Recenzje
Made in Japan
Po przeczytaniu tej książki mam wrażenie, że do tej pory ktoś mnie okłamywał. Do tej pory Japonia była dla mnie nie tylko Krajem Kwitnącej Wiśni, lecz także krainą mlekiem i miodem płynącą. W książce Rafała Tomańskiego ojczyzna judo przypomina bardziej ojczyznę bigosu, pierogów i Lecha Wałęsy.
Nigdy nie byłem w Japonii, więc wiedzę o tym kraju czerpałem wyłącznie z mediów. A w nich ten kraj pokazywany jest zazwyczaj jako niedościgniony wzór, przykład poukładanego świata, do którego nam bardzo daleko. Tymczasem w książce „Made in Japan” czytam o Japońskim chaosie, fałszowaniu wyników badań, braku więzi obywatelskich i zapaści gospodarki.
Zacząłem się zastanawiać, kto mnie okłamuje - media czy autor. Okazuje się, że Japonia jest jednocześnie krajem, w którym pociągi się praktycznie nie spóźniają i takim, w którym panuje bałagan – wyjaśnił mi to sam autor w rozmowie, którą można przeczytać tutaj.
„Made in Japan” warto przeczytać, bo pokazuje daleki ląd z całkowicie innej perspektywy. Japonia nie jest w książce jednowymiarowa, co bardzo często zdarza się, kiedy o kraju pisze jego miłośnik.
Gratulacje należą się także twórcy okładki. Wymienię go z nazwiska, bo na to zasługuje. Panie Janie Paluchu, dobra robota.
Skarcić należy jednak osoby odpowiedzialne za składanie wnętrza książki. Wyszedł im podręcznik dla uczniów szóstej klasy podstawówki, a nie poważna książka. Te wszystkie graficzki w środku, tekst umieszczony na zdjęciach, sprawiają, że człowiek zamiast czytać, zaczyna oglądać, rozprasza się i nie może skupić uwagi na tym, co najważniejsze, czyli na tekście.
Po przeczytaniu całości mam niedosyt. Chciałbym więcej - więcej i grubiej (zobacz tutaj). Aż prosi się powiedzieć autorowi, żeby pojechał do Japonii i przywiózł z niej reportaże, w których sami Japończycy opowiedzą o swojej ojczyźnie. Każdy rozdział w "Made in Japan" wydawał mi się wstępem do ciekawego reportażu. Tego tak nie można zostawić.
Nigdy nie byłem w Japonii, więc wiedzę o tym kraju czerpałem wyłącznie z mediów. A w nich ten kraj pokazywany jest zazwyczaj jako niedościgniony wzór, przykład poukładanego świata, do którego nam bardzo daleko. Tymczasem w książce „Made in Japan” czytam o Japońskim chaosie, fałszowaniu wyników badań, braku więzi obywatelskich i zapaści gospodarki.
Zacząłem się zastanawiać, kto mnie okłamuje - media czy autor. Okazuje się, że Japonia jest jednocześnie krajem, w którym pociągi się praktycznie nie spóźniają i takim, w którym panuje bałagan – wyjaśnił mi to sam autor w rozmowie, którą można przeczytać tutaj.
„Made in Japan” warto przeczytać, bo pokazuje daleki ląd z całkowicie innej perspektywy. Japonia nie jest w książce jednowymiarowa, co bardzo często zdarza się, kiedy o kraju pisze jego miłośnik.
Gratulacje należą się także twórcy okładki. Wymienię go z nazwiska, bo na to zasługuje. Panie Janie Paluchu, dobra robota.
Skarcić należy jednak osoby odpowiedzialne za składanie wnętrza książki. Wyszedł im podręcznik dla uczniów szóstej klasy podstawówki, a nie poważna książka. Te wszystkie graficzki w środku, tekst umieszczony na zdjęciach, sprawiają, że człowiek zamiast czytać, zaczyna oglądać, rozprasza się i nie może skupić uwagi na tym, co najważniejsze, czyli na tekście.
Po przeczytaniu całości mam niedosyt. Chciałbym więcej - więcej i grubiej (zobacz tutaj). Aż prosi się powiedzieć autorowi, żeby pojechał do Japonii i przywiózł z niej reportaże, w których sami Japończycy opowiedzą o swojej ojczyźnie. Każdy rozdział w "Made in Japan" wydawał mi się wstępem do ciekawego reportażu. Tego tak nie można zostawić.
czytamrecenzuje.pl 2013-09-09
Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta
Kolor chińskiego nieba
Chińczycy najczęściej nazywają swój kraj Zhōngguó, czyli Państwo Środka. Jednak niezależnie od tego, czy określać go będziemy mianem Chińskiej Republiki Ludowej, Chinami, czy też jedną z nazw używanych przez jego mieszkańców, nadal będzie on rozpalał zmysły, budził ciekawość i niósł obietnicę niezwykłej kultury, feerii barw, zapachów i smaków.
