ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku

Był to najdłuższy lądowy szlak handlowy w dziejach. W czasach starożytności i średniowiecza jedyna droga jaką towary z Chin – przede wszystkim jedwab, od którego pochodzi jego nazwa, ale także żelazo i papier oraz inne towary, m.in. dywany, trafiały do Europy.

A w drugą stronę złoto, pachnidła, rośliny uprawne. Kupieckie karawany pokonywały tysiące kilometrów trudnych i niebezpiecznych dróg przez górskie przełęcze, m.in. Pamiru oraz pustynie Azji Środkowej i ówczesne w niej starożytne państwa Baktrii, Chorezmu, Sogdiany, a dalej m.in. Persji i Syrii. Łączył on także m.in. Indie z Rusią, a przez nią z innymi krajami ówczesnej Europy.



Wielki Jedwabny Szlak przebiegał różnymi trasami, których „nitki” odległe nierzadko o setki kilometrów, odgałęziały się lub przecinały. Północna prowadziła przez tereny obecnego Kirgistanu i Kazachstanu m.in. przez Czymkent – z odgałęzieniem na południe: na Taszkent, Samarkandę i Termez – wzdłuż nurtu Syr Darii do Jeziora Aralskiego i jego północnym brzegiem, lub w poprzek wodą, dalej na zachód.

Środkowa Doliną Fergany przez uzbecką dziś Kokandę i tadżycki Pendżykent do Samarkandy, Buchary, Chiwy i także dalej. Południowa zaś, przez górskie przełęcze oraz doliny obecnego Tadżykistanu i Afganistanu, do uzbeckiego Termezu i Karszi, ale również Samarkandy, Nawoi, Buchary – z południowym odgałęzieniem do turkmeńskiego Aszchabadu przez Chiwę i Urgencz.

Fragmentami tego szlaku wybrał się w 2010 roku, na rowerach, polski podróżnik z żoną. A swoje przeżycia, obserwacje i wrażenia opisał, w wydanej właśnie przez Bezdroża, bogato ilustrowanej zdjęciami książce. Wyruszyli, początkowo w towarzystwie Anglika Bena, później innych rowerzystów lub jadąc samotnie, ze Stambułu.

A ściślej, gdyż dopiero w tamtym miejscu rozpoczyna się relacja, z przejścia granicznego między Turcją i Syrią koło Iskanderunu. Aby m.in. przez Aleppo, Damaszek i Palmyrę wrócić do Turcji w okolicach jeziora Van. Przeprawić promem do Iranu. Następnie przez Tebriz, Teheran – wymieniam tylko główne miejscowości, Isfahan, pustynię Dasht – e Kavin i Meszhed dotarli do Turkmenistanu.

Przejechali przez Bucharę, Samarkandę i Taszkient Uzbekistan, przez Pendżykent, wzdłuż granicy z Afganistanem i Pamir Tadżykistan oraz fragmencik Kirgistanu do Chin. W nich zaś podróżowali przez Kaszgar z przejazdem autobusem i pociągiem przez pustynię do Turfanu. Dalej, głównie przez wsie, do Pekinu i granicy z Laosem koło Mengli oraz do Bangkoku w Tajlandii, skąd samolotem wrócili do kraju.

Cała ta podróż zajęła im 8 miesięcy. Relacja z niej jest bardzo interesująca, chociaż nietypowa. Przeczytałem w ostatnich miesiącach kilka świeżo opublikowanych książek relacjonujących długie wyprawy rowerami, motocyklami, quadami oraz innymi środkami transportu, a także pieszo. Ta relacja różni się od nich w sposób zasadniczy. Zupełnie w tle znajdują się trudy jazdy rowerami.

Nie ma w niej, tak niekiedy nużących w innych książkach, opisów kolejnych złapanych gum, napraw sprzęgieł czy hamulców, ciężaru sakw itp. Podobnie nie ma na pierwszym planie samych uczestników tej wyprawy. Ich nastrojów czy, oczywistych w tak trudnych warunkach różnic poglądów chociażby na temat tego gdzie nocować, co i jak jeść itp.

Po trzecie – i to mnie najbardziej zaskoczyło, bo również sporo podróżuję i chętnie zwiedzam, niewiele jest w tej książce opisów zabytków i innych ciekawych obiektów. Z wyjątkiem przeważnie bardzo interesujących opisów przyrody, krajobrazów oraz spotykanych na trasie ludzi, warunków ich życia, obyczajów, stosunku do obcych, a przede wszystkim niesłychanej gościnności. Chociaż różnej w poszczególnych krajach i kulturach.

Głównym tematem tej książki, obecnym niemal na każdej stronie, są właśnie spotkania z ludźmi oraz kontakty z nimi. Mimo barier językowych. Angielski okazał się w tamtych regionach świata, zwłaszcza na wsi i peryferiach krajów, tylko częściowo przydatny. W poradzieckiej Azji Środkowej bardziej rosyjski, chociaż nie był on mocną stroną autora, a nie znali go współtowarzysze podróży.

