ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Może (morze) wróci

Dziwna, niepokojąca, martwa, trupia wręcz woń. To przerażające. Stoję po kolana w wodzie i jest mi głupio. Nas, ludzi, nie powinno tu być-tak Bartek Sabela opisuje w „Może (morze) wróci" pierwsze spotkanie z Jeziorem Aralskim. W miejscu tym powinno być głębokie morze. Ale go nie ma. Dlaczego Bo wyparowało! Nie samo jednak. Pomógł mu w tym chory pomysł człowieka, wizja gigantycznych plantacji bawełny nawadnianych wodą- płynącą kilometrami kanałów-z Amu-darii i Syr-darii. - Nie wyschnie. A jeśli wyschnie, to trudno - miał rzec Chruszczow, gdy przyjechał do Mujnaku, wtedy portu nad Aralem. Partactwo budowniczych sprawiło, że tylko niewielka część wody docierała do plantacji bawełny, białego złota Uzbekistanu. Ziemia stawała się jałowa, zatruta pestycydami, zaś morze, pozbawione dopływu wody, ginęło. Wiatry, które niosą pył z nowej pustyni, mogą nieść także zagładę. Na Wyspie Wozrożdienija Armia Czerwona testowała bowiem śmiercionośną broń biologiczną... Wstrząsający opis skazanego na zagładę morza to część uzbeckiej rzeczywistości. Z Sabelą zaglądamy też do Taszkentu, Samarkandy, Bucha ry, Chiwy, a także Nukusz niezwykłym Muzeum Sztuki. Warto również zwrócić uwagę na piękne zdjęcia, także Jeziora Aralskiego z lat 1960 i 2012 (dają obraz katastrofy) oraz interesujące rysunki autora. I tylko pomyśleć, że nie byłoby wspaniałego reportażu, gdyby nie fotograf ia -inspiracja dla Sabeli do podróży-wielbłąda przechodzącego w pobliżu zatopionego w piasku kutra rybackiego. „Może..." czyta się doskonale.
Dziennik Polski DMA, 2013-05-04

Hobbit i filozofia. Prawdziwa historia tam i z powrotem

Alternatywny Tolkienowski świat przedstawiony zainspirował grono filozofów do podjęcia odwiecznych i fundamentalnych zagadnień ludzkich w kontekście najważniejszych idei filozoficznych.

Punktem wyjścia wielu autorskich refleksji na filozoficzne tematy na kanwie utworu Johna Ronalda Reuela Tolkiena Hobbit, czyli tam i z powrotem jest interesujące spostrzeżenie, sytuujące jego opowieść w samym źródle filozofii, mianowicie stwierdzenie analogii między przypowieścią o Bilbie Bagginsie a platońską alegorią jaskini. Gregory Bassham i Eric Bronson zauważają, że lekcja dana przez Tolkiena mieści się doskonale w ramach platońskiej opowieści o otwieraniu się na nowe idee i wyższe prawdy. Stwierdzają tym samym, że dziecięca historia, będąca preludium Władcy Pierścieni, stawia przed czytelnikami wiele głębokich pytań. Ich pokaźny rejestr wyliczony we wstępie wprowadza w złożony system zagadnień filozoficznych, podjętych w zebranych w tomie Hobbit i filozofia artykułach. Warto zaznaczyć, że rozważania uwzględniają świat Władcy Pierścieni, z którym obraz wydarzeń Hobbita nierozerwalnie się łączy.

