Recenzje
20 lat mniej. Cofnij czas i zachowaj wieczną młodość!
Cofnij czas i zachowaj wieczną młodość!" Boba Greene'a.
„Bob Greene zmienił moje życie" zapewnia jedna z czytelniczek - Oprah Winfrey. Co do takiego zapewnienia skłoniło znaną amerykańską dziennikarkę telewizyjną... -sami możemy się przekonać podczas tej interesującej lektury. Autor przypomina jedynie, że nauka badająca proces starzenia się już dowiodła, że włączenie do życia codziennego czterech kluczowych elementów może wpłynąć na naszą fizjologię, w znaczący sposób spowalniając procesy związane ze starzeniem się organizmu oraz pozwalając nam funkcjonować tak, jakbyśmy naprawdę byli o wiele lat młodsi. Po prostu zamiast sięgać po botoks wystarczy zastosować ćwiczenia, diety, pielęgnację skóry oraz właściwe porcje snu. A potem już tylko- z zachwytem! - obserwować zmiany! Ta książka to praktyczny i efektywny poradnik zawierający program, który sprawia, że możemy wyglądać i czuć się młodziej niż kiedykolwiek. Poprzez ćwiczenia - treningi siłowy i aerobowy - przeciwdziałamy utracie masy mięśniowej i kostnej, wzmacniając kręgosłup oraz zachowując aktywność i zwinność. W części odżywianie znajdujemy kompletny jadłospis promujący długowieczność, zawierający wiele przepisów, ułatwiających zachowanie zdrowia, oraz rady dotyczące suplementów diety. Uzupełnieniem są - trzystopniowy program pielęgnacji skóry oraz sprawdzone przez samego autora sposoby na zdrowy sen. Sen dostarczający energii i redukujący ryzyko chorób, sprzyjający temu, byśmy rano wstali... młodsi.
„Bob Greene zmienił moje życie" zapewnia jedna z czytelniczek - Oprah Winfrey. Co do takiego zapewnienia skłoniło znaną amerykańską dziennikarkę telewizyjną... -sami możemy się przekonać podczas tej interesującej lektury. Autor przypomina jedynie, że nauka badająca proces starzenia się już dowiodła, że włączenie do życia codziennego czterech kluczowych elementów może wpłynąć na naszą fizjologię, w znaczący sposób spowalniając procesy związane ze starzeniem się organizmu oraz pozwalając nam funkcjonować tak, jakbyśmy naprawdę byli o wiele lat młodsi. Po prostu zamiast sięgać po botoks wystarczy zastosować ćwiczenia, diety, pielęgnację skóry oraz właściwe porcje snu. A potem już tylko- z zachwytem! - obserwować zmiany! Ta książka to praktyczny i efektywny poradnik zawierający program, który sprawia, że możemy wyglądać i czuć się młodziej niż kiedykolwiek. Poprzez ćwiczenia - treningi siłowy i aerobowy - przeciwdziałamy utracie masy mięśniowej i kostnej, wzmacniając kręgosłup oraz zachowując aktywność i zwinność. W części odżywianie znajdujemy kompletny jadłospis promujący długowieczność, zawierający wiele przepisów, ułatwiających zachowanie zdrowia, oraz rady dotyczące suplementów diety. Uzupełnieniem są - trzystopniowy program pielęgnacji skóry oraz sprawdzone przez samego autora sposoby na zdrowy sen. Sen dostarczający energii i redukujący ryzyko chorób, sprzyjający temu, byśmy rano wstali... młodsi.
POLSKA - DZIENNIK ŁÓDZKI .N, 2013-06-22
Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta
Jak dobrze jest poczytać o czymś więcej niż tylko „byłem, zobaczyłem, pojechałem dalej”. Anna Jaklewicz w książce „Niebo w kolorze indygo” próbuje wsiąknąć w opisywane miejsca, nie śpieszy się, powoli obserwuje, daje sobie czas na poznanie kultury regionu, miasteczka, wioski. Autorka opisuje w głównej mierze swoje wędrówki przez mniejszości narodowe. Poznaje, zachwyca się, analizuje, dopytuje.