Okazało się jednak, że ludzie potrafią jakoś porozumiewać się. Zwłaszcza, gdy są niezwykle gościnni i wzajemnie życzliwi. A tytułowe szklanki herbaty – tak jak przed wiekami podstawowego napoju na dawnym Wielkim Jedwabnym Szlaku – należą co codziennego rytuału gościnności. Przykładów, jak to od nich zaczynały się znajomości przedłużane na prośbę i zaproszenie gospodarzy o obiady, kolacje, noclegi, a nawet kilkudniowe pobyty, jest mnóstwo.

Od Abdula, który w jakiejś wiosce między Aleppo i Damaszkiem w Syrii nieoczekiwanie zaprosił do siebie oraz ugościł nie tylko herbatą podróżujących na rowerach cudzoziemców. Poprzez Beduinów na pustyni syryjskiej, którzy pospieszyli z bezinteresowną pomocą gdy widzieli, bądź wydawało im się, że obcy potrzebują pomocy.

Mohammada, który w głębi Iranu najpierw samorzutnie oddał biwakującym – bo większość nocy na trasie spędzali oni we własnych namiotach lub w przygodnych miejscach – owoce, chleb i termos zimnej wody. A następnie odnalazł ich w kolejnej miejscowości przez którą musieli jechać następnego dnia, aby pomóc w podróży przez pustynię.

W Uzbekistanie taksówkarza Alego. A także właściciela kawiarenki Ahmeta, który nie tylko gości nakarmił i przenocował. Dał również kartkę do syna mającego podobny lokal gdzieś przy drodze do Taszkientu, aby zajął się nimi podobnie. Czy Zoyi, starej kobiety w Tadżykistanie, obok domu której przejeżdżali i na chwilę zatrzymali się w cieniu, która natychmiast zaprosiła ich na herbatę, kawałek chleba i jogurt.

Młodego chłopaka w miasteczku Dangara w tym samym kraju, który podjechał samochodem i zapytał czy zostaną u niego, a ściślej w domu jego ojca, na noc. Czy gościnnych Ujgurów w Chinach. To tylko kilka, z niezliczonych przykładów. Trafiały się również niemiłe spotkania. Z agresywnymi dzieciakami w As Suknet w Syrii. Czy psami pasterskimi, których ataku nie zatrzymywali właściciele koło jeziora Van w Turcji. Były to jednak wyjątki.

Zaś te najczęstsze, przykłady życzliwej gościnności, stawały się okazją do poznawania tamtejszych ludzi, ich zwyczajów czy kuchni. Np. tatuaży na brodach i policzkach kobiet w Syrii oznaczających, że zarabia ona, a nie tylko mąż, pieniądze dla rodziny. Czy zaskakujących nas zwyczajów. Zachęcanie gości przez gospodarza do jedzenia nawet ponad miarę, gdy żona i dzieci pokornie czekają, czy coś dla nich zostanie.

Przypomniały mi się własne, podobne przeżycia, gdyż byłem również w wielu miejscach na Wielkim Jedwabnym Szlaku oraz krajach, przez które przejechał autor z żoną. Staruszka na wzgórzach w pobliżu Morza Śródziemnego – obecnej Tureckiej Riwiery w tamtym regionie jeszcze nie było – która na widok idących cudzoziemców wyszła z chaty z chlebem i mlekiem.

Mimo iż nie mogliśmy porozumieć się w żadnym języku, a tylko po posileniu się podziękować po turecku: teşekkür ederim i usłyszeć w odpowiedzi: güle güle – do zobaczenia. Zapraszanie do wspólnego wypicia herbaty gdzieś na płachcie rozłożonej w Anatolii. Gościnności przypadkowo poznanych Syryjczyków.

Czy zapamiętane chyba na zawsze sceny ze szpitala w Bucharze, w którym „rodziłem” kamień nerkowy. Było to w głębokich czasach sowieckich. Ponieważ szpitalne jedzenie było wyjątkowo podłe, codzienne któraś z kobiet pacjentów przynosiła w wielkim tłumoku na plecach gar pilawu ( płowu ), chlebki i winogrona. My, mężczyźni – byłem oczywiście zapraszany, siadaliśmy przy okrągłym stole jedząc łyżkami z jednej misy. A kobiety – pacjentki z sąsiedniej pałaty ( sali ) zaglądały przez próg, czy coś dla nich zostanie…

W książce „Tysiąc szklanek herbaty” są dziesiątki opowieści i relacji. O gościnności mieszkańców, granicznej biurokracji, „pilotowaniu” rowerzystów przez syryjską bezpiekę po cywilnemu i nakazywaniu im, gdzie mają rozbić namiot. Także w niedozwolonych miejscach, bez zawiadamiania o tym policji mundurowej, co prowadziło niekiedy do konfliktów. Są opisy i sceny z bazarów.