Celem filozofów, autorów tekstów, analizujących elementy przygód Bilba, jest wykorzystanie literackiej opowieści dla upowszechnienia idei wielkich myślicieli. Silne związki między Tolkienem a czołowymi filozofami, ukryte w Śródziemiu, stają się bardziej dostrzegalne w rozprawkach im poświęconych. Paralele myślowe są widoczne za sprawą bezpośrednich przywołań twierdzeń, teorii, poczynając od źródeł filozofii: Sokratesa, Platona, Arystotelesa, Boecjusza, Laoziego, ale na nich nie poprzestając, bo wśród nawiązań odnalezione zostały przekazy nowożytnych i współczesnych nie tylko filozofów, ale i historyków, pisarzy, historyków, jak na przykład św. Tomasz z Akwinu, Thomas More, Karol Marks, Henry David Thoreau, Tom Morris, Hans Georg Gadamer, William Wordsworth, a nade wszystko Szekspir. Analogie z eposami starożytnymi nie tylko z kręgu europejskiego unaoczniają uniwersalne treści tkwiące w literackiej opowieści Tolkiena.

Bohaterowie Hobbita zdają się być zaznajomieni z jedynie słusznymi sposobami postępowania, jakie zalecane są przez filozofów. Podążając tropem maksym filozoficznych, jak też spostrzeżeń, złotych myśli, wysnuwanych z opowieści, czytelnik wchodzi na trop osobistego rozwoju. Śladem Tolkienowskich postaci uświadamia sobie pradawne prawdy, od których zazwyczaj pokusy życia oddalają. Czytelnicza wędrówka z Bilbem, pogłębiona o świadomość fundamentalnych zagadnień, przeobraża się za sprawą przewodnictwa autorów studiów i rozpraw w swoistą podróż w głąb samego siebie. Tolkienowska wizja natury, człowieka, świata jest zaproszeniem do refleksji nad współczesnymi dylematami egzystencjalnymi i cywilizacyjnymi. Jeden z autorów, W. Christopher Stewart przywołuje choćby sprawy klonowania, przedłużania ludzkiego życia, zmieniania klimatu Ziemi, eksterminacji za skutek broni masowego rażenia.

Hobbit Tolkiena to różne opowieści w zależności od tego, jakie treści się w książce dostrzega. Szereg artykułów dowodzi, że jedna skromna historia przygodowa kryje nieprzebrane bogactwo problemów. Różne rozważania ujawniają niezbity fakt, że mistrz Śródziemia oferuje swoistą terapię, charakterystyczną dla literatury fantasy. Jest nią uzdrawianie z fizycznej i duchowej ślepoty na zjawiska obecne w świecie. Hasłem wywoławczym wezwania do poszerzenia świadomości są słowa elfa Gildora do Froda: „Otacza cię szeroki świat: możesz się w nim zamknąć, lecz nie uda ci się na zawsze od niego odgrodzić”. Wszelkie trudności, z jakimi zmaga się człowiek rodzą się na styku jego jestestwa i świata zewnętrznego. Bohaterowie Hobbita reprezentują większość zwykłych ludzi. Kreatywność Tolkiena staje się zatem dla czytelnika wartościowym przewodnikiem, który we właściwy sposób oświetlają autorzy tomu Hobbit i filozofia.
wiadomosci24.pl Adrianna Adamek-Świechowska, 2013-04-27

Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta

Podróżniczka w krainie indygo

Hugo-Bader zapytał: Co różni podróżnika od turysty? Odpowiedź brzmi: Zadanie. Podróżnikiem jest geograf, geolog, kartograf, misjonarz, reporter, filmowiec, przyrodnik, glacjolog (…). Podróżnik wyrusza w świat po coś. Turysta (…), bo lubi, jest ciekaw. Zatem po nic.
Idąc tropem takiego kryterium Annę Jaklewicz, autorkę reportażu „Niebo w kolorze Indygo” bez dwóch zdań można nazwać podróżniczką. Archeolog z wykształcenia, fotograf z zamiłowania. W opowieści o Chinach oprócz celnych zdjęć znajdujemy całą skarbnicę bogactwa kulturowego i etnicznego Chin. I to nie takich, jakie znamy z telewizji albo informatorów turystycznych. Podróżniczka spędza kilka miesięcy na południu kraju w małych, często zapomnianych przez świat wioskach. Zagląda do chatek tubylców, ryzykuje przysmaki chińskiej kuchni, wprowadza w kontekst historyczny każdego miejsca, opowiada o architekturze, pisze o emocjach, spostrzeżeniach, przy tym dając celne wskazówki. Przede wszystkim nie boi się. Zagląda, podgląda. Jest zarazem spontaniczna, ale i roztropna. Przy tym wszystkim nie jest wścibska i raczej kieruje się zasadą dobrej karmy niż „za wszelką cenę”. Pięknie maluje krajobrazy, przez co przenosi nas do krain górzystych z ryżowymi tarasami. Fajnie jest przenieść się w takim towarzystwie do odległego kraju, nawet w porze deszczowej!

