ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Może (morze) wróci

Oto historia, która dzieje się na naszych oczach. Historia gospodarczej i ekologicznej zbrodni, jakiej dokonał człowiek. Zbrodni, która pozostawiła na jego dłoniach ślady krwi i soli. Oto historia Morza Aralskiego – niegdyś jednego z największych jezior na świecie, dziś w 90% zamienionego w słoną, pylistą pustynię. Wraz z wodą zabrano stąd życie, pozostawiając dystopijny, księżycowy krajobraz pełen dryfujących po piaskach wraków okrętów i bezkresnego horyzontu.

Bartek Sabela wyruszył do Uzbekistanu w poszukiwaniu Morza, którego już nie ma. Sukcesywnie od 50 lat wysuszano je, by zwiększyć powierzchnię upraw bawełny na pustynnych obszarach Azji Środkowej. Zabrano naturze jej odwieczny rytm, udowadniając, że władza człowieka nie zna granic.

Autor dokumentuje wszystko – opuszczone kurorty, posępne, socrealistyczne hotele, pustynne cmentarze. Tworzy mozaikę wypełnioną klęską i cierpieniem. Zbiera pocztówki – fotografie, których nie chcielibyście zobaczyć w swoich skrzynkach pocztowych. Popękana ziemia, jałowa i sucha, pozostawiona samej sobie na powolne umieranie. Płaski pejzaż niczym narysowany jedną linią – przeraża swą obcością, ale też ciekawi. Autor podąża wyschniętymi korytami rzeki Amu – darii do samego serca Karakałpakstanu – autonomicznej, uzbeckiej republiki, którą nazywa „Jądrem Ciemności”. I rzeczywiście – wszystko tu przywołuje apokaliptyczny krajobraz. Z jednej strony śmiercionośna, niosąca trujące związki chemiczne pustynia – z drugiej – przymusowa, coroczna praca mieszkańców Uzbekistanu przy zbiorach bawełny. Sabela nie pozostawia cienia wątpliwości – pokazuje apokalipsę, którą człowiek zgotował naturze, a także samemu sobie.
Brak tu wody, tak samo jak brak tu nadziei. Nawet tytuł przewrotnie igra z jej resztkami. Na opustoszałych terenach dawnego jeziora nie da się żyć. Wysychanie Aralu doprowadziło do trwałych zmian klimatycznych. Pustynne wiatry roznoszą toksyczne związki chemiczne wypłukane z plantacji bawełny. Niosą ze sobą choroby, pragnienie, głód i śmierć.

Ludzie pozostali.

To właśnie ich świadectwo autor zestawia z własnymi obserwacjami. Zagląda w ich przepełnione łzami oczy, wdziera się pod wypełnione solą paznokcie. Fotografuje ich, wysłuchuje historii, które zapisuje poniekąd na pamiątkę. Aby nie wyschnęły. Woda jest podstawowym dobrem i potrzebą każdego człowieka. Człowiek jest w stanie przeżyć bez wody zaledwie 3 dni. Niemal połowa rzek na świecie jest zatruta lub zagrożona wyschnięciem. Azja jest domem dla 60% ludności świata, a posiada tylko 1/3 zasobów wodnych.

Przeczytanie tej recenzji zajmuje średnio 150 sekund. W tym czasie z powodu braku wody lub jej niskiej jakości zmarło 7 dzieci.
Opętani Czytaniem Danny Moore

Wałkowanie Ameryki (twarda oprawa)

Hello America!

Jedni Amerykę kochają, drudzy jej nienawidzą. W umysłach tych pierwszych jest oazą liberalizmu, a dla tych drugich – korporacyjnym wyzyskiwaczem ubogich. Orędownicy Ameryki chwalą ją za wolność ponad wszystko, a przeciwnicy przypominają, że w lipcu zeszłego roku podczas premiery nowego „Batmana” do kina wpadł psychopata w masce Bane’a, zamordował 12 osób, a trzy razy tyle ranił. W rozmowie o kulturze jedni przywołają Hemingwaya, Steinbecka, Raya Charlesa i wielu innych artystów ze świata literatury, filmu czy muzyki, drudzy wskażą z pogardą na popkulturową papkę, hollywoodzkie gnioty, celebryckie hordy i nastoletnie śpiewające gwiazdki, na których koncerty przychodzą piszczące tysiące licealnych głuptaków. I tak w koło Macieju, że posłużę się naszym rodzimym powiedzeniem. Taka jest i taka już pozostanie Ameryka. Dlatego lepiej oddać głos komuś, kto przespał się w amerykańskiej pościeli, a samą Amerykę zna praktycznie od podszewki, zachowując przy tym całkiem spory fragment zwierciadła-pryzmatu polskiego spojrzenia. No dobrze, europejskiego spojrzenia, żeby siebie i rodaków nie usadzać na starcie gdzieś w oślej ławce. Takim człowiekiem jest Marek Wałkuski. Zatem do rzeczy.

„Wałkowanie Ameryki” to nie proza ani nawet pamiętnik, choć niektóre epizody noszą znamię wspomnień autora. To precyzyjna robota świetnego reportera, który w Stanach Zjednoczonych rozpoczął nowy rozdział życia, obejmując posadę korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie (wcześniej w latach 1990-2002 był filarem radiowej Trójki). Książka pełna suchych faktów, statystyk, ale i ciekawych opowieści i anegdot. Hołdująca co prawda amerykańskiemu stylowi życia i popierająca takiż sposób myślenia, ale na jej kartach znajdziemy również uwagi krytyczne, a także punkty sporne, w których autor w dość obiektywny sposób stara się ukazać różnice i „stany zapalne” w opozycji Europa (Polska) – Ameryka. W całej publikacji zabrakło niestety jakiejkolwiek oprawy graficznej – mam na myśli głównie zdjęcia, których całkiem brak.

Wałkuski w Ameryce mieszka z żoną, tutaj wychowuje się jego syn. „W Polsce Konrad nie lubił szkoły, bo była dla niego źródłem stresu i lęków. W H-B Woodlawn panowała przyjazna atmosfera, dzięki której uczniowie mogli odkrywać świat i realizować swoje pasje” – pisze na początku, ponieważ w przypadku syna istniała obawa o barierę językową (sprawa dla wielu Polaków drażliwa), ale „Amerykanie nauczyli go w rok mówić i pisać po angielsku”. Po dziesięciu latach amerykańska adaptacja „Wałka” dokonała się w pełni i, wnioskując ze słów samego autora, odbyło się to płynnie i naturalnie. Przeczytałem gdzieś, że wpłynęło to na jego obraz Ameryki, której autor „wybaczył wszystkie grzechy”. To prawda, że Wałkuski jest Stanami Zjednoczonymi zafascynowany, ale siła argumentów, które za tym przemawiają, jest przekonywująca.