Suków w Aleppo i wielkiego Al – Hamidija koło meczetu Umajjadów w Damaszku w Syrii. W Isfahanie w Iranie. Bucharze i Samarkandzie w Uzbekistanie itp. Sporo informacji o miejscowych zwyczajach. Np. swatania i poznawania się przyszłych małżonków na irańskiej prowincji. „Drewnianej kołysce” – rodzaju naszej pępowiny, pierwszego położenia noworodka do własnej kołyski, z udziałem gości i, oczywiście, prezentami.

Urzędowym ograniczeniu ( wobec biedy ) w Tadżykistanie liczby weselnych gości do.. 150 osób. Zwyczaju robienia sobie tam zdjęć, zwłaszcza do dokumentów oraz ślubnych, w technice komputerowego doklejania głów do cudzych, eleganckich garniturów i sukien ślubnych. Bo na własne ludzi nie stać. Wielkiej radości jaką sprawiały nie tylko dzieciom, zdjęcia robione przez podróżników i natychmiast drukowane na przenośnej drukarence.

Informacje o zaniedbanym regionie Pamiru, który stał się dla niepodległego Tadżykistanu niepotrzebnym garbem. Wraz z upadkiem ZSRR skończyły się bowiem dostawy prądu, dotacje, pomoc. A tam mieszkają głównie Kirgizi, Wachowie i to na dodatek ismailici – liberalny odłam znienawidzonych szyitów. I w ogóle o prawie u nas nieznanych realiach obecnego życia w tym kraju.

O dużym zainteresowaniu spotykanych ludzi życiem w Polsce. Zwłaszcza czy jest praca oraz… jakie są drogi. Bo te, właściwie poza nowymi w Chinach i głównymi w pozostałych krajach, okazywały się koszmarne. Niektóre w tak strasznym stanie, że nie dawało się po nich dowieźć… jajek do sklepów. Nie brakuje w tej książce ciekawych relacji innych osób, bądź własnych obserwacji autora.

Np. opowiadania młodego chłopaka Tahira, który za ogromne pieniądze uzyskał wizę oraz poleciał do USA. A tam, w Denver, ludzie potraktowali go jak afgańskiego ( bo co to dla nich za różnica Afganistan czy Tadżykistan, skoro jest muzułmaninem, a nazwa kraju też kończy się na „stan”?) terrorystę z Al Kaidy. Co skończyło się aresztowaniem na kilka dni przez policję „do wyjaśnienia” i szybkim powrotem do kraju.

Opisu koszar i wysokogórskiego posterunku na granicy z Afganistanem, w których armia Tadżykistanu ma prąd w kantynie tylko przez kilka godzin dziennie, a budynki ogrzewa… krowim nawozem zbieranym przez żołnierzy. Pięknie i ciekawie opisana jest przyroda oraz krajobrazy spotykane na trasie, zwłaszcza gór Pamiru.

Równocześnie, co mnie bardzo zaskoczyło, zwiedzam bowiem świat inaczej, niemal znikome zainteresowanie autora zabytkami. A było ich przecież na tej trasie mnóstwo. Tymczasem – przykładowo – w Aleppo wspomniał tylko o cytadeli, generale Józefie Bemie, który jako Murad Pasza był tam sułtańskim gubernatorem i zmarł oraz tamtejszym mydle z oliwy i liści laurowych. W Damaszku z murami obronnymi i dziesiątkami wspaniałych budowli, tylko o meczecie Umajjadów.

W Bucharze, gdzie na liście zabytków jest ponad 400 obiektów, zaledwie o paru. W Samarkandzie tylko o Registanie i Mauzoleum Tamerlana, którego zresztą nazywa Krwawym Timurem. Chociaż był on rzeczywiście krwawym satrapą, ale nazywany był i jest Timur Lenk – Chromy lub Kulawy. Nie zauważył natomiast, a przynajmniej nie wspomniał o innych tamtejszych wspaniałych zabytkach: Nekropolii Szach–i–Zinda, obserwatorium astronomicznym Uługbega, wykopaliskach na Wzgórzu Afrasjab, ruinach meczetu Bibi Chanum, że ograniczę się do nich.

Autor nie ukrywa zresztą rozczarowania komercyjnym charakterem współczesnej Samarkandy. Gdy byłem w niej po raz pierwszy 45 lat temu, wyglądała rzeczywiście inaczej. Była bardziej zaniedbana, ale autentyczna, głęboko azjatycka. Później przyszły wielkie jubileusze miasta i jego porządkowanie. Jak zobaczyłem ją po latach, też skojarzyła mi się z filmową dekoracją. Zwłaszcza w nocy. Ale to już cena masowej turystyki.

