Recenzje
Paragon z podróży. Poradnik taniego podróżowania. Wydanie 2
Poznawanie świata, innych kultur i ich zabytków, przyrody i krajobrazów oraz mieszkańców, pasjonuje dziś miliony ludzi. W Polsce od lat 70. XX w., a więc od czasu, gdy niemal każdy mógł mieć paszport zagraniczny w domu i korzystać z niego do woli, na ile pozwalała na to sytuacja materialna oraz system wizowy.
Praktyczne możliwości podróży nieporównywalnie wzrosły, gdy ten ostatni przestał obowiązywać obywateli RP niemal w całej Europie – ostatnimi reliktami w niej z obowiązkiem wizowym są obecnie już tylko Białoruś i Federacja Rosyjska. Bez wiz jeździmy także, lub możemy otrzymywać je na granicy, do bardzo wielu państw pozaeuropejskich.
Drugim czynnikiem sprzyjającym podróżom stały się przemiany gospodarcze u nas w ostatnim 25-leciu. Przede wszystkim zbliżenie, chociaż dalekie od satysfakcjonującego, zarobków i dochodów Polaków z obywatelami państw zachodnich. Nie wszyscy bowiem pamiętają, a młodzież nie ma o tym w ogóle pojęcia, że w czasach PRL wynosiły one, w przeliczeniu, 20 – 30, rzadziej nieco więcej, dolarów... miesięcznie. Stanowiło to dla większości ludzi skuteczną barierę ograniczającą kręgi podróżujących. Mimo wprowadzenia z czasem możliwości, daleko nie dla wszystkich, legalnej wymiany ówczesnych złotówek na 100 dolarów raz na 2 lata.
Ciągle kwoty niewielkiej w stosunku do kosztów podróży i cen w krajach nie tylko zachodnich, ale i trzeciego świata. Stąd poszukiwania jak najtańszych możliwości podróżowania. A także informacji o różnych krajach. Drukowanych przewodników w języku polskim było wówczas przecież niewiele. Większość krajów, nie tylko „zamorskich", była dla nas praktycznie „białymi plamami". A Internet przecież jeszcze nie istniał. Dużym zainteresowaniem cieszyły się więc rady podróżników, informacje nielicznej prasy turystycznej oraz poświęconych tej tematyce poradników i informatorów.
Coś na ten temat wiem jako autor takiej książeczki („Europa za 200 dolarów", 1991) zawierającej, na podstawie własnych doświadczeń, nie tylko informacje praktyczne jak tanio organizować wyjazdy zagraniczne. Ale również co przede wszystkim warto zobaczyć w każdym z krajów naszego kontynentu oraz bogatą bibliografię na ich temat. Możliwości podróżowania od tamtych czasów radykalnie zmieniły się, ale ciągle nie brak chętnych na tanie zwiedzanie kraju i świata. Dla chyba większości z nas, a już zwłaszcza młodzieży, jest to zresztą najczęściej jedyna możliwość, ze względu na sytuację materialną.
Ale nie brak i takich, którzy bardziej cenią niedrogie wyjazdy na własną rękę, niż te organizowanie przez biura podróży. I też szukają informacji na ten temat, rozrzuconych w setkach miejsc. Świetnym więc pomysłem było napisanie i wydanie poradnika poświęconego tej tematyce, którego II wydanie - uzupełnione i poprawione - właśnie się ukazało. Zebrano w nim jeżeli nie wszystkie, to przynajmniej najważniejsze miejsca i źródła do których warto zajrzeć, myśląc o tanim podróżowaniu. Z niezliczonymi odsyłaczami na strony internetowe, setkami rad i informacji napisanych na podstawie własnych doświadczeń autorów oraz innych globtroterów podróżujących nierzadko naprawdę za grosze.
Książka ta składa się z dwóch części. Pierwsza, obszerniejsza, jest poradnikiem jak można tanio zwiedzać kar i świat. Nawet mając bardzo skromne środki oraz znikomą lub żadną znajomość języków obcych. Co, a zwłaszcza to drugie, stanowi poważną, głównie psychologiczną, barierę hamującą globtroterskie zapędy wielu rodaków. Autorzy pragnąc ich zainspirować i zachęcić do podróży, piszą jak te bariery pokonywać, na podstawie własnych doświadczeń z wypraw w różne zakątki świata. Czytelnicy dowiadują się więc bardzo wiele o licznych krajach oraz sposobach maksymalnego ograniczania kosztów ich poznawania.
I dlaczego jest to warte wysiłku i zachodu. Przekonując na podstawie opinii i z przykładów przytaczanych przez autorów, że z mieszkańcami nawet egzotycznych krajów można jakoś porozumieć się przy pomocy „mowy ciała". Twierdzących zresztą – zacytuję – że „około 80% informacji człowiek jest w stanie przekazać za pomocą gestów i mowy ciała". Nawet jeżeli dotyczy to tylko podstawowych informacji umożliwiających przemieszczanie się, znajdowanie noclegów i wyżywienia, to jest to silny argument. Wsparty opisami konkretnych sytuacji w jakich korzystali z tej metody. Oraz znajdującymi się w poradniku rysunkami przypominającymi rebusy, a wyjaśniającymi tubylcom, z którymi turysta usiłuje się porozumieć, o co mu chodzi. Przeważnie z pozytywnym skutkiem.
Autorzy wyjaśniają też czytelnikom – potencjalnym podróżnikom – co to znaczy zrównoważone tanie podróżowanie. W jaki sposób, w zależności od kierunku i celu podróży, optymalnie się do niego przygotować. Rozwiązywać kwestie przemieszczania się różnymi środkami transportu, w tym przeważnie autostopem, a przy krótszych odległościach pieszo. Gdzie i jak nocować bez ponoszenia z tego tytułu kosztów, korzystając m.in. z modnego obecnie couchsurfingu – darmowych noclegów z wzajemnością, spania na dziko, w taniej bazie noclegowej itp.
Jak i gdzie żywić się, ze wskazówkami które kraje są dla nas drogie, a które tanie. Podobnie na temat targowania się, skutecznego nie tylko na wschodnich bazarach. Z odsyłaczami, jak już wspomniałem, do tanich serwisów dla podróżników, na strony internetowe itp. W tę część książki włamano też kilka obszerniejszych, 1-2 całostronicowych informacji. M.in. „64-letni autostopowicz", „Supernamiot za grosze", „Ketami, stolica haszyszu i marihuany", „W irackim Kurdystanie z autostopu na rozmowę kwalifikacyjną", „Mapa tanich noclegów".
Drugą, ponad 100-stronicową część tej książki stanowią tytułowe „Paragony z podróży". Co to takiego? Zacytuję: „Paragon z podróży to specjalna, wymyślona przez nas forma relacji z wyjazdu, kładąca nacisk na praktyczną stronę podróżowania. W paragonie, oprócz podstawowych informacji o odbytej podróży, takich jak liczba uczestników, trasa i czas trwania wyprawy, znajdują się przede wszystkim wskazówki ułatwiające pobyt w danym miejscu i podpowiadające, jak pewne rzeczy robić taniej. Nieodłączną częścią każdej paragonowej relacji jest kosztorys wyjazdu. Dokładnie rozpisane wydatki uświadamiają, że podróżowanie wcale nie musi być drogie, dając jednocześnie wgląd w to, co podczas wizyty w danym kraju pochłania najwięcej pieniędzy, a co najmniej".
Jest to wybór 29 takich „paragonów" wyselekcjonowanych spośród 230 nadesłanych autorom na ich blog przez innych podróżników. Zaczyna się on relacją z podróży autostopem we dwoje przez Europę w ciągu 50 dni, na trasie 12,2 tys. km. Z zerem kosztów. Zarówno w złotówkach, jak i w euro oraz innych walutach. Uczestnicy tej podróży nie przekonali mnie co prawda, że nie wydali na nią dosłownie ani grosza. Nawet pisząc „W każdym większym mieście Zachodniej Europy można znaleźć miejsca, gdzie o określonej godzinie rozdawana jest żywność." Oraz „Jeśli nie można znaleźć darmowego noclegu, dobrym (choć ostatecznym) pomysłem jest poszukanie kościoła katolickiego w najbliższej okolicy".
Ale relacja jest ciekawa, z przykładami oraz mnóstwem informacji praktycznych w sumie z 8 krajów. Niestety autorzy nie wyjaśniają w niej, przynajmniej w sposób dla mnie zadowalający, jak udało im się odbyć tę podróż rzekomo całkowicie bez wydatków. Chociaż, jak napisali, nocowali także w hotelu, na kempingu, wymienili ceny alkoholu i innych artykułów z których korzystali. Są wśród tych „paragonów" relacje o podróżach zaskakująco tanich, chociaż banalnych. Np. 4 dni w Liverpoolu za 36 zł na osobę, w tym tanie bilety lotnicze z Rzeszowa kupione w obie strony za 8 złotych i wydanie na wyżywienie tylko 20 zł. Noclegi zapewnił im za frico Anglik „złapany" w Internecie.
Jest „paragon" z 7 dniowej podróży autostopem do i po Włoszech za ok. 40 zł/os. Z noclegami w namiocie stawianym „na dziko", wstępem do Pompejów oraz drobnymi wydatkami. Z zaskakującymi „wskazówkami dotyczącymi obniżenia kosztów podróży", których nie odważyłbym się promować. Zacytuję: „Neapolitańczycy pytani o to, gdzie kupić i gdzie kasować bilet w komunikacji publicznej patrzą na was jak na idiotów, nawet jeśli rozumieją, co mówicie. Kontrole są na tyle rzadkie, a kontrolerzy na tyle „południowi" by nie rzec niesolidni, że kupno biletu to kwestia sumienia."
Ciekawych, naprawdę egzotycznych i tanich podróży opisano w tek książce sporo. Z mnóstwem informacji praktycznych i rad. Np. samotnej, 3-miesięcznej autostopem, czółnem, statkiem, pieszo i koleją z Polski przez Niemcy, Francję i Hiszpanię do Maroka, Mauretanii, Senegalu, Mali, Burkina Faso i z powrotem. Za 2300 zł, w tym 300 zł szczepienia, 1035 zł wizy oraz około 200 zł za pobyt w szpitalu i leczenie malarii. 17-dniowej podróży do Gambii i Senegalu za 1970 zł/os. Również 17 dni w Burkina Faso, Beninie, Togo, Ghanie z dolotem i poruszaniem się na miejscu – to były główne wydatki – za 1970 zł/os. 28 dniowej wyprawy autostopem i częściowo koleją do Gruzji w 5 osób, za 1300-1400 zł/os.