Odrębne rozdziały poświęcone są zagadnieniom społecznym, kulturowym, politycznym i etnicznym, przy czym konstrukcja książki jest zmyślna. Rozdziały płynnie przechodzą jeden w drugi, a ich kolejność wydaje się być optymalnie ułożona. Po krótkim wstępie mamy więc kilka słów o amerykańskim luzie, gościnności, równości wobec prawa, indywidualizmie, poczuciu wyjątkowości i patriotyzmie – „pojęciach-wytrychach” w kontekście snucia opowieści o mentalności ludzi zza Wielkiej Wody. „Bycie Amerykaninem jest ideologicznym wyznaniem” – pisze Wałkuski. Odrzucenie doktryny zbudowanej na amerykańskim systemie wartości charakteryzuje wyłącznie nie-Amerykanina (un-American). To właśnie hołdowanie specyficznemu systemowi wartości, a nie przynależność grupowa, zbudowało tożsamość Stanów Zjednoczonych i sprawiło, że wielki kraj mógł otworzyć granice dla coraz to nowych grup imigrantów. Gdyby jednak „przewałkować” amerykańskie społeczeństwo pełną parą, wyłoni się z niego…

Average Joe

Przeciętny Amerykanin nazywa się James Smith. Smithów jest 2,4 miliona (wielu jest także Johnsonów, Williamsów i Brownów), wliczając w to panie, wśród których „po czterdziestce” najwięcej nosi imię Mary. Jednak w XXI wieku rodzice nadają swoim synom najczęściej imię Jacob (z kolei córki otrzymują ostatnio imiona bardziej „modne”: Lisa, Jessica, Ashley lub Jennifer). Nam Amerykanin kojarzy się nieodmiennie z Johnem, ale Johnem jest raptem jeden na 150 chłopców (trzecia dziesiątka w „tabeli imion”). Average Joe ma 37 lat (ustalone za pomocą mediany, czyli wartości środkowej, a nie średniej statystycznej, która jest zazwyczaj mniej obiektywna), a odchodzi z tego świata, przeżywszy lat 78.

Ma biały kolor skóry, ale już w 2042 r. „białasy” będą stanowić mniej niż połowę społeczeństwa, choć pozostaną jeszcze długo najliczniejszą grupą demograficzną. Przeciętny Joe przy wzroście 177,5 cm waży 88 kg, a Mary przy 163 cm – 74 kg. Oboje cierpią na lekką nadwagę, ponieważ ich wskaźnik BMI wynosi 28,4 (normalna waga wg WHO to wskazanie poniżej 25). Nie ma się jednak co dziwić, bo otyły (BMI +30) jest co trzeci mieszkaniec Ameryki, przy czym 12 milionów to ludzie otyli chorobliwie. Amerykańska otyłość jest jednak w Europie podniesiona do rangi mitu. Prawdą jest, że bardzo grubych Amerykanów jest o wiele więcej niż Europejczyków, ale przeciętny Joe nie jest grubasem. Statystykę zawyżają bowiem Latynosi, którzy mają specyficzną budowę ciała, a także Afroamerykanie (głównie Murzynki), wśród których grubasów jest o wiele więcej. Podobnie jak na prowincji, ponieważ w większych miastach ludzie bardziej dbają o formę, często uprawiając rekreacyjnie jakiś sport.

Average Joe w przeszłości był niebieskooki, dziś dominującym kolorem oczu jest brązowy. Słucha jednej z ponad 3000 stacji radiowych grających country i prawdopodobnie ma w domu album Gartha Brooksa – wokalisty, który sprzedał już… 128 milionów płyt, bijąc na głowę Led Zeppelin i Pink Floyd, a przegrywając w liczbie sprzedanych egzemplarzy jedynie z The Beatles i Elvisem Presleyem. Przeciętny Joe mieszka w dużym domu (średnia wielkość przeciętnego amerykańskiego domu jest największa na świecie) z garażem na 1-2 samochody i z ogródkiem, w którym trawnik kosi 40 razy do roku. Średnia wartość takiego domu waha się granicach 180 tys. dolarów. Typowy Amerykanin trzyma się blisko… wody. Przeszło połowa z nich mieszka w odległości nie większej niż 80 km od wybrzeża Pacyfiku i Atlantyku, w tym także Zatoki Meksykańskiej. 90% jeździ do pracy samochodem, a tylko co dwudziesty korzysta w tym celu z komunikacji miejskiej. 2/3 pracujących stanowią „białe kołnierzyki”, czyli urzędnicy za biurkiem, mniej niż ¼ to „kołnierzyki niebieskie” (pracownicy fizyczni). Average Joe z zawodu jest jednak sprzedawcą, który to zawód wykonuje 4,2 miliona ludzi (średni zarobek rzędu 2000 dolarów miesięcznie). Przeciętny dochód w pracy na etat to w przypadku mężczyzny 3600 dolarów/miesiąc, a w przypadku kobiety 2900 dolarów/miesiąc. Przeciętna rodzina żyje za 4200 dolarów/miesiąc, lecz jest również zadłużona na średnio 9000 dolarów z tytułu zaległości przy spłacaniu kart kredytowych. W wyniku kryzysu gospodarczego, a także wysokiego oprocentowania kart kredytowych (niemal zawsze ponad 20%), kwota ta dość szybko rośnie. Łączne zadłużenie Amerykanów wynosi 12 bilionów dolarów, co oznacza wartość 10 razy większą niż w przypadku przeciętnego Polaka.

Average Joe lubi się napić, ale głównie piwa, w którym gustuje 60% pijących. Po mocniejsze trunki sięga tylko jeden na pięciu Amerykanów. Aż 1/3 społeczeństwa stanowią jednak abstynenci. Joe i Mary rzadko wyjeżdżają na wakacje poza kontynent, co jest spowodowane korzystnymi warunkami i mnogością turystycznych atrakcji, które rozciągają się na terenie całych USA. Ich ulubioną rozrywką jest telewizja, a w przeciętnym domu na 2,5 człowieka przypada 2,7 telewizora. Odbiorniki są włączone przez 8 godzin na dobę, z czego przez 5 godzin są śledzone aktywnie. Average Joe jest chrześcijaninem (aż 90% Amerykanów deklaruje, że wierzy w jakiegoś Boga), ale tolerancyjnym wobec innych wyznań, wyłączając z tej grupy islam. Tolerancja panuje też w kwestiach różnic rasowych (86% – na przestrzeni ostatnich 50 lat dokonał się ogromny przełom) oraz w sprawie małżeństw homoseksualnych (w maju 2011 r. akceptowało je 53% społeczeństwa). Jeżeli zdołaliście doczytać do tego momentu, to z przykrością muszę poinformować Was, że Average Joe… niestety nie istnieje.

