Recenzje
Wałkowanie Ameryki
Na półki księgarń trafia kolejna książka o Stanach Zjednoczonych. Po Marcinie Wronie swoimi spostrzeżeniami na temat kraju uznawanego za Mekkę wolności i swobód obywatelskich podzielił się z czytelnikami Marek Wałkuski, dziennikarz radiowej „Trójki". To pozycja słodko-gorzka, bowiem autor stara się obiektywnie spojrzeć na ogromny przecież kraj, zróżnicowany kulturowo.
naszemiasto.pl BLD, 2013-02-18
Wałkowanie Ameryki (twarda oprawa)
Na półki księgarń trafia kolejna książka o Stanach Zjednoczonych. Po Marcinie Wronie swoimi spostrzeżeniami na temat kraju uznawanego za Mekkę wolności i swobód obywatelskich podzielił się z czytelnikami Marek Wałkuski, dziennikarz radiowej „Trójki". To pozycja słodko-gorzka, bowiem autor stara się obiektywnie spojrzeć na ogromny przecież kraj, zróżnicowany kulturowo.
naszemiasto.pl BLD, 2013-02-18
Księga związków, podrywu i seksu dla mężczyzn. Wydanie II
Książka Krzysztofa Króla „Księga związków, podrywu i seksu dla mężczyzn", Tym razem autor deklaruje, że odpowie na pytanie, co panie lubią najbardziej? Co jest dla nich ważne? Jak je wystraszyć, gdy chcą zacieśnić relacje? No i jak stać się łakomym kąskiem?
GW Magazyn KSIĄŻKI NOK
Księga związków, podrywu i seksu dla kobiet
Książka Krzysztofa Króla i Jana Gajosa „Księga związków, podrywu i seksu dla kobiet". Autorzy obiecują, że dzięki tej książce paniom uda się spojrzeć na mężczyzn z zupełnie nowej perspektywy. Jak myślą i działają? Jakie mają oczekiwania w relacjach z kobietami? Jakie kobiety ich pociągają? Dlaczego tak ważne są dla nich wizualne oraz fizyczne aspekty związku?
GW Magazyn KSIĄŻKI NOK
Medytacja nad naturą umysłu
Oczekiwałam na przybycie przesyłki z tą pozycją z napięciem i gdy otworzyłam paczkę od razu uśmiech pojawił się na mej twarzy. Sam wygląd zewnętrzny pozycji jest przyciągający. Kolor okładki a także odcień stron ładnie się ze sobą komponuje a czerwona zakładka/wstążka - dzięki, której możemy zaznaczyć stronę, którą aktualnie czytamy albo do której będziemy chcieli wrócić – jest dodatkiem praktycznym i dobrze się komponującym z resztą. Same stronice są dość grube co mnie osobiście się podoba.
Użyta czcionka jest nie za duża i nie za mała, w miarę przystępna i wygodna do czytania. Da się ją swobodnie odczytać, co jest ważne. Jedna część książki oparta jest na wygłoszonym przez Jego Świętobliwość Dalajlamę wykładzie, wygłoszony on został w 2009 roku na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara, druga część zaś poświęcona jest Khöntönowi Peldziorowi Lhündruba, znajdziemy i jego życiorys i pracę „Klejnot Spełniający Życzenia tradycji ustnej: instrukcje służące rozpoznaniu wspólnego poglądu na rzeczywistość”.
