Recenzje
Wałkowanie Ameryki
(...) Choć tytuł Wałkowanie Ameryki sugeruje czynność spłaszczania, to zawartość bliższa jest raczej mieleniu na drobne kawałeczki. Albo żmudnemu przeżuwaniu, kawałek po kawałku, amerykańskiej ziemi, ludzi i kultury.
Wałkuski Amerykę smakuje nieśpiesznie i raczej na zimno, brak tu ociekających emocjami westchnień nad cudownością i chwil uniesienia na wiszących mostach. Wałkuski Amerykę pokazuje z perspektywy życzliwego, acz neutralnego obserwatora – nie turysty, nie imigranta, nie amerykańskiego neofity, tylko dziennikarza.
Ten reportażowy sposób prowadzenia czytelnika przez Stany dobrze się sprawdza w roli przewodnika – a może nawet podręcznika? Banalne i na pozór oczywiste fakty (np. że Amerykanie kochają broń, albo że bogatych uważają za wybrańców Boga), dopiero po dokładnym ‚rozwałkowaniu’ odsłaniają ukryte warstwy i prawdziwy sens.
Autor z żelazną konsekwencją poddaje obróbce kolejne sfery Amerykańskiego Snu – religię, prawo, patriotyzm, muzykę country, gospodarkę, edukację i oczywiście polską emigrację – i objaśnia je szczegołowo i zaskakująco ciekawie. Przynajmniej jak dla mnie. Brak mu przy tym zacięcia do wartościowania tego, o czym pisze. Autor stara się zachować dziennikarską obiektywność, choć i tak czujemy, że w tle czai się lekki podziw dla tego kraju, który powstał ze zlepku tak wielu kultur, połączonych marzeniem o wolności.
Czytając Wałkowanie… czuję, że wgryzam się w USA głębiej niż typowy sympatyk i bardziej ją teraz rozumiem. Po rozwałkowaniu jesteśmy w stanie wreszcie ujrzeć amerykański „big picture”- wyrwane z kontekstu skrawki wiedzy nabierają wreszcie sensu. Okazuje się, że Tam wszystko jest logiczne, bo wynikają z czegoś: z konstytucji, z historii, z przekonań religijnych, albo z decyzji Sądu Najwyższego. I choć książka jest napisana dość oschle i bezosobowo, co zwolennikom angażujących emocjonalnie książek może przeszkadzać (dla nich pozycja piętro wyżej), to mi pasuje taki sposób pisania. Gdzie to Ameryka jest na pierwszym planie, a nie czyjś sen – choćby nawet spełniony.
Wałkuski Amerykę smakuje nieśpiesznie i raczej na zimno, brak tu ociekających emocjami westchnień nad cudownością i chwil uniesienia na wiszących mostach. Wałkuski Amerykę pokazuje z perspektywy życzliwego, acz neutralnego obserwatora – nie turysty, nie imigranta, nie amerykańskiego neofity, tylko dziennikarza.
Ten reportażowy sposób prowadzenia czytelnika przez Stany dobrze się sprawdza w roli przewodnika – a może nawet podręcznika? Banalne i na pozór oczywiste fakty (np. że Amerykanie kochają broń, albo że bogatych uważają za wybrańców Boga), dopiero po dokładnym ‚rozwałkowaniu’ odsłaniają ukryte warstwy i prawdziwy sens.
Autor z żelazną konsekwencją poddaje obróbce kolejne sfery Amerykańskiego Snu – religię, prawo, patriotyzm, muzykę country, gospodarkę, edukację i oczywiście polską emigrację – i objaśnia je szczegołowo i zaskakująco ciekawie. Przynajmniej jak dla mnie. Brak mu przy tym zacięcia do wartościowania tego, o czym pisze. Autor stara się zachować dziennikarską obiektywność, choć i tak czujemy, że w tle czai się lekki podziw dla tego kraju, który powstał ze zlepku tak wielu kultur, połączonych marzeniem o wolności.