Kolory są wszędobylskie w tej książce. Nie chodzi tylko o ciekawą szatę graficzną, lecz o dużą ilość zamieszczonych w niej zdjęć. Doskonale ilustrują opisywane miejsca czy spotkanych ludzi. Co bardzo cieszy, to każde z nich jest opatrzone opisem, co tak często niestety jest pomijane w innych pozycjach. Anna Jaklewicz przedstawia nam Chiny z kompletnie innej, nieturystycznej strony. Nie ma tu chodzenia po Wielkim Murze czy zwiedzania terakotowej armii, czyli głównych atrakcji tego olbrzymiego państwa. W zamian za to włóczymy się z autorką po chińskich wsiach. I te wędrówki najbardziej ciekawią czytelnika.
Książka „Niebo w kolorze indygo” to wędrówka przez niewielką południową część Chin. Dowiadujemy się z niej o codziennych zwyczajach ludzi mieszkających z dala od wielkich metropolii, o ich strojach ludowych, których na co dzień używają do normalnych czynności, o lokalnych świętach. Pomimo, że autorka jest Europejką nie ma pomiędzy nimi bariery. Lokalne kobiety bardzo chętnie zapraszają ją do siebie na biesiadę czy uroczystości.
Po lekturze „Niebo w kolorze indygo” dowiemy się o królestwie kobiet Mosuo i ich przysmaku zhubiaorou (suszone tusze świń), o wytwarzaniu barwnika indygo przez kobiety Dong, a także o żuciu betelu przez ludność Bulang. Nie ma tu akademickich rozważań na tematy wyższości jednej czy drugiej kultury, za to są ciekawe opisy osoby, która spędziła tam trochę czasu i zadała sobie trud, aby doświadczyć i dowiedzieć się o opisywanych plemionach.
Od książki podróżniczej oczekuję, aby po jej lekturze dowiedzieć się czegoś ciekawego o opisywanej kulturze, miejscach, ludach. I tak właśnie jest w przypadku pozycji „Niebo w kolorze indygo„, gdzie po przeczytaniu jestem bogatszy w wiedzę o mniejszościach zamieszkujących południową część Chin.
Kolory są wszędobylskie w tej książce. Nie chodzi tylko o ciekawą szatę graficzną, lecz o dużą ilość zamieszczonych w niej zdjęć. Doskonale ilustrują opisywane miejsca czy spotkanych ludzi. Co bardzo cieszy, to każde z nich jest opatrzone opisem, co tak często niestety jest pomijane w innych pozycjach. Anna Jaklewicz przedstawia nam Chiny z kompletnie innej, nieturystycznej strony. Nie ma tu chodzenia po Wielkim Murze czy zwiedzania terakotowej armii, czyli głównych atrakcji tego olbrzymiego państwa. W zamian za to włóczymy się z autorką po chińskich wsiach. I te wędrówki najbardziej ciekawią czytelnika.
Książka „Niebo w kolorze indygo” to wędrówka przez niewielką południową część Chin. Dowiadujemy się z niej o codziennych zwyczajach ludzi mieszkających z dala od wielkich metropolii, o ich strojach ludowych, których na co dzień używają do normalnych czynności, o lokalnych świętach. Pomimo, że autorka jest Europejką nie ma pomiędzy nimi bariery. Lokalne kobiety bardzo chętnie zapraszają ją do siebie na biesiadę czy uroczystości.
Po lekturze „Niebo w kolorze indygo” dowiemy się o królestwie kobiet Mosuo i ich przysmaku zhubiaorou (suszone tusze świń), o wytwarzaniu barwnika indygo przez kobiety Dong, a także o żuciu betelu przez ludność Bulang. Nie ma tu akademickich rozważań na tematy wyższości jednej czy drugiej kultury, za to są ciekawe opisy osoby, która spędziła tam trochę czasu i zadała sobie trud, aby doświadczyć i dowiedzieć się o opisywanych plemionach.