Najmniej trudności w czytaniu sprawia część związana z wystąpieniem XIV Dalajlamy, najciężej zaś część poświęconą życiu Khöntöna, ze względu na liczne przypisy, które tutaj już znajdują się na końcu pozycji, co sprawia, że co chwilę trzeba skakać po stronach książki, jak również ze względu na różne nazwy, osoby etc., które dla osoby nie oczytanej w literaturze z tego zakresu może być ciężkie do przebrnięcia i trochę może zniechęcić. Jednak zarazem występowanie takich zwrotów, nazw etc. jest również swego rodzaju ciekawą informacją co i jak się nazywa, kto jak się nazywa itp. A liczne przypisy przybliżają nieraz temat, który został zasygnalizowany tylko w tekście głównym. Myślę, że warto zaznaczyć, że w części nazwanej „Natura umysłu” (opracowane jak wspomniałam wcześniej na wykładzie Jego Świętobliwości Dalajlamy) przypisy znajdują się na dole strony i tu nie trzeba „skakać” i wertować kartek w tę i z powrotem.
Dzięki tej pozycji można dowiedzieć się chociażby jak powstał buddyzm tybetański, jakie ma korzenie, rodowód, choć nie jest to żaden elaborat na ten temat, jednak podstawowe informacje wprowadzające są. Co jest bardzo miłe i pozwala osobom nie znającym tej tematyki trochę lepiej ją zrozumieć. Przybliża w pewnym stopniu ogólnie tematykę buddyzmu tybetańskiego, wspomina o różnych tradycjach i ich spojrzeniach na tematy związane z medytacją nad naturą umysłu (początkowo zawiera informacje ogólne by w dalszej części przejść do rozpisania tematu jak i różnych wskazówek praktycznych).
Nie jest to pozycja najłatwiejsza w odbiorze, ma fragmenty łatwiejsze jak i trudniejsze do zrozumienia. Jest jednak równocześnie pozycją ogromnie ciekawą z różnymi ważnymi informacjami, jak chociażby informacje o medytacji nad naturą umysłu (temat główny), czy o tradycji dziewięciu pojazdów szkoły ningma. To pozycja, która nie koniecznie jest do przeczytania jeden tylko raz. Warto przeczytać ją więcej razy by móc zrozumieć ją lepiej i lepiej, szczególnie dla osób, które mocno nie rozeznają się w tematach poruszanych przez pozycję. Dla osób, które nic nie wiedzą o buddyzmie, medytacji, którzy mają odmienną filozofię życiową myślę, że ciekawym i w pewien sposób zachęcającym jednak do zajrzenia do tejże pozycji jest tekst zawarty na s. 39 – 40, a mianowicie:
„Jesteśmy tacy sami. To jest szczególnie ważne. Dlatego właśnie, że niczym się nie różnimy, możemy się porozumieć, i dlatego też, że jesteśmy tacy sami, możecie wykorzystać moje słowa i doświadczenie”
Im więcej jednak osoba zabierająca się za pozycję wie, chociażby o buddyzmie tybetańskie czy buddyzmie w ogóle, tym łatwiej będzie jej zrozumieć i zastosować wskazówki dotyczące medytacji nad umysłem. Dla mnie samej istnieją jeszcze różne znaki zapytania lecz mam nadzieję, że w swoim czasie będę mogła powiedzieć, że pojęłam każdą partię tej niezwykłej książki.
Czy polecam tę pozycję? Jak najbardziej chociażby dla samej „pierwszej części”. Choć wiele ważnych i przydatnych informacji dla odbiorcy znajduje się w „Klejnocie Spełniającym Życzenia tradycji ustnej” chociażby o tym „jak w wyniku praktykowania tej metody adept osiąga praktyczne urzeczywistnienie(…)”. Jest to pozycja ciekawa i pouczająca.
Użyta czcionka jest nie za duża i nie za mała, w miarę przystępna i wygodna do czytania. Da się ją swobodnie odczytać, co jest ważne. Jedna część książki oparta jest na wygłoszonym przez Jego Świętobliwość Dalajlamę wykładzie, wygłoszony on został w 2009 roku na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara, druga część zaś poświęcona jest Khöntönowi Peldziorowi Lhündruba, znajdziemy i jego życiorys i pracę „Klejnot Spełniający Życzenia tradycji ustnej: instrukcje służące rozpoznaniu wspólnego poglądu na rzeczywistość”.