W tę niesamowitą, mistyczną wręcz podróż po Chinach, zabiera czytelników Anna Jaklewicz, archeolożka, podróżniczka i fotografka, a teraz również autorka książki. Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta, opublikowane nakładem wydawnictwa Bezdroża, to portret malowany miłością i fascynacją. To również dowód na to, że wbrew rozpowszechnianej przez turystów negatywnej opinii, Chiny mogą inspirować. Szczególnie, jeśli za cel wyprawy obierzemy – idąc za radą autorki – prowincję, małe wioski, których mieszkańcy są wierni tradycji, kultywują dawne zwyczaje i pozwalają poczuć atmosferę prawdziwych Chin.
Biorąc do ręki książkę, możemy się spodziewać solidnej literatury podróżniczej, Jaklewicz bowiem od 2006 r., kiedy zaczęła po Chinach poróżować, pracując jako przewodnik turystyczny, zgłębia kulturę i przemierza bezdroża kraju. Jeśli zatem liczymy na opisy popularnych zabytków, takich jak Wielki Mur Chiński czy Świątynia Konfucjusza, to srodze się zawiedziemy. Wyruszymy bowiem na prowincję, by towarzyszyć autorce podczas jej czteromiesięcznej wyprawy, odwiedzając wioski i małe miasteczka, zamieszkane przez różne grupy etniczne. Musimy liczyć się z trudnymi warunkami, pokojami wielkości pudełek od zapałek, brakiem toalet i wszechobecnym papierosowym dymem, bowiem w Chinach pali niemal każdy.
Yangshuo z domami pamiętającymi dynastię Qing, Sanjiang, główne miasto w autonomicznym powiecie mniejszości narodowej Dong, niezwykłe Zhaoxing ze swoimi drewnianymi domami, mostami oraz wieżami bębnów – to zaledwie kilka z wielu przystanków w drodze. Jaklewicz szkicuje nie tylko miejsca, ich specyfikę czy charakterystyczne elementy architektury, ale zajmuje się również ludźmi. Tak naprawdę to właśnie oni skupiają na sobie uwagę, niezależnie od tego, czy opowiadają o swoich marzeniach, planach, czy codziennym życiu. To również oni przybliżają specyfikę chińskiej gospodarki i polityki czy wprowadzają w zagadnienia prawne, związane choćby z karami za posiadanie drugiego dziecka. Polityka planowania urodzeń jest tu omówiona szeroko, podobnie jak przesądy dotyczące cyfry cztery oraz legendy i zwyczaje mieszkańców poszczególnych wiosek.
Autorka, unikając schematycznego podejścia i męczenia czytelnika historycznymi informacjami czy datami, nie tylko „zaraża” swoją miłością do Chin, ale również uczy tolerancji, akceptacji inności oraz otwartości, w tym na takie przysmaki, jak koniki polne, trepangi, czyli morskie ogórki lub suszone żółtka jaj. Mimochodem dowiadujemy się, jak i gdzie dobrze (oraz co) zjeść, gdzie szukać noclegu i jak się zachowywać, aby nikogo nie urazić czy nie ściągnąć na siebie niebezpieczeństwa.
W podróży Jaklewicz spotkała ludzi sympatycznych i gościnnych, którzy udostępniali jej miejsce przy stole oraz kąt do spania, ale również takich, którzy chcieli ją oszukać - jak choćby Steven z pensjonatu Changdi Inn w Hongkeng. Uczestniczyła w weselu oraz pogrzebie w Zhou Cheng, w gościnie u Yu Bing jadła świński mózg, śpiewała też w barze karaoke i spotkała „Wielkiego Mosuo”, czyli najprzystojniejszego mężczyznę w Lige, zwanego „księciem”.
To, na co szczególnie zwracamy uwagę podczas lektury książki Niebo w kolorze indygo, to akceptacja i wielki szacunek, jakim podróżniczka darzy mieszkańców. Nie próbuje oceniać, unika komentarzy, malując rzeczywisty obraz Państwa Środka. Jednocześnie nie ma tu suchych faktów, ale plastyczny język, który pobudza wyobraźnię i – wraz z załączonymi zdjęciami – pozwala przenieść się do jednego z chińskich miasteczek, poczuć smród odpadków leżących na ziemi, zachwycić się kolorami kwiatów wpiętych w koki kobiet Mao czy ubraniami w kolorze indygo. Ubraniami w kolorze nieba...
Chińczycy najczęściej nazywają swój kraj Zhōngguó, czyli Państwo Środka. Jednak niezależnie od tego, czy określać go będziemy mianem Chińskiej Republiki Ludowej, Chinami, czy też jedną z nazw używanych przez jego mieszkańców, nadal będzie on rozpalał zmysły, budził ciekawość i niósł obietnicę niezwykłej kultury, feerii barw, zapachów i smaków.