Problem Lincolna

Osobny rozdział poświęcony jest nierówności rasowej i walce z nią, która od czasów Abrahama Lincolna i słynnej 13. poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych toczyła się jeszcze przez przeszło sto lat po śmierci prezydenta. Prawne zdelegalizowanie segregacji rasowej nastąpiło dopiero w 1964 r., a i to nie od razu zmieniło podejście białej części społeczeństwa do Afroamerykanów, głównie w konserwatywnym Dixielandzie, czyli na amerykańskim południu, gdzie niewolnictwo i segregacja rasowa utrzymywały się najdłużej. Wałkuski przyznaje, że wizerunek czarnoskórych Amerykanów wciąż jest daleki od ideału, na co sami jednak po części „pracują”, uważając częstokroć, że za lata nierównego traktowania należą im się szczególne przywileje. Wciąż aktualne jest określenie „królowa pomocy społecznej”, za którym kryje się stereotypowa leniwa Murzynka, korzystająca z socjalnej pomocy państwa na różnych frontach. Prestiż Afroamerykanów podnosi się bardzo powoli, w czym mają pomagać liczne akcje afirmacyjne.
Powiadam pani sąsiadce, że Bóg jest jeden

W Ameryce to nieprawda. Wątek religii jest zresztą jednym z najbardziej interesujących w książce. W obrazie Wałkuskiego niczym w zwierciadle odbija się smutna polska rzeczywistość. Zaczyna on od tego, że Ameryka jest krajem bardzo wierzącym, w którym liczba wiernych „praktykujących” jest o wiele większa niż w Polsce. Ponad 90% Amerykanów deklaruje wiarę w Boga lub inną siłę wyższą, zaś ateista nie ma szans zostać prezydentem USA. Według badań Instytutu Gallupa dziewięciu na dziesięciu amerykańskich obywateli zagłosuje na Latynosa, Murzyna, Żyda, katolika, mężczyznę bądź kobietę, 2/3 z nich na mormona, a nawet wielokrotnego rozwodnika, a 55% bez żadnych oporów na homoseksualistę z przekonującym programem politycznym, ale zdecydowana większość nie oddałaby głosu na ateistę. „Washington Post” postawił teorię, że prędzej niż ateista prezydentem USA zostałby… satanista, ponieważ w Ameryce „trzeba w coś wierzyć”.

Co rzuca się od razu w oczy, to pluralizm wyznaniowy. Kościoły i grupy wyznaniowe muszą rywalizować ze sobą o nowych wyznawców, prowadzić z nimi aktywny dialog, przekonywać do swoich wartości. Powoduje to ciągły rozwój instytucji religijnych, nawet tych najbardziej konserwatywnych. W Polsce kościół katolicki ma zagwarantowane przodownictwo „odgórnie”, na bazie historii i tradycji, i może właśnie dlatego liczba zdeklarowanych wiernych ciągle spada, a prestiż samej instytucji kościoła mocno w ostatnich latach podupadł. Wałuski wskazuje na fakt, iż księży katolickich często nie rozlicza się za ich działalność, a pełniona przez nich funkcja staje się nie misją, a rutyną. W Ameryce jest odwrotnie, a na miejsce duchowego przywódcy, który „podpadnie” swoim wiernym, czeka stu innych, reprezentujących różne wyznania, choć najczęściej chrześcijaństwo lub jego liczne odłamy. Relacje między duchownymi a wiernymi są najczęściej swobodne.

Pomimo tego że kraj jest tak bardzo wierzący, konstytucja gwarantuje całkowity rozdział kościoła od państwa. Niedopuszczalna jest religia w szkołach, a wieszanie w urzędach, budynkach rządowych, szkołach czy innych terenach publicznych symboli religijnych – zakazane konstytucyjnie. Wyjątek stanowi „Przysięga wierności”, w której występuje odwołanie do Boga. Od lat stanowi ona spór pomiędzy sądami i konstytucjonalistami, a jej zwolennicy zaznaczają, iż słowa przysięgi mają charakter historyczny i ceremonialny. Państwo w żaden sposób nie dotuje kościołów, które utrzymują się wyłącznie z pieniędzy wiernych i wychodzą na tym bardzo dobrze. Z drugiej strony państwo w żaden sposób nie ingeruje w działalność kościołów, a amerykańskie rozumienie wolności dopuszcza pewne restrykcje bądź ograniczenia tylko i wyłącznie w przypadku, gdy idzie za tym ważny interes społeczny i zostaje on precyzyjnie określony.

Mamy więc Kościół Eutanazji, w którym podstawowym przykazaniem jest „Nie będziesz uczestniczył w prokreacji”, a jego czterema filarami są: samobójstwo, aborcja, sodomia i kanibalizm. Na drugiej flance stoi natomiast Kościół Wszystkich Światów, oparty na fikcyjnej religii z powieści fantastycznonaukowej Roberta Heinleina „Obcy w obcym kraju”, który zachęca do pozytywnej seksualności będącej wyrazem świętości. Kościoły te, w oczach przeciętnego człowieka zapewne absurdalne, skupiają wokół siebie garstkę „wyznawców”, którzy dopóki nie łamią prawa, mają prawo funkcjonować na takiej samej zasadzie jak każda inna grupa wyznaniowa. I zazwyczaj nikomu to nie przeszkadza, ponieważ to Ameryka, gdzie liczy się przede wszystkim szeroko pojęta…
Wolność obywatelska

Na straży szerokich praw obywatelskich stoi konstytucja, która znacznie ogranicza władzę instytucji państwa. Spośród kilku przykładów na potwierdzenie tej tezy, które przytacza Wałkuski, bodaj najbardziej obrazowy jest „casus znieważenia flagi”. Tego, ile dla Amerykanina znaczy flaga narodowa, nie trzeba nikomu wyjaśniać. Jeszcze w latach 60. przeciwnicy wojny wietnamskiej i imperialnej polityki USA, którzy wyrażali swój protest, paląc Stars and Stripes, byli masowo aresztowani i stawiani przed sądem. Później stopniowo zmniejszano rygor prawny, aż w 1989 r. Sąd Najwyższy anulował wszelkie przepisy zakazujące niszczenia flagi. „W tak patriotycznym kraju jak USA była to decyzja bardzo odważna – pisze Wałkuski. – Oznaczała bowiem, że w sporze pomiędzy patriotyzmem a wolnością zwyciężyła wolność”.

Doprowadziła do tego przełomowa decyzja podczas procesu młodego komunisty – skazanego za profanację flagi na rok więzienia i 2000 dolarów grzywny. Po walce stoczonej przez adwokatów Gregory’ego Lee Johnsona, Sąd Najwyższy orzekł, że państwo w celu ochrony ważnych dla siebie symboli nie może używać prawa karnego. „Uważamy, że amerykańska flaga zasługuje na wyjątkowy szacunek w naszym społeczeństwie. Jednak jej pozycja nie zostanie osłabiona, gdy pozwolimy ją niszczyć, albowiem flaga reprezentuje wolność, w tym również wolność wypowiedzi” – napisali sędziowie w uzasadnieniu.