Bardzo ciekawa jest część książki poświęcona podróży po Chinach. Które autora fascynują, a zarazem szokują. Podobnie je zresztą widziałem, łatwo mi więc to zrozumieć. Z jednej strony więc fantastycznie zaopatrzone sklepy, nawet wiejskie. Nowoczesne drogi, mosty, rosnące betonowe wieżowce. A równocześnie niszczenie starych budynków Ujgurów ( nie tylko, także w Tybecie, ale tam podróżnicy nie dotarli, czy zabytkowych chińskich miastach ) i uśmierzanie tych „buntowników”.

Przypomnienie dramatycznych „reform” Mao Tse Tunga ( Mao Zedonga ), które kosztowały życie dziesiątki milionów ludzi. Niezwykle ciekawe są opisy podróży przez chińskie wsie zamieszkane przez ludzi bez prawa przemieszczania po kraju, ale wyludniające się, bo młodzież z nich ucieka do miast. Ziemi nadal uprawianej motykami. Ręcznie podlewanymi pojedynczymi roślinami itp. I kontrast, jaki wsie stanowią w porównaniu z dużymi miastami. Nie mówiąc już o wysyłaniu w kosmos sztucznych satelitów. Z dziesiątkami kolejnych świetnych obserwacji i celnych ocen faktów.

Ostatnia część tej książki jest zarazem apoteozą podróżowania. Niekoniecznie od razu na krańce globu. Mogą być nawet zupełnie niedalekie. Ale to podróże, pisze autor, pozwalają lepiej poznawać świat i ludzi. Którzy są zupełnie inni niż prezentowani w mediach. Zgodnie zresztą z ich zasadą, że dobrzy, życzliwi, szczęśliwi, nikogo rzekomo nie interesują. Odwrotnie niż katastrofy, wojny, przejawy nienawiści i zbrodnie. I trudno się z nim nie zgodzić.

Znalazłem w tej książce również trochę błędów i potknięć. Niepotrzebnego „anglizowania” części nazw. Wymienianie ich byłoby jednak czepianiem się drobiazgów. Bo książka jest ciekawa, dobrze napisana oraz naprawdę warta przeczytania. Zawiera bowiem ogromną dawkę informacji o współczesności tak mało u nas ciągle znanych krajów i ich mieszkańcach.

Generalnie, ale gdzie nie ma niechlubnych wyjątków, bardzo gościnnych i życzliwych obcym. Na uważne obejrzenie zasługują też zamieszczone w książce zdjęcia. Mimo iż są bez podpisów, które przydałyby się, chociaż generalnie chyba dobrze wpasowane zostały w tekst. Sporo z nich jest naprawdę świetnych.
GLOBTROTER INFO Cezary Rudziński, 2012-03-12

Głodne emocje. Jak schudnąć mądrze, skutecznie i na zawsze

Nie od dziś wiadomo, że odchudzanie rozpoczyna się w głowie. Jako, że kobiety są bardziej emocjonalne od mężczyzn, to właśnie ich najczęściej dotyka problem otyłości. Znana trenerka i psychoterapeutka, w tym także od spraw żywienia- Anna Sasin, w swojej kolejnej publikacji „Głodne emocje. Jak schudnąć mądrze, skuteczne i na zawsze”, pomaga zrozumieć swoim czytelniczkom, że z powodu nadmiernych emocji mogą mieć problemy z utrzymaniem wymarzonej wagi.

Wykorzystując doświadczenie i wiedzę, autorka wprowadza do słownika kobiety wyrażenie „głodne emocje”, które są powodem jej problemów z wagą. Uważając, że za naszą nadwagą stoją przede wszystkim problemy, myśli i uczucia im towarzyszące pomaga wyzbyć się negatywnego postrzegania samej siebie, tym samym zmieniając nasze nastawienie, a także i nawyki żywieniowe.