Od książki podróżniczej oczekuję, aby po jej lekturze dowiedzieć się czegoś ciekawego o opisywanej kulturze, miejscach, ludach. I tak właśnie jest w przypadku pozycji „Niebo w kolorze indygo„, gdzie po przeczytaniu jestem bogatszy w wiedzę o mniejszościach zamieszkujących południową część Chin.
lkedzierski.com Łukasz Kędzierski, 2013-06-10
Może (morze) wróci
Tylko tego morza żal
Po nas choćby potop – to słynne powiedzenie, przypisywane Madame de Pompadour, kochance Ludwika XV, doskonale pasuje również do Nikity Chruszczowa i jego światłych planów przemiany Uzbekistanu w kraj rolnictwem stojący. Zapoczątkowany w latach trzydziestych XX wieku program Ziemie dziewicze zakładał wykorzystanie dwóch dopływów Jeziora – Amu-darii na południu oraz Syr-darii na północy, do irygacji pól.
Kolonizację stepów Azji Środkowej, szczególnie Kazachstanu w celu przemiany ich w pola uprawne, a także kolejny pomysł władzy – uprawę bawełny na niespotykaną skalę na terenach Uzbekistanu, Turkmenistanu i Kazachstanu nie tylko można nazwać przejawem krótkowzroczności, ale wręcz głupoty. W wyniku tych działań jezioro, nazywane „Morzem Aralskim”, w czasach świetności liczące sobie 428 km długości i 234 km szerokości, stało się tylko wspomnieniem. Zniszczenie całych ekosystemów, dziesiątek gatunków zwierząt i złamane życie ludzkie - oto efekt działań, uznawanych za przyczynę największej katastrofy ekologicznej na świecie.
Dziś ten pomnik ignorancji władzy, przestrogę dla potomnych oraz dowód na to, do czego może doprowadzić prymitywny sposób melioracji, odwiedzamy dzięki autorowi wciągającej książki podróżniczej Może (morze) wróci, opublikowanej nakładem wydawnictwa Bezdroża. Bartek Sabela zawodowo zajmuje się architekturą i – jak sam zastrzega – nie jest podróżnikiem. Przed wizytą w Uzbekistanie celem jego wypraw była wspinaczka i dopiero intrygujące zdjęcie w jednym z magazynów - wielbłąd spacerujący obok kutra rybackiego, stało się bodźcem do tego, by wyruszyć w niezapomnianą wyprawę do kraju, gdzie egzotyka Jedwabnego Szlaku styka się z dziedzictwem radzieckiej myśli technicznej. W książce nie została zachowana chronologia całego przedsięwzięcia, ale też i nie ona ma tu znaczenie. Otrzymujemy bowiem pozycję, która ujmuje esencję tego niezwykłego i nieodkrytego jeszcze przez turystów kraju. Kraju, w którym wspaniałe zabytki stykają się z betonowymi placami i monumentalnymi „budynkami w służbie władzy”, a za ozdobnymi fasadami, iluzją wielkich i kosmopolitycznych miast z butikami Dolce Gabbana, czają się slumsy i skrajna bieda.
(…) Jadę zobaczyć Morze Aralskie. Jadę zobaczyć coś, w co trudno uwierzyć, gdy się o tym czyta i gdy się to ogląda na zdjęciach. Jadę zobaczyć, do czego są zdolni ludzie pozbawieni wyobraźni – pisze autor, zabierając czytelników w podróż, podczas której przemieszczał się na północny Zachód w kierunku Morza Aralskiego, przez miasta dawnego Szlaku Jedwabnego oraz miasta-widma.