Podobnie rzecz ma się z wolnością słowa. Nie ma mowy o wyrokach czy grzywnach dla ludzi obrażających głowę państwa, senatorów, pastorów czy inne osoby publiczne. Osoba piastująca publiczne stanowisko musi pogodzić się z tym, że może być poddawana krytyce, nawet w najmniej wyszukanych lub wręcz wulgarnych słowach. Członkowie Kościoła Baptystycznego Westboro, których główne motto brzmi „Bóg nienawidzi pedałów”, zasłynęli tym, że podczas pogrzebów amerykańskich żołnierzy organizowali pikiety. Na ich transparentach można było przeczytać hasła typu: „Dziękujemy Bogu za śmierć żołnierzy” albo „W tym miesiącu w Iraku i Afganistanie zginęło sześciu żołnierzy. Czekamy, aż zginie ich sześć tysięcy”. Zrobił się z tego niemały skandal, a w 2007 r. ława przysięgłych sądu federalnego nakazała zapłacić na rzecz ojca jednego z żołnierzy, który wytoczył kościołowi proces, 11 milionów dolarów odszkodowania. W razie utrzymania w mocy wyroku kościół by oczywiście zbankrutował. Po kilku odwołaniach i apelacjach sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Ten, mimo ogromnej presji ze strony polityków i opinii publicznej, uniewinnił kościół całkowicie stosunkiem głosów 8-1. Uzasadnienie brzmiało tym razem: „Słowo jest potężne. Może skłonić ludzi do działania, wywołać łzy, radość i smutek. Może też, tak jak w tym przypadku, spowodować ogromne cierpienie. Jednak nie jest właściwą reakcją na ból karanie osoby, która wygłasza swoje poglądy. Wolność słowa wymaga ochrony nie tylko poglądów, które nam się podobają ,ale również mowy nienawiści. Tylko w ten sposób zapewnimy swobodę debaty publicznej”.

Inna sprawa, że w amerykańskiej debacie publicznej do rzadkości należą niestosowne słowa i brudne zagrywki. Oczywiście opiera się na umiejętnym wodzeniu za nos politycznego oponenta i znakomitym zespole PR-owym, ale próżno w niej szukać słów znanych doskonale tym, którzy śledzą słowne wyczyny większości polskich polityków. A wiecie czemu? Bo wysokiego standardu rozmowy nie pilnuje sąd, ale sami dziennikarze oraz ich odbiorcy. Chcesz się obrzucać błotem – lądujesz u Jerry’ego Springera albo w brukowych mediach, a nie przy stole, gdzie się rozmawia o poważnych sprawach.

Te dwie sprawy pokazują, jak ważną dla Amerykanów jest kwestia wolności obywatelskiej. Tak zbudowany system prawny nie pozwala policjantom na znane u nas „rutynowe kontrole” policyjne, jeśli kierowca nie łamie przepisów prawa. Pozwala odbywać jazdy w ramach kursu na prawo jazdy u boku przyjaciela-kierowcy bądź kogoś z rodziny, by nie pakować bez potrzeby kasy w ośrodki nauki jazdy. Sprawia, że prawo do posiadania broni, tak krytykowane w Europie, jest dla Amerykanów wyrazem wolności. Tworzy sądy o modelu skargowym, a nie inkwizycyjnym, dzięki czemu skazanego sądzą inni obywatele, a nie sędzia będący przedstawicielem z ramienia państwa.
experymentt.wordpress.com 2013-03-18

Wałkowanie Ameryki

Hello America!

Jedni Amerykę kochają, drudzy jej nienawidzą. W umysłach tych pierwszych jest oazą liberalizmu, a dla tych drugich – korporacyjnym wyzyskiwaczem ubogich. Orędownicy Ameryki chwalą ją za wolność ponad wszystko, a przeciwnicy przypominają, że w lipcu zeszłego roku podczas premiery nowego „Batmana” do kina wpadł psychopata w masce Bane’a, zamordował 12 osób, a trzy razy tyle ranił. W rozmowie o kulturze jedni przywołają Hemingwaya, Steinbecka, Raya Charlesa i wielu innych artystów ze świata literatury, filmu czy muzyki, drudzy wskażą z pogardą na popkulturową papkę, hollywoodzkie gnioty, celebryckie hordy i nastoletnie śpiewające gwiazdki, na których koncerty przychodzą piszczące tysiące licealnych głuptaków. I tak w koło Macieju, że posłużę się naszym rodzimym powiedzeniem. Taka jest i taka już pozostanie Ameryka. Dlatego lepiej oddać głos komuś, kto przespał się w amerykańskiej pościeli, a samą Amerykę zna praktycznie od podszewki, zachowując przy tym całkiem spory fragment zwierciadła-pryzmatu polskiego spojrzenia. No dobrze, europejskiego spojrzenia, żeby siebie i rodaków nie usadzać na starcie gdzieś w oślej ławce. Takim człowiekiem jest Marek Wałkuski. Zatem do rzeczy.

„Wałkowanie Ameryki” to nie proza ani nawet pamiętnik, choć niektóre epizody noszą znamię wspomnień autora. To precyzyjna robota świetnego reportera, który w Stanach Zjednoczonych rozpoczął nowy rozdział życia, obejmując posadę korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie (wcześniej w latach 1990-2002 był filarem radiowej Trójki). Książka pełna suchych faktów, statystyk, ale i ciekawych opowieści i anegdot. Hołdująca co prawda amerykańskiemu stylowi życia i popierająca takiż sposób myślenia, ale na jej kartach znajdziemy również uwagi krytyczne, a także punkty sporne, w których autor w dość obiektywny sposób stara się ukazać różnice i „stany zapalne” w opozycji Europa (Polska) – Ameryka. W całej publikacji zabrakło niestety jakiejkolwiek oprawy graficznej – mam na myśli głównie zdjęcia, których całkiem brak.

Wałkuski w Ameryce mieszka z żoną, tutaj wychowuje się jego syn. „W Polsce Konrad nie lubił szkoły, bo była dla niego źródłem stresu i lęków. W H-B Woodlawn panowała przyjazna atmosfera, dzięki której uczniowie mogli odkrywać świat i realizować swoje pasje” – pisze na początku, ponieważ w przypadku syna istniała obawa o barierę językową (sprawa dla wielu Polaków drażliwa), ale „Amerykanie nauczyli go w rok mówić i pisać po angielsku”. Po dziesięciu latach amerykańska adaptacja „Wałka” dokonała się w pełni i, wnioskując ze słów samego autora, odbyło się to płynnie i naturalnie. Przeczytałem gdzieś, że wpłynęło to na jego obraz Ameryki, której autor „wybaczył wszystkie grzechy”. To prawda, że Wałkuski jest Stanami Zjednoczonymi zafascynowany, ale siła argumentów, które za tym przemawiają, jest przekonywująca.