W tę niesamowitą, mistyczną wręcz podróż po Chinach, zabiera czytelników Anna Jaklewicz, archeolożka, podróżniczka i fotografka, a teraz również autorka książki. Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta, opublikowane nakładem wydawnictwa Bezdroża, to portret malowany miłością i fascynacją. To również dowód na to, że wbrew rozpowszechnianej przez turystów negatywnej opinii, Chiny mogą inspirować. Szczególnie, jeśli za cel wyprawy obierzemy – idąc za radą autorki – prowincję, małe wioski, których mieszkańcy są wierni tradycji, kultywują dawne zwyczaje i pozwalają poczuć atmosferę prawdziwych Chin.
Biorąc do ręki książkę, możemy się spodziewać solidnej literatury podróżniczej, Jaklewicz bowiem od 2006 r., kiedy zaczęła po Chinach poróżować, pracując jako przewodnik turystyczny, zgłębia kulturę i przemierza bezdroża kraju. Jeśli zatem liczymy na opisy popularnych zabytków, takich jak Wielki Mur Chiński czy Świątynia Konfucjusza, to srodze się zawiedziemy. Wyruszymy bowiem na prowincję, by towarzyszyć autorce podczas jej czteromiesięcznej wyprawy, odwiedzając wioski i małe miasteczka, zamieszkane przez różne grupy etniczne. Musimy liczyć się z trudnymi warunkami, pokojami wielkości pudełek od zapałek, brakiem toalet i wszechobecnym papierosowym dymem, bowiem w Chinach pali niemal każdy.
Yangshuo z domami pamiętającymi dynastię Qing, Sanjiang, główne miasto w autonomicznym powiecie mniejszości narodowej Dong, niezwykłe Zhaoxing ze swoimi drewnianymi domami, mostami oraz wieżami bębnów – to zaledwie kilka z wielu przystanków w drodze. Jaklewicz szkicuje nie tylko miejsca, ich specyfikę czy charakterystyczne elementy architektury, ale zajmuje się również ludźmi. Tak naprawdę to właśnie oni skupiają na sobie uwagę, niezależnie od tego, czy opowiadają o swoich marzeniach, planach, czy codziennym życiu. To również oni przybliżają specyfikę chińskiej gospodarki i polityki czy wprowadzają w zagadnienia prawne, związane choćby z karami za posiadanie drugiego dziecka. Polityka planowania urodzeń jest tu omówiona szeroko, podobnie jak przesądy dotyczące cyfry cztery oraz legendy i zwyczaje mieszkańców poszczególnych wiosek.
Autorka, unikając schematycznego podejścia i męczenia czytelnika historycznymi informacjami czy datami, nie tylko „zaraża” swoją miłością do Chin, ale również uczy tolerancji, akceptacji inności oraz otwartości, w tym na takie przysmaki, jak koniki polne, trepangi, czyli morskie ogórki lub suszone żółtka jaj. Mimochodem dowiadujemy się, jak i gdzie dobrze (oraz co) zjeść, gdzie szukać noclegu i jak się zachowywać, aby nikogo nie urazić czy nie ściągnąć na siebie niebezpieczeństwa.
W podróży Jaklewicz spotkała ludzi sympatycznych i gościnnych, którzy udostępniali jej miejsce przy stole oraz kąt do spania, ale również takich, którzy chcieli ją oszukać - jak choćby Steven z pensjonatu Changdi Inn w Hongkeng. Uczestniczyła w weselu oraz pogrzebie w Zhou Cheng, w gościnie u Yu Bing jadła świński mózg, śpiewała też w barze karaoke i spotkała „Wielkiego Mosuo”, czyli najprzystojniejszego mężczyznę w Lige, zwanego „księciem”.
To, na co szczególnie zwracamy uwagę podczas lektury książki Niebo w kolorze indygo, to akceptacja i wielki szacunek, jakim podróżniczka darzy mieszkańców. Nie próbuje oceniać, unika komentarzy, malując rzeczywisty obraz Państwa Środka. Jednocześnie nie ma tu suchych faktów, ale plastyczny język, który pobudza wyobraźnię i – wraz z załączonymi zdjęciami – pozwala przenieść się do jednego z chińskich miasteczek, poczuć smród odpadków leżących na ziemi, zachwycić się kolorami kwiatów wpiętych w koki kobiet Mao czy ubraniami w kolorze indygo. Ubraniami w kolorze nieba...