Czytając Wałkowanie… czuję, że wgryzam się w USA głębiej niż typowy sympatyk i bardziej ją teraz rozumiem. Po rozwałkowaniu jesteśmy w stanie wreszcie ujrzeć amerykański „big picture”- wyrwane z kontekstu skrawki wiedzy nabierają wreszcie sensu. Okazuje się, że Tam wszystko jest logiczne, bo wynikają z czegoś: z konstytucji, z historii, z przekonań religijnych, albo z decyzji Sądu Najwyższego. I choć książka jest napisana dość oschle i bezosobowo, co zwolennikom angażujących emocjonalnie książek może przeszkadzać (dla nich pozycja piętro wyżej), to mi pasuje taki sposób pisania. Gdzie to Ameryka jest na pierwszym planie, a nie czyjś sen – choćby nawet spełniony.
gaata.pl 2013-06-04
Wałkowanie Ameryki (twarda oprawa)
(...) Choć tytuł Wałkowanie Ameryki sugeruje czynność spłaszczania, to zawartość bliższa jest raczej mieleniu na drobne kawałeczki. Albo żmudnemu przeżuwaniu, kawałek po kawałku, amerykańskiej ziemi, ludzi i kultury.
Wałkuski Amerykę smakuje nieśpiesznie i raczej na zimno, brak tu ociekających emocjami westchnień nad cudownością i chwil uniesienia na wiszących mostach. Wałkuski Amerykę pokazuje z perspektywy życzliwego, acz neutralnego obserwatora – nie turysty, nie imigranta, nie amerykańskiego neofity, tylko dziennikarza.
Ten reportażowy sposób prowadzenia czytelnika przez Stany dobrze się sprawdza w roli przewodnika – a może nawet podręcznika? Banalne i na pozór oczywiste fakty (np. że Amerykanie kochają broń, albo że bogatych uważają za wybrańców Boga), dopiero po dokładnym ‚rozwałkowaniu’ odsłaniają ukryte warstwy i prawdziwy sens.
Autor z żelazną konsekwencją poddaje obróbce kolejne sfery Amerykańskiego Snu – religię, prawo, patriotyzm, muzykę country, gospodarkę, edukację i oczywiście polską emigrację – i objaśnia je szczegołowo i zaskakująco ciekawie. Przynajmniej jak dla mnie. Brak mu przy tym zacięcia do wartościowania tego, o czym pisze. Autor stara się zachować dziennikarską obiektywność, choć i tak czujemy, że w tle czai się lekki podziw dla tego kraju, który powstał ze zlepku tak wielu kultur, połączonych marzeniem o wolności.
Czytając Wałkowanie… czuję, że wgryzam się w USA głębiej niż typowy sympatyk i bardziej ją teraz rozumiem. Po rozwałkowaniu jesteśmy w stanie wreszcie ujrzeć amerykański „big picture”- wyrwane z kontekstu skrawki wiedzy nabierają wreszcie sensu. Okazuje się, że Tam wszystko jest logiczne, bo wynikają z czegoś: z konstytucji, z historii, z przekonań religijnych, albo z decyzji Sądu Najwyższego. I choć książka jest napisana dość oschle i bezosobowo, co zwolennikom angażujących emocjonalnie książek może przeszkadzać (dla nich pozycja piętro wyżej), to mi pasuje taki sposób pisania. Gdzie to Ameryka jest na pierwszym planie, a nie czyjś sen – choćby nawet spełniony.
Wałkuski Amerykę smakuje nieśpiesznie i raczej na zimno, brak tu ociekających emocjami westchnień nad cudownością i chwil uniesienia na wiszących mostach. Wałkuski Amerykę pokazuje z perspektywy życzliwego, acz neutralnego obserwatora – nie turysty, nie imigranta, nie amerykańskiego neofity, tylko dziennikarza.
