ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Czytaj dwa razy szybciej!

Gdybyście obudzili mnie w środku nocy i jeszcze zaspaną zapytali "Czego żałujesz? Czego się boisz? Co byś chciała?", to wierzcie mi , wszystkie trzy odpowiedzi miałyby bezpośrednie powiązania z książkami.

Żałuję, że czytam zdecydowanie za mało. Chciałabym czytać szybciej, więcej, bardziej rozumniej. Boję się tego, że przez czas, który ucieka nieubłaganie, nie poznam tylu wspaniałych wytworów ludzkiej wyobraźni.

Żeby choć odrobinę mieć poczucie, że coś robię w kierunku polepszenia mojej jakości czytania sięgnęłam po poradnik, autorstwa Marcina Matuszewskiego
Zaczęłam od zrobienia sobie testu, do którego zachęca autor. Okazało się, że w ciągu minuty jestem w stanie przeczytać 257 słów. Jak wypadłam statystycznie, nie jestem w stanie określić
Ale chciałabym więcej. Wiele więcej.

Pozycja ta jest mało obszarowa. Liczy zaledwie 144 stron. Na ich większości są różnorodne ćwiczenia, wzrokowe, poszerzania perspektywy widzenia.
Wierzcie musiałam nieźle się skupić. Ale nie dlatego, że ćwiczenia są jakieś trudne, zawiłe i niezrozumiałe.
Ja jestem po prostu ślepą okularnicą (okulary wprawdzie ,mnie parzą, ale ślepota to fakt potwierdzony).

Jak już się zagłębiłam w ćwiczenia, to nawet się nie obejrzałam, a musiałam z żalem stwierdzić, że dotarłam do końcowego tekstu , który ma sprawdzić czy nasza szybkość czytania wzrosła, a może nic się nie zmieniło. U mnie faktycznie zauważone postępy, ale mam zamiar regularnie ćwiczyć, a może efekt mnie powali na kolana.

Jest to książeczka dla wszystkich moli książkowych, głodnych coraz to nowych pozycji , podobnie jak ja.
figlarneczytanie.blogspot.com Książkowe zauroczenie, 2013-07-09

Cypherpunks. Wolność i przyszłość internetu

"Cypherpunks. Wolność i przyszłość internetu" Juliana Assange ukazało się w Polsce nakładem wydawnictwa Helion, co samo w sobie jest niezłą rekomendacją dla pewnej grupy czytelników.

Assange jest postacią mocno kontrowersyjną. Przez amerykańskie władze traktowany jest trochę jak cyfrowe wcielenie Bin Ladena. Jego szczęście polega na tym, że o ile Waszyngton nie waha się przed zdejmowaniem terrorystów za pomocą dronów z rakietami, tak ludzi ujawniających tajne materiały wciąż traktuje bardziej jak nawiedzonych wariatów. Dzięki temu najgorsze co Assange'a do tej pory spotkało, to wymuszony areszt domowy i gwarancja, że jeśli kiedyś trafi pod amerykańską jurysdykcję prawną, prawdopodobnie czeka go masa nieprzyjemności. Nikt mu jednak głowy nie ukręci. Nie kwalifikuje się też raczej do Guantanamo.

Jak się zapewne domyślacie, literacki debiut Assange'a również poprawnością polityczną nie grzeszy. Choć w tym wypadku wypada raczej napisać "poprawność internetowa". Sama książka jest stenogramem z pogaduszek prowadzonych przez niego i trójkę wpływowych internetowych aktywistów w zaciszu ambasady Ekwadoru w Londynie. Założyciel Wikileaks trafił do niej w czerwcu 2012 roku, uciekając z aresztu domowego nałożonego nań przez brytyjskie władze. Otrzymał azyl polityczny, ale od tamtej pory nie może nigdzie się ruszyć. Tuż za progiem czekają bowiem uprzejmi brytyjscy policjanci, gotowi w każdej chwili ponownie zakuć go w kajdanki.