Swoją literacką przygodę rozpoczynamy w Taszkencie, chociaż w rzeczywistości był to ostatni przystanek autora. Podziwiamy spektakularny „sowiecki” styl zabudowy, który zepchnął w niepamięć stare uzbeckie miasto z typową zabudową. Trzęsienie ziemi w 1966 roku ułatwiło działania nowej władzy, lubującej się w modernistycznych gmachach. Odwiedzamy kolejne miasta, stanowiące kolebkę historii, którą siłą próbuje usunąć nowoczesność. Tropimy również absurdy Uzbekistanu, takie jak (występujący również w innych krajach regionu) obowiązek meldunkowy, tzw. registracja. Przeliczać będziemy także niezliczone ilości obowiązującej waluty (sum uzbecki) na dolary, rozgościmy (choć to za dużo powiedziane) się również w jednym z hoteli w Czimgan, leżącym 100 km na wschód od Taszkentu, gdzie będziemy jedynymi gośćmi!
Przekonamy się również, jak życzliwi potrafią być rdzenni mieszkańcy i jak zabawne sytuacje mogą wyniknąć, kiedy do Uzbekistanu jedzie Polak znający język angielski, niemal nieznany wśród miejscowych. Odwiedzimy z autorem również okoliczne bazary. Chcesz zobaczyć prawdziwych Uzbeków, przekonać się, jak żyją, jak rozmawiają, jacy naprawdę są? Zapomnij o zabytkach, zostaw mauzoleum Szach-i-Zinda (…) i idź na bazar kupić choćby arbuza – pisze Bartek Sabela, wspominając swoje wizyty na bazarze Siab (Samarkanda), gdzie przeszedł prawdziwą „próbę ognia”, na bazarze Czorsu (Taszkent) oraz na bazarze w Nukusie.
Może (morze) wróci to pozycja, którą pochłania się łakomie, sycąc oczy zamieszczonymi zdjęciami i puszczając wodze wyobraźni. Autor, ukazując różnice (ale i podobieństwa) pomiędzy Wschodem a Zachodem, zwraca uwagę czytelników na rzeczy warte zobaczenia, poznania, na fasadę, wytrwale utrzymywaną przez aparat władzy, za którą kryją się wstydliwa bieda i brud, a także na kwestie związane z ekologią. Wszystko to sprawia, że podróż z Bartkiem Sabelą jest tą, którą chce się powtórzyć w rzeczywistości. I tylko tego morza, morza żal…
Po nas choćby potop – to słynne powiedzenie, przypisywane Madame de Pompadour, kochance Ludwika XV, doskonale pasuje również do Nikity Chruszczowa i jego światłych planów przemiany Uzbekistanu w kraj rolnictwem stojący. Zapoczątkowany w latach trzydziestych XX wieku program Ziemie dziewicze zakładał wykorzystanie dwóch dopływów Jeziora – Amu-darii na południu oraz Syr-darii na północy, do irygacji pól.
Kolonizację stepów Azji Środkowej, szczególnie Kazachstanu w celu przemiany ich w pola uprawne, a także kolejny pomysł władzy – uprawę bawełny na niespotykaną skalę na terenach Uzbekistanu, Turkmenistanu i Kazachstanu nie tylko można nazwać przejawem krótkowzroczności, ale wręcz głupoty. W wyniku tych działań jezioro, nazywane „Morzem Aralskim”, w czasach świetności liczące sobie 428 km długości i 234 km szerokości, stało się tylko wspomnieniem. Zniszczenie całych ekosystemów, dziesiątek gatunków zwierząt i złamane życie ludzkie - oto efekt działań, uznawanych za przyczynę największej katastrofy ekologicznej na świecie.
Dziś ten pomnik ignorancji władzy, przestrogę dla potomnych oraz dowód na to, do czego może doprowadzić prymitywny sposób melioracji, odwiedzamy dzięki autorowi wciągającej książki podróżniczej Może (morze) wróci, opublikowanej nakładem wydawnictwa Bezdroża. Bartek Sabela zawodowo zajmuje się architekturą i – jak sam zastrzega – nie jest podróżnikiem. Przed wizytą w Uzbekistanie celem jego wypraw była wspinaczka i dopiero intrygujące zdjęcie w jednym z magazynów - wielbłąd spacerujący obok kutra rybackiego, stało się bodźcem do tego, by wyruszyć w niezapomnianą wyprawę do kraju, gdzie egzotyka Jedwabnego Szlaku styka się z dziedzictwem radzieckiej myśli technicznej. W książce nie została zachowana chronologia całego przedsięwzięcia, ale też i nie ona ma tu znaczenie. Otrzymujemy bowiem pozycję, która ujmuje esencję tego niezwykłego i nieodkrytego jeszcze przez turystów kraju. Kraju, w którym wspaniałe zabytki stykają się z betonowymi placami i monumentalnymi „budynkami w służbie władzy”, a za ozdobnymi fasadami, iluzją wielkich i kosmopolitycznych miast z butikami Dolce Gabbana, czają się slumsy i skrajna bieda.