Najmniej trudności w czytaniu sprawia część związana z wystąpieniem XIV Dalajlamy, najciężej zaś część poświęconą życiu Khöntöna, ze względu na liczne przypisy, które tutaj już znajdują się na końcu pozycji, co sprawia, że co chwilę trzeba skakać po stronach książki, jak również ze względu na różne nazwy, osoby etc., które dla osoby nie oczytanej w literaturze z tego zakresu może być ciężkie do przebrnięcia i trochę może zniechęcić. Jednak zarazem występowanie takich zwrotów, nazw etc. jest również swego rodzaju ciekawą informacją co i jak się nazywa, kto jak się nazywa itp. A liczne przypisy przybliżają nieraz temat, który został zasygnalizowany tylko w tekście głównym. Myślę, że warto zaznaczyć, że w części nazwanej „Natura umysłu” (opracowane jak wspomniałam wcześniej na wykładzie Jego Świętobliwości Dalajlamy) przypisy znajdują się na dole strony i tu nie trzeba „skakać” i wertować kartek w tę i z powrotem.
Dzięki tej pozycji można dowiedzieć się chociażby jak powstał buddyzm tybetański, jakie ma korzenie, rodowód, choć nie jest to żaden elaborat na ten temat, jednak podstawowe informacje wprowadzające są. Co jest bardzo miłe i pozwala osobom nie znającym tej tematyki trochę lepiej ją zrozumieć. Przybliża w pewnym stopniu ogólnie tematykę buddyzmu tybetańskiego, wspomina o różnych tradycjach i ich spojrzeniach na tematy związane z medytacją nad naturą umysłu (początkowo zawiera informacje ogólne by w dalszej części przejść do rozpisania tematu jak i różnych wskazówek praktycznych).
Nie jest to pozycja najłatwiejsza w odbiorze, ma fragmenty łatwiejsze jak i trudniejsze do zrozumienia. Jest jednak równocześnie pozycją ogromnie ciekawą z różnymi ważnymi informacjami, jak chociażby informacje o medytacji nad naturą umysłu (temat główny), czy o tradycji dziewięciu pojazdów szkoły ningma. To pozycja, która nie koniecznie jest do przeczytania jeden tylko raz. Warto przeczytać ją więcej razy by móc zrozumieć ją lepiej i lepiej, szczególnie dla osób, które mocno nie rozeznają się w tematach poruszanych przez pozycję. Dla osób, które nic nie wiedzą o buddyzmie, medytacji, którzy mają odmienną filozofię życiową myślę, że ciekawym i w pewien sposób zachęcającym jednak do zajrzenia do tejże pozycji jest tekst zawarty na s. 39 – 40, a mianowicie:
„Jesteśmy tacy sami. To jest szczególnie ważne. Dlatego właśnie, że niczym się nie różnimy, możemy się porozumieć, i dlatego też, że jesteśmy tacy sami, możecie wykorzystać moje słowa i doświadczenie”
Im więcej jednak osoba zabierająca się za pozycję wie, chociażby o buddyzmie tybetańskie czy buddyzmie w ogóle, tym łatwiej będzie jej zrozumieć i zastosować wskazówki dotyczące medytacji nad umysłem. Dla mnie samej istnieją jeszcze różne znaki zapytania lecz mam nadzieję, że w swoim czasie będę mogła powiedzieć, że pojęłam każdą partię tej niezwykłej książki.