Ten reportażowy sposób prowadzenia czytelnika przez Stany dobrze się sprawdza w roli przewodnika – a może nawet podręcznika? Banalne i na pozór oczywiste fakty (np. że Amerykanie kochają broń, albo że bogatych uważają za wybrańców Boga), dopiero po dokładnym ‚rozwałkowaniu’ odsłaniają ukryte warstwy i prawdziwy sens.
Autor z żelazną konsekwencją poddaje obróbce kolejne sfery Amerykańskiego Snu – religię, prawo, patriotyzm, muzykę country, gospodarkę, edukację i oczywiście polską emigrację – i objaśnia je szczegołowo i zaskakująco ciekawie. Przynajmniej jak dla mnie. Brak mu przy tym zacięcia do wartościowania tego, o czym pisze. Autor stara się zachować dziennikarską obiektywność, choć i tak czujemy, że w tle czai się lekki podziw dla tego kraju, który powstał ze zlepku tak wielu kultur, połączonych marzeniem o wolności.
Czytając Wałkowanie… czuję, że wgryzam się w USA głębiej niż typowy sympatyk i bardziej ją teraz rozumiem. Po rozwałkowaniu jesteśmy w stanie wreszcie ujrzeć amerykański „big picture”- wyrwane z kontekstu skrawki wiedzy nabierają wreszcie sensu. Okazuje się, że Tam wszystko jest logiczne, bo wynikają z czegoś: z konstytucji, z historii, z przekonań religijnych, albo z decyzji Sądu Najwyższego. I choć książka jest napisana dość oschle i bezosobowo, co zwolennikom angażujących emocjonalnie książek może przeszkadzać (dla nich pozycja piętro wyżej), to mi pasuje taki sposób pisania. Gdzie to Ameryka jest na pierwszym planie, a nie czyjś sen – choćby nawet spełniony.
gaata.pl 2013-06-04
Coaching na Wyspach Szczęśliwych
Coaching (choć swoje korzenie wywodzi ze sportu) zawsze kojarzył mi się z pracą zawodową. Szczególnie ze środowiskiem warszawskich, nieco znudzonych menedżerów. Oto taki “operejting dajrektor” czuje, że nadszedł moment na kontakt z Mędrcem, kimś, kto go oświeci i sprowadzi z powrotem na właściwą zawodową ścieżkę, w tym celu zmuszając do uprawiania śpiewów chóralnych, wolontariatu w schronisku dla zwierząt lub pieczenia babeczek z przyjaciółmi. Ot – moda, jak spotkania integracyjne, wyjazdy firmowe połączone z survivalem, czy też oceny pracownicze 360 stopni. Taki był mniej więcej mój stosunek do coachingu – kolejny sposób na kreowanie potrzeby, by następnie móc sprzedać usługę… Nie przyszłoby mi do głowy, że celem coachingu może być dążenie do szczęścia. A to mocno zmienia postać rzeczy i moje postrzeganie tematu…
Trafiła w moje ręce książka Macieja Bennewicza pt. “Coaching na Wyspach Szczęśliwych” (dzięki Marta, że miałam okazję przeczytać ją, zanim trafi do księgarń – bycie pierwszą zobowiązuje ;) ). Jest to pozycja traktująca o drodze do szczęścia właśnie. Autor jest coachem, ale nie takim zwyczajnym. Nie działa jak typowy coach – wyznaczamy cel, szukamy dróg i zasobów, osiągamy cel, do widzenia, następny proszę. W swej praktyce zawodowej korzysta z mądrości ludzi, którzy w czasie tysiącleci zamieszkiwali różne zakątki naszego globu, i tych, którzy zamieszkują go dziś. Czerpie z religii (o których ma podobne zdanie, jak ja…), tradycji i kultury różnych narodów i napotkanych w drodze osób. Pomaga ludziom odnaleźć ich własną ścieżkę, jednak nie po to, by byli skuteczni, bogaci, zwycięscy etc. Pomaga im osiągnąć stan szczęścia i myśleć oraz działać w sposób, który im to szczęście zapewni na trwale. Bo szczęście jest sposobem myślenia, podejściem do życia, świata i zdarzeń, które nas spotykają. To, co dzieje się dookoła nas nie jest ani dobre, ani złe – to nasze myśli nadają zdarzeniom pozytywny bądź negatywny kontekst. Bennewicz świetnie pokazuje, że to my sami jesteśmy swoim największym wrogiem – kiedy “gdybamy” zamiast działać, oceniamy innych, zamiast pozwolić im być sobą, pożądamy bez opamiętania, kłamiemy. Tak, pierwsza część książki jest na “nie” – pokazuje nam nasze wady i negatywne skutki, jakie ich pielęgnowanie ma dla osobistego szczęścia.