64-dniowej podróży po Iranie, Armenii (tranzyt), Górskim Karabachu, Abchazji i Gruzji za ok. 1800 zł, w tym 470 zł wydane na wizy. 24 dniowej podróży autostopem po Syberii – od Bajkału po Magadan za ok. 4 tys. zł., w tym 2600 zł wiza, przejazd pociągiem i powrót samolotem z Magadanu do Moskwy. Wypraw do Rosji i Mongolii, Indii i Nepalu. Czy 6 miesięcznej wyprawy do obu Ameryk, z USA i Kanady przez Meksyk, Belize, Gwatemalę, Salwador, Nikaraguę, Honduras, Kostarykę, Panamę, Kolumbie, Ekwador, Peru, Boliwię, Argentynę i Chile.
Razem ok. 22 tys. km za 14.880 zł/os. Samolotami, autobusami, autostopem, z noclegami w gościnie, tanich hotelach, czy całonocnych autobusach. Przykłady (Chiny, Tajlandia, Brazylia, Peru i Boliwia, Wenezuela itp.) można mnożyć. Relacja z każdej z tych wypraw warta jest przeczytania. Chociaż przydałyby się również opisy licznych, zamieszczonych w tej części książki, zdjęć. A na jej końcu warto w następnym wydaniu dodać również indeks krajów, miejscowości i opisanych w niej ciekawych miejsc. Sądzę, że książka ta będzie się cieszyć powodzeniem, zawiera bowiem naprawdę mnóstwo cennych faktów, informacji i rad. A także inspiracji do zorganizowania podobnych podróży z własnymi programami.
Praktyczne możliwości podróży nieporównywalnie wzrosły, gdy ten ostatni przestał obowiązywać obywateli RP niemal w całej Europie – ostatnimi reliktami w niej z obowiązkiem wizowym są obecnie już tylko Białoruś i Federacja Rosyjska. Bez wiz jeździmy także, lub możemy otrzymywać je na granicy, do bardzo wielu państw pozaeuropejskich.
Drugim czynnikiem sprzyjającym podróżom stały się przemiany gospodarcze u nas w ostatnim 25-leciu. Przede wszystkim zbliżenie, chociaż dalekie od satysfakcjonującego, zarobków i dochodów Polaków z obywatelami państw zachodnich. Nie wszyscy bowiem pamiętają, a młodzież nie ma o tym w ogóle pojęcia, że w czasach PRL wynosiły one, w przeliczeniu, 20 – 30, rzadziej nieco więcej, dolarów... miesięcznie. Stanowiło to dla większości ludzi skuteczną barierę ograniczającą kręgi podróżujących. Mimo wprowadzenia z czasem możliwości, daleko nie dla wszystkich, legalnej wymiany ówczesnych złotówek na 100 dolarów raz na 2 lata.
Ciągle kwoty niewielkiej w stosunku do kosztów podróży i cen w krajach nie tylko zachodnich, ale i trzeciego świata. Stąd poszukiwania jak najtańszych możliwości podróżowania. A także informacji o różnych krajach. Drukowanych przewodników w języku polskim było wówczas przecież niewiele. Większość krajów, nie tylko „zamorskich", była dla nas praktycznie „białymi plamami". A Internet przecież jeszcze nie istniał. Dużym zainteresowaniem cieszyły się więc rady podróżników, informacje nielicznej prasy turystycznej oraz poświęconych tej tematyce poradników i informatorów.
Coś na ten temat wiem jako autor takiej książeczki („Europa za 200 dolarów", 1991) zawierającej, na podstawie własnych doświadczeń, nie tylko informacje praktyczne jak tanio organizować wyjazdy zagraniczne. Ale również co przede wszystkim warto zobaczyć w każdym z krajów naszego kontynentu oraz bogatą bibliografię na ich temat. Możliwości podróżowania od tamtych czasów radykalnie zmieniły się, ale ciągle nie brak chętnych na tanie zwiedzanie kraju i świata. Dla chyba większości z nas, a już zwłaszcza młodzieży, jest to zresztą najczęściej jedyna możliwość, ze względu na sytuację materialną.
Ale nie brak i takich, którzy bardziej cenią niedrogie wyjazdy na własną rękę, niż te organizowanie przez biura podróży. I też szukają informacji na ten temat, rozrzuconych w setkach miejsc. Świetnym więc pomysłem było napisanie i wydanie poradnika poświęconego tej tematyce, którego II wydanie - uzupełnione i poprawione - właśnie się ukazało. Zebrano w nim jeżeli nie wszystkie, to przynajmniej najważniejsze miejsca i źródła do których warto zajrzeć, myśląc o tanim podróżowaniu. Z niezliczonymi odsyłaczami na strony internetowe, setkami rad i informacji napisanych na podstawie własnych doświadczeń autorów oraz innych globtroterów podróżujących nierzadko naprawdę za grosze.
Książka ta składa się z dwóch części. Pierwsza, obszerniejsza, jest poradnikiem jak można tanio zwiedzać kar i świat. Nawet mając bardzo skromne środki oraz znikomą lub żadną znajomość języków obcych. Co, a zwłaszcza to drugie, stanowi poważną, głównie psychologiczną, barierę hamującą globtroterskie zapędy wielu rodaków. Autorzy pragnąc ich zainspirować i zachęcić do podróży, piszą jak te bariery pokonywać, na podstawie własnych doświadczeń z wypraw w różne zakątki świata. Czytelnicy dowiadują się więc bardzo wiele o licznych krajach oraz sposobach maksymalnego ograniczania kosztów ich poznawania.
I dlaczego jest to warte wysiłku i zachodu. Przekonując na podstawie opinii i z przykładów przytaczanych przez autorów, że z mieszkańcami nawet egzotycznych krajów można jakoś porozumieć się przy pomocy „mowy ciała". Twierdzących zresztą – zacytuję – że „około 80% informacji człowiek jest w stanie przekazać za pomocą gestów i mowy ciała". Nawet jeżeli dotyczy to tylko podstawowych informacji umożliwiających przemieszczanie się, znajdowanie noclegów i wyżywienia, to jest to silny argument. Wsparty opisami konkretnych sytuacji w jakich korzystali z tej metody. Oraz znajdującymi się w poradniku rysunkami przypominającymi rebusy, a wyjaśniającymi tubylcom, z którymi turysta usiłuje się porozumieć, o co mu chodzi. Przeważnie z pozytywnym skutkiem.
Autorzy wyjaśniają też czytelnikom – potencjalnym podróżnikom – co to znaczy zrównoważone tanie podróżowanie. W jaki sposób, w zależności od kierunku i celu podróży, optymalnie się do niego przygotować. Rozwiązywać kwestie przemieszczania się różnymi środkami transportu, w tym przeważnie autostopem, a przy krótszych odległościach pieszo. Gdzie i jak nocować bez ponoszenia z tego tytułu kosztów, korzystając m.in. z modnego obecnie couchsurfingu – darmowych noclegów z wzajemnością, spania na dziko, w taniej bazie noclegowej itp.
Jak i gdzie żywić się, ze wskazówkami które kraje są dla nas drogie, a które tanie. Podobnie na temat targowania się, skutecznego nie tylko na wschodnich bazarach. Z odsyłaczami, jak już wspomniałem, do tanich serwisów dla podróżników, na strony internetowe itp. W tę część książki włamano też kilka obszerniejszych, 1-2 całostronicowych informacji. M.in. „64-letni autostopowicz", „Supernamiot za grosze", „Ketami, stolica haszyszu i marihuany", „W irackim Kurdystanie z autostopu na rozmowę kwalifikacyjną", „Mapa tanich noclegów".
Drugą, ponad 100-stronicową część tej książki stanowią tytułowe „Paragony z podróży". Co to takiego? Zacytuję: „Paragon z podróży to specjalna, wymyślona przez nas forma relacji z wyjazdu, kładąca nacisk na praktyczną stronę podróżowania. W paragonie, oprócz podstawowych informacji o odbytej podróży, takich jak liczba uczestników, trasa i czas trwania wyprawy, znajdują się przede wszystkim wskazówki ułatwiające pobyt w danym miejscu i podpowiadające, jak pewne rzeczy robić taniej. Nieodłączną częścią każdej paragonowej relacji jest kosztorys wyjazdu. Dokładnie rozpisane wydatki uświadamiają, że podróżowanie wcale nie musi być drogie, dając jednocześnie wgląd w to, co podczas wizyty w danym kraju pochłania najwięcej pieniędzy, a co najmniej".
Jest to wybór 29 takich „paragonów" wyselekcjonowanych spośród 230 nadesłanych autorom na ich blog przez innych podróżników. Zaczyna się on relacją z podróży autostopem we dwoje przez Europę w ciągu 50 dni, na trasie 12,2 tys. km. Z zerem kosztów. Zarówno w złotówkach, jak i w euro oraz innych walutach. Uczestnicy tej podróży nie przekonali mnie co prawda, że nie wydali na nią dosłownie ani grosza. Nawet pisząc „W każdym większym mieście Zachodniej Europy można znaleźć miejsca, gdzie o określonej godzinie rozdawana jest żywność." Oraz „Jeśli nie można znaleźć darmowego noclegu, dobrym (choć ostatecznym) pomysłem jest poszukanie kościoła katolickiego w najbliższej okolicy".
Ale relacja jest ciekawa, z przykładami oraz mnóstwem informacji praktycznych w sumie z 8 krajów. Niestety autorzy nie wyjaśniają w niej, przynajmniej w sposób dla mnie zadowalający, jak udało im się odbyć tę podróż rzekomo całkowicie bez wydatków. Chociaż, jak napisali, nocowali także w hotelu, na kempingu, wymienili ceny alkoholu i innych artykułów z których korzystali. Są wśród tych „paragonów" relacje o podróżach zaskakująco tanich, chociaż banalnych. Np. 4 dni w Liverpoolu za 36 zł na osobę, w tym tanie bilety lotnicze z Rzeszowa kupione w obie strony za 8 złotych i wydanie na wyżywienie tylko 20 zł. Noclegi zapewnił im za frico Anglik „złapany" w Internecie.
Jest „paragon" z 7 dniowej podróży autostopem do i po Włoszech za ok. 40 zł/os. Z noclegami w namiocie stawianym „na dziko", wstępem do Pompejów oraz drobnymi wydatkami. Z zaskakującymi „wskazówkami dotyczącymi obniżenia kosztów podróży", których nie odważyłbym się promować. Zacytuję: „Neapolitańczycy pytani o to, gdzie kupić i gdzie kasować bilet w komunikacji publicznej patrzą na was jak na idiotów, nawet jeśli rozumieją, co mówicie. Kontrole są na tyle rzadkie, a kontrolerzy na tyle „południowi" by nie rzec niesolidni, że kupno biletu to kwestia sumienia."
Ciekawych, naprawdę egzotycznych i tanich podróży opisano w tek książce sporo. Z mnóstwem informacji praktycznych i rad. Np. samotnej, 3-miesięcznej autostopem, czółnem, statkiem, pieszo i koleją z Polski przez Niemcy, Francję i Hiszpanię do Maroka, Mauretanii, Senegalu, Mali, Burkina Faso i z powrotem. Za 2300 zł, w tym 300 zł szczepienia, 1035 zł wizy oraz około 200 zł za pobyt w szpitalu i leczenie malarii. 17-dniowej podróży do Gambii i Senegalu za 1970 zł/os. Również 17 dni w Burkina Faso, Beninie, Togo, Ghanie z dolotem i poruszaniem się na miejscu – to były główne wydatki – za 1970 zł/os. 28 dniowej wyprawy autostopem i częściowo koleją do Gruzji w 5 osób, za 1300-1400 zł/os.