Choć kobieta wie, że gdy jest jej smutno, jest zestresowana, bądź z innych powodów chce poprawić sobie nastrój sięga po słodycze lub jakąś inną przekąskę. Ciągłe podjadanie między posiłkami, bądź zastępowanie posiłków zakąskami może doprowadzić tylko do jednego- nadwagi. Kobiety gorzej radzą sobie z emocjami, w związku z czym w większości to właśnie one muszą potem rozpaczać, gdy znów stają na wadze, a wiadomo, że każda kobieta chce wyglądać pięknie. Anna Sasin, która nie raz spotykała się z taką sytuacją i zawsze dzielnie służy radą i pomocą kobietom, które je odwiedzają w końcu postanowiła spisać zbiór porad, a także i informacji dla kobiet borykających się z nadwagą, aby schudnąć, a także zmienić styl życia, który pomoże nam uniknąć efektu jojo. Jak to robi? Na początek dowiemy się, czym tak naprawdę są „głodne emocje” i jak odróżnić głód emocjonalny od faktycznego. Będzie to niezwykle pomocne, jako, że często mamy problem z zapychaniem się sądząc, że faktycznie jesteśmy głodne. Za pomocą testów sprawdzimy, czy i nas dotyczy ten problem, dostaniemy także kilka ogólnikowych rad i sposobów na ogarnianie naszych nerwów. Ponadto poznamy kilka dobrych metod na wprowadzanie zmian w swoim nastawieniu. Doświadczony coach próbuje uzmysłowić nam, że mamy problem, czy to z nawykami wyniesionymi z domu, czy pewnością siebie, czy też motywacją, a następnie serwuje rady i ćwiczenia, które pomogą nam to zmienić. Jednakże praca nad samym swoją psychiką to jedynie połowa sukcesu.

Obok naszego nastawienia i miłości do samej siebie, istotna jest zmiana żywienia. Sprawienia, aby spożywane przez nas produkty były bogate we wszystkie składniki odżywcze, a także regularnego spożywania posiłków. Kiedy nauczymy się jeść o określonych porach, będziemy czuły się najedzone nawet niewielkimi porcjami. Dlatego też w drugiej części swojej książki, autorka spisuje dla nas wszystko co najważniejsze o składkach, chociażby budulcowej mocy białek, czy energetycznemu działaniu węglowodanów, witaminach, ale też i solach mineralnych. Uzmysławia nam istotę ich odpowiedniego zbilansowania, abyśmy były silniejsze, piękniejsze i przede wszystkim zgrabniejsze. Jednakże samo rozłożenie na czynniki pierwsze posiłku niewiele nam może pokazać, dlatego, aby być bardziej dobitną, autorka daje nam gotowe jadłospisy na całe dni, jadłospisy, które składają się z pięciu pełnych posiłków. Wszystko dostosowane do naszych wymagań. To bardziej obrazuje nam co możemy jeść i w jakich ilościach, chociaż jak sama twierdzi, nie zabrania nam jedzenia tego co chcemy. Na sam koniec pisze również o zaletach różnych sposobów relaksacji, a także charakteryzuje kilka ćwiczeń ruchowych, które nie będą wymagały od nas większego wysiłku, a które nas usprawnią i w dodatku poprawią zdrowie.

Poradnik Anny Sasin, to nie tylko zbiór niezbędnych informacji o żywieniu, psychologicznych porad jak zmienić nastawienie, ale także i praktycznych ćwiczeń, które pomogą nam zrozumieć same siebie będąc tym samym pomocnymi do kształtowania naszej lepszej przyszłości. Dzięki ćwiczeniom i testom zawartych w „Głodnych emocjach” możemy spojrzeć na nasze problemy bardziej obiektywnie i ocenione one będą przez doświadczonego coacha. Dzięki tabelom możemy pracować nad sobą w dowolnej chwili, a programy żywieniowe wykorzystywać w codziennym życiu. Jest to niezastąpiona publikacja, która naprawdę może pomóc nam pracować nad swoim ciałem bez wykańczających ćwiczeń i rygorystycznych diet pełnych zakazów, a przede wszystkim pomóc utrzymać wymarzoną wagę do końca życia.
irka.com.pl agniecha, 2012-03-10

Mapy Myśli. Dowiedz się, jak zwiększyć efektywność pracy, i poznaj język swojego umysłu

Jeżeli chcesz lepiej zapamiętywać materiały z wykładów i bezstresowo przygotowywać się do kolejnych egzaminów, jeżeli marzysz o efektywniejszym planowaniu swojego czasu, zastosuj mapy myśli. Marcin Matuszewski i Radosław Lasko, kolejno właściciel i trener na Intelektualnie.pl pomagają swoim czytelnikom w ciekawszy i efektywniejszy sposób zapamiętywać istotne fakty, które ułatwią nam życie.

W publikacji „Mapy myśli” dwójka autorów zajmuje się tematem map myśli, podążając za stwierdzeniem, jakoby nasze myśli przyjmowały formy obrazów, a nie konkretnych zdań, trenerzy starają się zapoznać czytelnika z teorią dotyczącą tego niebywałego sposobu zapamiętywania informacji, a przede wszystkim uczą jak stworzyć własną mapę.