Odrębne rozdziały poświęcone są zagadnieniom społecznym, kulturowym, politycznym i etnicznym, przy czym konstrukcja książki jest zmyślna. Rozdziały płynnie przechodzą jeden w drugi, a ich kolejność wydaje się być optymalnie ułożona. Po krótkim wstępie mamy więc kilka słów o amerykańskim luzie, gościnności, równości wobec prawa, indywidualizmie, poczuciu wyjątkowości i patriotyzmie – „pojęciach-wytrychach” w kontekście snucia opowieści o mentalności ludzi zza Wielkiej Wody. „Bycie Amerykaninem jest ideologicznym wyznaniem” – pisze Wałkuski. Odrzucenie doktryny zbudowanej na amerykańskim systemie wartości charakteryzuje wyłącznie nie-Amerykanina (un-American). To właśnie hołdowanie specyficznemu systemowi wartości, a nie przynależność grupowa, zbudowało tożsamość Stanów Zjednoczonych i sprawiło, że wielki kraj mógł otworzyć granice dla coraz to nowych grup imigrantów. Gdyby jednak „przewałkować” amerykańskie społeczeństwo pełną parą, wyłoni się z niego…

Average Joe

Przeciętny Amerykanin nazywa się James Smith. Smithów jest 2,4 miliona (wielu jest także Johnsonów, Williamsów i Brownów), wliczając w to panie, wśród których „po czterdziestce” najwięcej nosi imię Mary. Jednak w XXI wieku rodzice nadają swoim synom najczęściej imię Jacob (z kolei córki otrzymują ostatnio imiona bardziej „modne”: Lisa, Jessica, Ashley lub Jennifer). Nam Amerykanin kojarzy się nieodmiennie z Johnem, ale Johnem jest raptem jeden na 150 chłopców (trzecia dziesiątka w „tabeli imion”). Average Joe ma 37 lat (ustalone za pomocą mediany, czyli wartości środkowej, a nie średniej statystycznej, która jest zazwyczaj mniej obiektywna), a odchodzi z tego świata, przeżywszy lat 78.

Ma biały kolor skóry, ale już w 2042 r. „białasy” będą stanowić mniej niż połowę społeczeństwa, choć pozostaną jeszcze długo najliczniejszą grupą demograficzną. Przeciętny Joe przy wzroście 177,5 cm waży 88 kg, a Mary przy 163 cm – 74 kg. Oboje cierpią na lekką nadwagę, ponieważ ich wskaźnik BMI wynosi 28,4 (normalna waga wg WHO to wskazanie poniżej 25). Nie ma się jednak co dziwić, bo otyły (BMI +30) jest co trzeci mieszkaniec Ameryki, przy czym 12 milionów to ludzie otyli chorobliwie. Amerykańska otyłość jest jednak w Europie podniesiona do rangi mitu. Prawdą jest, że bardzo grubych Amerykanów jest o wiele więcej niż Europejczyków, ale przeciętny Joe nie jest grubasem. Statystykę zawyżają bowiem Latynosi, którzy mają specyficzną budowę ciała, a także Afroamerykanie (głównie Murzynki), wśród których grubasów jest o wiele więcej. Podobnie jak na prowincji, ponieważ w większych miastach ludzie bardziej dbają o formę, często uprawiając rekreacyjnie jakiś sport.

Average Joe w przeszłości był niebieskooki, dziś dominującym kolorem oczu jest brązowy. Słucha jednej z ponad 3000 stacji radiowych grających country i prawdopodobnie ma w domu album Gartha Brooksa – wokalisty, który sprzedał już… 128 milionów płyt, bijąc na głowę Led Zeppelin i Pink Floyd, a przegrywając w liczbie sprzedanych egzemplarzy jedynie z The Beatles i Elvisem Presleyem. Przeciętny Joe mieszka w dużym domu (średnia wielkość przeciętnego amerykańskiego domu jest największa na świecie) z garażem na 1-2 samochody i z ogródkiem, w którym trawnik kosi 40 razy do roku. Średnia wartość takiego domu waha się granicach 180 tys. dolarów. Typowy Amerykanin trzyma się blisko… wody. Przeszło połowa z nich mieszka w odległości nie większej niż 80 km od wybrzeża Pacyfiku i Atlantyku, w tym także Zatoki Meksykańskiej. 90% jeździ do pracy samochodem, a tylko co dwudziesty korzysta w tym celu z komunikacji miejskiej. 2/3 pracujących stanowią „białe kołnierzyki”, czyli urzędnicy za biurkiem, mniej niż ¼ to „kołnierzyki niebieskie” (pracownicy fizyczni). Average Joe z zawodu jest jednak sprzedawcą, który to zawód wykonuje 4,2 miliona ludzi (średni zarobek rzędu 2000 dolarów miesięcznie). Przeciętny dochód w pracy na etat to w przypadku mężczyzny 3600 dolarów/miesiąc, a w przypadku kobiety 2900 dolarów/miesiąc. Przeciętna rodzina żyje za 4200 dolarów/miesiąc, lecz jest również zadłużona na średnio 9000 dolarów z tytułu zaległości przy spłacaniu kart kredytowych. W wyniku kryzysu gospodarczego, a także wysokiego oprocentowania kart kredytowych (niemal zawsze ponad 20%), kwota ta dość szybko rośnie. Łączne zadłużenie Amerykanów wynosi 12 bilionów dolarów, co oznacza wartość 10 razy większą niż w przypadku przeciętnego Polaka.

Average Joe lubi się napić, ale głównie piwa, w którym gustuje 60% pijących. Po mocniejsze trunki sięga tylko jeden na pięciu Amerykanów. Aż 1/3 społeczeństwa stanowią jednak abstynenci. Joe i Mary rzadko wyjeżdżają na wakacje poza kontynent, co jest spowodowane korzystnymi warunkami i mnogością turystycznych atrakcji, które rozciągają się na terenie całych USA. Ich ulubioną rozrywką jest telewizja, a w przeciętnym domu na 2,5 człowieka przypada 2,7 telewizora. Odbiorniki są włączone przez 8 godzin na dobę, z czego przez 5 godzin są śledzone aktywnie. Average Joe jest chrześcijaninem (aż 90% Amerykanów deklaruje, że wierzy w jakiegoś Boga), ale tolerancyjnym wobec innych wyznań, wyłączając z tej grupy islam. Tolerancja panuje też w kwestiach różnic rasowych (86% – na przestrzeni ostatnich 50 lat dokonał się ogromny przełom) oraz w sprawie małżeństw homoseksualnych (w maju 2011 r. akceptowało je 53% społeczeństwa). Jeżeli zdołaliście doczytać do tego momentu, to z przykrością muszę poinformować Was, że Average Joe… niestety nie istnieje.

Problem Lincolna

Osobny rozdział poświęcony jest nierówności rasowej i walce z nią, która od czasów Abrahama Lincolna i słynnej 13. poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych toczyła się jeszcze przez przeszło sto lat po śmierci prezydenta. Prawne zdelegalizowanie segregacji rasowej nastąpiło dopiero w 1964 r., a i to nie od razu zmieniło podejście białej części społeczeństwa do Afroamerykanów, głównie w konserwatywnym Dixielandzie, czyli na amerykańskim południu, gdzie niewolnictwo i segregacja rasowa utrzymywały się najdłużej. Wałkuski przyznaje, że wizerunek czarnoskórych Amerykanów wciąż jest daleki od ideału, na co sami jednak po części „pracują”, uważając częstokroć, że za lata nierównego traktowania należą im się szczególne przywileje. Wciąż aktualne jest określenie „królowa pomocy społecznej”, za którym kryje się stereotypowa leniwa Murzynka, korzystająca z socjalnej pomocy państwa na różnych frontach. Prestiż Afroamerykanów podnosi się bardzo powoli, w czym mają pomagać liczne akcje afirmacyjne.
Powiadam pani sąsiadce, że Bóg jest jeden

W Ameryce to nieprawda. Wątek religii jest zresztą jednym z najbardziej interesujących w książce. W obrazie Wałkuskiego niczym w zwierciadle odbija się smutna polska rzeczywistość. Zaczyna on od tego, że Ameryka jest krajem bardzo wierzącym, w którym liczba wiernych „praktykujących” jest o wiele większa niż w Polsce. Ponad 90% Amerykanów deklaruje wiarę w Boga lub inną siłę wyższą, zaś ateista nie ma szans zostać prezydentem USA. Według badań Instytutu Gallupa dziewięciu na dziesięciu amerykańskich obywateli zagłosuje na Latynosa, Murzyna, Żyda, katolika, mężczyznę bądź kobietę, 2/3 z nich na mormona, a nawet wielokrotnego rozwodnika, a 55% bez żadnych oporów na homoseksualistę z przekonującym programem politycznym, ale zdecydowana większość nie oddałaby głosu na ateistę. „Washington Post” postawił teorię, że prędzej niż ateista prezydentem USA zostałby… satanista, ponieważ w Ameryce „trzeba w coś wierzyć”.