64-dniowej podróży po Iranie, Armenii (tranzyt), Górskim Karabachu, Abchazji i Gruzji za ok. 1800 zł, w tym 470 zł wydane na wizy. 24 dniowej podróży autostopem po Syberii – od Bajkału po Magadan za ok. 4 tys. zł., w tym 2600 zł wiza, przejazd pociągiem i powrót samolotem z Magadanu do Moskwy. Wypraw do Rosji i Mongolii, Indii i Nepalu. Czy 6 miesięcznej wyprawy do obu Ameryk, z USA i Kanady przez Meksyk, Belize, Gwatemalę, Salwador, Nikaraguę, Honduras, Kostarykę, Panamę, Kolumbie, Ekwador, Peru, Boliwię, Argentynę i Chile.
Razem ok. 22 tys. km za 14.880 zł/os. Samolotami, autobusami, autostopem, z noclegami w gościnie, tanich hotelach, czy całonocnych autobusach. Przykłady (Chiny, Tajlandia, Brazylia, Peru i Boliwia, Wenezuela itp.) można mnożyć. Relacja z każdej z tych wypraw warta jest przeczytania. Chociaż przydałyby się również opisy licznych, zamieszczonych w tej części książki, zdjęć. A na jej końcu warto w następnym wydaniu dodać również indeks krajów, miejscowości i opisanych w niej ciekawych miejsc. Sądzę, że książka ta będzie się cieszyć powodzeniem, zawiera bowiem naprawdę mnóstwo cennych faktów, informacji i rad. A także inspiracji do zorganizowania podobnych podróży z własnymi programami.
kurier365.pl Cezary Rudziński
Powidoki. Wydanie 1
Piotr jedzie. Czasem wydaje się, że nieprzerwanie odkąd jako chłopiec wyruszył w swoją pierwszą wyprawę po wschodniej Polsce. Jego dwie poprzednie książki to historie podróży pod konkretnymi szerokościami geograficznymi. Powidoki to opowieść o tym co było przed, między i po nich, ale nade wszystko – podróż niegeograficzna. Do zaszufladkowania tej pozycji można użyć zarówno określenia powieść drogi, jak i realizm magiczny.
Piotr jedzie i pisze. Dzięki technologii możemy czytać na blogu On the bike jego przemyślenia z drogi, gdy wciąż jeszcze ją przemierza. W Powidokach pojawiają się fragmenty blogowych wpisów. Czy to dobre, że blogi zamieniają się w książki nie mnie oceniać, z pewnością jednak dodaje to części rozdziałów niepowtarzalnego charakteru relacji z drogi, co przy piórze Piotra szczególnie można docenić. Inna sprawa, że zdecydowanie jest to świetnie napisany blog skoro da się pamiętać całe (długie) fragmenty ponad rok po ich przeczytaniu. I mimo to nie przekładać kartki nie doczytawszy ich do końca.
Piotr jedzie i czyta. Odbywa się to jeszcze przed czynnością pisania, ale o tym, że czyta dowiadujemy się pośrednio przez to, że pisze. Z wplecionych do tekstu cytatów, wtórujących tekstowi lub zastępujących narratora, gdy brak słów trafniejszych niż ów cytat. A także z tego jak pisze: zdania toczą się pięknie, opisują bogato i soczyście, zgrabnie przedkładają myśli. Zdaje się, że nie tylko w liczbie nakręconych na koła kilometrów Piotr znacznie wyprzedza wielu rowerzystów i blogerów…
Kto jeździł nieco na rowerze wie, że zasadniczo na podjazdach człowiek się zwykle męczy, a na zjazdach relaksuje. Powidoki w pewien sposób to oddają: choć czyta się szybko i dobrze, trzeba pokonać czasem podjazd do kolejnego rozdziału. Czasem opowieść z drogi urywa się na rzecz rozbudowanego opisu kultury, wierzeń czy społeczeństwa, który niekoniecznie prowadzi z powrotem do wątku głównego. Ów poboczny monolog odzwierciedla natomiast zainteresowanie autora szczególnymi elementami otaczającej go rzeczywistości. Rola elfów w życiu społecznym Islandii, historia ludu Tlingit, prawo do posiadania broni – wbrew pozorom wpisuje się to w opowieść o homo viator.
Choć poszczególne historie w książce Strzeżysza ułożone są z grubsza chronologicznie, książka ma też drugą, cykliczną oś czasu. Bohater wyjeżdża, jedzie, przemierza krainy realne, trafia do magicznych, następuje moment istotny i wokół niego historia się zagęszcza, rozwija, wiruje… po czym się urywa. Zmiana miejsca i/lub czasu akcji. Polska. Anglia. Islandia. Indie. Kanada. Stany. Dwadzieścia parę lat, które zdają się być jedną nieprzerwaną podróżą, której protagonista jedzie, jedzie i nigdzie nie dojeżdża.
Ta nieco błędna (niczym rycerz, a nie błąd) opowieść zdaje się być próbą odpowiedzi na pytanie dlaczego oraz po co Piotr się włóczy, czy bardziej generalnie: po się włóczą ci, którzy jeżdżą bez celu? Pytania zadane wielokrotnie autorowi, który nawet nie sili się na odpowiedź. Za to wielokrotnie pięknie opowiada dlaczego ta odpowiedź wcale paść nie musi, a nawet nie powinna.
Czy kiedyś się zatrzymam? Oczywiście. Wszyscy się kiedyś zatrzymamy. Bez wyjątku. Ale na razie, nawet nie wychodząc z domu, niekoniecznie fizycznie się przemieszczając – podróżujmy, podróżujmy tak, jakbyśmy mieli robić to wiecznie. Kto wie, może nawet oszukamy śmierć? Bo najpiękniejsze podróże, podobnie jak najpiękniejsze miłości, nigdy się nie kończą. Śnijmy więc swoje marzenia, realizujmy swoje najdziwniejsze sny i ruszajmy w drogę, ale nie po to, „aby dotrzeć do celu, lecz aby dojechać jak najpóźniej, aby nie dojechać, o ile to możliwe, nigdy.” (Powidoki, Piotr Strzeżysz, Bezdroża 2014)
PS. Na osobną uwagę zasługuje strona graficzna książki, która prezentuje się o znacznie lepiej niż wiele poprzednich pozycji Bezdroży. Świetna okładka, przyjemny dla oczu font i przejrzysty skład dodają przyjemności czytaniu, a format i papier pozwalają wrzucić Powidoki do plecaka na drogę.
Piotr jedzie i pisze. Dzięki technologii możemy czytać na blogu On the bike jego przemyślenia z drogi, gdy wciąż jeszcze ją przemierza. W Powidokach pojawiają się fragmenty blogowych wpisów. Czy to dobre, że blogi zamieniają się w książki nie mnie oceniać, z pewnością jednak dodaje to części rozdziałów niepowtarzalnego charakteru relacji z drogi, co przy piórze Piotra szczególnie można docenić. Inna sprawa, że zdecydowanie jest to świetnie napisany blog skoro da się pamiętać całe (długie) fragmenty ponad rok po ich przeczytaniu. I mimo to nie przekładać kartki nie doczytawszy ich do końca.
Piotr jedzie i czyta. Odbywa się to jeszcze przed czynnością pisania, ale o tym, że czyta dowiadujemy się pośrednio przez to, że pisze. Z wplecionych do tekstu cytatów, wtórujących tekstowi lub zastępujących narratora, gdy brak słów trafniejszych niż ów cytat. A także z tego jak pisze: zdania toczą się pięknie, opisują bogato i soczyście, zgrabnie przedkładają myśli. Zdaje się, że nie tylko w liczbie nakręconych na koła kilometrów Piotr znacznie wyprzedza wielu rowerzystów i blogerów…
Kto jeździł nieco na rowerze wie, że zasadniczo na podjazdach człowiek się zwykle męczy, a na zjazdach relaksuje. Powidoki w pewien sposób to oddają: choć czyta się szybko i dobrze, trzeba pokonać czasem podjazd do kolejnego rozdziału. Czasem opowieść z drogi urywa się na rzecz rozbudowanego opisu kultury, wierzeń czy społeczeństwa, który niekoniecznie prowadzi z powrotem do wątku głównego. Ów poboczny monolog odzwierciedla natomiast zainteresowanie autora szczególnymi elementami otaczającej go rzeczywistości. Rola elfów w życiu społecznym Islandii, historia ludu Tlingit, prawo do posiadania broni – wbrew pozorom wpisuje się to w opowieść o homo viator.
Choć poszczególne historie w książce Strzeżysza ułożone są z grubsza chronologicznie, książka ma też drugą, cykliczną oś czasu. Bohater wyjeżdża, jedzie, przemierza krainy realne, trafia do magicznych, następuje moment istotny i wokół niego historia się zagęszcza, rozwija, wiruje… po czym się urywa. Zmiana miejsca i/lub czasu akcji. Polska. Anglia. Islandia. Indie. Kanada. Stany. Dwadzieścia parę lat, które zdają się być jedną nieprzerwaną podróżą, której protagonista jedzie, jedzie i nigdzie nie dojeżdża.
Ta nieco błędna (niczym rycerz, a nie błąd) opowieść zdaje się być próbą odpowiedzi na pytanie dlaczego oraz po co Piotr się włóczy, czy bardziej generalnie: po się włóczą ci, którzy jeżdżą bez celu? Pytania zadane wielokrotnie autorowi, który nawet nie sili się na odpowiedź. Za to wielokrotnie pięknie opowiada dlaczego ta odpowiedź wcale paść nie musi, a nawet nie powinna.
Czy kiedyś się zatrzymam? Oczywiście. Wszyscy się kiedyś zatrzymamy. Bez wyjątku. Ale na razie, nawet nie wychodząc z domu, niekoniecznie fizycznie się przemieszczając – podróżujmy, podróżujmy tak, jakbyśmy mieli robić to wiecznie. Kto wie, może nawet oszukamy śmierć? Bo najpiękniejsze podróże, podobnie jak najpiękniejsze miłości, nigdy się nie kończą. Śnijmy więc swoje marzenia, realizujmy swoje najdziwniejsze sny i ruszajmy w drogę, ale nie po to, „aby dotrzeć do celu, lecz aby dojechać jak najpóźniej, aby nie dojechać, o ile to możliwe, nigdy.” (Powidoki, Piotr Strzeżysz, Bezdroża 2014)
PS. Na osobną uwagę zasługuje strona graficzna książki, która prezentuje się o znacznie lepiej niż wiele poprzednich pozycji Bezdroży. Świetna okładka, przyjemny dla oczu font i przejrzysty skład dodają przyjemności czytaniu, a format i papier pozwalają wrzucić Powidoki do plecaka na drogę.