Czy polecam tę pozycję? Jak najbardziej chociażby dla samej „pierwszej części”. Choć wiele ważnych i przydatnych informacji dla odbiorcy znajduje się w „Klejnocie Spełniającym Życzenia tradycji ustnej” chociażby o tym „jak w wyniku praktykowania tej metody adept osiąga praktyczne urzeczywistnienie(…)”. Jest to pozycja ciekawa i pouczająca.
swiatairi.blogspot.com Airi, 2013-02-06
Rewolucja social media
Nie jest łatwo recenzować książkę autora, o którym wiadomo, że jego pasją są sporty walki. A gdy wiemy, że tekst ukaże się w internecie, monitorowanym głęboko przez jego firmę, to już nie przelewki. Pióro drży przed postawieniem złego słowa... Ale odstawmy żarty na bok i przejdźmy do rzeczy. Bo “Rewolucja social media” Michała Sadowskiego to książka, obok której nie warto przejść obojętnie. Zapraszamy na gościnny wpis Łukasza Maślanki z bloga ksiazkowisko.blogspot.com.
Jeden z najbardziej cenionych przeze mnie polskich publicystów, red. Edwin Bendyk z tygodnika "Polityka", napisał niedawno fascynujący tekst pt. "Wróżenie z danych". Materiał ten, by podsumować go w skrócie, opisuje jedną z najbardziej pożądanych współcześnie umiejętności, czyli analityczne i kreatywne podejście do przetwarzania ton informacji, w którym każdy z nas codziennie zanurza się po uszy. Jak twierdzi autor, to właśnie Informacja (z dużej litery, bo podkreślić rangę zjawiska) będzie dla XXI w. tym, czym dla poprzedniego stulecia i rozwoju światowej gospodarki była ropa naftowa.
Pompą, która nieustannie dolewa wody do tego oceanu informacji, jest internet. Dowód? - Od zarania dziejów do 2003 r. ludzkość wyprodukowała pięć eksabajtów danych. To bardzo dużo, a jednak oszałamia coś innego: dziś produkujemy tyle co dwa dni - uświadamia publicysta "Polityki".
Trzymając się porównania współczesnej rzeczywistości informacyjnej do oceanu można powiedzieć, że każdy z nas codziennie wyprawia się w podróż swoim małym statkiem po tej wielkiej wodzie. A gdyby nazwać każdego lajka na Facebooku czy wysłanego tweeta jednym ruchem wiosła, okazuje się, że to wiosłowanie idzie nam całkiem dobrze. Podkreśla to w "Rewolucji social media" Michał Sadowski, wskazując jednocześnie, jak potężnym agregatem informacji są media społecznościowe i niejako ustawiając sobie czytelnika przed dalszą lekturą książki:
- Z serwisów społecznościowych korzysta już ponad miliard ludzi na całym świecie. Co minutę na Facebooku pojawia się ponad 700 tys. nowych statusów i pół miliona komentarzy. W tym samym czasie na YouTube jest dodawanych 25 godzin nowych materiałów wideo, a na Twitterze 100 tys. wpisów.
Codziennie galaktyka cała informacji przelatuje nam nad głową. A wraz z nią sporo pytań. Jak się w tej rzeczywistości odnaleźć? Jak ją zrozumieć i wykorzystać narzędzia social media do własnych celów? I odwrotnie - czego nie robić, by społecznościówkami nie zrobić sobie krzywdy? Przecież nawet córka polskiego ministra finansów, kobieta wykształcona i bywała w świecie, strzeliła sobie wizerunkowego gola do własnej bramki właśnie przez Facebooka. Co więc ma powiedzieć szary zjadacz internetowego chleba? Rosnące znaczenie social mediów stawia też nowe pytania przed światem biznesu czy nauki. Czy w social media być, jeśli tak, to jak i co zrobić, żeby na tym zarobić, nie stosując jednocześnie marketingowej propagandy rodem z plakatów partii komunistycznej w Korei Północnej?
Szukając odpowiedzi na powyższe pytania, warto sięgnąć właśnie po "Rewolucję social media". Nie jest to być może książka przełomowa, ale też autor raczej nie miał takich aspiracji, by dokonać kopernikańskiego przewrotu w dziedzinie e-PR czy marketingu internetowego. Aspirować do pisania o mediach społecznościowych z planem, by coś przełomowego odkryć w teoriach, nie miałoby zresztą większego sensu. Bo ta sfera zmienia się praktycznie co dnia i w każdej chwili może się pojawić w sieci produkt czy usługa, która przeora świadomość zarówno internautów, jak też marketerów czy PR-owców.