granice.pl Justyna Gul
Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta
W czasach, gdy podróżować może niemal każdy, a emocje związane z odwiedzaniem najpopularniejszych na mapie turystycznej miejsc odrobinę ostygły, coraz więcej osób decyduje się zejść z utartych szlaków na rzecz odkrywania tajemnic, jakie kryją w sobie małe wioski na uboczu, lokale, w których spotkać można jedynie tubylców, miejsca, których próżno szukać w przewodnikach. Znana podróżniczka Beata Pawlikowska w niemal każdej swojej książce powtarza, że aby poczuć klimat danego miejsca, trzeba wejść w boczne uliczki, skorzystać z lokalnych środków transportu, zjeść tam, gdzie jedzą mieszkańcy i to od tubylców czerpać wiedzę o danym miejscu, nie zaś od wynajętych przewodników. Do podobnych wniosków dochodzi coraz więcej podróżujących i to właśnie dzięki nim powstają książki, w których można wyczuć ducha danego kraju. Tego prawdziwego, a nie kreowanego na potrzebę przyjezdnych.
Anna Jaklewicz bez wątpienia należy do tych, którzy nie czerpią satysfakcji z pozowania do zdjęć na tle sztandarowych zabytków i najpopularniejszych widoczków. Nie wypada wrócić z Paryża bez fotografii z Wieżą Eiffla w tle, z Rzymu bez zdjęcia Koloseum, z Australii bez Sydney Opera House, a z Chin - Wielkiego Muru Chińskiego czy Terakotowej Armii. A jednak, przeglądając liczne fotografie zamieszczone w Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta, relacji z podróży do Państwa Środka, nie znajdziemy obrazków przedstawiających atrakcje turystyczne najbardziej charakterystyczne dla tego kraju. Anna Jaklewicz robi to, co obiecuje tytuł jej książki: omija wielkie miasta, zabierając czytelników w podróż po miejscach równie fascynujących jak te, z których Chiny są najbardziej znane. Często są to małe wioski, nieskażone obecnością turystów, która na mieszkańcach niejako wymusza życie na pokaz. Wówczas spragniony zbliżenia się do lokalnej kultury podróżnik, dostaje zestaw pięknie odegranych scenek, a gdy zaspokojony i z lżejszym portfelem wyruszy dalej, tubylcy zrzucają kostiumy, zwijają scenografię i wracają do swojego, jakże niemedialnego życia.
Autorka na własne oczy przekonała się, jak turystyka i oczekiwania przyjezdnych mogą negatywnie wpłynąć na rzeczywistość, odwiedzając wioskę Xijijang, zamieszkiwaną przez mniejszość etniczną Miao. Panującą tam atmosferę Jaklewicz porównała do tej z Zakopanego, zatłoczone ulice skojarzyły się jej z Krupówkami. Mieszkańcy wyszli na przeciw oczekiwaniom przyjezdnych, tworząc wzdłuż głównej ulicy liczne stoiska z pamiątkami czy wypożyczalnie strojów, w których można pozować do pamiątkowych zdjęć. Jedni mieszkańcy są zadowoleni z tych zmian, w końcu rozwój turystyki to przede wszystkim dopływ gotówki. Drudzy z niepokojem obserwują jak ich dom zmienia się w cyrk. Smuci fakt, że nikt nie pytał ludności Miao o zgodę, gdy zostały wprowadzone bilety wstępu do wioski, z których mieszkańcy nie czerpią bezpośredniej korzyści. Niestety "cyrk" w Xijiang ma miejsce codziennie podczas pokazu ceremonii powitania gości. Zgodnie z tradycją Miao witają przybyszów tańcem, śpiewem i ryżowym winem. Goście, zanim wejdą do wioski muszę napić się aż 13 razy. Pokaz jest tylko skróconą wersją pełnego ceremoniału, a dla Miao - zwykłą pracą. Bo za udział w przedstawieniu aktorzy amatorzy otrzymują wynagrodzenie. Zapłata odbywa się na oczach widzów: menedżerka wręcza występującym bileciki warte 7 juanów i zbiera podpisy na liście obecności. Bez ceregieli, bez zabaw w dyskrecję.
Na szczęście Anna Jaklewicz rzadko ma okazję obserwować takie przedstawienia. Podróżując po południowej części Chin, trafia do małych, spokojnych wiosek położonych wśród malowniczych wzgórz i ryżowych pól. Tam ludowe tradycje to element codzienności, a nie przedstawień, zaś barwne stroje nie są jedynie kostiumami, lecz stanowią część bogatej kultury. Różnorodność kulturowa i etniczna Państwa Środka, wysuwa się w "Niebie w kolorze indygo" na pierwszy plan. Autorka odważnie wędruje przez chińskie bezdroża i nie traci żadnej okazji, by zbliżyć się do kolejnych nacji, choć trochę poznać zwyczaje poszczególnych grup etnicznych. Bierze udział w weselu mniejszości Bai, obserwuje obchodzone przez ludność Dong święto lusheng - doroczny konkurs gry na bambusowych fletach, wraz z kobietami Balang uczestniczy w babskiej imprezie i choć nie rozumie ani słowa, nie przeszkadza to w dobrej zabawie (dzięki czemu Chinki poznały takie hity jak Prawy do lewego Kayah i Bregovicia, czy Teksański zespołu Hey). W Mehung zaśpiewam w barze karaoke, poznam Chińczyków, którzy nie znają chińskiego i ludność, która niegdyś żywiła się mięsem tygrysów - opowiada autorka. Ciekawa świata, odważnie dociera wszędzie tam, gdzie istnieje szansa na zbliżenie się do egzotycznej codzienności, poznania tego, czego próżno szukać w metropoliach i ośrodkach turystycznych.