Peron4.pl Jagoda Pietrzak
Radzka radzi: Tobie dobrze w tym!
Pierwszy wpis... Pierwsza recenzja ;-)
Radzkę oglądam od dawna i zawsze podobało mi się w jaki sposób prezentuje ubrania dla sylwetek. Pewnego dnia przeszłam się po Empiku i... jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam właśnie jej książkę na jednej z półek. Wtedy wiedziałam, że muszę ją mieć. Jeszcze większe było moje zdumienie, gdy dostałam ją pod choinkę. Lekturę książki zaczęłam od razu.
Każdy w tej książce znajdzie coś dla siebie. Główny rozdział to ten, w którym Radzka porusza temat sylwetek. Jest to całkowicie zrozumiałe, bo autorka właśnie w tym czuje się najlepiej i jej kanał YT jest temu poświęcony. Często szukałam książki, która w prosty sposób mówiła by o tym jak podkreślać zalety figury, a jak tuszować niedoskonałości, ale mało która mi odpowiadała. Język, którego Radzka używa jest prosty, zrozumiały dla wszystkich. Nawet modowego laika. Nie ma tam żadnych trudnych pojęć, które trzeba by było znajdywać w wyszukiwarce. Jeśli chodzi o treść - nie ma zbędnego lania wody, a same konkrety. Dokładnie przedstawione ubrania, które każda z sylwetek powinna nosić.
Co mnie pozytywnie zaskoczyło - Radzka dodała tabelę z wymiarami, aby łatwiej było zidentyfikować jaki typ sylwetki prezentuje czytelniczka (a jak wiadomo, wiele kobiet ma ten problem). Ba ! Sama podała swoje wymiary, aby - jak mówi - inne czytelniczki nie czuły się skrępowane. Dzięki tej książce w końcu wiem już (bez wątpliwości) jakim typem sylwetki jestem i co jest dla mnie odpowiednie.
Mnie jednak najbardziej zaciekawiły takie rozdziały jak : "Historia mody XX wieku w pigułce i "Mity". Pierwszy z nich jest świetną "ściągą" dla osób, które kompletnie w historii mody się nie orientują, a chciałyby znać podstawowe trendy w poszczególnych latach. W punktach opisane jest czym w danych czasach w modzie charakteryzowała się garderoba. Dział, jak zresztą cała książka, oparty jest świetnymi ilustracjami przedstawiający stroje z danych okresów. Natomiast w dziale mity youtuberka obala powielane w kółko stereotypy. Takie jak "ten kolor nie jest dla mnie odpowiedni" albo to, że ubrania o długości maksi powinny nosić tylko wysokie kobiety.
Radzka pokazuje też, że kolor ubrania jaki zakładamy wiele o nas mówi - dlatego też powinniśmy świadomie dobierać takie kolory, które oddają nasz charakter. Nie da się ukryć, że chcąc nie chcąc podświadomie na samym początku znajomości oceniamy osobę po wyglądzie. Dlatego też jeśli jesteś optymistką - noś pomarańczowy, a jeśli masz artystyczną duszę i jesteś marzycielką - niebieski.
Oczywiście musiał się także pojawić modowy "must have", czyli to, co każda kobieta powinna mieć w szafie. Rzeczy potrzebne, uniwersalne, na każdą okazję - takie bez których się nie obędziesz ;-)
Poza tym działy : "Materiały, czyli niech przemówi metka!" i "Zakupy online". Obydwa bardzo istotne - warto wiedzieć, które materiały są włóknami naturalnymi, a które chemicznymi albo że swetry z akrylu nie przepuszczają powietrza. Dobrze też wiedzieć co oznaczają "znaczki" na metce. "Zakupy online"... ile z Was teraz je robi? ;-) W dobie internetu coraz więcej osób woli kupić coś przez stronę www niż iść do sklepu i spędzać tam godziny na przymierzaniu ;-) Dlatego też musisz orientować się jak kupować online.
Z kolei rozdział "Ściąga" ukazuje rzeczy, które "wyszły poza markę", czyli np. skąd wywodzi się słynny już trapezowy kształt torebek i co oznacza nazwa torebki "Chanel 2.55". Z pewnością znajdą się takie ciekawostki, o których nie wiecie.
"Radzka radzi : Tobie dobrze w tym!" powinna być obowiązkową lekturą dla kobiet, które swoją przygodę z modą dopiero zaczynają. I oczywiście takich, które są widzkami Radzkiej. ;-) Te drugie z pewnością nie przegapią takiej okazji i zakupią książkę ;-) Książka jest barwna, kolorowa i przede wszystkim prosta - co czyni ją po prostu bardzo dobrą ;-)
Radzkę oglądam od dawna i zawsze podobało mi się w jaki sposób prezentuje ubrania dla sylwetek. Pewnego dnia przeszłam się po Empiku i... jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam właśnie jej książkę na jednej z półek. Wtedy wiedziałam, że muszę ją mieć. Jeszcze większe było moje zdumienie, gdy dostałam ją pod choinkę. Lekturę książki zaczęłam od razu.
Każdy w tej książce znajdzie coś dla siebie. Główny rozdział to ten, w którym Radzka porusza temat sylwetek. Jest to całkowicie zrozumiałe, bo autorka właśnie w tym czuje się najlepiej i jej kanał YT jest temu poświęcony. Często szukałam książki, która w prosty sposób mówiła by o tym jak podkreślać zalety figury, a jak tuszować niedoskonałości, ale mało która mi odpowiadała. Język, którego Radzka używa jest prosty, zrozumiały dla wszystkich. Nawet modowego laika. Nie ma tam żadnych trudnych pojęć, które trzeba by było znajdywać w wyszukiwarce. Jeśli chodzi o treść - nie ma zbędnego lania wody, a same konkrety. Dokładnie przedstawione ubrania, które każda z sylwetek powinna nosić.
Co mnie pozytywnie zaskoczyło - Radzka dodała tabelę z wymiarami, aby łatwiej było zidentyfikować jaki typ sylwetki prezentuje czytelniczka (a jak wiadomo, wiele kobiet ma ten problem). Ba ! Sama podała swoje wymiary, aby - jak mówi - inne czytelniczki nie czuły się skrępowane. Dzięki tej książce w końcu wiem już (bez wątpliwości) jakim typem sylwetki jestem i co jest dla mnie odpowiednie.
Mnie jednak najbardziej zaciekawiły takie rozdziały jak : "Historia mody XX wieku w pigułce i "Mity". Pierwszy z nich jest świetną "ściągą" dla osób, które kompletnie w historii mody się nie orientują, a chciałyby znać podstawowe trendy w poszczególnych latach. W punktach opisane jest czym w danych czasach w modzie charakteryzowała się garderoba. Dział, jak zresztą cała książka, oparty jest świetnymi ilustracjami przedstawiający stroje z danych okresów. Natomiast w dziale mity youtuberka obala powielane w kółko stereotypy. Takie jak "ten kolor nie jest dla mnie odpowiedni" albo to, że ubrania o długości maksi powinny nosić tylko wysokie kobiety.
Radzka pokazuje też, że kolor ubrania jaki zakładamy wiele o nas mówi - dlatego też powinniśmy świadomie dobierać takie kolory, które oddają nasz charakter. Nie da się ukryć, że chcąc nie chcąc podświadomie na samym początku znajomości oceniamy osobę po wyglądzie. Dlatego też jeśli jesteś optymistką - noś pomarańczowy, a jeśli masz artystyczną duszę i jesteś marzycielką - niebieski.
Oczywiście musiał się także pojawić modowy "must have", czyli to, co każda kobieta powinna mieć w szafie. Rzeczy potrzebne, uniwersalne, na każdą okazję - takie bez których się nie obędziesz ;-)
Poza tym działy : "Materiały, czyli niech przemówi metka!" i "Zakupy online". Obydwa bardzo istotne - warto wiedzieć, które materiały są włóknami naturalnymi, a które chemicznymi albo że swetry z akrylu nie przepuszczają powietrza. Dobrze też wiedzieć co oznaczają "znaczki" na metce. "Zakupy online"... ile z Was teraz je robi? ;-) W dobie internetu coraz więcej osób woli kupić coś przez stronę www niż iść do sklepu i spędzać tam godziny na przymierzaniu ;-) Dlatego też musisz orientować się jak kupować online.
Z kolei rozdział "Ściąga" ukazuje rzeczy, które "wyszły poza markę", czyli np. skąd wywodzi się słynny już trapezowy kształt torebek i co oznacza nazwa torebki "Chanel 2.55". Z pewnością znajdą się takie ciekawostki, o których nie wiecie.
"Radzka radzi : Tobie dobrze w tym!" powinna być obowiązkową lekturą dla kobiet, które swoją przygodę z modą dopiero zaczynają. I oczywiście takich, które są widzkami Radzkiej. ;-) Te drugie z pewnością nie przegapią takiej okazji i zakupią książkę ;-) Książka jest barwna, kolorowa i przede wszystkim prosta - co czyni ją po prostu bardzo dobrą ;-)
Drogą Gwiazd Drogą Gwiazd
GURU KULTU..RY
„GURU KULTU…ry, czyli pokonaj 6 etapów, aby wzmocnić charyzmę, zgromadzić własnych apostołów, przyciągnąć wiernych wyznawców oraz zbudować unikalny biznes”.
Przyciągający uwagę, intrygujący, świetnie skrojony tytuł (który w sam sobie może stać się przedmiotem głębszej analizy), ciekawa tematyka, marka uznanego wydawnictwa książek biznesowych i świetne recenzje… Spytam retorycznie – czyż można oprzeć się takiej pozycji?
Jednakże atrakcyjne opakowanie i doskonały marketing mają też i drugą stronę medalu, mianowicie – wzbudzają niemałe oczekiwania. Które łatwo niestety zawieść, pozostawiając czytelnika z poczuciem starty czasu i pieniędzy oraz… niesmaku. Tak stało się i w moim przypadku. I chociaż przeczytałam już wiele rozwojowych i biznesowych pozycji wydawnictwa Helion, z których większość uważam za co najmniej godne polecenia (jeśli nie – genialne), „Guru KULTU..ry” to moje największe rozczarowanie.
Na początku muszę uczciwie przyznać, że nie znałam Michała Wawrzyniaka – ani jako autora, ani jako szkoleniowca/ trenera, więc jego nazwisko nie budziło we mnie absolutnie żadnych skojarzeń. Dzięki temu, do jego publikacji mogłam podejść niczym tabula rasa. Już w trakcie lektury dowiedziałam się, że Wawrzyniak to człowiek wszechstronny – prowadzi „rozwojowe „Eventy (nie mylić ze szkoleniami); ponadto jest biznesmenem i założycielem zlokalizowanej w Kaliszu organizacji MentalWay, a także filantropem. Ma również wieloletnie doświadczenie w handlu. Jak sam o sobie pisze, nie jest ani psychologiem, ani coachem, ani nawet szkoleniowcem. Kim więc jest? „Sprzedawcą wielu punktów widzenia” – tak siebie nazywa (s. 216).
