Recenzje
100happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni
Matuesz Grzesiak to postać, która w Polsce ma swoich wielkich zwolenników jak i zagorzałych przeciwników. Jedni uważają, ża zarabia na ludzkich marzeniach, inni że do tych marzeń prowokuje i umiejętnie mobilizuje do ich realizacji. Swoją drogą co złego jest w zarabianiu na cudzych marzeniach, jeśli faktycznie mobilizuje się do ich spełniania ? Przyznaję się… należę do drugiej grupy, ale recenzja będzie trochę przerwotna – napisana z perspektywy osoby, która „nie trawi Grzesiaka” ;)
Przypuśćmy, że przed chwilą książkę „100 happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni.” kupiła Pani X, za namową syna. Przystępuje do czytania i pierwsze co jej się nie podoba, to fakt, że autor dedykuje książkę brazylijskim porywaczom:
„Książkę dedykuję brazylijskim napastnikom, którzy uprowadzili mnie w Sao Paulo dnia 89. Gdybyście byli szczęśliwi, nigdy byście tego nie zrobili. A ponieważ ja szczęśliwy jestem, wybaczam Wam.” – „pewnie to jedna wielka ściema, napisał tak tylko po to, aby wzbudzić sensację, nie wierzę w to całe porwanie – pomyślała Pani X, mimo to wertując kolejne strony.
Dalej dowiaduje się, że 100 happydays, a więc codzienne dodawanie na portalu społecznościowym postów pokazujących, co danego dnia uczyniło Cię szczęśliwym, to nie pomysł Grzesiaka, a pewnego Ukraińca – „czyli Grzesiak żeruje na cudzych pomysłach, a to dobre… „
W ciągu dalszej lektury Pani X będzie nastwaiona krytycznie do fragmentów, w których Mateusz opisuje jak dobrze mieć pieniądze i być obywatelem świata (Pani X broń Boże nie chce zarabiać na tym co robi, a już na pewno nie chciałaby podóżować po całym świecie… czy aby na pewno ? A może po porstu krytykuje tych, którzy mają taką możliwość, bo sama uznaje wszystkich ludzi zarabiających więcej niż średnią krajową za oszustów i złodziei. Nie przekonuje jej również fakt, że Matuesz podróżował równiez wtedy, gdy pieniedzy nie miał).
Czytelniczka poddaje w wątpliwość sielankowy klimat w jakim utrzymana jest książka – szczególnie fragmenty, które dotyczą bezposrednio życia rodzinnego, a także pracy Matuesza. A może te fragmenty irytują ją dlatego, że sama nie wierzy w to, że podobne życie można mieć. Nie przekonują jej akapity, w których coach pokazuje trudne momenty swojego życia, chorobę, nie zawsze dobre relacje z ojcem, brak środków na wynajęcie sali, w której mółby prowadzić zajęcia – zanim stał się tym słynym Grzesiakiem.
Pani X nie może znieśc faktu, że Mateusz przedstawia Polaków jako nieufnych, mających poczucie gorszości i bycia podrzędnym w stosunku do narodów zachodnich, jako mało życzliwyych i podejrzliwych w stosunku do obcych, z pesymizmem patrzących na większość spraw, jako tych, którzy odbierają sobie prawo do własnego potencjału co krok powątpiewając bezzasadnie w swoje możliwości, jako pełnych hejtu, nienawiści, zazdrosnych i nazywajacych ludzi, którzy popeniają błędy debilami.
Wtem Pani X zatrzymuje się na moment, po czym dociera do niej, że w tych słowach jest trochę prawdy, a może nawet boląca prawda i że czyta właśnie o sobie… bo czym innym jest to, co robiła od pierwszych stron książki jak nie hejtem.
Pani X to tylko zmyślona przeze mnie postać, ale jej myśli są dość przewidywalne, dlatego z taką łatwością przyszło mi ją stworzyć. I oby jak najwięcej Pań i Panów X sięgnęło po książkę Mateusza Grzesiaka. Być może coś drgnie, być może coś się zmieni w myśleniu nieufnych, przesiąkniętych zazdrością i powątpiewaniem Polaków.
Książkę polecam szczególnie osobom, które spodziewają sie po tej pozycji ukazania nowego spojrzenia na różne aspekty życia. Polecam wszystkim, którzy w literaturze coachingowej do jakiej można bez watpienia zaliczyć „100 happydays ” M. Grzesiaka szukają powiewu świeżego powietrza – inspiracji do zmian.