Nie ubliżając ani nie słodząc nikomu, pomimo przetartych portek, z czystym sumieniem nazwałam Annę Jaklewicz Hugo-Baderem albo Szczygłem w spódnicy. Autorka lekkim piórem, bystrym okiem i wielką pasją zaraża, tak jak panowie.

Polecam bardzo tę lekturę, zarówno osobom, które uważają, że Chiny już znają od podszewki, by skonfrontowali swoje doświadczenia z podróży - zapewne dowiedzą się czegoś nowego od autorki książki, jak i tym, których kultura Azji nie interesuje w sposób szczególny. Zapewniam, dzięki Annie Jaklewicz, na pewno Chiny staną się mniej obojętne, a ciekawość na świat jeszcze większa i większa!
Opętani Czytaniem Agnieszka Markowska

Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta

Prawem serii ostatnio trafiają w moje ręce książki podróżnicze, których autorzy zagłębiają się w nieznaną nam rzeczywistość, porzucając trasy zjeżdżone przez autokary z objazdowymi wycieczkami i wydeptane przez nieśmiałych turystów, którzy pewniej czują się na uczęszczanych szlakach lub zwyczajnie uważają, że przy pierwszej wizycie w danym kraju dobrze poznać jego perełki, bo przecież nie bez powodu to czy tamto zajmuje zaszczytne miejsce na liście the best of. Logiczne to podejście, w końcu wszelkie "must see" najczęściej naprawdę warte są zobaczenia. Ale można też inaczej.

Tym razem, nie ruszając się z wygodnej kanapy i patrząc na prószący za oknem śnieg, dane mi było odbyć podróż do Chin. Bocznymi drogami. A to dzięki Annie Jaklewicz i jej wydanej niedawno przez Bezdroża książce "Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta".

Muszę powiedzieć, że już pierwsze zetknięcie z tym wydawnictwem jest niezwykle przyjemne, bo dostajemy do ręki naprawdę ładną książkę - z fajną okładką, całym mnóstwem zdjęć, w dodatku na papierze dobrej jakości. Bardzo pozytywne wrażenie. Aż chce się od razu zacząć czytać.

I dobrze, bo książka jest naprawdę ciekawa. To taki swoisty przewodnik po południowo-wschodnich obszarach tego ogromnego państwa. Reportaż? Dziennik podróży?... Chyba wszystko to na raz. Anna Jaklewicz pokazuje nam Chiny prowincjonalne. Takie, w które pewnie jeszcze mało kto się zagłębia, chociaż chińscy turyści coraz śmielej przecierają szlaki. Razem z Autorką podglądamy więc, oglądamy i smakujemy codzienność ukrytą gdzieś wśród urzekających urodą tarasów ryżowych, wież bębnów, czy mostów wiatru i deszczu. Poznajemy Chiny zupełnie inne od tych, które jawią nam się w pierwszym skojarzeniu na hasło "Państwo Środka".