Książka ta udowadnia, że lepiej przyswoimy sobie informacje jeżeli powiążemy je z czymś co już znamy. Dlatego lektura niektórych publikacji jest dla nas bardziej bądź mniej zrozumiała. Dlatego łatwiej zapamiętujemy to co dotyczy naszych osobistych zainteresowań. Jeżeli już nabędziemy wiedzę w pewnym zakresie łatwiej nam będzie rozumieć bardziej zaawansowane informacje, które na pierwszy rzut oka będą wydawały się nam kosmiczne. Aby lepiej zapamiętywać musimy wykorzystywać dwie nasze półkule mózgowe, a osiągnąć to możemy poprzez stosowanie map myśli. W związku z tym, na pierwszym etapie swoich rozważań autorzy starają się zaprezentować czytelnikowi jak wielkim dla niego ułatwieniem będzie stosowanie tej metody. Swoje stwierdzenia popierają wykresami, które mają uzmysłowić nam lepsze i przede wszystkim długoterminowe zapamiętywanie. Ogólnikowo rozpisują się na temat tego jak tworzyć takie mapy. Wszystko to oczywiście do chwili, kiedy to przechodzimy do drugiej części pracy.

W kolejnej części, trenerzy koncentrują się na praktycznym zastosowaniu wiedzy zdobytej na podstawie pierwszej części. Tutaj krok po kroku prowadzą nas przez tworzenie kolejnych gałęzi. Za przykład biorą planowanie wakacji i zachęcają, a wręcz nakazują podążanie ich śladem, aby zrozumieć jako korzystać z tej techniki. Istotne jest stosowanie wszystkich kolorów tęczy dla podkreślenia odrębności myśli i konkretnych skojarzeń. To jedna z zasad. Wszystko skupia się na czytelności naszych map, a także kolorach i symbolach, które w wiadomy sposób ułatwiają zapamiętywanie.

Ze względu na przekaz, duża część publikacji to kolorowe mapy myśli autorów składających się z gałęzi, które stanowią skojarzenia i pomysły autorów. Trzeba przyznać, że wprowadzenie koloru i rysunku zdecydowanie ożywia tekst pisany, który przyjmuje formę drobnego maczku, dość męczącego dla oczu, ale nie oszukujmy się.. mogło być znacznie gorzej! Nie oznacza to, że książka nie jest czytelna. Wręcz przeciwnie. Co prawda trzeba z nią siedzieć tuż przed nosem, ale i tak pobudza nasze szare komórki. Autorzy piszą w sposób przystępny i nie posługują się zbyt skomplikowanym słownictwem- chwała im za to! Wyszło to pewnie z przekonania, że niezrozumiałe jest trudniejsze do zapamiętania, a przecież chodzi im o to, aby czytelnik zrozumiał i przede wszystkim zastosował się do porad.

Lektura i praca z publikacją twórców Intelektualnie.pl to nie lada wyzwanie, ale przede wszystkim niezapomniana zabawa. „Mapy myśli” to nie tylko niespotykanie przedstawione informacje o nowoczesnej formie zapamiętywania, ale przede wszystkim ćwiczenie, które poprowadzone w pełnym barw druku stanowi atrakcję dla naszych oczu, a także i wyobraźni. Aż pisać się chce o tej publikacji w formie mapy myśli i nawet przeszło mi przez głowę, aby właśnie tak zaprezentować swoją fascynację tą pracą. Idealna dla studentów, którzy nudzą się niczym mopsy na wykładach.
irka.com.pl agniecha, 2012-03-09

Potwór w Twojej głowie. Jak być nieszczęśliwym i zatruć życie innym

Narzekuj czerwonoskrzydły, Socjopatus żurnalis- to tylko niektóre przykłady licznych potworów i maszkar zamieszkujących nasz umysł. Czynią nas nieszczęśliwymi i sprawiają, że unieszczęśliwiamy takie innych. Olga Rzycka, absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego, psycholog i trener zarówno z wykształcenia, jak i z zamiłowania, w swojej publikacji „Potwór w Twojej głowie. Jak być nieszczęśliwym i zatruć życie innym” powołuje do życia grono maszkar towarzyszących nam każdego dnia.

W swoim antyporadniku, Olga Rzycka, urzeczywistnia nasze złe zagrywki i wszelkie błędy, które popełniamy nadając im formę potworów koczujących w naszej głowie. Potworów, które żywimy każdego dnia unieszczęśliwiając się. Jeżeli chcesz odkryć, który z potworów, vampirów zasiedlił się Tobie i jak z nim walczyć, to trafiłeś w dobre ręce.