Ot, przykład z ostatnich dni, czyli losy stworzonego przez załogę Twittera serwisu Vine. Ledwie zdążył zadebiutować, a już mówi się o nim, że będzie to odpowiednik Instagrama dla nagrań wideo - i to nie tylko dla indywidualnych użytkowników, ale też dla ekspertów czy agencji mediowych kreujących wizerunek marki czy promujących dane produkty. A za nowym produktem idą nowe case studies oraz potrzeba zmodyfikowania strategii marki w social media. Dlatego to, co dziś jest słuszną teorią, w obecnych realiach internetowych może być ważyć tyle, ile waży plik Worda czy Open Office'a, na którym tę strategię zapisano. Michał Sadowski tę rafę opłynął sprawnie i w "Rewolucji social media" przede wszystkim podjął się zadania, by obecny stan wiedzy o mediach społecznościowych uporządkować, podsumować i zebrać w spójne całości, przy okazji dostarczając praktycznych przykładów, jak można kreować komunikację na linii klient - marka oraz marka-klient.
Autor właśnie sferę komunikacji wskazuje jako sferę, gdzie obecnie toczy się brzemienna w skutkach rewolucja. Bo social media to przede wszystkim dialog, a smartfony czy tablety to narzędzia, które biernego konsumenta pozwalają szybko zmienić w świadomego prosumenta. Świadomego nie oznacza przy tym, że zawsze racjonalnego. Są marki, jak Nestle, które na własnej skórze przekonały się, jak głębokie rany na wizerunku marki może wyrządzić rozczarowanie jednego klienta. Czy słusznie, czy nie - to inna sprawa. Tyle, że ludziom zdarza się reagować histerycznie, a media społecznościowe są idealną agorą, by swoją histerią podzielić się z innymi użytkownikami, przy okazji przyprawiając PR-owców danej firmy o przedwczesne siwienie włosów. A firmy często są bezbronne wobec fali histerii, bo... nie wiedzą, że mówi się o nich w internecie. Gdy zaś już się dowiedzą, często mogą tylko dogaszać zgliszcza, bo szansę na realną walkę z wizerunkowym ogniem przespały w błogiej nieświadomości.
Tutaj pojawia się kolejna zaleta "Rewolucji social media", czyli bogaty rozdział o konieczności monitorowania wizerunku marki w internecie lub też, ujmując to w szerszej kategorii, jej rola edukacyjna. Sadowski pokazuje, jak można to robić i że to się opłaca - nie tylko dlatego, że profilaktyka jest lepsza niż leczenie, ale też z tego powodu, że reagując zawczasu, można sprytnie przemienić klienta nastawionego wrogo w ambasadora marki. A taki klient dopieszczony to klient zadowolony, który innych klientów zachęci, podkręcając w ten sposób sprzedaż. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że gro polskich firm (często nawet duże, popularne marki) internet i social media traktują nie tyle po macoszemu, bo zdają sobie sprawę z jego znaczenia, ale z pewną taką... nieśmiałością. Bez pomysłu, bez celu, bez planu i bez monitoringu. Wypada wierzyć, że po książkę Michała Sadowskiego sięgnęli już (albo, że planują to zrobić) PR-owcy krajowych przedsiębiorstw. Bo za jakość internetu i mediów społecznościowych odpowiadają jego użytkownicy, a widząc "czary z mleka" niektórych marek na Facebooku można nabrać przekonania, że niektórym dostęp do sieci www powinno się komisyjnie reglamentować...