Druga część “Coachingu na Wyspach Szczęśliwych” to już sam, płynący ze stron książki optymizm. Autor (wraz z przyjaciółmi coachami) wskazuje “co szczęściu pomaga”. W jego radach, ale także opowieściach z dalekich i bliskich krain, które towarzyszą nam od początku do końca lektury, widać wielki wpływ mądrości Wschodu. Mnie przede wszystkim uderzył przemożny wpływ buddyzmu – w założeniu najbardziej pokojowej i przyjaznej ludziom religii (a może po prostu filozofii życiowej?). Możliwe, że zgadzam się z autorem po prostu dlatego, że odpowiada mi obraz świata, jaki przedstawia w swojej książce. A może, tak jak Bennewiczowi, buddyzm i taoizm są mi bliskie. Możliwe także, że jednoczą mnie z nim poglądy na niewyczerpywalny temat religii i religijności. Jakiekolwiek są przyczyny tego, że czytałam tę książkę z zapartym tchem, jedno wiem na pewno – warto mieć ją w swojej biblioteczce i wracać do niej w momentach, gdy jesteśmy “na skrzyżowaniu dróg” i nie wiemy, w którą stronę ruszyć dalej. Będzie także świetnym prezentem dla przyjaciela, który podejrzanie dużo narzeka, nie godzi się na otaczającą go rzeczywistość i generalnie jest na “nie”. “Coaching na Wyspach Szczęśliwych” powinien pomóc. Nawet, jeśli od razu nie będziecie na “tak”, coś w was zostanie i zmusi do refleksji. Nad sobą, światem i… po prostu szczęściem.
Szczerze i z radością polecam
Trafiła w moje ręce książka Macieja Bennewicza pt. “Coaching na Wyspach Szczęśliwych” (dzięki Marta, że miałam okazję przeczytać ją, zanim trafi do księgarń – bycie pierwszą zobowiązuje ;) ). Jest to pozycja traktująca o drodze do szczęścia właśnie. Autor jest coachem, ale nie takim zwyczajnym. Nie działa jak typowy coach – wyznaczamy cel, szukamy dróg i zasobów, osiągamy cel, do widzenia, następny proszę. W swej praktyce zawodowej korzysta z mądrości ludzi, którzy w czasie tysiącleci zamieszkiwali różne zakątki naszego globu, i tych, którzy zamieszkują go dziś. Czerpie z religii (o których ma podobne zdanie, jak ja…), tradycji i kultury różnych narodów i napotkanych w drodze osób. Pomaga ludziom odnaleźć ich własną ścieżkę, jednak nie po to, by byli skuteczni, bogaci, zwycięscy etc. Pomaga im osiągnąć stan szczęścia i myśleć oraz działać w sposób, który im to szczęście zapewni na trwale. Bo szczęście jest sposobem myślenia, podejściem do życia, świata i zdarzeń, które nas spotykają. To, co dzieje się dookoła nas nie jest ani dobre, ani złe – to nasze myśli nadają zdarzeniom pozytywny bądź negatywny kontekst. Bennewicz świetnie pokazuje, że to my sami jesteśmy swoim największym wrogiem – kiedy “gdybamy” zamiast działać, oceniamy innych, zamiast pozwolić im być sobą, pożądamy bez opamiętania, kłamiemy. Tak, pierwsza część książki jest na “nie” – pokazuje nam nasze wady i negatywne skutki, jakie ich pielęgnowanie ma dla osobistego szczęścia.