Przypuśćmy, że przed chwilą książkę „100 happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni.” kupiła Pani X, za namową syna. Przystępuje do czytania i pierwsze co jej się nie podoba, to fakt, że autor dedykuje książkę brazylijskim porywaczom:
„Książkę dedykuję brazylijskim napastnikom, którzy uprowadzili mnie w Sao Paulo dnia 89. Gdybyście byli szczęśliwi, nigdy byście tego nie zrobili. A ponieważ ja szczęśliwy jestem, wybaczam Wam.” – „pewnie to jedna wielka ściema, napisał tak tylko po to, aby wzbudzić sensację, nie wierzę w to całe porwanie – pomyślała Pani X, mimo to wertując kolejne strony.
Dalej dowiaduje się, że 100 happydays, a więc codzienne dodawanie na portalu społecznościowym postów pokazujących, co danego dnia uczyniło Cię szczęśliwym, to nie pomysł Grzesiaka, a pewnego Ukraińca – „czyli Grzesiak żeruje na cudzych pomysłach, a to dobre… „
W ciągu dalszej lektury Pani X będzie nastwaiona krytycznie do fragmentów, w których Mateusz opisuje jak dobrze mieć pieniądze i być obywatelem świata (Pani X broń Boże nie chce zarabiać na tym co robi, a już na pewno nie chciałaby podóżować po całym świecie… czy aby na pewno ? A może po porstu krytykuje tych, którzy mają taką możliwość, bo sama uznaje wszystkich ludzi zarabiających więcej niż średnią krajową za oszustów i złodziei. Nie przekonuje jej również fakt, że Matuesz podróżował równiez wtedy, gdy pieniedzy nie miał).
Czytelniczka poddaje w wątpliwość sielankowy klimat w jakim utrzymana jest książka – szczególnie fragmenty, które dotyczą bezposrednio życia rodzinnego, a także pracy Matuesza. A może te fragmenty irytują ją dlatego, że sama nie wierzy w to, że podobne życie można mieć. Nie przekonują jej akapity, w których coach pokazuje trudne momenty swojego życia, chorobę, nie zawsze dobre relacje z ojcem, brak środków na wynajęcie sali, w której mółby prowadzić zajęcia – zanim stał się tym słynym Grzesiakiem.
Pani X nie może znieśc faktu, że Mateusz przedstawia Polaków jako nieufnych, mających poczucie gorszości i bycia podrzędnym w stosunku do narodów zachodnich, jako mało życzliwyych i podejrzliwych w stosunku do obcych, z pesymizmem patrzących na większość spraw, jako tych, którzy odbierają sobie prawo do własnego potencjału co krok powątpiewając bezzasadnie w swoje możliwości, jako pełnych hejtu, nienawiści, zazdrosnych i nazywajacych ludzi, którzy popeniają błędy debilami.
Wtem Pani X zatrzymuje się na moment, po czym dociera do niej, że w tych słowach jest trochę prawdy, a może nawet boląca prawda i że czyta właśnie o sobie… bo czym innym jest to, co robiła od pierwszych stron książki jak nie hejtem.
Pani X to tylko zmyślona przeze mnie postać, ale jej myśli są dość przewidywalne, dlatego z taką łatwością przyszło mi ją stworzyć. I oby jak najwięcej Pań i Panów X sięgnęło po książkę Mateusza Grzesiaka. Być może coś drgnie, być może coś się zmieni w myśleniu nieufnych, przesiąkniętych zazdrością i powątpiewaniem Polaków.
Książkę polecam szczególnie osobom, które spodziewają sie po tej pozycji ukazania nowego spojrzenia na różne aspekty życia. Polecam wszystkim, którzy w literaturze coachingowej do jakiej można bez watpienia zaliczyć „100 happydays ” M. Grzesiaka szukają powiewu świeżego powietrza – inspiracji do zmian.
http://kobiecymotywator.pl/ Paulina
Autentyczność przyciąga. Jak budować swoją markę na prawdziwym i porywającym przekazie?
Czego innego spodziewałam się po tej książce, ale na szczęście zostałam mile zaskoczona. Zanim zaczęłam lekturę byłam przekonana, że copywriterka podzieli się ze mną kilkoma sprawdzonymi sztuczkami na przyciągnięcie uwagi czytelnika i pokaże jak pisać, by moje teksty stały się hipnotyzujące. Niestety nie poznałam żadnych pisarskich trików, ale Ania Piwowarska dała mi coś więcej. Dostałam pigułkę wiedzy na temat budowania swojej marki w oparciu o prawdziwy przekaz.
