela szwajcarskiej ambasady, który owych Romów ustawiał do zdjęcia niczym małpki w cyrku). Materiał informacyjny podany w nieco encyklopedycznej formie, ale - jak mówiłam - wciągnęłam książkę dość szybko, więc aż tak bardzo to nie przeszkadza. I cudowne wtręty o niewolnictwie wobec Lonely Planet. Przyznać muszę, że wciąż zdarza mi się korzystać z tego vademecum turysty "alternatywnego", ale staram się to robić w jak najbardziej ograniczonym stopniu, żeby nie wpaść w te same pułapki, co autor.

Tymczasem książka jest o Morzu Aralskim i katastrofie ekologicznej tamże. Ale tak naprawdę jest o wyprawie nie-podróżnika do Uzbekistanu. Fajnie przeczytać książkę podróżniczą napisaną przez kogoś, kto przyznaje otwarcie, że podróżnikiem nie jest, bo, cóż, dość często powtarzam otwierający cytat ze "Smutku Tropików" - Nienawidzę podróży i podróżników. Przyjemne coś innego. Przyjemne, bo nienapuszone i nieudające niczego, czym ta książka nie jest. Na całe szczęście nie epatuje ekologicznym podejściem, nie narzuca niczego, ot, wspomnienia gościa, którego zaciekawił kraj, ludzie i historia umierającego jeziora.

Inna rzecz, że Uzbekistan jest gdzieś tam na mojej liście "chciałabym zobaczyć". Jakoś nie spieszy mi się w tamte strony mimo magii nazwy Samarkanda, bo wciąż przerażają mnie wizy, meldunki i inne formalności związane z tego typu podróżami, które ciężko odbyć spontanicznie. Od czasu do czasu mi się to zdarza, a że mam tam znajomą, to kiedyś trzeba się pewnie wybrać...
swojadroga.blogspot.com Gosia Drewa, 2013-04-30

Biurowa rewolucja, czyli sztuka organizowania efektywnych zebrań

Zebrania to najpopularniejszy wysysacz energii, morderca cennego czasu i bezkonkurencyjny demotywator. To biurowa, korporacyjna codzienność. Czy jednak istnieją zebrania, które mają sens oraz cel i przynoszą wymierne rezultaty Autor- założyciel grupy, która pomaga firmom w stworzeniu efektywnego środowiska pracy i komunikacji - udowadnia, że można organizować efektywne zebrania, na które pracownicy będą ściągać z najodleglejszych zakątków firmy. Bez względu na to, czy jest się kierownikiem, właścicielem firmy, czy po prostu pracownikiem, który wierzy, że jeszcze można coś zmienić, czas zacząć produktywne zebranie i skończyć z marnowaniem czasu. Wkroczenie na tę ścieżkę spowoduje chęć zrewolucjonizowania gnijącej kultury zebrań i wyznaczenia nowych standardów.
Personel Plus 2013-05-01

Obudź swoją kreatywność. Jak aktywować twórczy potencjał umysłu

Dagmara Gmitrzak, socjolożka i trenerka rozwoju osobistego, wychodzi z założenia, że choć każdy z nas ma dostęp do potężnej mocy twórczej, tylko w niewielkim stopniu wykorzystujemy nasze możliwości. Napisała poradnik budzenia w sobie twórczych zdolności, skierowany do tych, którym wewnętrzny krytyk nie pozwala rozwinąć skrzydeł, do twórców przeżywających impas, do wypalonych pracą, ale także do tych, którzy dopiero szukają swojego powołania i wymarzonej pracy. Książka jest pełna ćwiczeń pozwalających lepiej poznać siebie, m.in.sprawdzić, czy jesteśmy raczej introwertykami, czy ekstrawertykami, czy kierujemy się bardziej rozsądkiem, czy emocjami, rozpoznać swój dominujący typ inteligencji i poszukać wewnętrznego źródła krratywności
Coaching Magazyn Coaching maj-czerwic 2013