„GURU KULTU..ry”, to – jak się zapewne domyślasz – rzecz NIE o tym, jak założyć własną sektę czy kościół, lecz o tym, jak stać się agentem zmiany w swoim otoczeniu i liderem swojego wymarzonego biznesu. W ramach tej tematyki, autor podejmuje zagadnienia takie, jak m.in.: rola środowiska (rodzinnego i szerszego, społeczno-kulturowego) w procesie zmiany i rozwoju, znaczenie kultury organizacji i cel tworzenia dream teamów, waga autentycznych i wspierających relacji ze współpracownikami i klientami, potęga marketingu i promocji (propagandy). Michał Wawrzyniak wiele uwagi poświęca charakterystyce mentalności rozwoju, czyli podejściu pełnym otwartości, ciekawości poznawczej, entuzjazmu („Zawsze możesz wszystko”) i przeciwstawia ją mentalności tłumaczenia, czyli „sztywnego, zafiksowanego sposobu myślenia”. Czytelnik odnajdzie w tej pozycji także przypomnienie naczelnego sloganu „rozwojowców” (czyli „Podążaj za głosem serca”), roli wizualizacji w osiąganiu celów (na przykładzie M. Phelpsa), oraz konieczności przechodzenia ze sfery komfortu do Sfery Mocy.
Drogę prowadzącą tego celu (czyli stania się GURU KULTU..ry) autor dzieli na 6 poszczególnych etapów, nazwanych odpowiednio: (1) Lepsza wersja ciebie, (2) Szersze pole widzenia, (3) Daleka wyprawa na szczyt, (4) Wyznawcy, (5) Propaganda, (6) Ciągła edukacja. Michał Wawrzyniak propaguje też kilka idei wartych co najmniej rozważenia – tworzenie tzw. dream teamów, koncepcja Business & Pleasure czy platforma Crowdfounding. Dla mnie były to najbardziej ciekawe i inspirujące fragmenty książki. Odnoszę jednak wrażenie, iż autor najwięcej uwagi poświęca zjawisku tzw. hejterstwa. Moim zdaniem – zbyt wiele jak na tego typu publikację.
Z większością poglądów autora na zarysowane wyżej kwestie trudno się nie zgodzić. I dlatego ja również nie z treścią merytoryczną chcę polemizować. Tym, co przyczyniło się do mojego zawodu recenzowaną pozycją, jest przede wszystkim sposób konstrukcji książki oraz styl autora.
Po pierwsze, „Guru KULTU..ry”, to jak dla mnie – nie poradnik, a raczej – zbiór refleksji i dygresji autora – bezpośrednich i momentami brutalnych, okraszonych ciętym dowcipem i szczyptą wulgaryzmów. Koncentracja na opisie zastanej rzeczywistości (celem rzekomej ilustracji mentalności narzekania) oraz liczne „wycinki z pamiętnika” autora przysłoniły mi wartość pragmatyczną tej publikacji. Moje główne zarzuty to – zbyt rozwlekły styl („Ach, to wodolejstwo! Przejdźmy, proszę, do meritum!”), za dużo reklamy (własnego biznesu i produktów) i autopromocji, za dużo mentorskiego tonu, zbyt rozdęte ego. Za mało „treści”, za mało konkretów, za mało praktyki (ćwiczeń, technik). Taki styl sprawił, że około 60. czy 70. strony nadal miałam wrażenie, że wciąż czytam wstęp (sic!), a kiedy bliska osoba zapytała mnie, o czym jest ta książka – niestety nie potrafiłam jasno i zwięźle odpowiedzieć. Ponadto, wspomniana wyżej struktura 6-etapów to tylko luźny podział treści, niemający moim zdaniem wiele wspólnego z logicznym następowaniem po sobie poszczególnych faz. Brakowało mi jasnej, logicznej struktury tekstu oraz wizualnego wyróżnienia najważniejszych treści, podsumowań czy oddzielenia (znikomych) części praktycznych. Konieczność wyławiania sedna z całego potoku słów zdecydowanie nie jest moim ulubionym zajęciem podczas lektury poradników tej klasy. Mimo wszystko, „Guru…” Wawrzyniaka, czyta się – nie przeczę – „łatwo i szybko”. Bezpośredni kontakt z czytelnikiem (quasi-dialogi), liczne narracje (typu „Wyobraź sobie…”) i historyjki „z życia wzięte”, przypowieści i metafory, aktywowanie w czytelniku wielu submodalności jednocześnie, a także szokowanie (wulgaryzmy) i prowokowanie – to tylko wybrane przykłady środków przykuwających uwagę i służące wywołaniu zamierzonych efektów w odbiorcy. Michał Wawrzyniak, specjalista m.in. od neurolingwistyki – opanował je do perfekcji. I… moim zdaniem zapomniał o starej, poczciwej zasadzie „złotego środka”, przesadzając z ich ilością. W efekcie tekst (przynajmniej momentami) bardziej przypomina mi popisy copywriterskie niż poważną, biznesową publikację. Na początku robi wrażenie; mieszkanka soli, cukru, soku z cytryny, wanilii, sporo chilli i dwutlenku węgla uderza po kubkach smakowych, ale… co dalej? Czy tylko to jest celem…? Osobiście nie czuję się szczególnie zainspirowana czy zmotywowana do działania. Natomiast chętnie wrócę do innych, doskonałych publikacji Helionu z tego zakresu –„Formuły Wpływu” czy „Odkryj siebie na nowo” (które gorąco polecam).
Podsumowując, książka Wawrzyniaka ma i wady, i zalety. Dzięki niej utwierdziłam się w swoim podejściu do roli otoczenia – trampoliny lub kłody w rozwoju. Odnalazłam w niej też kilka inspirujących fragmentów. Jednakże zbyt niedopracowana struktura książki oraz specyficzny styl autora (przede wszystkim!) nie przypadły mi do gustu, co zaważyło na ocenie. Mam też świadomość, iż recenzowana publikacja to „produkt”, dziecko specjalistów od marketingu. I wszystko to, co ja uznaję za wadę, może służyć określonemu, im znanemu celowi.
Jestem też świadoma, że wyrażając swoje zdanie na temat „Guru KULTU..ry” – szczerze i otwarcie – narażę się na niemałą falę krytyki fanów (wyznawców?) autora, uznanego guru rozwoju osobistego. Całkiem prawdopodobne, że zostanę nazwana „hejterką”. Trudno, taka moja rola recenzenta.
Na koniec, cytat – ostrzeżenie lub zachęta dla czytelników i potencjalnych klientów Michała Wawrzyniaka (tak mówi sam o sobie):
„Jestem znany z bezpośredniości wobec klientów. Od zawsze mówię to, co myślę. Nie jestem Twoim ojcem ani Twoją mamusią, żeby Cię przytulać i chwalić za to, że oddychasz. (…) Nie jestem psychologiem, żeby wysłuchiwać bzdur na temat Twojego życia czy historii o tym, jak wujek Franek dziesięć lat temu nie pozwolił Ci puszczać latawca. (…) Nie zamierzam godzinami słuchać czyjegoś pieprzenia. (…) Nie jestem również Twoim przyjacielem, nie stanę się nim; szanse na to są znikome. Od dziesięcioleci widzę, jak ludzie próbują wchodzić w dupę swoim nauczycielom, trenerom, ekspertom”. (s. 172).
Przyciągający uwagę, intrygujący, świetnie skrojony tytuł (który w sam sobie może stać się przedmiotem głębszej analizy), ciekawa tematyka, marka uznanego wydawnictwa książek biznesowych i świetne recenzje… Spytam retorycznie – czyż można oprzeć się takiej pozycji?
Jednakże atrakcyjne opakowanie i doskonały marketing mają też i drugą stronę medalu, mianowicie – wzbudzają niemałe oczekiwania. Które łatwo niestety zawieść, pozostawiając czytelnika z poczuciem starty czasu i pieniędzy oraz… niesmaku. Tak stało się i w moim przypadku. I chociaż przeczytałam już wiele rozwojowych i biznesowych pozycji wydawnictwa Helion, z których większość uważam za co najmniej godne polecenia (jeśli nie – genialne), „Guru KULTU..ry” to moje największe rozczarowanie.
Na początku muszę uczciwie przyznać, że nie znałam Michała Wawrzyniaka – ani jako autora, ani jako szkoleniowca/ trenera, więc jego nazwisko nie budziło we mnie absolutnie żadnych skojarzeń. Dzięki temu, do jego publikacji mogłam podejść niczym tabula rasa. Już w trakcie lektury dowiedziałam się, że Wawrzyniak to człowiek wszechstronny – prowadzi „rozwojowe „Eventy (nie mylić ze szkoleniami); ponadto jest biznesmenem i założycielem zlokalizowanej w Kaliszu organizacji MentalWay, a także filantropem. Ma również wieloletnie doświadczenie w handlu. Jak sam o sobie pisze, nie jest ani psychologiem, ani coachem, ani nawet szkoleniowcem. Kim więc jest? „Sprzedawcą wielu punktów widzenia” – tak siebie nazywa (s. 216).
„GURU KULTU..ry”, to – jak się zapewne domyślasz – rzecz NIE o tym, jak założyć własną sektę czy kościół, lecz o tym, jak stać się agentem zmiany w swoim otoczeniu i liderem swojego wymarzonego biznesu. W ramach tej tematyki, autor podejmuje zagadnienia takie, jak m.in.: rola środowiska (rodzinnego i szerszego, społeczno-kulturowego) w procesie zmiany i rozwoju, znaczenie kultury organizacji i cel tworzenia dream teamów, waga autentycznych i wspierających relacji ze współpracownikami i klientami, potęga marketingu i promocji (propagandy). Michał Wawrzyniak wiele uwagi poświęca charakterystyce mentalności rozwoju, czyli podejściu pełnym otwartości, ciekawości poznawczej, entuzjazmu („Zawsze możesz wszystko”) i przeciwstawia ją mentalności tłumaczenia, czyli „sztywnego, zafiksowanego sposobu myślenia”. Czytelnik odnajdzie w tej pozycji także przypomnienie naczelnego sloganu „rozwojowców” (czyli „Podążaj za głosem serca”), roli wizualizacji w osiąganiu celów (na przykładzie M. Phelpsa), oraz konieczności przechodzenia ze sfery komfortu do Sfery Mocy.