Co rzuca się od razu w oczy, to pluralizm wyznaniowy. Kościoły i grupy wyznaniowe muszą rywalizować ze sobą o nowych wyznawców, prowadzić z nimi aktywny dialog, przekonywać do swoich wartości. Powoduje to ciągły rozwój instytucji religijnych, nawet tych najbardziej konserwatywnych. W Polsce kościół katolicki ma zagwarantowane przodownictwo „odgórnie”, na bazie historii i tradycji, i może właśnie dlatego liczba zdeklarowanych wiernych ciągle spada, a prestiż samej instytucji kościoła mocno w ostatnich latach podupadł. Wałuski wskazuje na fakt, iż księży katolickich często nie rozlicza się za ich działalność, a pełniona przez nich funkcja staje się nie misją, a rutyną. W Ameryce jest odwrotnie, a na miejsce duchowego przywódcy, który „podpadnie” swoim wiernym, czeka stu innych, reprezentujących różne wyznania, choć najczęściej chrześcijaństwo lub jego liczne odłamy. Relacje między duchownymi a wiernymi są najczęściej swobodne.

Pomimo tego że kraj jest tak bardzo wierzący, konstytucja gwarantuje całkowity rozdział kościoła od państwa. Niedopuszczalna jest religia w szkołach, a wieszanie w urzędach, budynkach rządowych, szkołach czy innych terenach publicznych symboli religijnych – zakazane konstytucyjnie. Wyjątek stanowi „Przysięga wierności”, w której występuje odwołanie do Boga. Od lat stanowi ona spór pomiędzy sądami i konstytucjonalistami, a jej zwolennicy zaznaczają, iż słowa przysięgi mają charakter historyczny i ceremonialny. Państwo w żaden sposób nie dotuje kościołów, które utrzymują się wyłącznie z pieniędzy wiernych i wychodzą na tym bardzo dobrze. Z drugiej strony państwo w żaden sposób nie ingeruje w działalność kościołów, a amerykańskie rozumienie wolności dopuszcza pewne restrykcje bądź ograniczenia tylko i wyłącznie w przypadku, gdy idzie za tym ważny interes społeczny i zostaje on precyzyjnie określony.

Mamy więc Kościół Eutanazji, w którym podstawowym przykazaniem jest „Nie będziesz uczestniczył w prokreacji”, a jego czterema filarami są: samobójstwo, aborcja, sodomia i kanibalizm. Na drugiej flance stoi natomiast Kościół Wszystkich Światów, oparty na fikcyjnej religii z powieści fantastycznonaukowej Roberta Heinleina „Obcy w obcym kraju”, który zachęca do pozytywnej seksualności będącej wyrazem świętości. Kościoły te, w oczach przeciętnego człowieka zapewne absurdalne, skupiają wokół siebie garstkę „wyznawców”, którzy dopóki nie łamią prawa, mają prawo funkcjonować na takiej samej zasadzie jak każda inna grupa wyznaniowa. I zazwyczaj nikomu to nie przeszkadza, ponieważ to Ameryka, gdzie liczy się przede wszystkim szeroko pojęta…
Wolność obywatelska

Na straży szerokich praw obywatelskich stoi konstytucja, która znacznie ogranicza władzę instytucji państwa. Spośród kilku przykładów na potwierdzenie tej tezy, które przytacza Wałkuski, bodaj najbardziej obrazowy jest „casus znieważenia flagi”. Tego, ile dla Amerykanina znaczy flaga narodowa, nie trzeba nikomu wyjaśniać. Jeszcze w latach 60. przeciwnicy wojny wietnamskiej i imperialnej polityki USA, którzy wyrażali swój protest, paląc Stars and Stripes, byli masowo aresztowani i stawiani przed sądem. Później stopniowo zmniejszano rygor prawny, aż w 1989 r. Sąd Najwyższy anulował wszelkie przepisy zakazujące niszczenia flagi. „W tak patriotycznym kraju jak USA była to decyzja bardzo odważna – pisze Wałkuski. – Oznaczała bowiem, że w sporze pomiędzy patriotyzmem a wolnością zwyciężyła wolność”.

Doprowadziła do tego przełomowa decyzja podczas procesu młodego komunisty – skazanego za profanację flagi na rok więzienia i 2000 dolarów grzywny. Po walce stoczonej przez adwokatów Gregory’ego Lee Johnsona, Sąd Najwyższy orzekł, że państwo w celu ochrony ważnych dla siebie symboli nie może używać prawa karnego. „Uważamy, że amerykańska flaga zasługuje na wyjątkowy szacunek w naszym społeczeństwie. Jednak jej pozycja nie zostanie osłabiona, gdy pozwolimy ją niszczyć, albowiem flaga reprezentuje wolność, w tym również wolność wypowiedzi” – napisali sędziowie w uzasadnieniu.

Podobnie rzecz ma się z wolnością słowa. Nie ma mowy o wyrokach czy grzywnach dla ludzi obrażających głowę państwa, senatorów, pastorów czy inne osoby publiczne. Osoba piastująca publiczne stanowisko musi pogodzić się z tym, że może być poddawana krytyce, nawet w najmniej wyszukanych lub wręcz wulgarnych słowach. Członkowie Kościoła Baptystycznego Westboro, których główne motto brzmi „Bóg nienawidzi pedałów”, zasłynęli tym, że podczas pogrzebów amerykańskich żołnierzy organizowali pikiety. Na ich transparentach można było przeczytać hasła typu: „Dziękujemy Bogu za śmierć żołnierzy” albo „W tym miesiącu w Iraku i Afganistanie zginęło sześciu żołnierzy. Czekamy, aż zginie ich sześć tysięcy”. Zrobił się z tego niemały skandal, a w 2007 r. ława przysięgłych sądu federalnego nakazała zapłacić na rzecz ojca jednego z żołnierzy, który wytoczył kościołowi proces, 11 milionów dolarów odszkodowania. W razie utrzymania w mocy wyroku kościół by oczywiście zbankrutował. Po kilku odwołaniach i apelacjach sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Ten, mimo ogromnej presji ze strony polityków i opinii publicznej, uniewinnił kościół całkowicie stosunkiem głosów 8-1. Uzasadnienie brzmiało tym razem: „Słowo jest potężne. Może skłonić ludzi do działania, wywołać łzy, radość i smutek. Może też, tak jak w tym przypadku, spowodować ogromne cierpienie. Jednak nie jest właściwą reakcją na ból karanie osoby, która wygłasza swoje poglądy. Wolność słowa wymaga ochrony nie tylko poglądów, które nam się podobają ,ale również mowy nienawiści. Tylko w ten sposób zapewnimy swobodę debaty publicznej”.