Druga część “Coachingu na Wyspach Szczęśliwych” to już sam, płynący ze stron książki optymizm. Autor (wraz z przyjaciółmi coachami) wskazuje “co szczęściu pomaga”. W jego radach, ale także opowieściach z dalekich i bliskich krain, które towarzyszą nam od początku do końca lektury, widać wielki wpływ mądrości Wschodu. Mnie przede wszystkim uderzył przemożny wpływ buddyzmu – w założeniu najbardziej pokojowej i przyjaznej ludziom religii (a może po prostu filozofii życiowej?). Możliwe, że zgadzam się z autorem po prostu dlatego, że odpowiada mi obraz świata, jaki przedstawia w swojej książce. A może, tak jak Bennewiczowi, buddyzm i taoizm są mi bliskie. Możliwe także, że jednoczą mnie z nim poglądy na niewyczerpywalny temat religii i religijności. Jakiekolwiek są przyczyny tego, że czytałam tę książkę z zapartym tchem, jedno wiem na pewno – warto mieć ją w swojej biblioteczce i wracać do niej w momentach, gdy jesteśmy “na skrzyżowaniu dróg” i nie wiemy, w którą stronę ruszyć dalej. Będzie także świetnym prezentem dla przyjaciela, który podejrzanie dużo narzeka, nie godzi się na otaczającą go rzeczywistość i generalnie jest na “nie”. “Coaching na Wyspach Szczęśliwych” powinien pomóc. Nawet, jeśli od razu nie będziecie na “tak”, coś w was zostanie i zmusi do refleksji. Nad sobą, światem i… po prostu szczęściem.
Szczerze i z radością polecam
grafomanya.wordpress.com Złoto-Usta, 2013-06-03
Metoda Joyness. Jak zapomnieć o smutku i cieszyć się życiem
Książka autorstwa pięciu znakomitych autorek pomoże Ci przypomnieć sobie, jak ważne jest zauważanie pozytywnych stron życia... nawet jeśli są one bardzo subtelne. Dzięki zastosowaniu wypracowanej przez nie metody Joyness, nauczysz się dążyć do szczęścia, doceniać drobne przyjemności, odkrywać wartość związków z innymi ludźmi, cieszyć się z pracy i fantastycznie spędzać wolny czas.
21. wiek 2013-07-01
Obudź swoją kreatywność. Jak aktywować twórczy potencjał umysłu
Chcesz być bardziej kreatywny Pragniesz tworzyć, ale nie wierzysz w swoje możliwości Czujesz się wypalony i marzysz o pracy, która przyniesie Ci satysfakcję A może jesteś człowiekiem renesansu, który ma wiele pasji i nie wie, jak je połączyć Z pomocą tej książki odbędziesz podróż w głąb siebie, której celem jest aktywacja Twojego potężnego twórczego potencjału.
21. wiek 2013-07-01
Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności
Jeśli ciągle jeszcze czekasz na przypływ weny albo boską iluminację, najwyższy czas, by z tym skończyć! Szkoda na to czasu. Kiedy Ty wypatrujesz olśnienia, inni tworzą już pełną parą. Naucz się błyskotliwie kraść, zapożyczać, czerpać inspirację, zamieniać domowe hobby w wielkie projekty. Patrz, jak robią to inni, i zrób to po swojemu! Poznaj 10 przykazań nowej kreatywności i wyzwól swój potencjał twórczy.
21. wiek 2013-07-01