Z jednej strony książka zawiera elementy wiedzy marketingowej, więc podpowiada jak znaleźć i docierać do idealnych klientów, jak wyszukać swoją niszę i na czym budować konkurencyjną przewagę. Wskazuje w jaki sposób posługiwać się content marketingiem w mediach społecznościowych i jak korzystać ze storytellingu w tworzeniu prawdziwego przekazu. Z drugiej strony autorka porusza w niej kwestie związane z rozwojem osobistym i zwiększaniem samoświadomości. Zachęca do tego, by budowanie marki osobistej rozpocząć od odpowiedzi na pytania kim jesteś i jakimi wartościami się kierujesz w pracy i w życiu? Do tego wszystkiego udziela praktycznych wskazówek, jak pisać w sposób autentyczny oraz tworzyć szczery i przyciągający klientów obraz siebie.
Sama autorka jest wobec czytelnika rozbrajająco szczera, gdyż otwarcie przyznaje, że boi się pisać. Copywriterka, która odczuwa lęk przed napisaniem tekstu „o mnie”(zwanego również „bio”), to brzmi paradoksalnie, ale jednocześnie jest ujmujące, bo bardzo mi bliskie i zapewne znane też innym czytelniczkom. Stworzenie „bio” wymaga wielogodzinnego planowania i nigdy nie ma „wystarczająco” czasu, by napisać je w „odpowiedni” sposób. Brzmi znajomo, prawda? Pisanie jest trudne, a autentyczne pisanie to już prawdziwy wyczyn – jak wyprawa na Mount Everest. Ale nie musi tak być! W książce Autentyczność przyciąga znajdziesz wiele pytań i praktycznych ćwiczeń, które pomogą zaplanować Ci tę wędrówkę. To tak, jakby Ania Piwowarska kompletowała Ci sprzęt do wspinaczki wysokogórskiej – wciskała w rękę czekan i przyczepiała do butów raki. Jeśli po przeczytaniu tej książki znajdziesz w sobie odpowiedzi, zgodne z tym, w co wierzysz i co jest dla Ciebie ważne, to gwarantuję, że nie utkniesz wewnątrz lodowej szczeliny.
Ania Piwowarska chce wchodzić w interakcję z czytelnikiem i wymaga od niego zaangażowania. Zachęca żeby podkreślać w książce istotne treści, robić notatki na marginesach, spisywać pomysły, które pojawiają się w trakcie lektury. Namawia również, by zapomnieć o pani bibliotekarce z podstawówki, która zabraniała pisania po książkach i po prostu pozwolić się zainspirować. Z tego samego powodu zamieściła w niej wiele pytań i jeszcze więcej ćwiczeń do samodzielnego wykonania. Jedno z nich polega na podglądaniu stron www konkurencji. Warto przeczytać zawarte na nich teksty, jednak nie po to by je naśladować, ale szukać w nich elementów, które przyciągają i odpychają Cię jako potencjalnego nabywcę produktu lub usługi. Tymi, które Cię wabią i zyskują Twoją uwagę, inspiruj się do woli, zaś z pozostałych zrób „czarną listę” i świadomie ich unikaj przy pisaniu własnych tekstów. To i inne podobne zadania nie wprowadzą od razu rewolucji w Twoim sposobie postrzegania własnej marki, ale krok po kroku poprowadzą Cię po drodze do lepszego poznania siebie oraz zrozumienia potrzeb Twojego odbiorcy. Z pewnością pomogą też dostrzec Twoje wyróżniki i zbudować na nich swój własny autentyczny przekaz.
Autentyczność przyciąga jest to książka napisana przez kobietę i zdecydowanie do kobiet jest skierowana. Kobiecy punkt widzenia daje się wyczuć na wielu płaszczyznach, począwszy od języka, którym posługuje się autorka, aż do przykładów, które przytacza by potwierdzić, to o czym pisze. Od początku do końca opisuje tylko kobiece przedsięwzięcia. Zatem w książce cenne wskazówki znajdą te z nas, które niedawno zaczęły prowadzić bloga lub otworzyły swój własny biznes albo zastanawiają się nad rozpoczęciem jednego i drugiego. Jest to również idealna lektura dla małych przedsiębiorców, którzy zastanawiają się dlaczego do ich służbowej skrzynki nie trafiają maile zatytułowane „zapytanie ofertowe” albo dlaczego po wysłaniu oferty kontakt z potencjalnym klientem nagle się urywa. Dlaczego tracą czas na obsługiwanie klientów, którzy i tak nie skorzystają z ich usług? Gdzie ukrywają się ci idealni, którzy nie narzekają, nie wykłócają się o zniżki i jeszcze płacą w terminie?