Niektórzy powiedzieliby, że Julian Assange jest współczesnym więźniem stanu. Ja wolę takich wyroków nie ferować. Warto bowiem pamiętać o tym, że wciąż grozi mu ekstradycja do Szwecji, a tamtejszy wymiar sprawiedliwości nie ściga go za internetowe grzechy. Assange przed sądem stanąć ma w sprawie o gwałt, a nie o wyciek tajnych materiałów.

Wracając jednak do naszego wątku. W "Cypherpunks. Wolność i przyszłość internetu" mało jest narracji. Roi się za to od luźnych dyskusji okraszonych bogatymi przypisami. W pewnym sensie taka forma ratuję literacką wartość dzieła, ponieważ sam Assange zdecydowanie nie jest Stephenem Kingiem. Wprowadzenie jest nieco nadęte i niezrozumiałe, ale im głębiej człowiek się wczyta w treść, tym lepiej rozumie te nieliczne fragmenty wymuszonej narracji. Na wstępie Assange wypada nieco jak hakerski ideolog, ziejący nudą i trzepiący z rękawa dziwnymi frazami w stylu "dystopii inwigilacyjnej". Gdy zaczynają się luźne pogaduchy, wszystko zaczyna być o niebo bardziej zrozumiałe. Niestety nie dla każdego.

O czym pisze założyciel Wikileaks?

Co zrozumiałe, pisze o dziele swojego życia - serwisie Wikileaks. Wyjaśnia mechanizmy ataków na portal, represji i cenzury. Pisze również o tym, jak jego zdaniem internet zmierza w kierunku stopniowej degrengolady. Tłem dla książki jest smutna wizja, w której sieć powoli staje się narzędziem kontroli w ręku setek, a może i tysięcy prywatnych oraz państwowych Wielkich Braci.

Poza losem Wikileaks, bardzo istotną kwestią poruszaną w dyskusjach prowadzonych przez Assange'a i zaproszonych przez niego aktywistów, są metody inwigilacji służące do prześwietlania internetu przez rządy i wielkie korporacje. Warto na to zwrócić uwagę, ponieważ po ostatniej zadymie wokół PRISM chyba nikt już nie ma wątpliwości, że jego komputer w każdej chwili może znaleźć się na podsłuchu.

Stąd chyba warto do serca sobie wziąć pewne rady starego hakera, który podczas rozmów z kolegami hakerami (dwaj jego goście są członkami słynnego Chaos Computer Club) omawia możliwe drogi obejścia "systemu" globalnego nadzoru, w który sam z pełnym przekonaniem wierzy. Oczywiście z książki nie dowiecie się jak rozpłynąć się w internecie, ale idąc tropem pewnych sugestii i drążąc temat dalej, macie spore szanse oderwać się od radosnej grupy lemingów zostawiających w sieci wyraźny ślad.

"Cypherpunks. Wolność i przyszłość internetu" nie jest podręcznikiem, nie jest poradnikiem i nie jest manifestem. Książka demaskuje pewne niewygodne fakty na temat globalnej sieci. Assange bez litości wskazuje winnych zjawiska coraz powszechniejszej inwigilacji, rozdając ciosy na prawo i lewo. Możecie w niej przeczytać o hipokryzji Google, ale też o tym jak amerykańskie służby szykanują niewygodnych dla siebie ludzi. W książce jest nawet słówko o Polsce, a dyskutujący ze sobą aktywiści wspominają o naszym kraju w zadziwiająco pozytywnym kontekście.

Czy da się to przełknąć?

Lektura generalnie jest dość przyjemna, bo otwiera oczy na pewne bardzo poważne problemy współczesnej cyfrowej cywilizacji. Niestety, momentami obciążona jest genetycznym błędem książki fachowej.

Bez ogromnej ilości przypisów na końcu każdego rozdziału, rozmowy Assange z jego przyjaciółmi stają się dość często niezrozumiałe. Mamy bowiem dyskusję geeków, a ci, jak to mają w zwyczaju jajogłowi, popadają w tendencję do nadużywania skrótów myślowych. W takim momencie należy przerwać lekturę i doszukiwać się łopatologicznych wyjaśnień. Dodam od siebie, że chyba jedna trzecia objętości książki to właśnie takie tłumaczenia "z hakerskiego na ludzki".