Inna sprawa, że w amerykańskiej debacie publicznej do rzadkości należą niestosowne słowa i brudne zagrywki. Oczywiście opiera się na umiejętnym wodzeniu za nos politycznego oponenta i znakomitym zespole PR-owym, ale próżno w niej szukać słów znanych doskonale tym, którzy śledzą słowne wyczyny większości polskich polityków. A wiecie czemu? Bo wysokiego standardu rozmowy nie pilnuje sąd, ale sami dziennikarze oraz ich odbiorcy. Chcesz się obrzucać błotem – lądujesz u Jerry’ego Springera albo w brukowych mediach, a nie przy stole, gdzie się rozmawia o poważnych sprawach.

Te dwie sprawy pokazują, jak ważną dla Amerykanów jest kwestia wolności obywatelskiej. Tak zbudowany system prawny nie pozwala policjantom na znane u nas „rutynowe kontrole” policyjne, jeśli kierowca nie łamie przepisów prawa. Pozwala odbywać jazdy w ramach kursu na prawo jazdy u boku przyjaciela-kierowcy bądź kogoś z rodziny, by nie pakować bez potrzeby kasy w ośrodki nauki jazdy. Sprawia, że prawo do posiadania broni, tak krytykowane w Europie, jest dla Amerykanów wyrazem wolności. Tworzy sądy o modelu skargowym, a nie inkwizycyjnym, dzięki czemu skazanego sądzą inni obywatele, a nie sędzia będący przedstawicielem z ramienia państwa.
experymentt.wordpress.com 2013-03-18

Rozmowa kwalifikacyjna. O czym nie wiedza kandydaci do pracy, czyli sekrety rekrutujących. Wydanie II rozszerzone

Sprzedaj się jak najlepiej!

Chcesz zmienić pracę? Po raz kolejny wracasz z rozmowy kwalifikacyjnej, przekonany, że nie masz co liczyć na telefon z propozycją zatrudnienia? A może masz doskonałą pracę, ale wiesz doskonale, że w obecnej firmie osiągnąłeś już wszystko i warto się zorientować, jakie są możliwości dalszego rozwoju? Niezależnie od pobudek, jakimi się kierujesz, będziesz musiał zmierzyć się z rozmową kwalifikacyjną, a nawet z wieloma takimi rozmowami. Jak wyjść z nich zwycięsko? Jak zaprezentować się potencjalnemu pracodawcy z jak najlepszej strony i nie dać się przyłapać na niekompetencji?

Nieocenioną pomocą może okazać się poradnik autorstwa Angeliki Śniegockiej – dyrektor personalnej i coacha kariery, która przybliża zagadnienia związane z branżą HR i procesem rekrutacji. Książka Rozmowa kwalifikacyjna. O czym nie wiedzą kandydaci do pracy, czyli sekrety rekrutujących, opublikowana nakładem wydawnictwa Helion, to kompendium wiedzy o rozmowach kwalifikacyjnych i swego rodzaju niezbędnik dla osób, które planują starać się o pracę, starają się o nią, bądź też rozmowy (szczególnie te nieudane) mają już za sobą i tym samym zyskują możliwość zidentyfikowania popełnionych błędów oraz korekty swojego zachowania. To również przydatna pozycja dla zaczynających przygodę z rekrutacją pracowników, bowiem pytania w niej zawarte wraz z opisem celów mogą stanowić nieocenioną podpowiedź, jak rekrutować i o co pytać. Wszak rekruter też człowiek i – szczególnie na początku swojej kariery w branży HR – ma prawo odczuwać niepewność czy stres.

Książka doczekała się dzięki swojej popularności już drugiego, rozszerzonego wydania, w którym autorka nie tylko dzieli się swoimi doświadczeniami, ale również próbuje rozprawić się z mitem dotyczącym dobrego sprzedawania się na rozmowie oraz przybliżyć swoją koncepcję rekrutacji jako procesu sprzedaży. Pojawił się również rozdział traktujący o kulisach działań rekrutujących, który znacząco ułatwić może przygotowanie się do rozmowy rekrutacyjnej oraz niezwykle niewygodny i budzący wiele kontrowersji na rozmowie temat, a mianowicie negocjowanie wynagrodzenia.

Jeśli myślisz poważnie o swojej karierze, od sprzedaży nie uciekniesz – przekonuje autorka, tłumacząc, iż sprzedajemy właściwie cały czas – swoje pomysły, siebie na rozmowie czy swoją pracę. Sekret sukcesu tkwi w tym, by sprzedać się jak najlepiej. Mimo, że wielu osobom niemiłe jest postrzeganie siebie w kategoriach produktu, to jednak taka strategia przynosi najlepsze efekty. Wszak dobry produkt wart jest swojej ceny!

Autorka, jako praktyk, doskonale wie, jakie tajemnice kryją rekruterzy w zanadrzu. Zdradza je w rozdziale 7 ujawnionych sekretów rozmowy kwalifikacyjnej, zaś kolejny – 4 kluczowe pytania rekrutującego pozwala na zrozumienie psychologii rozmowy rekrutacyjnej i niejako na „wejście w buty” potencjalnego pracodawcy.

Śniegocka omawia również różne rodzaje wywiadów, poczynając od rozmowy telefonicznej, po wywiad sytuacyjny i kompetencyjny oraz przedstawia taktyki postępowania w przypadku każdego z nich. Zwraca również uwagę na to, jak ważne jest przygotowanie do rozmowy kwalifikacyjnej – analiza oferty pracy, analiza życiorysu, zebranie informacji o firmie oraz o rekrutującym, ćwiczenie rozmowy z bliską osobą oraz opanowanie technik pozwalających złagodzić stres podczas rozmowy.

Jednak to część druga książki powinna stać się prawdziwym elementarzem dla uczestniczącego w rozmowach kwalifikacyjnych kandydata. Autorka przedstawia bowiem dziewięćdziesiąt dziewięć pytań, których możemy podczas rozmowy się spodziewać wraz z obszernym komentarzem, dotyczącym celu danego pytania oraz wskazówek, jak odpowiedzieć w taki sposób, by stworzyć pozytywny wizerunek samego siebie w oczach rekrutującego.