Jeśli w Twojej głowie pojawiają się podobne pytania, to z wysokim prawdopodobieństwem treści, które posiadasz na swojej stronie internetowej i folderach promocyjnych są zbyt grzeczne, bezpieczne i bez wyrazu, a przez to nie wzbudzają w odbiorcy żadnych emocji. Może kierujesz swój przekaz do wszystkich, czyli do nikogo. Jeśli tak jest, to koniecznie przeczytaj Autentyczność przyciąga i zacznij budować swoją działalność na autentycznym przekazie, w zgodzie z Tobą i Twoimi wartościami.
Z jednej strony książka zawiera elementy wiedzy marketingowej, więc podpowiada jak znaleźć i docierać do idealnych klientów, jak wyszukać swoją niszę i na czym budować konkurencyjną przewagę. Wskazuje w jaki sposób posługiwać się content marketingiem w mediach społecznościowych i jak korzystać ze storytellingu w tworzeniu prawdziwego przekazu. Z drugiej strony autorka porusza w niej kwestie związane z rozwojem osobistym i zwiększaniem samoświadomości. Zachęca do tego, by budowanie marki osobistej rozpocząć od odpowiedzi na pytania kim jesteś i jakimi wartościami się kierujesz w pracy i w życiu? Do tego wszystkiego udziela praktycznych wskazówek, jak pisać w sposób autentyczny oraz tworzyć szczery i przyciągający klientów obraz siebie.
Sama autorka jest wobec czytelnika rozbrajająco szczera, gdyż otwarcie przyznaje, że boi się pisać. Copywriterka, która odczuwa lęk przed napisaniem tekstu „o mnie”(zwanego również „bio”), to brzmi paradoksalnie, ale jednocześnie jest ujmujące, bo bardzo mi bliskie i zapewne znane też innym czytelniczkom. Stworzenie „bio” wymaga wielogodzinnego planowania i nigdy nie ma „wystarczająco” czasu, by napisać je w „odpowiedni” sposób. Brzmi znajomo, prawda? Pisanie jest trudne, a autentyczne pisanie to już prawdziwy wyczyn – jak wyprawa na Mount Everest. Ale nie musi tak być! W książce Autentyczność przyciąga znajdziesz wiele pytań i praktycznych ćwiczeń, które pomogą zaplanować Ci tę wędrówkę. To tak, jakby Ania Piwowarska kompletowała Ci sprzęt do wspinaczki wysokogórskiej – wciskała w rękę czekan i przyczepiała do butów raki. Jeśli po przeczytaniu tej książki znajdziesz w sobie odpowiedzi, zgodne z tym, w co wierzysz i co jest dla Ciebie ważne, to gwarantuję, że nie utkniesz wewnątrz lodowej szczeliny.
Ania Piwowarska chce wchodzić w interakcję z czytelnikiem i wymaga od niego zaangażowania. Zachęca żeby podkreślać w książce istotne treści, robić notatki na marginesach, spisywać pomysły, które pojawiają się w trakcie lektury. Namawia również, by zapomnieć o pani bibliotekarce z podstawówki, która zabraniała pisania po książkach i po prostu pozwolić się zainspirować. Z tego samego powodu zamieściła w niej wiele pytań i jeszcze więcej ćwiczeń do samodzielnego wykonania. Jedno z nich polega na podglądaniu stron www konkurencji. Warto przeczytać zawarte na nich teksty, jednak nie po to by je naśladować, ale szukać w nich elementów, które przyciągają i odpychają Cię jako potencjalnego nabywcę produktu lub usługi. Tymi, które Cię wabią i zyskują Twoją uwagę, inspiruj się do woli, zaś z pozostałych zrób „czarną listę” i świadomie ich unikaj przy pisaniu własnych tekstów. To i inne podobne zadania nie wprowadzą od razu rewolucji w Twoim sposobie postrzegania własnej marki, ale krok po kroku poprowadzą Cię po drodze do lepszego poznania siebie oraz zrozumienia potrzeb Twojego odbiorcy. Z pewnością pomogą też dostrzec Twoje wyróżniki i zbudować na nich swój własny autentyczny przekaz.