Jeśli jednak starczy wam sił aby połknąć to, co znajdziecie w środku, dużo prościej będzie wam zrozumieć takie zjawiska jak PRISM. Assange serwuje nam słynną czerwoną pigułkę z "Matrixa", choć niestety nie dzieje się to bez mądrzenia się i okazjonalnego wciskania czegoś, co uprzejmie nazywam politycznym kitem. Chodzi o to, że książka napisana jest z perspektywy człowieka zamkniętego w klatce. Ścigany przez demokratyczne władze Assange chyba przestał wierzyć w demokrację i z góry zakłada, że wszyscy wokół niego to źli faceci.

Moim zdaniem, mimo pewnych wad, jest to jedna z tych książek, których nie da się przeczytać i zapomnieć. Lepiej znaleźć sobie na nią czas i uniknąć załatwienia sprawy wieczorem przy jednym czy dwóch piwach. Do "Cypherpunks. Wolność i przyszłość internetu" trzeba podejść jak do konfiguracji peceta po reinstalacji Windows. Instalujemy to i owo w swoim mózgu, a następnie robimy sobie restart.

Generalnie cała książka, to trochę taki restart mózgu...
Komputer Świat Michał Chrobot, 2013-07-27

Cypherpunks. Wolność i przyszłość internetu

Książka jest zapisem dyskusji Assange’a z również wywodzącymi się ze środowiska hackerów członkami pozarządowych organizacji zajmujących się ochroną prywatności w internecie - założycielem Noisebridge - Jacobem Appelbaumem, członkiem Chaos Computer Club - Andym Mullerem-Maguhnem i współzałożycielem La Quadratue du Net - Jereme’ym Zimmermannem.

Dyskusja toczy się wokół problemów bezpieczeństwa i cenzury w internecie wobec "narastającej inwigilacji jego użytkowników".

Jullian Assange w przedmowie-manifeście nazywa internet "platonicznym królestwem" i kreśli wizję zagrożenia. Internet jest jego zdaniem obiektem ataku ze strony sił dążących do stworzenia systemu "globalnej inwigilacji", utożsamianych z elitami militarno-politycznymi zmierzającymi do zdobycia całkowitej, niedemokratycznej kontroli nad światem.

"Co robić?" - zadaje pytanie Assange i daje odpowiedź: "łatwiej jest zakodować informację niż ją zdekodować", a więc powinniśmy "ufortyfikować naszą przestrzeń za pomocą kryptograficznej mgły i stworzyć nowe lądy, odgrodzone od tych, którzy kontrolują rzeczywistość fizyczną".

Dzięki tej ochronie - wg Assange'a - nikt nie jest w stanie pozbawić jednostki posiadania własnych, prywatnych sekretów.

"Neototalitarne państwa nie będą mogły rozwijać swoich praktyk ze względu na swobodny przepływ informacji, możliwość odbywania prywatnych rozmów między ludźmi" - prorokuje Assange i na potwierdzenie tej tezy daje przykłady z niedawnych przewrotów w krajach arabskich.

Założyciel WikiLeaks mówi też jednak o możliwości zrealizowania się negatywnego scenariusza, który nazywa "sieciowym neofeudalizmem transnarodowej elity", opisanego jako rządy niedemokratyczne bazujące na "skomplikowanych wielopartyjnych interakcjach wynikających z tego, że elity różnych krajów pomogą sobie wejść na szczyt, oderwać się od swoich baz populacyjnych i połączyć ze sobą".

Celem (dla nieokreślonych bliżej przez Assange’a obrońców wolności) jest powstrzymanie rozwoju tej dystopii bądź zachowanie wolności mimo jej zaistnienia, a gdy to okaże się niemożliwe - "przyspieszenie jej autodestrukcji".