Czytałam tę książkę z dużym zainteresowaniem i ciągle łapałam się na myśli, jak niewiele wiem o tym kraju. Bo chociaż np. o kwestii kontroli urodzeń słyszał chyba każdy, podobnie, jak o pogłoskach, że tam to jedzą mięso psów, to o ludności Mosuo i jej matriarchalnych klanach i królestwie kobiet już niekoniecznie. A Anna Jaklewicz pisze właśnie głównie o mniejszościach etnicznych. Jeździ do wiosek czasami gdzieś całkowicie z boku mapy, a czasami do takich, w których trzeba opłacić wstęp, bo turystyka rządzi się swoimi prawami. Ale zawsze, niezależnie, czy za darmo, czy za daninę, styka się z prawdziwym życiem prawdziwych ludzi. Nie na pokaz, nie od święta (chociaż w kilku przypadkach w bardzo świątecznych okolicznościach). I zdarza się, że sama stwierdza: "W podróży najczęściej zaskakują międzykulturowe różnice, a tym razem to podobieństwa dziwią mnie najbardziej".

I nas te podobieństwa też mogą zaskoczyć, ale jednak różnice przyciągają uwagę i niekiedy wręcz zachwycają. Bogactwem różnorodności, kolorami, pięknymi strojami, czy faktem, że istnieją wioski słynne ze swojej niezwykle pozytywnej energii, a tę wyjątkową pomyślność można zapewnić budując całą wioskę (i każde domostwo z osobna) zgodnie z zasadami feng shui.

Takich ciekawostek w "Niebie w kolorze indygo" znajdziecie mnóstwo. I na dodatek obejrzycie piękne zdjęcia, które niekiedy same w sobie wystarczają za rekomendację książki, ale przede wszystkim budzą ogromną chęć wyruszenia w drogę i zobaczenia na własne oczy np. niezwykłej urody budynków z ziemi, czyli tulou, a przede wszystkim spotkania z miejscowymi, którzy wydają się wyjątkowo otwarci i przyjaźnie nastawieni do gości. I niekiedy zaskakują:

"- Polska. Wałęsa. Pamiętam jego rewolucję w 1989 czy 90 roku. To była wielka zmiana dla tego kraju - mówi, pochylając się na obrazem. Smaruje klejem zielony fragment farby i przyciska dłonią do płótna. Patrzę w osłupieniu, najpierw na mężczyznę przede mną, potem na tego z obrazu. Czekam, aż Mao odwróci głowę i groźnym spojrzeniem skarci pana Yanga. Ale nic takiego się nie dzieje.

- Czytałem o tym przewrocie w gazetach. To było coś - kontynuuje. - Napisałem wówczas wiersz o Wałęsie. Pewnie go mam jeszcze w starych papierach.

Mao ani drgnie. Może dlatego, że zmarł w 1976 roku i nazwisko Wałęsa nie budzi w nim emocji, a może dlatego, że chcąc ocalić swoją olejną twarz, musi wybaczyć panu Yangowi sympatię do polskiego przywódcy antykomunistycznej opozycji."

Byliście już w Chinach? Wybieracie się? Pamiętajcie, że wtedy dobrze mieć w plecaku książkę "Niebo w kolorze indygo".
monoloco.pl Joanna Frukacz, 2013-04-16

Komunikacja biznesowa oczami kierownika projektu

Przygotowując zajęcia dla studentów Uniwersytetu Warszawskiego na temat komunikacji wewnętrznej w firmie, cieszyłam się, że mam tak wiele różnych doświadczeń z życia biznesu, którymi mogę się wesprzeć, bo teorii na rynku wydawniczym w tym temacie nie ma wiele. Naprawdę! Jeśli znacie jakieś książki godne polecenia, to koniecznie dajcie mi znać – przyjmę każdą podpowiedź z otwartymi ramionami.

W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy ten brak na rynku nie wynika z mylnego przekonania, że w tym temacie wszystko jest jasne i że wszyscy przecież wiemy jak się komunikować. Tymczasem obserwując komunikację w wielu firmach, bez przesady mogę stwierdzić, że jest to obszar, w którym widać najwięcej niedociągnięć, błędów, czy zwykłej ignorancji. A przecież komunikacja wewnętrzna w firmie jest jak układ krwionośny w naszym organizmie. Kiedy coś w niej szwankuje, odbija się to na całości i to często w bardzo poważny sposób.