Drogę prowadzącą tego celu (czyli stania się GURU KULTU..ry) autor dzieli na 6 poszczególnych etapów, nazwanych odpowiednio: (1) Lepsza wersja ciebie, (2) Szersze pole widzenia, (3) Daleka wyprawa na szczyt, (4) Wyznawcy, (5) Propaganda, (6) Ciągła edukacja. Michał Wawrzyniak propaguje też kilka idei wartych co najmniej rozważenia – tworzenie tzw. dream teamów, koncepcja Business & Pleasure czy platforma Crowdfounding. Dla mnie były to najbardziej ciekawe i inspirujące fragmenty książki. Odnoszę jednak wrażenie, iż autor najwięcej uwagi poświęca zjawisku tzw. hejterstwa. Moim zdaniem – zbyt wiele jak na tego typu publikację.
Z większością poglądów autora na zarysowane wyżej kwestie trudno się nie zgodzić. I dlatego ja również nie z treścią merytoryczną chcę polemizować. Tym, co przyczyniło się do mojego zawodu recenzowaną pozycją, jest przede wszystkim sposób konstrukcji książki oraz styl autora.
Po pierwsze, „Guru KULTU..ry”, to jak dla mnie – nie poradnik, a raczej – zbiór refleksji i dygresji autora – bezpośrednich i momentami brutalnych, okraszonych ciętym dowcipem i szczyptą wulgaryzmów. Koncentracja na opisie zastanej rzeczywistości (celem rzekomej ilustracji mentalności narzekania) oraz liczne „wycinki z pamiętnika” autora przysłoniły mi wartość pragmatyczną tej publikacji. Moje główne zarzuty to – zbyt rozwlekły styl („Ach, to wodolejstwo! Przejdźmy, proszę, do meritum!”), za dużo reklamy (własnego biznesu i produktów) i autopromocji, za dużo mentorskiego tonu, zbyt rozdęte ego. Za mało „treści”, za mało konkretów, za mało praktyki (ćwiczeń, technik). Taki styl sprawił, że około 60. czy 70. strony nadal miałam wrażenie, że wciąż czytam wstęp (sic!), a kiedy bliska osoba zapytała mnie, o czym jest ta książka – niestety nie potrafiłam jasno i zwięźle odpowiedzieć. Ponadto, wspomniana wyżej struktura 6-etapów to tylko luźny podział treści, niemający moim zdaniem wiele wspólnego z logicznym następowaniem po sobie poszczególnych faz. Brakowało mi jasnej, logicznej struktury tekstu oraz wizualnego wyróżnienia najważniejszych treści, podsumowań czy oddzielenia (znikomych) części praktycznych. Konieczność wyławiania sedna z całego potoku słów zdecydowanie nie jest moim ulubionym zajęciem podczas lektury poradników tej klasy. Mimo wszystko, „Guru…” Wawrzyniaka, czyta się – nie przeczę – „łatwo i szybko”. Bezpośredni kontakt z czytelnikiem (quasi-dialogi), liczne narracje (typu „Wyobraź sobie…”) i historyjki „z życia wzięte”, przypowieści i metafory, aktywowanie w czytelniku wielu submodalności jednocześnie, a także szokowanie (wulgaryzmy) i prowokowanie – to tylko wybrane przykłady środków przykuwających uwagę i służące wywołaniu zamierzonych efektów w odbiorcy. Michał Wawrzyniak, specjalista m.in. od neurolingwistyki – opanował je do perfekcji. I… moim zdaniem zapomniał o starej, poczciwej zasadzie „złotego środka”, przesadzając z ich ilością. W efekcie tekst (przynajmniej momentami) bardziej przypomina mi popisy copywriterskie niż poważną, biznesową publikację. Na początku robi wrażenie; mieszkanka soli, cukru, soku z cytryny, wanilii, sporo chilli i dwutlenku węgla uderza po kubkach smakowych, ale… co dalej? Czy tylko to jest celem…? Osobiście nie czuję się szczególnie zainspirowana czy zmotywowana do działania. Natomiast chętnie wrócę do innych, doskonałych publikacji Helionu z tego zakresu –„Formuły Wpływu” czy „Odkryj siebie na nowo” (które gorąco polecam).
Podsumowując, książka Wawrzyniaka ma i wady, i zalety. Dzięki niej utwierdziłam się w swoim podejściu do roli otoczenia – trampoliny lub kłody w rozwoju. Odnalazłam w niej też kilka inspirujących fragmentów. Jednakże zbyt niedopracowana struktura książki oraz specyficzny styl autora (przede wszystkim!) nie przypadły mi do gustu, co zaważyło na ocenie. Mam też świadomość, iż recenzowana publikacja to „produkt”, dziecko specjalistów od marketingu. I wszystko to, co ja uznaję za wadę, może służyć określonemu, im znanemu celowi.
Jestem też świadoma, że wyrażając swoje zdanie na temat „Guru KULTU..ry” – szczerze i otwarcie – narażę się na niemałą falę krytyki fanów (wyznawców?) autora, uznanego guru rozwoju osobistego. Całkiem prawdopodobne, że zostanę nazwana „hejterką”. Trudno, taka moja rola recenzenta.
Na koniec, cytat – ostrzeżenie lub zachęta dla czytelników i potencjalnych klientów Michała Wawrzyniaka (tak mówi sam o sobie):
„Jestem znany z bezpośredniości wobec klientów. Od zawsze mówię to, co myślę. Nie jestem Twoim ojcem ani Twoją mamusią, żeby Cię przytulać i chwalić za to, że oddychasz. (…) Nie jestem psychologiem, żeby wysłuchiwać bzdur na temat Twojego życia czy historii o tym, jak wujek Franek dziesięć lat temu nie pozwolił Ci puszczać latawca. (…) Nie zamierzam godzinami słuchać czyjegoś pieprzenia. (…) Nie jestem również Twoim przyjacielem, nie stanę się nim; szanse na to są znikome. Od dziesięcioleci widzę, jak ludzie próbują wchodzić w dupę swoim nauczycielom, trenerom, ekspertom”. (s. 172).
moznaprzeczytac.pl Moznaprzeczytac.pl
GURU KULTU..RY
„GURU KULTU…ry, czyli pokonaj 6 etapów, aby wzmocnić charyzmę, zgromadzić własnych apostołów, przyciągnąć wiernych wyznawców oraz zbudować unikalny biznes”.
Przyciągający uwagę, intrygujący, świetnie skrojony tytuł (który w sam sobie może stać się przedmiotem głębszej analizy), ciekawa tematyka, marka uznanego wydawnictwa książek biznesowych i świetne recenzje… Spytam retorycznie – czyż można oprzeć się takiej pozycji?
Jednakże atrakcyjne opakowanie i doskonały marketing mają też i drugą stronę medalu, mianowicie – wzbudzają niemałe oczekiwania. Które łatwo niestety zawieść, pozostawiając czytelnika z poczuciem starty czasu i pieniędzy oraz… niesmaku. Tak stało się i w moim przypadku. I chociaż przeczytałam już wiele rozwojowych i biznesowych pozycji wydawnictwa Helion, z których większość uważam za co najmniej godne polecenia (jeśli nie – genialne), „Guru KULTU..ry” to moje największe rozczarowanie.
Na początku muszę uczciwie przyznać, że nie znałam Michała Wawrzyniaka – ani jako autora, ani jako szkoleniowca/ trenera, więc jego nazwisko nie budziło we mnie absolutnie żadnych skojarzeń. Dzięki temu, do jego publikacji mogłam podejść niczym tabula rasa. Już w trakcie lektury dowiedziałam się, że Wawrzyniak to człowiek wszechstronny – prowadzi „rozwojowe „Eventy (nie mylić ze szkoleniami); ponadto jest biznesmenem i założycielem zlokalizowanej w Kaliszu organizacji MentalWay, a także filantropem. Ma również wieloletnie doświadczenie w handlu. Jak sam o sobie pisze, nie jest ani psychologiem, ani coachem, ani nawet szkoleniowcem. Kim więc jest? „Sprzedawcą wielu punktów widzenia” – tak siebie nazywa (s. 216).
„GURU KULTU..ry”, to – jak się zapewne domyślasz – rzecz NIE o tym, jak założyć własną sektę czy kościół, lecz o tym, jak stać się agentem zmiany w swoim otoczeniu i liderem swojego wymarzonego biznesu. W ramach tej tematyki, autor podejmuje zagadnienia takie, jak m.in.: rola środowiska (rodzinnego i szerszego, społeczno-kulturowego) w procesie zmiany i rozwoju, znaczenie kultury organizacji i cel tworzenia dream teamów, waga autentycznych i wspierających relacji ze współpracownikami i klientami, potęga marketingu i promocji (propagandy). Michał Wawrzyniak wiele uwagi poświęca charakterystyce mentalności rozwoju, czyli podejściu pełnym otwartości, ciekawości poznawczej, entuzjazmu („Zawsze możesz wszystko”) i przeciwstawia ją mentalności tłumaczenia, czyli „sztywnego, zafiksowanego sposobu myślenia”. Czytelnik odnajdzie w tej pozycji także przypomnienie naczelnego sloganu „rozwojowców” (czyli „Podążaj za głosem serca”), roli wizualizacji w osiąganiu celów (na przykładzie M. Phelpsa), oraz konieczności przechodzenia ze sfery komfortu do Sfery Mocy.
Drogę prowadzącą tego celu (czyli stania się GURU KULTU..ry) autor dzieli na 6 poszczególnych etapów, nazwanych odpowiednio: (1) Lepsza wersja ciebie, (2) Szersze pole widzenia, (3) Daleka wyprawa na szczyt, (4) Wyznawcy, (5) Propaganda, (6) Ciągła edukacja. Michał Wawrzyniak propaguje też kilka idei wartych co najmniej rozważenia – tworzenie tzw. dream teamów, koncepcja Business & Pleasure czy platforma Crowdfounding. Dla mnie były to najbardziej ciekawe i inspirujące fragmenty książki. Odnoszę jednak wrażenie, iż autor najwięcej uwagi poświęca zjawisku tzw. hejterstwa. Moim zdaniem – zbyt wiele jak na tego typu publikację.
Z większością poglądów autora na zarysowane wyżej kwestie trudno się nie zgodzić. I dlatego ja również nie z treścią merytoryczną chcę polemizować. Tym, co przyczyniło się do mojego zawodu recenzowaną pozycją, jest przede wszystkim sposób konstrukcji książki oraz styl autora.