"Gdyby wszystkie zebrane informacje o świecie były publiczne, mogłoby to (...) pozwolić nam, cywilizacji globalnej, na samodzielne kształtowanie swojego losu" - stwierdza Assange, tłumacząc pośrednio opublikowanie przez Wikileaks w 2010 r. 250 tys. depesz dyplomatycznych z amerykańskich ambasad na całym świecie.

Ale do tego nie dojdzie, prorokuje Assange, konstatując, że wolność w nowym świecie - "intensywniejszej komunikacji" i "intensywniejszej inwigilacji" - zagwarantować może tylko wysoka specjalizacja techniczna - bycie hackerem.
Interia.pl Mateusz Lubiński, 2013-07-26

Mąż, którego nie znałam

Romans historyczny to dość szeroka dziedzina literatury. Sylwia June Day chciała spróbować swoich sił w zupełnie innym stylu i tematyce.

Wynikiem tego jest jej ostatnia powieść „Mąż, którego nie znałam”.

Dawny Londyn. To właśnie w tym klimatycznym mieście rozgrywa się akcja książki. Isabel to wdowa. Jej wcześniejszy mąż zdradzał ją i traktował niczym powietrze, więc jest nieufna wobec mężczyzn. Po jego śmierci postanowiła, że nie będzie się już więcej wiązać z żadnym mężczyzną. Seks i uciechy cielesne - tak. Miłość i ślub - nie. Ale pewnego dnia Gerard, znajomy jej aktualnego kochana poprosił ją o rękę. Miało być to małżeństwo z rozsądku. Obie strony będą zadowolone, gdyż młodzieniec w ten sposób uniknie zalotów innych kobiet, a ona spokojnie będzie mogła oddawać się przyjemnościom bez dalszych małżeńskich propozycji ze strony przystojnych facetów. Poza tym wiele ich łączy. Mają niemały apetyt seksualny, podupadającą reputację i postanowienie, że miłość i zakochanie to nie dla nich. Ale wszystko się zmienia po kilkuletniej rozłące. Oboje nie są już tymi samymi osobami. Czy teraz ich uczucia i plany wobec siebie będą inne?

Przyznaję, że książkę „Mąż, którego nie znałam” pochłonęłam z niemałą lekkością i cóż... z wypiekami na twarzy. To romans łączący elementy historyczne, psychologiczne, erotyczne. Każdy coś tu dla siebie znajdzie, zwłaszcza jeżeli poszukuje niezobowiązującej, przyjemnej lektury na samotny wieczór. Bohaterowie są nakreśleni ze sporą dokładnością. Ich rys psychologiczny, sposób zachowania, postrzeganie niektórych kwestii, choć sprzeczny z moimi poglądami, był zdecydowanie dobrze ukazany przez autorkę. Klimat jest niesamowity a Londyn i tamtejsza społeczność wiernie odwzorowane. Nie zabraknie emocji podczas czytania, podobnie jak i niespodzianek i tajemnic do rozszyfrowania. Będzie nieco humorystycznych wstawek, jak i wzruszających momentów. Minusem dla niektórych może być brak stylizowanego na dawne czasy języka, ale dla mnie nie jest to jakoś szczególnie duża wada. W książce znajdują się sceny seksu, które miejscami są dość odważne, więc lektura raczej dla osób dorosłych.

„Mąż, którego nie znałam” to lekki, ale nie pozbawiony przesłania romans erotyczny. Wszystkim miłośnikom tego typu literatury z pewnością przypadnie do gustu.
dlaLejdis.pl Emilia Zubrycka, 2013-07-24

Mąż, którego nie znałam

Romans historyczny to dość szeroka dziedzina literatury. Sylwia June Day chciała spróbować swoich sił w zupełnie innym stylu i tematyce.

Wynikiem tego jest jej ostatnia powieść „Mąż, którego nie znałam”.