Niebo w kolorze indygo to mnóstwo ciekawych faktów i sporo przepięknych zdjęć. Podróżując z Anną Jaklewicz zwiedzamy niewielkie wioski, poznajemy zwyczaje mniejszości etnicznych południowych Chin. Zachwycą nas kolorowe stroje, zszokują targowe stoiska z psiną, zaintrygują zwyczaje panujące na terenach określanych jako królestwo kobiet i raj dla mężczyzn. Na prowincji autorka odnalazła spokój, błękit nieba i prawdziwy urok Chin, ten pełen barw, znaczeń, życzliwych ludzi i egzotycznych smaków. O swoim pobycie w Państwie Środka pisze rzeczowo, uzupełniając treść licznymi przypisami. Nie ma tu nadmiernie rozbudowanych opisów czy zapisków pełnych ekscytacji związanej z odkrywaniem nowych miejsc. Jaklewicz bliższa jest oszczędnym w emocje tekstom Jacka Pałkiewicza, niż entuzjastycznym relacjom Kingi Choszcz czy pełnym uczuć książkom Beaty Pawlikowskiej. Czy można to uznać za plus czy też minus tej książki, to już zależy od preferencji czytelnika. Nie można jednak nie docenić ogromu wiedzy, jaką autorka zmieściła w tej niewielkiej objętościowo relacji z pobytu w Państwie Środka. Oprócz samej wiedzy dotyczącej mniejszości etnicznych Chin, Anna Jaklewicz zwraca także uwagę na wpływ jaki na życie mieszkańców wywiera rozwój turystyki, zmiany nierzadko dokonujące się wbrew woli ludności, wspomina także o ogromnych problemach wynikających z kontroli narodzin. Nie stroni więc od ukazania problemów, z jakimi borykają się Chiny, choć nie jest to też główny temat jej książki.
Nie sposób zapamiętać wszystkich ciekawostek zawartych w książce, więc bez wątpienia będę do niej wracać. Jeśli i wy chcecie poznać Chiny z innej strony, tej, która nie tonie w smogu i hałasie, koniecznie sięgnijcie po "Niebo w kolorze indygo". A może podczas wakacyjnych wojaży, sami postanowicie zejść z utartych, zadeptanych szlaków i odkryjecie drugą naturę zwiedzanych miejsc? Tę, która pozbawiona scenografii budowanej na potrzeby turystów, zaskoczy was swoim naturalnym pięknem.
Anna Jaklewicz bez wątpienia należy do tych, którzy nie czerpią satysfakcji z pozowania do zdjęć na tle sztandarowych zabytków i najpopularniejszych widoczków. Nie wypada wrócić z Paryża bez fotografii z Wieżą Eiffla w tle, z Rzymu bez zdjęcia Koloseum, z Australii bez Sydney Opera House, a z Chin - Wielkiego Muru Chińskiego czy Terakotowej Armii. A jednak, przeglądając liczne fotografie zamieszczone w Niebo w kolorze indygo. Chiny z dala od wielkiego miasta, relacji z podróży do Państwa Środka, nie znajdziemy obrazków przedstawiających atrakcje turystyczne najbardziej charakterystyczne dla tego kraju. Anna Jaklewicz robi to, co obiecuje tytuł jej książki: omija wielkie miasta, zabierając czytelników w podróż po miejscach równie fascynujących jak te, z których Chiny są najbardziej znane. Często są to małe wioski, nieskażone obecnością turystów, która na mieszkańcach niejako wymusza życie na pokaz. Wówczas spragniony zbliżenia się do lokalnej kultury podróżnik, dostaje zestaw pięknie odegranych scenek, a gdy zaspokojony i z lżejszym portfelem wyruszy dalej, tubylcy zrzucają kostiumy, zwijają scenografię i wracają do swojego, jakże niemedialnego życia.