"Rewolucja social media" to książka rzetelna i pożyteczna. I, mówiąc kolokwialnie, dopieszczona, bo autor zadbał o takie detale, jak kody QR odnoszące do stron internetowych opisujących szerzej poruszony temat czy infografiki. Jak wiadomo, detale często decydują o całości danego dzieła, a w przypadku "Rewolucji social media" udowadniają, że Sadowski nie tylko pisze, co wie, ale przede wszystkim - że dobrze wie, o czym pisze. A to nie zawsze jest ze sobą zbieżne. Uczciwie też trzeba przyznać, że niektóre fragmenty książki Michała Sadowskiego są nieco nudnawe - bywa, że po przyjemnych i wciągających opisach dostajemy partie tekstu zdecydowanie mniej przyjazne w odbiorze, która na kilka chwil zmienia lekturę w zajęcie dość żmudne. Tyle, że takich fragmentów nie ma znowu aż tak wiele, a na pewno nie rzutują one na ogólną ocenę książki.
Michał Sadowski w "Rewolucji social media" pokazał, że internet oraz sferę social media rozumie i w sposób przystępny zarówno dla zwykłego użytkownika sieci, jak dla nieco bardziej zaawansowanego internauty, wyłożył swoją wiedzę. Tak, jak pisałem wcześniej, książka Michała Sadowskiego nie jest rewolucyjna. Zdecydowanie bardziej pasuje do niej określenie reFolucyjna (rewolucja przez płynne reformy, a nie karkołomne zmiany), pochodzące od prof. Timothy Garton Asha, który opisał w ten sposób przemiany państw Europy Środkowo-Wschodniej po 1989 r. Autor pokazuje małe kroki, które mogą doprowadzić do dużych, pozytywnych rezultatów. Bo też social media same w sobie są komunikacyjną rewolucją, do której cegiełkę dokłada każdy ich użytkownik. Są tacy, którzy wymyślają przełomowe usługi webowe, jak Facebook czy Twitter, ale ich późniejszy charakter zależy w dużej mierze od tych, którzy ich używają. I od każdego zależy jakość tej rewolucji. Jakości bez wiedzy nie będzie, a skąd tę wiedzę czerpać? Moim zdaniem,"Rewolucja social media" pasuje tutaj jak ulał, będąc jednocześnie dobrym kluczem za kulisy komunikacyjnej rewolucji.
Jeden z najbardziej cenionych przeze mnie polskich publicystów, red. Edwin Bendyk z tygodnika "Polityka", napisał niedawno fascynujący tekst pt. "Wróżenie z danych". Materiał ten, by podsumować go w skrócie, opisuje jedną z najbardziej pożądanych współcześnie umiejętności, czyli analityczne i kreatywne podejście do przetwarzania ton informacji, w którym każdy z nas codziennie zanurza się po uszy. Jak twierdzi autor, to właśnie Informacja (z dużej litery, bo podkreślić rangę zjawiska) będzie dla XXI w. tym, czym dla poprzedniego stulecia i rozwoju światowej gospodarki była ropa naftowa.
Pompą, która nieustannie dolewa wody do tego oceanu informacji, jest internet. Dowód? - Od zarania dziejów do 2003 r. ludzkość wyprodukowała pięć eksabajtów danych. To bardzo dużo, a jednak oszałamia coś innego: dziś produkujemy tyle co dwa dni - uświadamia publicysta "Polityki".
Trzymając się porównania współczesnej rzeczywistości informacyjnej do oceanu można powiedzieć, że każdy z nas codziennie wyprawia się w podróż swoim małym statkiem po tej wielkiej wodzie. A gdyby nazwać każdego lajka na Facebooku czy wysłanego tweeta jednym ruchem wiosła, okazuje się, że to wiosłowanie idzie nam całkiem dobrze. Podkreśla to w "Rewolucji social media" Michał Sadowski, wskazując jednocześnie, jak potężnym agregatem informacji są media społecznościowe i niejako ustawiając sobie czytelnika przed dalszą lekturą książki:
- Z serwisów społecznościowych korzysta już ponad miliard ludzi na całym świecie. Co minutę na Facebooku pojawia się ponad 700 tys. nowych statusów i pół miliona komentarzy. W tym samym czasie na YouTube jest dodawanych 25 godzin nowych materiałów wideo, a na Twitterze 100 tys. wpisów.