Dawny Londyn. To właśnie w tym klimatycznym mieście rozgrywa się akcja książki. Isabel to wdowa. Jej wcześniejszy mąż zdradzał ją i traktował niczym powietrze, więc jest nieufna wobec mężczyzn. Po jego śmierci postanowiła, że nie będzie się już więcej wiązać z żadnym mężczyzną. Seks i uciechy cielesne - tak. Miłość i ślub - nie. Ale pewnego dnia Gerard, znajomy jej aktualnego kochana poprosił ją o rękę. Miało być to małżeństwo z rozsądku. Obie strony będą zadowolone, gdyż młodzieniec w ten sposób uniknie zalotów innych kobiet, a ona spokojnie będzie mogła oddawać się przyjemnościom bez dalszych małżeńskich propozycji ze strony przystojnych facetów. Poza tym wiele ich łączy. Mają niemały apetyt seksualny, podupadającą reputację i postanowienie, że miłość i zakochanie to nie dla nich. Ale wszystko się zmienia po kilkuletniej rozłące. Oboje nie są już tymi samymi osobami. Czy teraz ich uczucia i plany wobec siebie będą inne?

Przyznaję, że książkę „Mąż, którego nie znałam” pochłonęłam z niemałą lekkością i cóż... z wypiekami na twarzy. To romans łączący elementy historyczne, psychologiczne, erotyczne. Każdy coś tu dla siebie znajdzie, zwłaszcza jeżeli poszukuje niezobowiązującej, przyjemnej lektury na samotny wieczór. Bohaterowie są nakreśleni ze sporą dokładnością. Ich rys psychologiczny, sposób zachowania, postrzeganie niektórych kwestii, choć sprzeczny z moimi poglądami, był zdecydowanie dobrze ukazany przez autorkę. Klimat jest niesamowity a Londyn i tamtejsza społeczność wiernie odwzorowane. Nie zabraknie emocji podczas czytania, podobnie jak i niespodzianek i tajemnic do rozszyfrowania. Będzie nieco humorystycznych wstawek, jak i wzruszających momentów. Minusem dla niektórych może być brak stylizowanego na dawne czasy języka, ale dla mnie nie jest to jakoś szczególnie duża wada. W książce znajdują się sceny seksu, które miejscami są dość odważne, więc lektura raczej dla osób dorosłych.

„Mąż, którego nie znałam” to lekki, ale nie pozbawiony przesłania romans erotyczny. Wszystkim miłośnikom tego typu literatury z pewnością przypadnie do gustu.
dlaLejdis.pl Emilia Zubrycka, 2013-07-24

Schudnij z Kaizen

Kaizen (jap. 改善 pol. poprawa, polepszenie, zmiana na lepsze).
W myśl tej filozofii jakość sprowadza się do stylu życia – niekończącego się procesu ulepszania. Podstawową regułą tej filozofii jest ciągłe zaangażowanie oraz chęć ciągłego podnoszenia jakości.

Jarosław Gibas, pisarz, dziennikarz i trener szkoleniowy, w wydanej w czerwcu 2013 nakładem wydawnictwa Sensus książce “Schudnij z Kaizen” zawarł autorski projekt wykorzystania metody Kaizen w walce z otyłością. Wcześniej sam zrzucił kilkadziesiąt kilogramów tylko dlatego, że … przestał się odchudzać.

Wybieraj proste rozwiązania, nie czekając na te idealne.

Kaizen to filozofia małych kroków, stworzona po to, by pomóc nam się zmienić – bez narzucania sobie rygorów, ponoszenia wyrzeczeń, wykonywania nadmiernego wysiłku. Metoda ta działa, gdyż proponuje nam dokonywanie tak małych zmian, że nie budzą one lęku. Znasz efekt jo-jo? Rewolucyjne zmiany budzą wewnętrzny sprzeciw. Po każdej sesji drakońskiego odchudzania organizm z nawiązką odbudowuje straty. Można przerwać to błędne koło. Na początek wystarczy zmienić sposób myślenia.

Wymówki, że czegoś się nie da zrobić, są zbędne

Lektura “Schudnij z Kaizen” nie przyniesie z dnia na dzień szokujących rezultatów ale jej uważne przeczytanie może pomóc wprowadzić długofalowe, trwałe zmiany. Wraz z nimi nadejdą pożądane efekty.
twojezwyciestwo.wordpress.com agnieszka, 2013-07-29