Po pierwsze, „Guru KULTU..ry”, to jak dla mnie – nie poradnik, a raczej – zbiór refleksji i dygresji autora – bezpośrednich i momentami brutalnych, okraszonych ciętym dowcipem i szczyptą wulgaryzmów. Koncentracja na opisie zastanej rzeczywistości (celem rzekomej ilustracji mentalności narzekania) oraz liczne „wycinki z pamiętnika” autora przysłoniły mi wartość pragmatyczną tej publikacji. Moje główne zarzuty to – zbyt rozwlekły styl („Ach, to wodolejstwo! Przejdźmy, proszę, do meritum!”), za dużo reklamy (własnego biznesu i produktów) i autopromocji, za dużo mentorskiego tonu, zbyt rozdęte ego. Za mało „treści”, za mało konkretów, za mało praktyki (ćwiczeń, technik). Taki styl sprawił, że około 60. czy 70. strony nadal miałam wrażenie, że wciąż czytam wstęp (sic!), a kiedy bliska osoba zapytała mnie, o czym jest ta książka – niestety nie potrafiłam jasno i zwięźle odpowiedzieć. Ponadto, wspomniana wyżej struktura 6-etapów to tylko luźny podział treści, niemający moim zdaniem wiele wspólnego z logicznym następowaniem po sobie poszczególnych faz. Brakowało mi jasnej, logicznej struktury tekstu oraz wizualnego wyróżnienia najważniejszych treści, podsumowań czy oddzielenia (znikomych) części praktycznych. Konieczność wyławiania sedna z całego potoku słów zdecydowanie nie jest moim ulubionym zajęciem podczas lektury poradników tej klasy. Mimo wszystko, „Guru…” Wawrzyniaka, czyta się – nie przeczę – „łatwo i szybko”. Bezpośredni kontakt z czytelnikiem (quasi-dialogi), liczne narracje (typu „Wyobraź sobie…”) i historyjki „z życia wzięte”, przypowieści i metafory, aktywowanie w czytelniku wielu submodalności jednocześnie, a także szokowanie (wulgaryzmy) i prowokowanie – to tylko wybrane przykłady środków przykuwających uwagę i służące wywołaniu zamierzonych efektów w odbiorcy. Michał Wawrzyniak, specjalista m.in. od neurolingwistyki – opanował je do perfekcji. I… moim zdaniem zapomniał o starej, poczciwej zasadzie „złotego środka”, przesadzając z ich ilością. W efekcie tekst (przynajmniej momentami) bardziej przypomina mi popisy copywriterskie niż poważną, biznesową publikację. Na początku robi wrażenie; mieszkanka soli, cukru, soku z cytryny, wanilii, sporo chilli i dwutlenku węgla uderza po kubkach smakowych, ale… co dalej? Czy tylko to jest celem…? Osobiście nie czuję się szczególnie zainspirowana czy zmotywowana do działania. Natomiast chętnie wrócę do innych, doskonałych publikacji Helionu z tego zakresu –„Formuły Wpływu” czy „Odkryj siebie na nowo” (które gorąco polecam).
Podsumowując, książka Wawrzyniaka ma i wady, i zalety. Dzięki niej utwierdziłam się w swoim podejściu do roli otoczenia – trampoliny lub kłody w rozwoju. Odnalazłam w niej też kilka inspirujących fragmentów. Jednakże zbyt niedopracowana struktura książki oraz specyficzny styl autora (przede wszystkim!) nie przypadły mi do gustu, co zaważyło na ocenie. Mam też świadomość, iż recenzowana publikacja to „produkt”, dziecko specjalistów od marketingu. I wszystko to, co ja uznaję za wadę, może służyć określonemu, im znanemu celowi.
Jestem też świadoma, że wyrażając swoje zdanie na temat „Guru KULTU..ry” – szczerze i otwarcie – narażę się na niemałą falę krytyki fanów (wyznawców?) autora, uznanego guru rozwoju osobistego. Całkiem prawdopodobne, że zostanę nazwana „hejterką”. Trudno, taka moja rola recenzenta.
Na koniec, cytat – ostrzeżenie lub zachęta dla czytelników i potencjalnych klientów Michała Wawrzyniaka (tak mówi sam o sobie):
„Jestem znany z bezpośredniości wobec klientów. Od zawsze mówię to, co myślę. Nie jestem Twoim ojcem ani Twoją mamusią, żeby Cię przytulać i chwalić za to, że oddychasz. (…) Nie jestem psychologiem, żeby wysłuchiwać bzdur na temat Twojego życia czy historii o tym, jak wujek Franek dziesięć lat temu nie pozwolił Ci puszczać latawca. (…) Nie zamierzam godzinami słuchać czyjegoś pieprzenia. (…) Nie jestem również Twoim przyjacielem, nie stanę się nim; szanse na to są znikome. Od dziesięcioleci widzę, jak ludzie próbują wchodzić w dupę swoim nauczycielom, trenerom, ekspertom”. (s. 172).
Przyciągający uwagę, intrygujący, świetnie skrojony tytuł (który w sam sobie może stać się przedmiotem głębszej analizy), ciekawa tematyka, marka uznanego wydawnictwa książek biznesowych i świetne recenzje… Spytam retorycznie – czyż można oprzeć się takiej pozycji?
Jednakże atrakcyjne opakowanie i doskonały marketing mają też i drugą stronę medalu, mianowicie – wzbudzają niemałe oczekiwania. Które łatwo niestety zawieść, pozostawiając czytelnika z poczuciem starty czasu i pieniędzy oraz… niesmaku. Tak stało się i w moim przypadku. I chociaż przeczytałam już wiele rozwojowych i biznesowych pozycji wydawnictwa Helion, z których większość uważam za co najmniej godne polecenia (jeśli nie – genialne), „Guru KULTU..ry” to moje największe rozczarowanie.
Na początku muszę uczciwie przyznać, że nie znałam Michała Wawrzyniaka – ani jako autora, ani jako szkoleniowca/ trenera, więc jego nazwisko nie budziło we mnie absolutnie żadnych skojarzeń. Dzięki temu, do jego publikacji mogłam podejść niczym tabula rasa. Już w trakcie lektury dowiedziałam się, że Wawrzyniak to człowiek wszechstronny – prowadzi „rozwojowe „Eventy (nie mylić ze szkoleniami); ponadto jest biznesmenem i założycielem zlokalizowanej w Kaliszu organizacji MentalWay, a także filantropem. Ma również wieloletnie doświadczenie w handlu. Jak sam o sobie pisze, nie jest ani psychologiem, ani coachem, ani nawet szkoleniowcem. Kim więc jest? „Sprzedawcą wielu punktów widzenia” – tak siebie nazywa (s. 216).
„GURU KULTU..ry”, to – jak się zapewne domyślasz – rzecz NIE o tym, jak założyć własną sektę czy kościół, lecz o tym, jak stać się agentem zmiany w swoim otoczeniu i liderem swojego wymarzonego biznesu. W ramach tej tematyki, autor podejmuje zagadnienia takie, jak m.in.: rola środowiska (rodzinnego i szerszego, społeczno-kulturowego) w procesie zmiany i rozwoju, znaczenie kultury organizacji i cel tworzenia dream teamów, waga autentycznych i wspierających relacji ze współpracownikami i klientami, potęga marketingu i promocji (propagandy). Michał Wawrzyniak wiele uwagi poświęca charakterystyce mentalności rozwoju, czyli podejściu pełnym otwartości, ciekawości poznawczej, entuzjazmu („Zawsze możesz wszystko”) i przeciwstawia ją mentalności tłumaczenia, czyli „sztywnego, zafiksowanego sposobu myślenia”. Czytelnik odnajdzie w tej pozycji także przypomnienie naczelnego sloganu „rozwojowców” (czyli „Podążaj za głosem serca”), roli wizualizacji w osiąganiu celów (na przykładzie M. Phelpsa), oraz konieczności przechodzenia ze sfery komfortu do Sfery Mocy.
Drogę prowadzącą tego celu (czyli stania się GURU KULTU..ry) autor dzieli na 6 poszczególnych etapów, nazwanych odpowiednio: (1) Lepsza wersja ciebie, (2) Szersze pole widzenia, (3) Daleka wyprawa na szczyt, (4) Wyznawcy, (5) Propaganda, (6) Ciągła edukacja. Michał Wawrzyniak propaguje też kilka idei wartych co najmniej rozważenia – tworzenie tzw. dream teamów, koncepcja Business & Pleasure czy platforma Crowdfounding. Dla mnie były to najbardziej ciekawe i inspirujące fragmenty książki. Odnoszę jednak wrażenie, iż autor najwięcej uwagi poświęca zjawisku tzw. hejterstwa. Moim zdaniem – zbyt wiele jak na tego typu publikację.
Z większością poglądów autora na zarysowane wyżej kwestie trudno się nie zgodzić. I dlatego ja również nie z treścią merytoryczną chcę polemizować. Tym, co przyczyniło się do mojego zawodu recenzowaną pozycją, jest przede wszystkim sposób konstrukcji książki oraz styl autora.
Po pierwsze, „Guru KULTU..ry”, to jak dla mnie – nie poradnik, a raczej – zbiór refleksji i dygresji autora – bezpośrednich i momentami brutalnych, okraszonych ciętym dowcipem i szczyptą wulgaryzmów. Koncentracja na opisie zastanej rzeczywistości (celem rzekomej ilustracji mentalności narzekania) oraz liczne „wycinki z pamiętnika” autora przysłoniły mi wartość pragmatyczną tej publikacji. Moje główne zarzuty to – zbyt rozwlekły styl („Ach, to wodolejstwo! Przejdźmy, proszę, do meritum!”), za dużo reklamy (własnego biznesu i produktów) i autopromocji, za dużo mentorskiego tonu, zbyt rozdęte ego. Za mało „treści”, za mało konkretów, za mało praktyki (ćwiczeń, technik). Taki styl sprawił, że około 60. czy 70. strony nadal miałam wrażenie, że wciąż czytam wstęp (sic!), a kiedy bliska osoba zapytała mnie, o czym jest ta książka – niestety nie potrafiłam jasno i zwięźle odpowiedzieć. Ponadto, wspomniana wyżej struktura 6-etapów to tylko luźny podział treści, niemający moim zdaniem wiele wspólnego z logicznym następowaniem po sobie poszczególnych faz. Brakowało mi jasnej, logicznej struktury tekstu oraz wizualnego wyróżnienia najważniejszych treści, podsumowań czy oddzielenia (znikomych) części praktycznych. Konieczność wyławiania sedna z całego potoku słów zdecydowanie nie jest moim ulubionym zajęciem podczas lektury poradników tej klasy. Mimo wszystko, „Guru…” Wawrzyniaka, czyta się – nie przeczę – „łatwo i szybko”. Bezpośredni kontakt z czytelnikiem (quasi-dialogi), liczne narracje (typu „Wyobraź sobie…”) i historyjki „z życia wzięte”, przypowieści i metafory, aktywowanie w czytelniku wielu submodalności jednocześnie, a także szokowanie (wulgaryzmy) i prowokowanie – to tylko wybrane przykłady środków przykuwających uwagę i służące wywołaniu zamierzonych efektów w odbiorcy. Michał Wawrzyniak, specjalista m.in. od neurolingwistyki – opanował je do perfekcji. I… moim zdaniem zapomniał o starej, poczciwej zasadzie „złotego środka”, przesadzając z ich ilością. W efekcie tekst (przynajmniej momentami) bardziej przypomina mi popisy copywriterskie niż poważną, biznesową publikację. Na początku robi wrażenie; mieszkanka soli, cukru, soku z cytryny, wanilii, sporo chilli i dwutlenku węgla uderza po kubkach smakowych, ale… co dalej? Czy tylko to jest celem…? Osobiście nie czuję się szczególnie zainspirowana czy zmotywowana do działania. Natomiast chętnie wrócę do innych, doskonałych publikacji Helionu z tego zakresu –„Formuły Wpływu” czy „Odkryj siebie na nowo” (które gorąco polecam).