Codziennie galaktyka cała informacji przelatuje nam nad głową. A wraz z nią sporo pytań. Jak się w tej rzeczywistości odnaleźć? Jak ją zrozumieć i wykorzystać narzędzia social media do własnych celów? I odwrotnie - czego nie robić, by społecznościówkami nie zrobić sobie krzywdy? Przecież nawet córka polskiego ministra finansów, kobieta wykształcona i bywała w świecie, strzeliła sobie wizerunkowego gola do własnej bramki właśnie przez Facebooka. Co więc ma powiedzieć szary zjadacz internetowego chleba? Rosnące znaczenie social mediów stawia też nowe pytania przed światem biznesu czy nauki. Czy w social media być, jeśli tak, to jak i co zrobić, żeby na tym zarobić, nie stosując jednocześnie marketingowej propagandy rodem z plakatów partii komunistycznej w Korei Północnej?
Szukając odpowiedzi na powyższe pytania, warto sięgnąć właśnie po "Rewolucję social media". Nie jest to być może książka przełomowa, ale też autor raczej nie miał takich aspiracji, by dokonać kopernikańskiego przewrotu w dziedzinie e-PR czy marketingu internetowego. Aspirować do pisania o mediach społecznościowych z planem, by coś przełomowego odkryć w teoriach, nie miałoby zresztą większego sensu. Bo ta sfera zmienia się praktycznie co dnia i w każdej chwili może się pojawić w sieci produkt czy usługa, która przeora świadomość zarówno internautów, jak też marketerów czy PR-owców.
Ot, przykład z ostatnich dni, czyli losy stworzonego przez załogę Twittera serwisu Vine. Ledwie zdążył zadebiutować, a już mówi się o nim, że będzie to odpowiednik Instagrama dla nagrań wideo - i to nie tylko dla indywidualnych użytkowników, ale też dla ekspertów czy agencji mediowych kreujących wizerunek marki czy promujących dane produkty. A za nowym produktem idą nowe case studies oraz potrzeba zmodyfikowania strategii marki w social media. Dlatego to, co dziś jest słuszną teorią, w obecnych realiach internetowych może być ważyć tyle, ile waży plik Worda czy Open Office'a, na którym tę strategię zapisano. Michał Sadowski tę rafę opłynął sprawnie i w "Rewolucji social media" przede wszystkim podjął się zadania, by obecny stan wiedzy o mediach społecznościowych uporządkować, podsumować i zebrać w spójne całości, przy okazji dostarczając praktycznych przykładów, jak można kreować komunikację na linii klient - marka oraz marka-klient.
Autor właśnie sferę komunikacji wskazuje jako sferę, gdzie obecnie toczy się brzemienna w skutkach rewolucja. Bo social media to przede wszystkim dialog, a smartfony czy tablety to narzędzia, które biernego konsumenta pozwalają szybko zmienić w świadomego prosumenta. Świadomego nie oznacza przy tym, że zawsze racjonalnego. Są marki, jak Nestle, które na własnej skórze przekonały się, jak głębokie rany na wizerunku marki może wyrządzić rozczarowanie jednego klienta. Czy słusznie, czy nie - to inna sprawa. Tyle, że ludziom zdarza się reagować histerycznie, a media społecznościowe są idealną agorą, by swoją histerią podzielić się z innymi użytkownikami, przy okazji przyprawiając PR-owców danej firmy o przedwczesne siwienie włosów. A firmy często są bezbronne wobec fali histerii, bo... nie wiedzą, że mówi się o nich w internecie. Gdy zaś już się dowiedzą, często mogą tylko dogaszać zgliszcza, bo szansę na realną walkę z wizerunkowym ogniem przespały w błogiej nieświadomości.