„Potwór w Twojej głowie” to nie jest typowy poradnik. Wręcz przeciwnie, można określić go mianem antyporadnika, bo zamiast odnalezienia tutaj rad jak polepszyć swoje życie i sprawić, aby było szczęśliwsze daje nam szereg wskazówek do tego, aby uczynić je jeszcze gorszym. Świadoma tego, że do odbiorcy informacje najlepiej trafiają w poluźnionej formie prezentuje je w bardzo dowcipny sposób, nadając naszym negatywnym nawykom formy potworów. Jeżeli kiedykolwiek przyszło Ci narzekać na to co masz, to faktem jest, że w głowie pielęgnujesz Narzuka czerwonoskrzydłego. Jeśli bałeś się swojego cienia i złych mocy czających się za rogiem, to znak, że masz do czynienia z Lękliwkiem nadzwyczajnym. Jeżeli przyszło Ci się zamykać na uczucia towarzyszące konkretnym wydarzeniom, to wiedz, że dopadł Cię Blokuj uczuciowy. To są tylko drobne przykłady na całą rzeszę psychologicznych potworów grasujących po Twoim umyśle. Oczywiście, nie biorą się one znikąd. Tak, jak i my, tak też te potwory mogły się rozwijać w nas przez lata, podsycane negatywnymi emocjami i ciągłej sugestii ze strony nas samych. Z tej książki dowiemy się jakich słów używać, aby dokarmiać biedne stwory, żeby mogły urosnąć i żeby same z siebie mogły nas unieszczęśliwiać. To jak odbieramy sami siebie, to jak traktujemy samych siebie wpływa także na nasze otoczenie. Dlatego też w drugiej części swojej publikacji, autorka, pokazuje kilka różnych płaszczyzn w naszym życiu, w których korzystać możemy z „pomocy” takich naszych osobistych potworów. Największą uwagę poświęca związkom, bo kiedy mężczyzna/kobieta zdecydują się na powiązanie z nami muszą także zaakceptować naszego potwora, czy w uciec od nas gdzie pieprz rośnie. Daje tutaj kilka precyzyjnych rad, jak to zrobić, aby bardzo ładnie taki związek zniszczyć. Uprzykrzanie życia partnerowi poprzez ciągłe narzekanie, obrażanie go, czy nawet szantaż emocjonalny, może być właśnie tym co na zawsze odpędzi od nas drugą osobę. Więc jeżeli tego właśnie oczekujemy, to dzięki licznym wskazówkom autorki, a także kilku tekstom bez problemu możemy osiągnąć nasz cel. W innej zaś strony wysuwa stwierdzenie, że podobne zachowania możemy zastosować w stosunku do współpracowników, a także naszego potomstwa, jeżeli chcemy, aby odziedziczyły one te same zdolności i mogły je wykorzystywać w swoim przyszłym życiu.

Ten antyporadnik napisany jest w dość niekonwencjonalny sposób. Olga Rzycka pisze w sposób dość zabawny, a jej wyobraźnia, co do wykreowania potworów i potem wykorzystania różnych aspektów codziennego życia w poradach, jest nieograniczona. Z jednej strony ten twór to zbiór zasad jak się zachowywać, aby wprowadzić w stan skrajnej nieszczęśliwości siebie i innych, a z drugiej daje nam do myślenia. Bowiem wśród tych licznych fragmentów z pewnością odnajdziemy to jak zachowujemy się my sami. Posiadamy jednego, a może nawet kilka wspominanych tu potworów. Ta publikacja może otworzyć nam oczy na nasze zachowanie i zamiast podążać jej wskazówkami i dalej się pogrążać, możemy postępować zupełnie odwrotnie. Autorka poświęca część swojej pracy odrobaczaniu. Poczytać o tym możemy dopiero po tej właściwej części i wtedy podchodzimy już zupełnie na poważnie do tego tematu.

Sporym urozmaiceniem i rozrywką w lekturze jest przede wszystkim jej wygląd. Jako, że treść dotyczy potworów to właśnie one dominują w tej publikacji. Na okładce zobaczymy kilka stworów, których dotyczą rozważania, a w środku także ich nie zabraknie. W interesujący sposób prezentują określone problemy, przez co czytelnik nie pomyli ich z niczym innym. Rysunki Marcina Rzyckiego umilają nam chwile spędzone z tym co wypisała w swojej książce pani trener.

Sięgając po „Potwór w Twojej głowie” sama nie wiedziałam na co się piszę. Po wyglądzie okładki spodziewać się można nie lada wyzwania, choć nie wszyscy są chyba świadomi tego co zastaną wewnątrz. Rzadko na polskim rynku spotyka się podobne antyporadniki, które ostatecznie także można rozpatrywać jako pozytywne wskazówki dla naszego życia. Autorka w pisze w przystępny sposób i w dodatku opiera się na szarej rzeczywistości. Do swojej publikacji wprowadza trochę fantazji, która zostaje urzeczywistniona rysunkami, przez co staje się ona o wiele przyjemniejsza. Genialna, bowiem w humorystyczny sposób trafia do naszej podświadomości i już w zalążku zmieniając nas na lepszych i o wiele szczęśliwszych!
irka.com.pl agniecha, 2012-03-08

Talent nie istnieje. Droga do praktycznego osiągania mistrzowskich umiejętności

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, skąd bierze się talent? Jeśli tak, ciekawe, do jakich wniosków doszliście… Jeśli nie, to już nie musicie – zrobił to za Was Artur Król w swojej najnowszej książce Talent nie istnieje.