(…) Jadę zobaczyć Morze Aralskie. Jadę zobaczyć coś, w co trudno uwierzyć, gdy się o tym czyta i gdy się to ogląda na zdjęciach. Jadę zobaczyć, do czego są zdolni ludzie pozbawieni wyobraźni – pisze autor, zabierając czytelników w podróż, podczas której przemieszczał się na północny Zachód w kierunku Morza Aralskiego, przez miasta dawnego Szlaku Jedwabnego oraz miasta-widma.
Swoją literacką przygodę rozpoczynamy w Taszkencie, chociaż w rzeczywistości był to ostatni przystanek autora. Podziwiamy spektakularny „sowiecki” styl zabudowy, który zepchnął w niepamięć stare uzbeckie miasto z typową zabudową. Trzęsienie ziemi w 1966 roku ułatwiło działania nowej władzy, lubującej się w modernistycznych gmachach. Odwiedzamy kolejne miasta, stanowiące kolebkę historii, którą siłą próbuje usunąć nowoczesność. Tropimy również absurdy Uzbekistanu, takie jak (występujący również w innych krajach regionu) obowiązek meldunkowy, tzw. registracja. Przeliczać będziemy także niezliczone ilości obowiązującej waluty (sum uzbecki) na dolary, rozgościmy (choć to za dużo powiedziane) się również w jednym z hoteli w Czimgan, leżącym 100 km na wschód od Taszkentu, gdzie będziemy jedynymi gośćmi!
Przekonamy się również, jak życzliwi potrafią być rdzenni mieszkańcy i jak zabawne sytuacje mogą wyniknąć, kiedy do Uzbekistanu jedzie Polak znający język angielski, niemal nieznany wśród miejscowych. Odwiedzimy z autorem również okoliczne bazary. Chcesz zobaczyć prawdziwych Uzbeków, przekonać się, jak żyją, jak rozmawiają, jacy naprawdę są? Zapomnij o zabytkach, zostaw mauzoleum Szach-i-Zinda (…) i idź na bazar kupić choćby arbuza – pisze Bartek Sabela, wspominając swoje wizyty na bazarze Siab (Samarkanda), gdzie przeszedł prawdziwą „próbę ognia”, na bazarze Czorsu (Taszkent) oraz na bazarze w Nukusie.
Może (morze) wróci to pozycja, którą pochłania się łakomie, sycąc oczy zamieszczonymi zdjęciami i puszczając wodze wyobraźni. Autor, ukazując różnice (ale i podobieństwa) pomiędzy Wschodem a Zachodem, zwraca uwagę czytelników na rzeczy warte zobaczenia, poznania, na fasadę, wytrwale utrzymywaną przez aparat władzy, za którą kryją się wstydliwa bieda i brud, a także na kwestie związane z ekologią. Wszystko to sprawia, że podróż z Bartkiem Sabelą jest tą, którą chce się powtórzyć w rzeczywistości. I tylko tego morza, morza żal…
granice.pl Justyna Gul
Może (morze) wróci
Uzbecki Aral-kum oznacza “pustynię aralską”. Niby nic dziwnego, przecież w tym rejonie są również inne pustynie jak Kyzył-kum i Kara-kum. Cały ambaras jednak w tym, że słowo “Aral” powinno się raczej kojarzyć z wodą niż z piaskiem.