Podsumowując, książka Wawrzyniaka ma i wady, i zalety. Dzięki niej utwierdziłam się w swoim podejściu do roli otoczenia – trampoliny lub kłody w rozwoju. Odnalazłam w niej też kilka inspirujących fragmentów. Jednakże zbyt niedopracowana struktura książki oraz specyficzny styl autora (przede wszystkim!) nie przypadły mi do gustu, co zaważyło na ocenie. Mam też świadomość, iż recenzowana publikacja to „produkt”, dziecko specjalistów od marketingu. I wszystko to, co ja uznaję za wadę, może służyć określonemu, im znanemu celowi.
Jestem też świadoma, że wyrażając swoje zdanie na temat „Guru KULTU..ry” – szczerze i otwarcie – narażę się na niemałą falę krytyki fanów (wyznawców?) autora, uznanego guru rozwoju osobistego. Całkiem prawdopodobne, że zostanę nazwana „hejterką”. Trudno, taka moja rola recenzenta.
Na koniec, cytat – ostrzeżenie lub zachęta dla czytelników i potencjalnych klientów Michała Wawrzyniaka (tak mówi sam o sobie):
„Jestem znany z bezpośredniości wobec klientów. Od zawsze mówię to, co myślę. Nie jestem Twoim ojcem ani Twoją mamusią, żeby Cię przytulać i chwalić za to, że oddychasz. (…) Nie jestem psychologiem, żeby wysłuchiwać bzdur na temat Twojego życia czy historii o tym, jak wujek Franek dziesięć lat temu nie pozwolił Ci puszczać latawca. (…) Nie zamierzam godzinami słuchać czyjegoś pieprzenia. (…) Nie jestem również Twoim przyjacielem, nie stanę się nim; szanse na to są znikome. Od dziesięcioleci widzę, jak ludzie próbują wchodzić w dupę swoim nauczycielom, trenerom, ekspertom”. (s. 172).
moznaprzeczytac.pl Moznaprzeczytac.pl
Jak dbać o włosy. Poradnik dla początkującej włosomaniaczki
Czy warto przeczytać książkę Anwen?
"Jak dbać o włosy" czyli poradnik początkującej włosomaniaczki to książka autorstwa Anny Kołomycew znanej w blogosferze jako Anwen - założycielka chyba najpopularniejszego bloga o pielęgnacji włosów. Bloga Anwen znam od dwóch lat, a w miarę regularnie czytam od roku, może półtora. Skusiłam się więc również na książkę. Poradnik początkującej włosomaniaczki przeczytałam w kilka dni. Bez większego trudu. Omijałam tylko strony z przepisami, bo akurat w danym momencie nie były mi one do niczego potrzebne. Książka "Jak dbać o włosy" ma wygodny format akurat do torebki i miękką okładkę. Ktoś kto liczył na dużo zdjęć albo chociaż kilka zdjęć Anwen będzie zawiedziony.
Poradnik "Jak dbać o włosy" pomoże ci rozpoznać rodzaj włosów i dobrać odpowiednią dla nich pielęgnację. Anwen porusza w swojej książce temat najpopularniejszych włosowych problemów wraz ze wskazaniem możliwych przyczyn oraz sposobów poradzenia sobie z nimi. W książce znajdziecie też rozdział z przepisami na kosmetyki do włosów domowej roboty. Niektóre z nich są bajecznie proste do zrobienia i wcale nie wymagają żadnych dziwacznych czy trudno dostępnych składników.
Książka Anwen zgodnie z podpisem na okładce jest przeznaczona dla początkujących włosomaniaczek. Te bardziej zaawansowane niestety nie będą miały z niej pożytku. Ja trafiłam chyba na jedną czy dwie rzeczy, o których nie wiedziałam i na które bym nie wpadła. Trochę nie ma sensu przebijać się przez ponad 200 stron znajomych oczywistości, żeby wyłapać jedną czy dwie nowości. Chyba, że ktoś ma za dużo czasu. Albo chce przeczytać tę książkę z jakiegoś innego powodu niż zdobycie wiedzy o pielęgnacji włosów (np. w celu przyczepienia się do jakiejś drobnostki, byle tylko shejtować :). Większość informacji zawartych w tej książce znałam już z bloga Anwen, ewentualnie z innych blogów, for lub artykułów. Czy warto więc wydawać pieniądze na książkę, skoro wszystko można znaleźć w sieci? To zależy. Przede wszystkim czytanie książki jest o wiele przyjemniejsze i to jest zupełnie inna kategoria niż czytanie informacji w internecie. Blog Anwen ma kilka lat i zawiera ponad tysiąc wpisów. Książka liczy nieco ponad 250 stron i zawiera najważniejsze podstawowe informacje dotyczące pielęgnacji włosów. Jeżeli ktoś dopiero zaczyna swoją przygodę z włosomaniactwem ta książka będzie dobrym wyborem.
Osobiście trochę zdziwiło mnie tylko przewijające się przez wszystkie strony zalecenie, żeby nie przetrzymywać oleju na włosach zbyt długo. Anwen w książce zaleca od pół do dwóch godzin. Dla mnie to zdecydowanie za krótko na olejowanie i większość znajomych włosomaniaczek, tak samo jak ja, zostawia olej na całą noc. Generalnie im dłużej tym lepiej. Oczywiście w granicach rozsądku. 6, 8 czy nawet 12 godzin jak najbardziej, ale 24 czy 48 to bez przesady. No i trzeba by chyba z domu nie wychodzić ;) Anwen w książce twierdzi, że zbyt długie przetrzymywanie oleju na włosach może sprzyjać ich wypadaniu oraz rozwojowi chorób skóry. Nie śmiem się z tym nie zgodzić. Ale czy cała noc to rzeczywiście zbyt długo? Ja widzę ogromną różnicę pomiędzy włosami olejowanymi 2 godziny, a 8 godzin. Na korzyść dłuższego trzymania oleju na włosach.
Do poradnika początkującej włosomaniaczki nie mam specjalnych zarzutów. No może wolałabym więcej zdjęć. I to zdjęć Anwen ;) I jeszcze brakowało mi takiego słowniczka z najważniejszymi pojęciami. I gdyby to ode mnie zależało zrobiłabym o wiele więcej przypisów z wytłumaczeniem lub rozwinięciem myśli. No ale to nie moja książka. Jak napiszę swoją to przypisów będzie tyle, co w pracy magisterskiej ;)
"Jak dbać o włosy" czyli poradnik początkującej włosomaniaczki to książka autorstwa Anny Kołomycew znanej w blogosferze jako Anwen - założycielka chyba najpopularniejszego bloga o pielęgnacji włosów. Bloga Anwen znam od dwóch lat, a w miarę regularnie czytam od roku, może półtora. Skusiłam się więc również na książkę. Poradnik początkującej włosomaniaczki przeczytałam w kilka dni. Bez większego trudu. Omijałam tylko strony z przepisami, bo akurat w danym momencie nie były mi one do niczego potrzebne. Książka "Jak dbać o włosy" ma wygodny format akurat do torebki i miękką okładkę. Ktoś kto liczył na dużo zdjęć albo chociaż kilka zdjęć Anwen będzie zawiedziony.
Poradnik "Jak dbać o włosy" pomoże ci rozpoznać rodzaj włosów i dobrać odpowiednią dla nich pielęgnację. Anwen porusza w swojej książce temat najpopularniejszych włosowych problemów wraz ze wskazaniem możliwych przyczyn oraz sposobów poradzenia sobie z nimi. W książce znajdziecie też rozdział z przepisami na kosmetyki do włosów domowej roboty. Niektóre z nich są bajecznie proste do zrobienia i wcale nie wymagają żadnych dziwacznych czy trudno dostępnych składników.
Książka Anwen zgodnie z podpisem na okładce jest przeznaczona dla początkujących włosomaniaczek. Te bardziej zaawansowane niestety nie będą miały z niej pożytku. Ja trafiłam chyba na jedną czy dwie rzeczy, o których nie wiedziałam i na które bym nie wpadła. Trochę nie ma sensu przebijać się przez ponad 200 stron znajomych oczywistości, żeby wyłapać jedną czy dwie nowości. Chyba, że ktoś ma za dużo czasu. Albo chce przeczytać tę książkę z jakiegoś innego powodu niż zdobycie wiedzy o pielęgnacji włosów (np. w celu przyczepienia się do jakiejś drobnostki, byle tylko shejtować :). Większość informacji zawartych w tej książce znałam już z bloga Anwen, ewentualnie z innych blogów, for lub artykułów. Czy warto więc wydawać pieniądze na książkę, skoro wszystko można znaleźć w sieci? To zależy. Przede wszystkim czytanie książki jest o wiele przyjemniejsze i to jest zupełnie inna kategoria niż czytanie informacji w internecie. Blog Anwen ma kilka lat i zawiera ponad tysiąc wpisów. Książka liczy nieco ponad 250 stron i zawiera najważniejsze podstawowe informacje dotyczące pielęgnacji włosów. Jeżeli ktoś dopiero zaczyna swoją przygodę z włosomaniactwem ta książka będzie dobrym wyborem.
Osobiście trochę zdziwiło mnie tylko przewijające się przez wszystkie strony zalecenie, żeby nie przetrzymywać oleju na włosach zbyt długo. Anwen w książce zaleca od pół do dwóch godzin. Dla mnie to zdecydowanie za krótko na olejowanie i większość znajomych włosomaniaczek, tak samo jak ja, zostawia olej na całą noc. Generalnie im dłużej tym lepiej. Oczywiście w granicach rozsądku. 6, 8 czy nawet 12 godzin jak najbardziej, ale 24 czy 48 to bez przesady. No i trzeba by chyba z domu nie wychodzić ;) Anwen w książce twierdzi, że zbyt długie przetrzymywanie oleju na włosach może sprzyjać ich wypadaniu oraz rozwojowi chorób skóry. Nie śmiem się z tym nie zgodzić. Ale czy cała noc to rzeczywiście zbyt długo? Ja widzę ogromną różnicę pomiędzy włosami olejowanymi 2 godziny, a 8 godzin. Na korzyść dłuższego trzymania oleju na włosach.
Do poradnika początkującej włosomaniaczki nie mam specjalnych zarzutów. No może wolałabym więcej zdjęć. I to zdjęć Anwen ;) I jeszcze brakowało mi takiego słowniczka z najważniejszymi pojęciami. I gdyby to ode mnie zależało zrobiłabym o wiele więcej przypisów z wytłumaczeniem lub rozwinięciem myśli. No ale to nie moja książka. Jak napiszę swoją to przypisów będzie tyle, co w pracy magisterskiej ;)
Abakercja Ania Abakercja