Autor, psycholog, trener i coach, którego specjalnością jest trenowanie pewności siebie, w swojej najnowszej publikacji skupił swoją uwagę na ludzkich predyspozycjach, próbując odpowiedzieć na pytanie, czy coś takiego jak talent w ogóle istnieje. Wnioski, do jakich doszedł w swojej publikacji okazały się dość zaskakujące. Książka Talent nie istnieje obala mit mówiący o tym, że to „iskra boża” - czy też talent - odpowiedzialne są za nasze nadzwyczajne predyspozycje i mistrzowski poziom w niektórych dziedzinach, z jakim można spotkać się u wielu osób u progu kariery. Rzadko jednak dopuszczamy do siebie myśl, że za słowem „talent” swoją tak naprawdę ciężka praca, systematyczność i ćwiczenia wpływające na nasz rozwój. Artur Król uzmysławia czytelnikom, że w gruncie rzeczy każdy z nas ma realne szanse na osiągnięcie zamierzonego celu w wielu dziedzinach i na wielu płaszczyznach. Nie jest to łatwe, bowiem mit talentu jest silnie zakorzeniony w naszej kulturze, a na dodatek często przekonanie o własnym talencie poprawia naszą samoocenę. Psycholog obala obecny w naszej świadomości mit, podkreślając, że talent nie jest czymś, co bierze się tylko i wyłącznie z naszych wrodzonych zdolności. Talent jest wynikiem wytrwałej pracy, podjętych decyzji i wysiłku, jaki każdy z nas powinien podjąć w swoim życiu, jeśli chce zrealizować własny plan. Artur Król uświadamia nam, że widząc czyjeś dzieło, niejednokrotnie na usta cisną nam się słowa „Masz talent!". Prawda jest taka, że widzimy jedynie efekt końcowy – nie mamy okazji przyjrzeć się pracy, jaka została włożona w to, co ostatecznie jawi nam się jako coś wyjątkowego – a w gruncie rzeczy, stoi za tym coś więcej, niż tylko talent. I gdyby w tym momencie rozległ się głośny protest: „A co z osobami, które mają talent do rysowania, bądź obliczeń i nie są im potrzebne żadne ćwiczenia?”, Artur Król sprytnie odbiłby piłeczkę, stwierdzając, że osoby te to tzw. „genialni idioci”, którzy swoje zdolności zawdzięczają nieprawidłowemu funkcjonowaniu mózgu, który im na to pozwala. Dość kontrowersyjny, choć podparty badaniami pogląd, z którym czytelnikowi trudno dyskutować…

Artur Król poprzez książkę Talent nie istnieje próbuje zmienić nasze przekonania – jednym ze sposobów jest uzmysłowienie nam, że istnieje coś takiego jak „celowe ćwiczenie" i reguła 10 000 godzin treningu, które każdy, kto chciałby kiedykolwiek zostać ekspertem w jakiejś dziedzinie, powinien przebyć, bowiem to trening, a nie ukryte zdolności czynią nas mistrzami. Początkowo ciężko uwierzyć w to, co pisze autor – z każdym jego argumentem jednak wątpliwości czytelnika zostają rozwiane…

Psycholog niejednokrotnie powołuje się na autorytet naukowców takich jak Thomas Edison czy Kevin Anders Erricson, który badał mechanizmy ludzkiej pamięci i jej rozwój. Król jest zdania, że każdą umiejętność da się wyćwiczyć i rozwinąć - podobnie jak naszą pamięć – wystarczy tylko podjąć wyzwanie, które w końcu doprowadzi nas na szczyt.

Trzeba przyznać, że autor książki podjął się niezwykle trudnego zadania… Jego przemyślenia spotkały się z krytyką – jego słowa obalające mit talentu wywołały sporą dyskusję, zwłaszcza w środowisku trenerów. Lektura tej książki daje do myślenia, a jej autor analizuje pojęcie „talentu”, skupiając się na tym, skąd się wziął, dlaczego mamy o nim takie, a nie inne mniemanie, jak wpływa na nas i naszą drogę do osobistego rozwoju. Warto zaznaczyć, że książka ta skierowana jest właściwie do wszystkich – zarówno do osób, które same chcą popracować nad swoim rozwojem, a także do tych, które wskazują innym drogę i pomagają im osiągnąć sukces. Wielkim atutem tej pozycji są przydatne ćwiczenia, które można wykonać podczas lektury lub po jej skończeniu – w zależności od czasu, jakim aktualnie dysponujemy. Polecam z czystym sumieniem - publikacji, które wniosą do naszego życia coś cennego i na dodatek poszerzą nasze horyzonty, nigdy za wiele.
granice.pl Katarzyna Wójcik