Autorka na własne oczy przekonała się, jak turystyka i oczekiwania przyjezdnych mogą negatywnie wpłynąć na rzeczywistość, odwiedzając wioskę Xijijang, zamieszkiwaną przez mniejszość etniczną Miao. Panującą tam atmosferę Jaklewicz porównała do tej z Zakopanego, zatłoczone ulice skojarzyły się jej z Krupówkami. Mieszkańcy wyszli na przeciw oczekiwaniom przyjezdnych, tworząc wzdłuż głównej ulicy liczne stoiska z pamiątkami czy wypożyczalnie strojów, w których można pozować do pamiątkowych zdjęć. Jedni mieszkańcy są zadowoleni z tych zmian, w końcu rozwój turystyki to przede wszystkim dopływ gotówki. Drudzy z niepokojem obserwują jak ich dom zmienia się w cyrk. Smuci fakt, że nikt nie pytał ludności Miao o zgodę, gdy zostały wprowadzone bilety wstępu do wioski, z których mieszkańcy nie czerpią bezpośredniej korzyści. Niestety "cyrk" w Xijiang ma miejsce codziennie podczas pokazu ceremonii powitania gości. Zgodnie z tradycją Miao witają przybyszów tańcem, śpiewem i ryżowym winem. Goście, zanim wejdą do wioski muszę napić się aż 13 razy. Pokaz jest tylko skróconą wersją pełnego ceremoniału, a dla Miao - zwykłą pracą. Bo za udział w przedstawieniu aktorzy amatorzy otrzymują wynagrodzenie. Zapłata odbywa się na oczach widzów: menedżerka wręcza występującym bileciki warte 7 juanów i zbiera podpisy na liście obecności. Bez ceregieli, bez zabaw w dyskrecję.
Na szczęście Anna Jaklewicz rzadko ma okazję obserwować takie przedstawienia. Podróżując po południowej części Chin, trafia do małych, spokojnych wiosek położonych wśród malowniczych wzgórz i ryżowych pól. Tam ludowe tradycje to element codzienności, a nie przedstawień, zaś barwne stroje nie są jedynie kostiumami, lecz stanowią część bogatej kultury. Różnorodność kulturowa i etniczna Państwa Środka, wysuwa się w "Niebie w kolorze indygo" na pierwszy plan. Autorka odważnie wędruje przez chińskie bezdroża i nie traci żadnej okazji, by zbliżyć się do kolejnych nacji, choć trochę poznać zwyczaje poszczególnych grup etnicznych. Bierze udział w weselu mniejszości Bai, obserwuje obchodzone przez ludność Dong święto lusheng - doroczny konkurs gry na bambusowych fletach, wraz z kobietami Balang uczestniczy w babskiej imprezie i choć nie rozumie ani słowa, nie przeszkadza to w dobrej zabawie (dzięki czemu Chinki poznały takie hity jak Prawy do lewego Kayah i Bregovicia, czy Teksański zespołu Hey). W Mehung zaśpiewam w barze karaoke, poznam Chińczyków, którzy nie znają chińskiego i ludność, która niegdyś żywiła się mięsem tygrysów - opowiada autorka. Ciekawa świata, odważnie dociera wszędzie tam, gdzie istnieje szansa na zbliżenie się do egzotycznej codzienności, poznania tego, czego próżno szukać w metropoliach i ośrodkach turystycznych.
Niebo w kolorze indygo to mnóstwo ciekawych faktów i sporo przepięknych zdjęć. Podróżując z Anną Jaklewicz zwiedzamy niewielkie wioski, poznajemy zwyczaje mniejszości etnicznych południowych Chin. Zachwycą nas kolorowe stroje, zszokują targowe stoiska z psiną, zaintrygują zwyczaje panujące na terenach określanych jako królestwo kobiet i raj dla mężczyzn. Na prowincji autorka odnalazła spokój, błękit nieba i prawdziwy urok Chin, ten pełen barw, znaczeń, życzliwych ludzi i egzotycznych smaków. O swoim pobycie w Państwie Środka pisze rzeczowo, uzupełniając treść licznymi przypisami. Nie ma tu nadmiernie rozbudowanych opisów czy zapisków pełnych ekscytacji związanej z odkrywaniem nowych miejsc. Jaklewicz bliższa jest oszczędnym w emocje tekstom Jacka Pałkiewicza, niż entuzjastycznym relacjom Kingi Choszcz czy pełnym uczuć książkom Beaty Pawlikowskiej. Czy można to uznać za plus czy też minus tej książki, to już zależy od preferencji czytelnika. Nie można jednak nie docenić ogromu wiedzy, jaką autorka zmieściła w tej niewielkiej objętościowo relacji z pobytu w Państwie Środka. Oprócz samej wiedzy dotyczącej mniejszości etnicznych Chin, Anna Jaklewicz zwraca także uwagę na wpływ jaki na życie mieszkańców wywiera rozwój turystyki, zmiany nierzadko dokonujące się wbrew woli ludności, wspomina także o ogromnych problemach wynikających z kontroli narodzin. Nie stroni więc od ukazania problemów, z jakimi borykają się Chiny, choć nie jest to też główny temat jej książki.