Autentyczność przyciąga jest to książka napisana przez kobietę i zdecydowanie do kobiet jest skierowana. Kobiecy punkt widzenia daje się wyczuć na wielu płaszczyznach, począwszy od języka, którym posługuje się autorka, aż do przykładów, które przytacza by potwierdzić, to o czym pisze. Od początku do końca opisuje tylko kobiece przedsięwzięcia. Zatem w książce cenne wskazówki znajdą te z nas, które niedawno zaczęły prowadzić bloga lub otworzyły swój własny biznes albo zastanawiają się nad rozpoczęciem jednego i drugiego. Jest to również idealna lektura dla małych przedsiębiorców, którzy zastanawiają się dlaczego do ich służbowej skrzynki nie trafiają maile zatytułowane „zapytanie ofertowe” albo dlaczego po wysłaniu oferty kontakt z potencjalnym klientem nagle się urywa. Dlaczego tracą czas na obsługiwanie klientów, którzy i tak nie skorzystają z ich usług? Gdzie ukrywają się ci idealni, którzy nie narzekają, nie wykłócają się o zniżki i jeszcze płacą w terminie?
Jeśli w Twojej głowie pojawiają się podobne pytania, to z wysokim prawdopodobieństwem treści, które posiadasz na swojej stronie internetowej i folderach promocyjnych są zbyt grzeczne, bezpieczne i bez wyrazu, a przez to nie wzbudzają w odbiorcy żadnych emocji. Może kierujesz swój przekaz do wszystkich, czyli do nikogo. Jeśli tak jest, to koniecznie przeczytaj Autentyczność przyciąga i zacznij budować swoją działalność na autentycznym przekazie, w zgodzie z Tobą i Twoimi wartościami.
Kreatorka Jutra Magdalena Bereza
Fueled. Napędzani pożądaniem
Pamiętacie recenzję "Driven"? Debiutancka powieść K. Bromberg sprawiła mi niemałą przyjemność i niosła za sobą sporo nowych czytelniczych wrażeń. Dlatego też zaraz po skończeniu tomu pierwszego, zabrałam się za kontynuację. O moich wrażeniach możecie przeczytać poniżej, ale już teraz zdradzę Wam, że "Fueled" to naprawdę dobry ciąg dalszy.
Po przykrych słowach, jakie Rylee usłyszała od Coltona, kobieta się załamuje. Wewnętrzna siła zmusza ją jednak do tego, by po raz ostatni wrócić do niego, zmieszać go z błotem i obrzucić obelgami, na które zasłużył. Okazuje się jednak, że Colton jest o wiele bardziej skomplikowany niż myślała, a mały skrzywdzony chłopiec, którego wspomnienia nosi w sobie, nadal nie daje o sobie zapomnieć.
To wszystko sprawia, że Ryles czuje potrzebę poznania demonów ukochanego. Tylko czy znajdzie w sobie siłę, która pomoże jej się z tym zmierzyć?
Po dramatycznych zdarzeniach z końcówki tomu pierwszego, nie byłam pewna, czego oczekiwać po kontynuacji. Niby wiedziałam, że druga część będzie musiała w dalszym ciągu splatać ze sobą losy głównych bohaterów, ale nie miałam pomysłu na rozwiązanie tego konfliktu. Okazało się, że autorka postanowiła już na wstępie zrzucić na mnie emocjonalne kowadło i zagrać na mojej wrażliwości.
Od pierwszych stron byłam zmuszona mierzyć się psychiką i bagażem Coltona, co okazało się być bardzo silnym doznaniem.
W tej części wyraźnie widać, że bohaterowie wskoczyli na nowy poziom. I choć przez całą książkę możemy obserwować to, jak się docierają, widzimy też, że powoli otwierają się na siebie nawzajem i próbują poznać i zrozumieć drugą stronę. Możliwość obserwowania metamorfozy i kiełkującego uczucia, szacunku i zrozumienia między postaciami, była dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem.