Można by powiedzieć, że zdradzając sekrety rekrutujących i poprawne (oczekiwane) odpowiedzi na pytania, uderza autorka w swoje środowisko. Nic bardziej mylnego! Wszak właśnie dzięki dokładnej analizie ofert pracy, a także dzięki analizie własnych umiejętności, kompetencji, bardziej rozważnie aplikujemy na dane stanowisko, zaś kiedy jesteśmy już zaproszeni na rozmowę, wykazujemy entuzjazm i zaangażowanie. Dzięki lekturze poradnika Angeliki Śniegockiej rozmowa kwalifikacyjna co prawda nie zamieni się w miłą pogawędkę przy kawie, ale pomoże nam nie tylko zweryfikować swoje plany co do przyszłości w danej firmie, pokazać się z jak najlepszej strony, ale i zachować uśmiech na twarzy. Nie ma przecież nic gorszego, niż pesymistycznie nastawiony do świata i wszystko negujący pracownik.
granice.pl Justyna Gul

Nawyk samodyscypliny. Zaprogramuj wewnętrznego stróża

Nawyk odkładania działania sprawia, że ludzie tkwią w błędnym kole: zaczynają odczuwać silne emocje, presję, obawiają się porażki, bardziej się starają, dłużej pracują, tracą motywację i wtedy odkładają działanie na później. Błędne koło zaczyna się od presji silnych emocji i kończy się ucieczką w odkładanie działania. Kiedy człowiek tkwi w tym kole, nie ma wyjścia. Nie może nawet bez poczucia winy odczuwać radości ze spędzania wolnego czasu. Nagle każda chwila poświęcona na zabawę zaczyna być postrzegana jako unikanie tego, co należy zrobić. Odwlekanie działania staje się częścią tożsamości człowieka, oddziałując negatywnie na sposób myślenia i postrzegania pracy, wolnego czasu, siebie samego i swoich szans na odniesienie sukcesu. W wyjściu z tego błędnego koła pomóc może niniejszy poradnik i zawarte w nim ćwiczenia. Jak pisze we wstępie Neil Fiore, zawarty w książce „program Nawyk samodyscypliny to strategiczny system, wykraczający poza porady zawarte w poradnikach i przedstawiający plan oparty na dynamice odkładania zadań oraz motywacji. Ukazuje on, jak przejść na wyższy poziom działania, aby skutecznie przyśpieszyć pracę. Przedstawia, w jaki sposób planowanie rozrywki bez poczucia winy może doprowadzić do usunięcia przyczyn leżących u podstaw odkładania działania".
Charaktery PIO, 2013-04-01

Nawyk samodyscypliny. Zaprogramuj wewnętrznego stróża

Nawyk odkładania działania sprawia, że ludzie tkwią w błędnym kole: zaczynają odczuwać silne emocje, presję, obawiają się porażki, bardziej się starają, dłużej pracują, tracą motywację i wtedy odkładają działanie na później. Błędne koło zaczyna się od presji silnych emocji i kończy się ucieczką w odkładanie działania. Kiedy człowiek tkwi w tym kole, nie ma wyjścia. Nie może nawet bez poczucia winy odczuwać radości ze spędzania wolnego czasu. Nagle każda chwila poświęcona na zabawę zaczyna być postrzegana jako unikanie tego, co należy zrobić. Odwlekanie działania staje się częścią tożsamości człowieka, oddziałując negatywnie na sposób myślenia i postrzegania pracy, wolnego czasu, siebie samego i swoich szans na odniesienie sukcesu. W wyjściu z tego błędnego koła pomóc może niniejszy poradnik i zawarte w nim ćwiczenia. Jak pisze we wstępie Neil Fiore, zawarty w książce „program Nawyk samodyscypliny to strategiczny system, wykraczający poza porady zawarte w poradnikach i przedstawiający plan oparty na dynamice odkładania zadań oraz motywacji. Ukazuje on, jak przejść na wyższy poziom działania, aby skutecznie przyśpieszyć pracę. Przedstawia, w jaki sposób planowanie rozrywki bez poczucia winy może doprowadzić do usunięcia przyczyn leżących u podstaw odkładania działania".
Charaktery PIO, 2013-04-01

Nawyk wytrwałości. Jak go wykształcić metodą małych kroków

„Pamiętaj, cel, jaki sobie wyznaczysz, może być wielki. Ważne, abyś przed przystąpieniem do jego osiągania opisał go tak szczegółowo, jak tylko jest to możliwe. Jeżeli na przykład chcesz być właścicielem firmy, to musisz dokładnie opisać, jak Twoja firma ma wyglądać. Im bardziej szczegółowo opiszesz swój cel, tym większa szansa, że uda Ci się go zrealizować(...)”. Do lektury książki: „Nawyk wytrwałości. Jak go wykształcić metodą małych kroków” Anny Kuraszyńskiej zaprasza Natalia Nóżka [Marzec, 2013].

Dziś, niech każdy z nas odpowie sobie na pytanie: Czy jestem wytrwały, czy dążę do celu, który sobie założyłem? Czy jego realizacja sprawia mi trudności, przyprawia o zawrót głowy, sprawia, że nic poza nim nie jest ważne, lub na odwrót – wszystko jest ważne, tylko nie mój cel? Anna Karuszyńska uczy nas, jak można wykształcić nawyk wytrwałości metodą małych kroków. W dzisiejszym świecie, który nastawiony jest na kulturę natychmiastowości, na to, że wszystko chcemy mieć „:już”, „teraz”, że jesteśmy niecierpliwi, realizowanie celu taką właśnie metodą jest jak balsam dla duszy zmęczonego człowieka. Z niniejszej książki można dowiedzieć się m.in. jak zdobyć wymarzoną pracę, osiągnąć idealną sylwetkę, czy stworzyć szczęśliwy związek z drugim człowiekiem.

Główną myślą w tej książce jest postawienie sobie wielkiego celu, ale powolne dochodzenie do jego zrealizowania, krok po kroku, bez pośpiechu. Autorka podaje 10 cennych rad, „złotych zasad” jak w prosty sposób można wykształcić w sobie nawyk wytrwałości:

1. Gdy wyznaczasz swoje cele, kieruj się miłością do świata i innych.
2. Zapisuj cele i zadania w notesie lub kalendarzu.
3. Rozbijaj cele na drobne elementy i rozkładaj je w czasie.
4. Zaczynaj zawsze od łatwego zadania i powoli posuwaj się do przodu.
5. Wyznaczaj czas na wykonanie określonych zadań.
6. Koncentruj się tylko na jednym zadaniu.
7. Wystrzegaj się robienia wyjątków.
8. Stosuj techniki motywacyjne.
9. Gdy nie chce ci się czegoś zrobić, wstań i to zrób.
10. Naucz się dobrze żyć z odrzuceniem i problemami.

Książka jest także bogata w ogrom cytatów, mądrych, pouczających i zabawnych myśli wielu sławnych naszych czasów. Ta pozycja książkowa jest o tyle niezwykła, że inspiruje, bowiem w stu stronach tekstu mieści się mnóstwo motywujących, zachęcających do zmiany postępowania/życia/biernej postawy, pozytywnych i ciepłych myśli.
Polecam każdemu, kto potrzebuje silnej dawki motywacji, podpowiedzi, jak osiągnąć zamierzony cel, a nawet wsparcia przed podjęciem ważnego kroku w swoim życiu.
Magazyn Tu i Teraz Natalia Nóżka