Aral-kum powstał przy niechlubnym udziale ludzi, którzy czwarte największe jezioro Ziemi zamienili w pustynię. A wszystko zaczęło się w czasie zimnej wojny i wielkiej rywalizacji między ZSRR a USA. Ci pierwsi postanowili, że z pustynnego Uzbekistanu uczynią największego producenta bawełny na świecie. Udało im się pomimo tego, że bawełna jest rośliną dość wymagającą, jeśli chodzi o wodę. No a skąd wziąć wodę na pustyni? Z rzeki oczywiście. No a jak nie ma rzeki na pustyni, to trzeba ją przetransportować kanałami i już.
Aby nawodnić ogromne obszary uprawne, radzieccy inżynierowie zbudowali kilometry kanałów irygacyjnych, ale jak to w sojuzach, były one robione w pośpiechu i bez odpowiedniego uszczelnienia. Każde dziecko wie, że doprowadzi to do ogromnego marnotrawstwa wody – tylko kto by się tym przejmował, gdy trzeba wykonać plan i stać się największym producentem bawełny na świecie (do dzisiaj w Uzbekistanie są powszechne obowiązkowe zbiory bawełny, w okresie których brakuje nawet połączeń autobusowych, gdyż wszystkie pojazdy są zmobilizowane do dowożenia ludności na pola uprawne).
Nim ktokolwiek się obejrzał, Morze Aralskie zniknęło, ponieważ wody z Amu-darii oraz z Syr-darii docierającej do celu było po prostu zbyt mało – bawełna była priorytetem. Pustynnienie w takim klimacie przebiegało w ekspresowym tempie, a silne wiatry roznosiły po całej okolicy używane w uprawach pestycydy. To co zostało z Arala jest więc dodatkowo zanieczyszczone i zasolone.
Ludzie – tysiące straciły pracę, bo brzeg jeziora przesunął się o setki kilometrów. Ryby – zniknęły. Miasta – wyludniły się.
Czy może być gorzej? Otóż może. Radzieccy wojskowi upatrzyli sobie bowiem Wyspę Odrodzenia (Wozrożdienija) jako idealne miejsce na poligon broni biologicznej – testowano tam najtajniejsze z tajnych i najstraszniejsze ze strasznych techniki unicestwienia USA przy pomocy dżumy lub wąglika. Gdy ZSRR się rozpadł, poligon popadł w zapomnienie. Do czasu, gdy na początku 2000 roku Wyspa Odrodzenia nie połączyła się z lądem i na wszystkich padł blady strach, bo przypomniano sobie o pierwotnym przeznaczeniu tego miejsca. Koniec końców trzeba było zabezpieczyć i zneutralizować ponad 100 ton pozostawionego tam wąglika…
Ta smutna historia kryje się w pięknie wydanej książce Bartka Sabeli. Szczególną uwagę warto w niej zwrócić na interesujące zdjęcia, których jest tutaj pod dostatkiem i które sprawiają, że pomimo wszystko chce się obrać kierunek na Samarkandę.
Aral-kum powstał przy niechlubnym udziale ludzi, którzy czwarte największe jezioro Ziemi zamienili w pustynię. A wszystko zaczęło się w czasie zimnej wojny i wielkiej rywalizacji między ZSRR a USA. Ci pierwsi postanowili, że z pustynnego Uzbekistanu uczynią największego producenta bawełny na świecie. Udało im się pomimo tego, że bawełna jest rośliną dość wymagającą, jeśli chodzi o wodę. No a skąd wziąć wodę na pustyni? Z rzeki oczywiście. No a jak nie ma rzeki na pustyni, to trzeba ją przetransportować kanałami i już.
Aby nawodnić ogromne obszary uprawne, radzieccy inżynierowie zbudowali kilometry kanałów irygacyjnych, ale jak to w sojuzach, były one robione w pośpiechu i bez odpowiedniego uszczelnienia. Każde dziecko wie, że doprowadzi to do ogromnego marnotrawstwa wody – tylko kto by się tym przejmował, gdy trzeba wykonać plan i stać się największym producentem bawełny na świecie (do dzisiaj w Uzbekistanie są powszechne obowiązkowe zbiory bawełny, w okresie których brakuje nawet połączeń autobusowych, gdyż wszystkie pojazdy są zmobilizowane do dowożenia ludności na pola uprawne).
Nim ktokolwiek się obejrzał, Morze Aralskie zniknęło, ponieważ wody z Amu-darii oraz z Syr-darii docierającej do celu było po prostu zbyt mało – bawełna była priorytetem. Pustynnienie w takim klimacie przebiegało w ekspresowym tempie, a silne wiatry roznosiły po całej okolicy używane w uprawach pestycydy. To co zostało z Arala jest więc dodatkowo zanieczyszczone i zasolone.
Ludzie – tysiące straciły pracę, bo brzeg jeziora przesunął się o setki kilometrów. Ryby – zniknęły. Miasta – wyludniły się.
Czy może być gorzej? Otóż może. Radzieccy wojskowi upatrzyli sobie bowiem Wyspę Odrodzenia (Wozrożdienija) jako idealne miejsce na poligon broni biologicznej – testowano tam najtajniejsze z tajnych i najstraszniejsze ze strasznych techniki unicestwienia USA przy pomocy dżumy lub wąglika. Gdy ZSRR się rozpadł, poligon popadł w zapomnienie. Do czasu, gdy na początku 2000 roku Wyspa Odrodzenia nie połączyła się z lądem i na wszystkich padł blady strach, bo przypomniano sobie o pierwotnym przeznaczeniu tego miejsca. Koniec końców trzeba było zabezpieczyć i zneutralizować ponad 100 ton pozostawionego tam wąglika…
Ta smutna historia kryje się w pięknie wydanej książce Bartka Sabeli. Szczególną uwagę warto w niej zwrócić na interesujące zdjęcia, których jest tutaj pod dostatkiem i które sprawiają, że pomimo wszystko chce się obrać kierunek na Samarkandę.
www.obuszki.wordpress.com obuszki, 2013-06-02
Myśl zdrowo. Jak umysł i ciało razem mogą zwalczać choroby
„Jeśli boisz się czegoś, wiedz, że przyczyna twego strachu tkwi nie poza tobą, lecz w tobie" - mawiał Lew Mikołajewicz Tołstoj. To jedna z dziesiątków pobudzających do refleksji myśli, jakimi nasycona jest wydana przez Sensus/Helion książka Alicji Grzesiak „Myśl zdrowo. Jak umysł i ciało razem mogą zwalczać choroby". Autorka skupia się na wpływie naszej psychiki na rozwój chorób przewlekłych, jednej z bardziej uciążliwych plag XXI wieku. Nowotwory, alergie, lęki i depresja w mniejszym lub większym stopniu dopadają tysiące i miliony, a nieustający stres towarzyszący codziennemu życiu przyczynia się do ich rozwoju. Proponowana recepta to zapobieganie tym chorobom oraz skutecznie rozprawianie się z nimi przy wykorzystaniu siły własnego umysłu.
W czasie lektury poznajemy sposoby walki z chorobami cywilizacyjnymi i bólem w życiu codziennym. Wcześniej dowiadując się, jak funkcjonuje układ immunologiczny i co to jest psychoneuroimmunologia. Odkrywamy związki między ciałem i umysłem, poznajemy możliwości, jakie dają hipnoza oraz inne metody terapeutyczne. Przekonujemy się, jak ważny jest instynkt zdrowienia oraz jak potężnym źródłem sił do walki z chorobą są nasze myśli i przekonania.
W czasie lektury poznajemy sposoby walki z chorobami cywilizacyjnymi i bólem w życiu codziennym. Wcześniej dowiadując się, jak funkcjonuje układ immunologiczny i co to jest psychoneuroimmunologia. Odkrywamy związki między ciałem i umysłem, poznajemy możliwości, jakie dają hipnoza oraz inne metody terapeutyczne. Przekonujemy się, jak ważny jest instynkt zdrowienia oraz jak potężnym źródłem sił do walki z chorobą są nasze myśli i przekonania.
POLSKA - DZIENNIK ŁÓDZKI .N, 2013-06-22