Jednak to nie zmiana w bohaterach jest dla mnie głównym atutem, lecz akcja. Ciągła, dynamiczna, nieustająca gonitwa, która przyniosła mi wielką frajdę. Autorka wplotła w ten tom tak dużo niespodziewanych wydarzeń i zwrotów akcji, że nie można było się nudzić.
Dodatkowo wplecenie do książki kilku rozdziałów z perspektywy Coltona jeszcze bardziej urozmaiciło tę powieść i ukazało go w trochę innym świetle.
"Fueled" jest książką, która w bardzo realistyczny sposób ukazuje, jak ciężkie może być czasem budowanie związku i głębszej relacji. Bohaterowie na przemian kłócili się, wybaczali sobie, rozstawali się, odbudowywali swoje zaufanie, uprawiali sex i tak w kółko. Zupełnie jak w życiu. Nie uważałam takiego zachowania za infantylne, ponieważ wiem, że czasem kilka słów rzeczywiście może zmienić całkowity bieg wydarzeń. Tym bardziej, że zarówno Rylee jak Colton trzymają w szafie niejednego trupa, o czym przekonacie się czytając tę powieść.
Jeśli ktoś z Was poprosiłby mnie o porównanie dwóch pierwszych tomów tej trylogii, oceniłabym je na równi. Bo choć uwielbiam początkowe fazy książek i poznawanie bohaterów, "Fueled" zafundowało mi tak wiele emocji, że historia ta nadal była szalenie interesująca i intrygująca.
Po zakończeniu "Driven" nie myślałam, że autorka będzie mnie jeszcze w stanie zaskoczyć, ale drugi tom udowadnia, że po Bromberg najlepiej jest nie spodziewać się niczego, bo zdarzyć może się wszystko. I mam nadzieję, że tym Was zachęcę ;)
Po przykrych słowach, jakie Rylee usłyszała od Coltona, kobieta się załamuje. Wewnętrzna siła zmusza ją jednak do tego, by po raz ostatni wrócić do niego, zmieszać go z błotem i obrzucić obelgami, na które zasłużył. Okazuje się jednak, że Colton jest o wiele bardziej skomplikowany niż myślała, a mały skrzywdzony chłopiec, którego wspomnienia nosi w sobie, nadal nie daje o sobie zapomnieć.
To wszystko sprawia, że Ryles czuje potrzebę poznania demonów ukochanego. Tylko czy znajdzie w sobie siłę, która pomoże jej się z tym zmierzyć?
Po dramatycznych zdarzeniach z końcówki tomu pierwszego, nie byłam pewna, czego oczekiwać po kontynuacji. Niby wiedziałam, że druga część będzie musiała w dalszym ciągu splatać ze sobą losy głównych bohaterów, ale nie miałam pomysłu na rozwiązanie tego konfliktu. Okazało się, że autorka postanowiła już na wstępie zrzucić na mnie emocjonalne kowadło i zagrać na mojej wrażliwości.
Od pierwszych stron byłam zmuszona mierzyć się psychiką i bagażem Coltona, co okazało się być bardzo silnym doznaniem.
W tej części wyraźnie widać, że bohaterowie wskoczyli na nowy poziom. I choć przez całą książkę możemy obserwować to, jak się docierają, widzimy też, że powoli otwierają się na siebie nawzajem i próbują poznać i zrozumieć drugą stronę. Możliwość obserwowania metamorfozy i kiełkującego uczucia, szacunku i zrozumienia między postaciami, była dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem.
Jednak to nie zmiana w bohaterach jest dla mnie głównym atutem, lecz akcja. Ciągła, dynamiczna, nieustająca gonitwa, która przyniosła mi wielką frajdę. Autorka wplotła w ten tom tak dużo niespodziewanych wydarzeń i zwrotów akcji, że nie można było się nudzić.
Dodatkowo wplecenie do książki kilku rozdziałów z perspektywy Coltona jeszcze bardziej urozmaiciło tę powieść i ukazało go w trochę innym świetle.
"Fueled" jest książką, która w bardzo realistyczny sposób ukazuje, jak ciężkie może być czasem budowanie związku i głębszej relacji. Bohaterowie na przemian kłócili się, wybaczali sobie, rozstawali się, odbudowywali swoje zaufanie, uprawiali sex i tak w kółko. Zupełnie jak w życiu. Nie uważałam takiego zachowania za infantylne, ponieważ wiem, że czasem kilka słów rzeczywiście może zmienić całkowity bieg wydarzeń. Tym bardziej, że zarówno Rylee jak Colton trzymają w szafie niejednego trupa, o czym przekonacie się czytając tę powieść.