Tutaj pojawia się kolejna zaleta "Rewolucji social media", czyli bogaty rozdział o konieczności monitorowania wizerunku marki w internecie lub też, ujmując to w szerszej kategorii, jej rola edukacyjna. Sadowski pokazuje, jak można to robić i że to się opłaca - nie tylko dlatego, że profilaktyka jest lepsza niż leczenie, ale też z tego powodu, że reagując zawczasu, można sprytnie przemienić klienta nastawionego wrogo w ambasadora marki. A taki klient dopieszczony to klient zadowolony, który innych klientów zachęci, podkręcając w ten sposób sprzedaż. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że gro polskich firm (często nawet duże, popularne marki) internet i social media traktują nie tyle po macoszemu, bo zdają sobie sprawę z jego znaczenia, ale z pewną taką... nieśmiałością. Bez pomysłu, bez celu, bez planu i bez monitoringu. Wypada wierzyć, że po książkę Michała Sadowskiego sięgnęli już (albo, że planują to zrobić) PR-owcy krajowych przedsiębiorstw. Bo za jakość internetu i mediów społecznościowych odpowiadają jego użytkownicy, a widząc "czary z mleka" niektórych marek na Facebooku można nabrać przekonania, że niektórym dostęp do sieci www powinno się komisyjnie reglamentować...
"Rewolucja social media" to książka rzetelna i pożyteczna. I, mówiąc kolokwialnie, dopieszczona, bo autor zadbał o takie detale, jak kody QR odnoszące do stron internetowych opisujących szerzej poruszony temat czy infografiki. Jak wiadomo, detale często decydują o całości danego dzieła, a w przypadku "Rewolucji social media" udowadniają, że Sadowski nie tylko pisze, co wie, ale przede wszystkim - że dobrze wie, o czym pisze. A to nie zawsze jest ze sobą zbieżne. Uczciwie też trzeba przyznać, że niektóre fragmenty książki Michała Sadowskiego są nieco nudnawe - bywa, że po przyjemnych i wciągających opisach dostajemy partie tekstu zdecydowanie mniej przyjazne w odbiorze, która na kilka chwil zmienia lekturę w zajęcie dość żmudne. Tyle, że takich fragmentów nie ma znowu aż tak wiele, a na pewno nie rzutują one na ogólną ocenę książki.
Michał Sadowski w "Rewolucji social media" pokazał, że internet oraz sferę social media rozumie i w sposób przystępny zarówno dla zwykłego użytkownika sieci, jak dla nieco bardziej zaawansowanego internauty, wyłożył swoją wiedzę. Tak, jak pisałem wcześniej, książka Michała Sadowskiego nie jest rewolucyjna. Zdecydowanie bardziej pasuje do niej określenie reFolucyjna (rewolucja przez płynne reformy, a nie karkołomne zmiany), pochodzące od prof. Timothy Garton Asha, który opisał w ten sposób przemiany państw Europy Środkowo-Wschodniej po 1989 r. Autor pokazuje małe kroki, które mogą doprowadzić do dużych, pozytywnych rezultatów. Bo też social media same w sobie są komunikacyjną rewolucją, do której cegiełkę dokłada każdy ich użytkownik. Są tacy, którzy wymyślają przełomowe usługi webowe, jak Facebook czy Twitter, ale ich późniejszy charakter zależy w dużej mierze od tych, którzy ich używają. I od każdego zależy jakość tej rewolucji. Jakości bez wiedzy nie będzie, a skąd tę wiedzę czerpać? Moim zdaniem,"Rewolucja social media" pasuje tutaj jak ulał, będąc jednocześnie dobrym kluczem za kulisy komunikacyjnej rewolucji.
studiumprzypadku.com 2013-02-17