Nie sposób zapamiętać wszystkich ciekawostek zawartych w książce, więc bez wątpienia będę do niej wracać. Jeśli i wy chcecie poznać Chiny z innej strony, tej, która nie tonie w smogu i hałasie, koniecznie sięgnijcie po "Niebo w kolorze indygo". A może podczas wakacyjnych wojaży, sami postanowicie zejść z utartych, zadeptanych szlaków i odkryjecie drugą naturę zwiedzanych miejsc? Tę, która pozbawiona scenografii budowanej na potrzeby turystów, zaskoczy was swoim naturalnym pięknem.
Sztukater.pl AnnRK
Może (morze) wróci
Jak przez kilka dziesięcioleci „sowiecki czieławiek" zamiast morza wyhodował sobie pustynię Fascynującą historię opowiada w swej książce Bartek Sabela - łodzianin, który drugi dom odnalazł na Podhalu.
Książka, wydana niedawno przez „Bezdroża", opisuje proces degradacji potężnego akwenu wodnego w Uzbekistanie. Wciąż widać je na wszystkich mapach. Można je znaleźć w atlasach i na globusach. W rzeczywistości jednak już go nie ma. Przez 40 ostatnich lat Jezioro Aralskie, zwane przez miejscową ludność morzem, niegdyś czwarte pod względem wielkości jezioro świata, zostało zamienione w jałową, bezkresną pustynię. Wyniszczono dziesiątki gatunków zwierząt i tysiące hektarów lasów. A życie kilkudziesięciu tysięcy ludzi zamieniło się w wegetację. Wszystko w imię postępu. Sowieckiej, mate-rialistycznej wizji „wszechmogącego" człowieka.
Bartek Sabela w prosty, reporterski sposób snuje opowieść o jednej z największych zbrodni dokonanych przez człowieka. Osadza ją w realiach postso-wieckiego kraju, w którym ludzka gościnność nie pozwala zapomnieć tego, co jeszcze niedawno dominowało w lokalnej polityce. Za niszczejącymi miastami, dawnymi portami, statkami zacumowanymi na pustyni, po której przechadzają się wielbłądy, czuć ducha ludzkiej arogancji, niszczycielskich pomysłów. Bartek Sabela wędruje po Uzbekistanie i odkrywa przed nami owianą tajemnicą, dramatyczną historię zanikającego jeziora oraz ludzi, którzy od wieków byli z nim związani. A przy tym opisuje to, co widzi w sposób nie-pozbawiony poczucia humoru, zdobiąc książkę swoimi rysunkami i fotografiami. - Po podróży do Uzbekistanu, którą odbyłem na jesieni 2011 r, mój fotoreportaż wygrał główną nagrodę na festiwalu 3 Żywioły - mówi Bartek Sabela. - Po festiwalu wydawnictwo Bezdroża zaproponowało mi, bym wydał u nich książkę. I tak powstało „Może (morze) wróci", które okazało się niespodziewanym sukcesem, ale też ogromnie ważnym i ciekawym dla mnie doświadczeniem.
Autor przez 12 lat mieszkał w Warszawie, do której przybył spod Łodzi na studia. Został w stolicy, tam zaczął realizować projekty we własnej pracowni architektonicznej. - Nie wyobrażałem sobie życia poza dużym miastem -wspomina Bartek Sabela. - Aż do 2011 roku. Wtedy pod wpływem kilku osób i paru wydarzeń doszedłem do wniosku, że nie chcę już mieszkać w dużym mieście. W grudniu spakowałem auto, wynająłem swoje mieszkanie w Warszawie i przyjechałem do Zakopanego.
Nie znał tu nikogo. Zamieszkał w Domu Doktora. Inny świat, inne życie, inne wszystko. Dawny tryb życia biurowego odszedł w niepamięć. - Na szczęście. Tu odkryłem wiele nowych rzeczy, do innych wróciłem po latach. Tu mogłem sobie dysponować swoim czasem, jak tylko chciałem. Znów mogłem poświęcać więcej czasu mojej największej pasji, czyli wspinaniu. Równowaga między życiem „zawodowym" a „prywatnym" została przywrócona. Na nowo odkryłem zimę. W mieście była ona tylko utrapieniem. A tu nauczyłem się jeździć na snowboardzie i szybko ruszyłem z deską na plecach w góry, odkrywając nowy, wspaniały sport.