Jeśli ktoś z Was poprosiłby mnie o porównanie dwóch pierwszych tomów tej trylogii, oceniłabym je na równi. Bo choć uwielbiam początkowe fazy książek i poznawanie bohaterów, "Fueled" zafundowało mi tak wiele emocji, że historia ta nadal była szalenie interesująca i intrygująca.
Po zakończeniu "Driven" nie myślałam, że autorka będzie mnie jeszcze w stanie zaskoczyć, ale drugi tom udowadnia, że po Bromberg najlepiej jest nie spodziewać się niczego, bo zdarzyć może się wszystko. I mam nadzieję, że tym Was zachęcę ;)
heaven-for-readers Martyna Lewandowska
Opanować czas
Poradniki, a szczególnie książki prezentujące sposoby organizacji czasu dla wielu ludzi wydają się niewarte przeczytania.
Czy jest to prawdą? Na pewno się tym zaciekawicie.
Przed przeczytaniem tej lektury byłem zdania takiego samego jak większość osób: „Poradniki to strata czasu”. Jednak po przeczytaniu kilkunastu stron dałem się wciągnąć.
W pierwszej kolejności chciałbym wspomnieć o rzeczy, która od razu mi się spodobała, czyli niespotykanym spisie treści przedstawionym jako porządek dzienny. Rozdziały są przedstawione jako odwzorowanie godzinowe. Zaczynamy dzień, jak i książkę o 6:00, a kończymy o 23:00.
„Opanować czas” w połowie składa się z interakcji z czytelnikiem poprzez przeróżne ćwiczenia prowadzące do wyciągnięcia wniosków z dotychczasowej organizacji czasu. W pozostałej części Arkadiusz Bednarski przedstawia techniki i porady, które wpływają na jakość i ilość wykonywanych przez nas czynności. Autor bierze pod uwagę, a raczej skłania nas do wyboru kilku „Ośrodków Skupienia” tj. rodzina, praca, wypoczynek, hobby… czyli wszystko to czego doświadczyć możemy w ciągu normalnego dnia.
Dzięki temu możemy zajmować się rzeczami dla nas ważnymi i nie znudzić się wykonywanymi obowiązkami lub przyjemnościami, a wszystko poparte jest logicznymi argumentami.
Na koniec przedstawiona jest propozycja patrzenia na czas, dzięki której łatwiej jest zrozumieć o co tak właściwie się rozchodzi.
Z rzeczy które mogą się nie spodobać:
– często powtarzane są duże części tekstu, przez co książka mogłaby być krótsza,
– w tekście pojawia się jeden błąd merytoryczny
– odniosłem wrażenie, że autor faworyzuje niektóre firmy (np. Apple nad produkty z systemem Windows)
Czy jest to prawdą? Na pewno się tym zaciekawicie.
Przed przeczytaniem tej lektury byłem zdania takiego samego jak większość osób: „Poradniki to strata czasu”. Jednak po przeczytaniu kilkunastu stron dałem się wciągnąć.
W pierwszej kolejności chciałbym wspomnieć o rzeczy, która od razu mi się spodobała, czyli niespotykanym spisie treści przedstawionym jako porządek dzienny. Rozdziały są przedstawione jako odwzorowanie godzinowe. Zaczynamy dzień, jak i książkę o 6:00, a kończymy o 23:00.
„Opanować czas” w połowie składa się z interakcji z czytelnikiem poprzez przeróżne ćwiczenia prowadzące do wyciągnięcia wniosków z dotychczasowej organizacji czasu. W pozostałej części Arkadiusz Bednarski przedstawia techniki i porady, które wpływają na jakość i ilość wykonywanych przez nas czynności. Autor bierze pod uwagę, a raczej skłania nas do wyboru kilku „Ośrodków Skupienia” tj. rodzina, praca, wypoczynek, hobby… czyli wszystko to czego doświadczyć możemy w ciągu normalnego dnia.
Dzięki temu możemy zajmować się rzeczami dla nas ważnymi i nie znudzić się wykonywanymi obowiązkami lub przyjemnościami, a wszystko poparte jest logicznymi argumentami.
Na koniec przedstawiona jest propozycja patrzenia na czas, dzięki której łatwiej jest zrozumieć o co tak właściwie się rozchodzi.
Z rzeczy które mogą się nie spodobać:
– często powtarzane są duże części tekstu, przez co książka mogłaby być krótsza,
– w tekście pojawia się jeden błąd merytoryczny
– odniosłem wrażenie, że autor faworyzuje niektóre firmy (np. Apple nad produkty z systemem Windows)
DobreRecenzje.pl Edyta
Zarządzanie codziennością. Zaplanuj dzień, skoncentruj się i wyostrz swój twórczy umysł
Trzeba szczerze powiedzieć, że każdy z nas bardzo często ma problem jak skutecznie zarządzać swoim czasem, jak go dobrze spożytkować aby nie był zmarnowany i stracony, lecz dobrze wykorzystany. W dzisiejszych czasach jest tak dużo bodźców i urządzeń które odciągają nas od pracy. Ile czasu marnujemy na przeglądanie portali społecznościowych. A co jeżeli akurat jesteśmy w połowie ważnego projektu i nagle opuści nas wena twórcza? Myślę, że każdy z nas bardzo często staje przed problemami właśnie tego rodzaju.
„ Zarządzanie codziennością” to na pewno nie jeden z wielu poradników, które mówią nam i planują nasze zajęcia. To książka stworzona przez ogrom mądrych ludzi. Każdy rozdział pisany jest przez innego autora, każdy ma swój pomysł jak radzić sobie z problemem, każdy swoją teorią popiera wypróbowanym często przez siebie sposobem. Są to ludzie znani i lubiani na całym świecie.
Szczerze muszę powiedzieć, że jeszcze nigdy nie spotkałam się z tego typu książką. Jest doskonale wykonana i opisana. Każdy rozdział jest widocznie oddzielony od reszty, bo ma odcień innego koloru. Na końcu rozdziału są podane wiadomości w pigułce, a ponad to jeżeli ktoś z Was miałby ochotę ustawić sobie jako tapetę mądre i motywujące porady, to na samym dole podane są strony internetowe z których taką tapetę możecie śmiało pobrać. Strony internetowe to także doskonała okazja do tego, aby zapoznać się z każdym autorem który włożył swój wysiłek w stworzenie rozdziału, zostało to docenione i pod każdym wpisem jest podana strona internetowa autora lub firmy w której pracuje.
Doskonale czyta się książkę również dzięki czcionce. Bardzo przejrzysta pozwala czytelnikowi skupić się na tym co czyta. Szczerze powiem, że nie zdarzyło mi się „odpłynąć” przy tej książce. Jest tak ciekawie napisana i zawiera tyle przydatnych porad o których nigdy nie miałam pojęcia, że w bardzo szybkim tempie, nie wiedzieć nawet kiedy byłam już w końcowych rozdziałach.
Ogromnie polecam.
„ Zarządzanie codziennością” to na pewno nie jeden z wielu poradników, które mówią nam i planują nasze zajęcia. To książka stworzona przez ogrom mądrych ludzi. Każdy rozdział pisany jest przez innego autora, każdy ma swój pomysł jak radzić sobie z problemem, każdy swoją teorią popiera wypróbowanym często przez siebie sposobem. Są to ludzie znani i lubiani na całym świecie.
Szczerze muszę powiedzieć, że jeszcze nigdy nie spotkałam się z tego typu książką. Jest doskonale wykonana i opisana. Każdy rozdział jest widocznie oddzielony od reszty, bo ma odcień innego koloru. Na końcu rozdziału są podane wiadomości w pigułce, a ponad to jeżeli ktoś z Was miałby ochotę ustawić sobie jako tapetę mądre i motywujące porady, to na samym dole podane są strony internetowe z których taką tapetę możecie śmiało pobrać. Strony internetowe to także doskonała okazja do tego, aby zapoznać się z każdym autorem który włożył swój wysiłek w stworzenie rozdziału, zostało to docenione i pod każdym wpisem jest podana strona internetowa autora lub firmy w której pracuje.
Doskonale czyta się książkę również dzięki czcionce. Bardzo przejrzysta pozwala czytelnikowi skupić się na tym co czyta. Szczerze powiem, że nie zdarzyło mi się „odpłynąć” przy tej książce. Jest tak ciekawie napisana i zawiera tyle przydatnych porad o których nigdy nie miałam pojęcia, że w bardzo szybkim tempie, nie wiedzieć nawet kiedy byłam już w końcowych rozdziałach.
Ogromnie polecam.
DobreRecenzje.pl Edyta