Komunikacja wewnętrzna to duży i ważny temat. Tylko pozornie łatwy. W praktyce trudny i bardzo rozbudowany. Aby go przybliżyć w ograniczonym czasie – można się zająć albo głównymi arteriami, albo skoncentrować się na każdym małym naczynku krwionośnym, ograniczając zasięg opisu tylko do niektórych specyficznych miejsc, organów, funkcji. Katarzyna Żbikowska, autorka książki „Komunikacja biznesowa oczami kierownika projektu”, dobrze z tego dylematu wybrnęła – obrazując ramowo kluczowe elementy i funkcje, a następnie koncentrując się bardziej szczegółowo na obszarze komunikacji, z którą mamy do czynienia podczas zarządzania projektem.

Książkę czyta się lekko, przykłady z życia biznesowego przekonują, wskazówki praktyczne poparte są rozsądnymi argumentami. Nie jest to książka w typie podręcznika i może niektórzy praktycy (a tym bardziej teoretycy) zarządzania mogliby oczekiwać głębszych analiz niektórych elementów związanych z zarządzaniem zespołem, ale na 200 stronach udało się zmieścić naprawdę sporo. Tym bardziej, że autorka podzieliła się także wieloma sposobami ułatwiającymi organizację pracy własnej przy zarządzaniu projektem, w kontekście komunikacji i jej narzędzi.

Zakres tematyczny został tak dobrany, że po przeczytaniu książki młody manager projektu może bez strachu brać się za bary ze swoim zadaniem, wiedząc, że ma w głowie przydatne drogowskazy. Doświadczeni managerowie mogą z tej lektury także wynieść coś dla siebie, jeśli tylko będą chcieli i jeśli nie ustawią się w perspektywie „ja wiem już wszystko”.

Tyle z punktu widzenia obiektywnego i biznesowego.

A teraz subiektywnie. To, co mnie szczególnie ujęło:

- podkreślenie ścisłego powiązania kultury firmy i jej wartości z komunikacją wewnętrzną – temat tak rzadko opisywany i tak niedoceniany, a przecież tak ważny w praktyce,

- odwoływanie się do takich elementów jak:

* komunikacja ma CEL (lub przynajmniej powinna go mieć, zwłaszcza jeśli mówimy o biznesie),

* komunikacja w biznesie jako jednostronne nadawanie i obwinianie odbiorcy, że nie reaguje tak jak chcemy, to wielka pomyłka, która rzadko prowadzi do sukcesu,

* komunikacja to nie tylko suche fakty, ale także emocje (tak, owszem, w życiu biznesowym też nie jesteśmy robotami, choć mam wrażenie, że wielu z nas chciałoby w to uwierzyć).

Last but not least – gratuluję autorce odwagi. Przykłady podane w książce, w często bezkompromisowy sposób ukazują sedno tego, co psuje komunikację wewnętrzną, czy wręcz stanowi różne patologie w biznesie. Wiele podobnych przypadków znam z własnych doświadczeń i obserwacji, więc podczas czytania bywały momenty, że gromko się śmiałam, a w innych momentach musiałam wracać do starych „traum biznesowych”, gdy trzęsło mnie z oburzenia, że takie zdarzenia mają miejsce. Niestety. Sytuacja z komunikacją wewnętrzną w polskich firmach nie jest najlepsza. Dlatego z przyjemnością powitałam tę książkę w mojej biznesowej biblioteczce i z czystym sumieniem polecam ją także innym: zwłaszcza managerom, nie tylko projektów.

Ten temat dotyczy nas wszystkich. I choć „wszyscy się na tym znamy”, to warto czasami przypomnieć sobie pewne sprawy i poczytać o błędach, które dotyczą innych…, bo przecież nie nas! ;)
inandim.wordpress.com 2013-04-24