Bardzo dużo czasu poświęcał też innemu sportowi - slacklineowi - czyli chodzeniu po rozwieszonej między drzewami linie. Wrócił do rysowania i malowania. Podkreśla, że pod Giewontem poznał kilka wspaniałych osób. I przekonał się na własnej skórze, że na Podhalu, wbrew obawom i temu, co mówiło mu wiele osób, można się szybko odnaleźć i zaaklimatyzować. Podkreśla, że gdyby tu nie przyjechał, nie powstało by też „Może (morze) wróci". - Poza tym, jak miło jest widzieć za oknami coś innego, niż bloki i kamienice! - zaznacza Bartek Sabela.
Przygoda z pisaniem „Morza" zainspirowała go do kontynuowania dalekiej wędrówki i napisania kolejnego reportażu. W chwili, gdy czytelnik dostaje do ręki ten numer Tygodnika Podhalańskiego, Bartek Sabela będzie już znowu w Uzbekistanie. Tym razem planuje nakręcić film dokumentalny o Ka-rakalpakach, czyli rdzennej ludności brzegów Morza Aralskiego. - Ci ludzie zostali na brzegu morza, którego już nie ma. Całe ich życie wywróciło się do góry nogami. Mimo to pozostali na rodzinnej ziemi, choć ich morze odeszło - tłumaczy Bartek Sabela. Dodaje, że przedsięwzięcie obarczone jest sporym ryzykiem, bo w Uzbekistanie takich filmów kręcić nie wolno. To wciąż kraj mocno totalitarny. A Karakalpakowie są mniejszością narodową, gnębioną przez władze w Taszkencie. Pytany o dalsze pla-. ny podkreśla, że ma też kilka pomysłów na nową książkę. Pierwszy z nich zaczyna realizować jeszcze w tym roku. - W grudniu jadę w nowe miejsce z zamiarem napisania reportażu. Tym razem będzie to Jądro Ciemności, czyli Demokratyczna Republika Konga, a dokładnie jej wschodnia prowincja - Kivu, przy granicy z Ugandą i Rwandą - podsumowuje autor „Morza".
Książka, wydana niedawno przez „Bezdroża", opisuje proces degradacji potężnego akwenu wodnego w Uzbekistanie. Wciąż widać je na wszystkich mapach. Można je znaleźć w atlasach i na globusach. W rzeczywistości jednak już go nie ma. Przez 40 ostatnich lat Jezioro Aralskie, zwane przez miejscową ludność morzem, niegdyś czwarte pod względem wielkości jezioro świata, zostało zamienione w jałową, bezkresną pustynię. Wyniszczono dziesiątki gatunków zwierząt i tysiące hektarów lasów. A życie kilkudziesięciu tysięcy ludzi zamieniło się w wegetację. Wszystko w imię postępu. Sowieckiej, mate-rialistycznej wizji „wszechmogącego" człowieka.
Bartek Sabela w prosty, reporterski sposób snuje opowieść o jednej z największych zbrodni dokonanych przez człowieka. Osadza ją w realiach postso-wieckiego kraju, w którym ludzka gościnność nie pozwala zapomnieć tego, co jeszcze niedawno dominowało w lokalnej polityce. Za niszczejącymi miastami, dawnymi portami, statkami zacumowanymi na pustyni, po której przechadzają się wielbłądy, czuć ducha ludzkiej arogancji, niszczycielskich pomysłów. Bartek Sabela wędruje po Uzbekistanie i odkrywa przed nami owianą tajemnicą, dramatyczną historię zanikającego jeziora oraz ludzi, którzy od wieków byli z nim związani. A przy tym opisuje to, co widzi w sposób nie-pozbawiony poczucia humoru, zdobiąc książkę swoimi rysunkami i fotografiami. - Po podróży do Uzbekistanu, którą odbyłem na jesieni 2011 r, mój fotoreportaż wygrał główną nagrodę na festiwalu 3 Żywioły - mówi Bartek Sabela. - Po festiwalu wydawnictwo Bezdroża zaproponowało mi, bym wydał u nich książkę. I tak powstało „Może (morze) wróci", które okazało się niespodziewanym sukcesem, ale też ogromnie ważnym i ciekawym dla mnie doświadczeniem.
Autor przez 12 lat mieszkał w Warszawie, do której przybył spod Łodzi na studia. Został w stolicy, tam zaczął realizować projekty we własnej pracowni architektonicznej. - Nie wyobrażałem sobie życia poza dużym miastem -wspomina Bartek Sabela. - Aż do 2011 roku. Wtedy pod wpływem kilku osób i paru wydarzeń doszedłem do wniosku, że nie chcę już mieszkać w dużym mieście. W grudniu spakowałem auto, wynająłem swoje mieszkanie w Warszawie i przyjechałem do Zakopanego.
Nie znał tu nikogo. Zamieszkał w Domu Doktora. Inny świat, inne życie, inne wszystko. Dawny tryb życia biurowego odszedł w niepamięć. - