ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Ostatni maraton

Piotr Kuryło będąc idealistą podjął się trudnego zadania – postanowił pobiec dookoła świata w intencji pokoju mając za towarzysza wózek i modlitwę, które to towarzyszyły mu w drodze. Jak wyglądały poszczególne etapy podróży? Można przeczytać w książce “Ostatni maraton”.

Książka nie należy do tych, które na kilkuset stronach opisują dokładnie obiekty mijane podczas podróży oraz ludzi napotkanych na drodze. Kuryło trzymając odpowiednie tempo kilkudziesięciu kilometrów dziennie skupia się bardziej na przebywaniu poszczególnych odcinków wspominając ludzi i ważne w drodze wydarzenia.

Są mniej i bardziej straszne opowieści o dzikich zwierzętach, które na szczęście oszczędziły pana Piotra. Są mili kierowcy, którzy pozdrawiają go i obdarowują jedzeniem czy innymi potrzebnymi rzeczami. Na kartach książki znajdzie czytelnik również takich, którzy zajeżdżają biegaczowi drogę, straszą czy przeganiają.

Odżywając się w drodze Kuryło pokonuje dystans, który robi wrażenie. Pozostaje jednak niedosyt – dlaczego koniec? Czemu u szczytu formy zawiesza buty na kołku? Czekają wszak inne wyzwania i nie chodzi tu o intencję pokoju na świecie.

Trzeba było zacząć promować bieganie wtedy – na maksa. Uszczknąć coś z bogatego tortu, który przydałby się zapewne panu Piotrowi. On jednak pozostał idealistą do dzisiaj. Może to i lepiej – mało jest takich ludzi jak on.

Mam nadzieję, że małżonka autora powie mu kiedyś: “biegnij” i Kuryło zaskoczy nas dobrymi wynikami i … kolejnymi opowieściami o dalekich wojażach. On umie to z pewnością.
ksiazka-online.pl 2012-12-26

Ostatni maraton

Piotr Kuryło będąc idealistą podjął się trudnego zadania – postanowił pobiec dookoła świata w intencji pokoju mając za towarzysza wózek i modlitwę, które to towarzyszyły mu w drodze. Jak wyglądały poszczególne etapy podróży? Można przeczytać w książce “Ostatni maraton”.

Książka nie należy do tych, które na kilkuset stronach opisują dokładnie obiekty mijane podczas podróży oraz ludzi napotkanych na drodze. Kuryło trzymając odpowiednie tempo kilkudziesięciu kilometrów dziennie skupia się bardziej na przebywaniu poszczególnych odcinków wspominając ludzi i ważne w drodze wydarzenia.

Są mniej i bardziej straszne opowieści o dzikich zwierzętach, które na szczęście oszczędziły pana Piotra. Są mili kierowcy, którzy pozdrawiają go i obdarowują jedzeniem czy innymi potrzebnymi rzeczami. Na kartach książki znajdzie czytelnik również takich, którzy zajeżdżają biegaczowi drogę, straszą czy przeganiają.

Odżywając się w drodze Kuryło pokonuje dystans, który robi wrażenie. Pozostaje jednak niedosyt – dlaczego koniec? Czemu u szczytu formy zawiesza buty na kołku? Czekają wszak inne wyzwania i nie chodzi tu o intencję pokoju na świecie.

Trzeba było zacząć promować bieganie wtedy – na maksa. Uszczknąć coś z bogatego tortu, który przydałby się zapewne panu Piotrowi. On jednak pozostał idealistą do dzisiaj. Może to i lepiej – mało jest takich ludzi jak on.

Mam nadzieję, że małżonka autora powie mu kiedyś: “biegnij” i Kuryło zaskoczy nas dobrymi wynikami i … kolejnymi opowieściami o dalekich wojażach. On umie to z pewnością.
ksiazka-online.pl 2012-12-26

Metoda Pose. Bieganie techniką dr. Romanova

Bieganie staje się sportem coraz popularniejszym w kraju, który starzeje się szybciej niż zakładali to najstarsi górale. Chcąc dożyć do emerytury i cieszyć się nią choć przez chwilę warto biegać. Tylko jak? Helion wydał książkę dr Nicholasa Romanova – “Metoda POSE”, która pozwala rozpocząć biegaczą przygodę każdemu – niezależnie od wieku, wagi i charakteru.

Opracowując metodę POSE, Dr Romanov określił bieganie, jako doskonalenie techniki poruszania się. Bieg ma sprawiać przyjemność. Aby tak było biegacze muszą biegać szybko i bez kontuzji, co oznacza ciągłe doskonalenie techniki. Należy więc – wedle tej metody – ciągle dbać o rozwój swojego biegania tak, by osiągać najlepsze wyniki.

Tylko jak? Wielu ludzi biega na piętę, co powoduje kontuzje, urazy a przede wszystkim męczy powodując odwieszenie butów i zaprzestanie biegania. A wystarczyłoby osiągnąć podczas biegu sylwetkę w kształcie litery S oraz włączać poszczególne komponenty metody POSE do swojego treningu.

Przede wszystkim chodzi o naukę pozycji biegowej, która w książce opisana i pokazana została w sposób bardzo przystępny. Ważne w metodzie są ćwiczenia mięśni bioder oraz tylnej strony uda. Autor techniki mówi jednak, że bardzo ważna, o ile nie najważniejsza, jest praca nad umysłem biegacza. Ten musi chodzić jak szwajcarski zegarek pozwalający na osiąganie najlepszych wyników i celów w pogodzeniu z wysiłkiem.

Książka zawiera wszystkie informacje, które potrzebne będą nam w budowaniu formy. Tabele, wykresy, zdjęcia i rysunki tworzą dawkę wiedzy profesjonalnej przeznaczonej zarówno dla profesjonalistów jak i amatorów biegania. Liczba podziękowań świadczy o skuteczności metody.

Myślę jednak, że w kolejnym wydaniu znajdzie się ich więcej – szczególnie jeśli idzie o polskie środowisko. Książka wszak może być hitem roku 2013.
ksiazka-online.pl 2012-12-29

Dziennik diety. Szczuplej dzień po dniu!

Jestem pewna, że większość kobiet tuż przed rozpoczęciem nowego roku, spisuje skrupulatnie swoje postanowienia. Założę się, że na liście znajdzie się punkt "odchudzanie". Również na mojej liście noworocznych postanowień znajduje się zdanie "Schudnąć 4 kilogramy". Poprzedni rok był dla mnie bardzo owocny i od maja schudłam już 10 kilogramów i oczywiście, mam apetyt na więcej.

Z pomocą przyszedł mi kalendarzo-poradnik wydany niedawno przez Wydawnictwo Helion. Autorki książki na co dzień pracują w poradni dietetycznej w Warszawie. Ich celem jest przede wszystkim nauczenie kobiet zasad zdrowego żywienia, racjonalnego doboru produktów spożywczych oraz aktywności fizycznej.

Poradnik wydany jest przepięknie, jest kolorowy, ma przemyślany i niezwykle użyteczny układ, z całą pewnością zachęca do odchudzania. Książka podzielona jest na 5 zakładek:


- Wstęp, w którym autorki uczą nas obliczać swoje BMI, PPM, CPM, obwód talii oraz dzienną ilość kalorii, które należy spożyć aby chudnąć 0,5kg lub 1kg tygodniowo. Zdrowiej jest chudnąć wolniej, aby nasz metabolizm nie oszalał i nie zafundował nam efektu jo-jo. W tym rozdziale dowiemy się także jak prawidłowo wypełniać dziennik i jak unikać podstawowych błędów.

- I miesiąc- III miesiąc, bo właśnie 3 miesiące trwać będzie nauka nowego stylu życia i zmiana nawyków żywieniowych. Każdy dzień to osobna strona, na której dokładnie i skrupulatnie opisujemy co i o jakiej porze zjedliśmy, skalę głodu, a pod koniec dnia podsumowujemy ile porcji warzyw, nabiału, płynów, owoców itp dostarczyliśmy do organizmu i czy mieści się to w przyjętych normach. Dodatkowo na każdej stronie znajduje się ciekawostka na temat produktów spożywczych i prostych trików, które pomogą nam znaleźć smakowite zamienniki niezdrowych potraw. Pod koniec każdego tygodnia odnotowujemy postępy naszej diety.

- Dodatki. W tej zakładce znajduje się miejsce na nowe przepisy kulinarne, lista polecanych produktów wraz z cennymi wskazówkami oraz wykresy, dzięki którym łatwo obserwować można postępy odchudzania. W tym rozdziale dostrzegłam tylko jeden minus, bardzo indywidualny, ale znacznie utrudni mi to pracę z wykresami. Wykres zaczyna się od 120 kilogramów i kończy na 50. Tym samym, nie sprawdzi się dla osób, ważących mniej niż 50 kilogramów. Na dziś ważę 47 kilogramów, co przy moim wzroście wcale nie jest małym wynikiem, a mój cel to 43 kilogramy (BMI nadal będzie w normie).

Poradnik jest po prostu świetny! Nie dość, że bardzo kolorowy, to podręczny i praktyczny. Jestem pewna, że zmotywuje niejedną kobietę. Autorki przekonują, że książka z powodzeniem, może przysłużyć się mężczyznom. Troszkę bym tutaj polemizowała ze względu na typowo kobiecą grafikę i kolory. Gdyby poradnik wydany był także w "wersji męskiej" w stonowanych kolorach i innej okładce, zyskał by uwagę niejednego pana.
Ktoczytazyjepodwojnie.blogspot.com kolmanka, 2012-12-29

Wałkowanie Ameryki (twarda oprawa)

Gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych miałem, podobnie jak wielu moich równolatków, kompletna fazę na USA. W czarnej nocy Stanu Wojennego Ameryka jawiła nam się jako raj na ziemi. Nie wiedzieliśmy o niej zbyt wiele, właściwie całą wiedzę zawdzięczaliśmy filmowym produkcją. Wtedy to za namową jednego z licealnych nauczycieli sięgnąłem po “Nieoczekiwaną Amerykę” pióra profesora Mikołaja Kozakiewicza. Ten bardzo osobisty zapis obserwacji poczynionych przez autora podczas jego rocznego pobytu za oceanem był dla nas jak świeży powiew powietrza. Pamiętam zaskoczenie gdy czytałem, że Amerykanie często przyczają sobie drobne. Jak to ci bogaci ludzie muszą pożyczać drobniaki? Odpowiedź była prosta,nie noszą gotówki, za większe zakupy płaca kartami kredytowymi a monety potrzebują na maszynę z kawą, batonami czy zakup gazety. Pamiętam tez zachwyty nad prasa lokalną, inicjatywami studenckimi i cała resztą postaw obywatelskich, które to w Polsce występowały wtedy w dużym deficycie. Książka przechodziła z rąk do rąk i była tematem wielu dyskusji. Zwłaszcza, że w równych częściach chwaliła ono co Ameryce dobre, pokazywała też ciemne strony amerykańskiej codzienności. Wtedy nie bardzo chcieliśmy wierzyć w to, że w USA coś może być nie fajne. Dziś nie mam już tych złudzeń i po latach o tamtej publikacji myślę nadal bardzo ciepło.

Mniej więcej w tym samym czasie, około 1983 roku zostałem słuchaczem radiowej Trójki. Towarzysze jej nie przerwanie do dziś. Słuchałem też PR3 12 lat temu, szczególnie wydań porannych Zd3 kiedy prowadził je Marek Wałkuski. Uwielbiałem to poczucie humory, tę niewymuszoną lekkość, ten tembr głosu. Dziś w każdy piątek słucham rozmów Wałkuski-Strzyczkowski.

Dlaczego o tym piszę? Po prostu kilka tygodni temu ukazała się książka pana Wałkuskiego, do tego książka dotycząca właśnie Ameryki. Natychmiast pobiegłem po nią do sklepu. Moje oczekiwania były olbrzymie i dziś wiem że chyba zbyt wygórowane, Już pierwszy kontakt zaskoczył mnie całkowitym brakiem ilustracji. Niestety nie było pierwsze rozczarowanie. Spodziewałem się zapisu przygód jakie korespondent Polskiego Radia miał w Stanach. Spodziewałem się skrzącego poczucia humory właściwego piątkowym korespondencją. Miałem nadzieję na coś w stylu “Zapiski korespondenta zagranicznego” Jana Zakrzewskiego. Tymczasem dostaje prawie podręcznik przestawiający mi współczesną Amerykę. Mamy rozdziały poświęcone demografii, religii, muzyce południa, motoryzacji i innym aspektom codzienności. Dowiadujemy się, że pełna integracja rasowa ciągle nie nastąpiła, czytamy o atawistycznej miłości do broni, o wielokulturowości, dużo za dużo jest o szacunku dla indywidualności obywatela. Tematy ograne, mało odkrywcze. Wszystko to wiem, choć w USA nigdy nie byłem. Gorzej, wiedziałem to nawet przed lekturą “Wałkowania Ameryki”, pisząc precyzyjnie nie znałem szczegółowego procentowego opartego o badania demograficzne rozkładu populacji. Teraz to wiem i jakoś nie sprawia mi to frajdy.

W książce jest jeden mały epizod który dał mi frajdę przy czytaniu, opis bojkotu zespołu Dixie Chicks. Takich, nietypowych opowieści się spodziewałem. Sporo jest natomiast elementów które mnie irytują. Pierwszą z nich jest bezkrytycyzm, w USA wszystko jest lepsze, urzędy sprawniejsze, swobody obywatelskie są tam pełniejsze itd. Marek Wałkuski niby nie ocenia, podaje fakty ale wyraźnie widać, że w Amerykę wsiąkł, pokochał ją i ta miłość w sposób typowy dla zakochanego sprawie, że nie widzi on wad. Parokrotnie powtarza zdanie, tu u nas w Ameryce. Do tego czasami pojawiają się dziwne, rażące sformułowania. Prawo jazdy nazywa plastikowym kartonikiem. Na Boga , albo plastikowe albo kartonik. Do tego sam dobór tematów. Parokrotnie wspomina o edukacji. Zawsze w superlatywach. Dlaczego nie ma wówczas słowa o podziale kastowym obecnym w każdej amerykańskiej szkole średniej. Dlaczego nie ma słowa o walce o popularność, o imperatywie bądź popularny. Przecież to właśnie słynny podział na beauty people, nerdów i całą resztę jest największą z plag amerykańskiej edukacji. I to właśnie ten proceder, porównywalny jedynie z falą w wojsku, jest niekłamanym źródłem frustracji które w skrajnych sytuacjach prowadzą znanych z telewizyjnych i radiowych wiadomości szkolnych strzelanin. Przecież pan Marek kilka takich tragedii relacjonował. Nie wierzę by tak wytrawny dziennikarz nie poznał tła tych wydarzeń.

Podsumowując książka mnie bardzo rozczarowała. Nie znalazłem obok opowieści o bojkocie, kilku tekstów piosenek i szczegółowych danych statystycznych w tej publikacji nic czego przy najmniej z grubsza bym nie wiedział.

Jedyną nadzieją jest to, że pan Wałkuski w jednym z wywiadów promujących książkę opowiedział o liście tematów które chciał poruszyć. Ta książka zawiera nawet nie połowę z nich. Cóż pozostaje liczyć na część drugą, pogłębioną i mniej jednostronną, pokazującą również mroczniejsze aspekty życia. Do tego pełną anegdot, jak choćby nieudane napady na bank. Liczę na więcej reportażu, więcej humoru a mniej suchych faktów. Po kolejną książkę sięgnę z pewnością, tak jak nadal będę słuchał Trójki i piątkowych rozmów. Szkoda ze chwilowo bez Kuby który rozpoczyna właśnie swój samotny rejs przez Atlantyk.
blurppp.com 2012-10-20

Rewolucja social media

Książka potrzebna

Taka książka musiała się w końcu pojawić na naszym podwórku. Zmiany w podejściu do klientów i tego, gdzie spędzają swój czas oraz rozwój technologii aż się prosiły. Bardzo dobrze, że napisał ją znający się na temacie praktyk, który sam używa opisywanych serwisów i w każdym z nich stara się efektywnie zaistnieć. Na przykład promując tę książkę.

Po drugie zwięzła forma i streszczone konkrety pozwalają szybko zapoznać się z całym światem mediów społecznościowych bez konieczności spędzania tygodni na ninja-szkoleniach. Choć istnieje też ryzyko, że na jej podstawie ukryte nindże, które teraz są na bezrobociu, ujawnią się w internetach. Jest to książka głównie dla ludzi, którzy chcą zacząć przygodę z mediami społecznościowymi. Potrzebują pokazania im co, jak i gdzie, a także podsunięcia narzędzi. Zwłaszcza jednego, którego nazwa przewija się przez całą książkę, ale może książka to też dobre narzędzie marketingowe.

Żeby za szybko nie skończyć chwalenia to plusy za:

- konkret,
- dużą ilość przykładów,
- sporo cytowań,
- zestawienie się z konkurencją,

i ten największy za podjęcie wysiłku zebrania informacji, które niby są na wyciągnięcie ręki, a jednak wcale nie tak łatwo je znaleźć.

Mój top 3 cytatów

1.

"Dziś już nie wystarczy, że udasz się na konferencję raz do roku i w ten sposób nadążysz za pojawiającymi się z tygodnia na tydzień trendami. Tak naprawdę musisz sam ocenić, co jest ważne w dobie nowoczesnego marketingu."

2.

"Dzisiaj coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z mocy swojego głosu. Głosu wyrażającego pełną gamę emocji. (…) W czasach, w których ewoluuje forma relacji międzyludzkich, prywatności i naszej zdolności do wpływania na innych, musimy odpowiedzieć dobie na pytanie: jak zareagujemy na te zmiany?"

3.

"Obecność w mediach społecznościowych niechybnie doprowadzi do pojawiania się przeróżnych komentarzy. Część z nich będzie pozytywna, część negatywna. To, jak na nie zareagujesz (i, czy za reagujesz), doprowadzi do zatrzymania, utraty lub pozyskania klientów."

Forma przeciętna

Trochę pochwaliłem, a teraz trochę ponarzekam dla równowagi. Forma Rewolucji Social Media nie porywa. Treść przeszła kompresję po tym jak została streszczona i obok konkretów pojawiają się truizmy. Obok języka branżowego wyjaśnienia w stylu:

"Ludzie mają trudność z komunikowaniem się jedynie z marką lub logotypem. Naturalny jest dla nas kontakt z innymi ludźmi. Dzięki reprezentowaniu Twojej firmy przez konkretną osobę (…) ułatwiasz ludziom nawiązanie z Tobą więzi."

Doprawione nazwą narzędzia do monitoringu sieci. No i niby fajnie, bo to prawda, a narzędzie przyjemne (miałem nawet płatne konto). Może jednak trzeba było zdecydować się na ograniczenie potencjalnej liczby odbiorców i pisać dla branży, albo podstawy podstaw wrzucić w jeden rozdział, który ciut bardziej zaawansowani mogliby pominąć, albo może jakieś specyficzne oznaczenie fragmentów - jakaś mała lama na marginesie, czy "cuś".

Drażni mnie też trochę telegraficzny skrót niektórych, dla mnie istotnych aspektów. Jeśli na ekranie Kindle-a czasami mieściły się dwa, to znaczy, że nie jestem się w stanie zagłębić w temat, bo zanim przełożę, go na własną rzeczywistość jestem już spory kawałek dalej.
Rozumiem, że autor chciał opisać cały horyzont i stworzyć podstawę do dalszych (mam nadzieję) publikacji, które będą bardziej specyficzne, ale czułem się trochę jak czytając tablicę na facebooku, czyli dużo, szybko i po łebkach.

Oprócz tego, chciałbym, żeby książka miała jakąś myśl przewodnią, może czasami jakąś historię, fabułę. Może coś jak u opisywanego ostatnio Kominka (kurde napisałem to), albo u Tkaczyka, gdzie przez kolejne rozdziały się płynie.
Nie popadające w skrajność podsumowanie
Książkę warto przeczytać i obserwować co się dzieje z nią w sieci. Już teraz widać, że stała się bestsellerem - numerem 1 ostatnich 30 dni na Helionie. Dla mnie oznacza to jedno: mądre działania w social mediach przynoszą wymierne rezultaty, a autor nie ściemnia, tylko siedzi bada i wyciąga wnioski. Osobiście czekam na coś bardziej skupionego na konkretnych narzędziach i dedykowanego tym, którzy już coś wiedzą.
blog.2edu.pl 2012-12-19

Wałkowanie Ameryki

Gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych miałem, podobnie jak wielu moich równolatków, kompletna fazę na USA. W czarnej nocy Stanu Wojennego Ameryka jawiła nam się jako raj na ziemi. Nie wiedzieliśmy o niej zbyt wiele, właściwie całą wiedzę zawdzięczaliśmy filmowym produkcją. Wtedy to za namową jednego z licealnych nauczycieli sięgnąłem po “Nieoczekiwaną Amerykę” pióra profesora Mikołaja Kozakiewicza. Ten bardzo osobisty zapis obserwacji poczynionych przez autora podczas jego rocznego pobytu za oceanem był dla nas jak świeży powiew powietrza. Pamiętam zaskoczenie gdy czytałem, że Amerykanie często przyczają sobie drobne. Jak to ci bogaci ludzie muszą pożyczać drobniaki? Odpowiedź była prosta,nie noszą gotówki, za większe zakupy płaca kartami kredytowymi a monety potrzebują na maszynę z kawą, batonami czy zakup gazety. Pamiętam tez zachwyty nad prasa lokalną, inicjatywami studenckimi i cała resztą postaw obywatelskich, które to w Polsce występowały wtedy w dużym deficycie. Książka przechodziła z rąk do rąk i była tematem wielu dyskusji. Zwłaszcza, że w równych częściach chwaliła ono co Ameryce dobre, pokazywała też ciemne strony amerykańskiej codzienności. Wtedy nie bardzo chcieliśmy wierzyć w to, że w USA coś może być nie fajne. Dziś nie mam już tych złudzeń i po latach o tamtej publikacji myślę nadal bardzo ciepło.

Mniej więcej w tym samym czasie, około 1983 roku zostałem słuchaczem radiowej Trójki. Towarzysze jej nie przerwanie do dziś. Słuchałem też PR3 12 lat temu, szczególnie wydań porannych Zd3 kiedy prowadził je Marek Wałkuski. Uwielbiałem to poczucie humory, tę niewymuszoną lekkość, ten tembr głosu. Dziś w każdy piątek słucham rozmów Wałkuski-Strzyczkowski.

Dlaczego o tym piszę? Po prostu kilka tygodni temu ukazała się książka pana Wałkuskiego, do tego książka dotycząca właśnie Ameryki. Natychmiast pobiegłem po nią do sklepu. Moje oczekiwania były olbrzymie i dziś wiem że chyba zbyt wygórowane, Już pierwszy kontakt zaskoczył mnie całkowitym brakiem ilustracji. Niestety nie było pierwsze rozczarowanie. Spodziewałem się zapisu przygód jakie korespondent Polskiego Radia miał w Stanach. Spodziewałem się skrzącego poczucia humory właściwego piątkowym korespondencją. Miałem nadzieję na coś w stylu “Zapiski korespondenta zagranicznego” Jana Zakrzewskiego. Tymczasem dostaje prawie podręcznik przestawiający mi współczesną Amerykę. Mamy rozdziały poświęcone demografii, religii, muzyce południa, motoryzacji i innym aspektom codzienności. Dowiadujemy się, że pełna integracja rasowa ciągle nie nastąpiła, czytamy o atawistycznej miłości do broni, o wielokulturowości, dużo za dużo jest o szacunku dla indywidualności obywatela. Tematy ograne, mało odkrywcze. Wszystko to wiem, choć w USA nigdy nie byłem. Gorzej, wiedziałem to nawet przed lekturą “Wałkowania Ameryki”, pisząc precyzyjnie nie znałem szczegółowego procentowego opartego o badania demograficzne rozkładu populacji. Teraz to wiem i jakoś nie sprawia mi to frajdy.

W książce jest jeden mały epizod który dał mi frajdę przy czytaniu, opis bojkotu zespołu Dixie Chicks. Takich, nietypowych opowieści się spodziewałem. Sporo jest natomiast elementów które mnie irytują. Pierwszą z nich jest bezkrytycyzm, w USA wszystko jest lepsze, urzędy sprawniejsze, swobody obywatelskie są tam pełniejsze itd. Marek Wałkuski niby nie ocenia, podaje fakty ale wyraźnie widać, że w Amerykę wsiąkł, pokochał ją i ta miłość w sposób typowy dla zakochanego sprawie, że nie widzi on wad. Parokrotnie powtarza zdanie, tu u nas w Ameryce. Do tego czasami pojawiają się dziwne, rażące sformułowania. Prawo jazdy nazywa plastikowym kartonikiem. Na Boga , albo plastikowe albo kartonik. Do tego sam dobór tematów. Parokrotnie wspomina o edukacji. Zawsze w superlatywach. Dlaczego nie ma wówczas słowa o podziale kastowym obecnym w każdej amerykańskiej szkole średniej. Dlaczego nie ma słowa o walce o popularność, o imperatywie bądź popularny. Przecież to właśnie słynny podział na beauty people, nerdów i całą resztę jest największą z plag amerykańskiej edukacji. I to właśnie ten proceder, porównywalny jedynie z falą w wojsku, jest niekłamanym źródłem frustracji które w skrajnych sytuacjach prowadzą znanych z telewizyjnych i radiowych wiadomości szkolnych strzelanin. Przecież pan Marek kilka takich tragedii relacjonował. Nie wierzę by tak wytrawny dziennikarz nie poznał tła tych wydarzeń.

Podsumowując książka mnie bardzo rozczarowała. Nie znalazłem obok opowieści o bojkocie, kilku tekstów piosenek i szczegółowych danych statystycznych w tej publikacji nic czego przy najmniej z grubsza bym nie wiedział.

Jedyną nadzieją jest to, że pan Wałkuski w jednym z wywiadów promujących książkę opowiedział o liście tematów które chciał poruszyć. Ta książka zawiera nawet nie połowę z nich. Cóż pozostaje liczyć na część drugą, pogłębioną i mniej jednostronną, pokazującą również mroczniejsze aspekty życia. Do tego pełną anegdot, jak choćby nieudane napady na bank. Liczę na więcej reportażu, więcej humoru a mniej suchych faktów. Po kolejną książkę sięgnę z pewnością, tak jak nadal będę słuchał Trójki i piątkowych rozmów. Szkoda ze chwilowo bez Kuby który rozpoczyna właśnie swój samotny rejs przez Atlantyk.
blurppp.com 2012-10-20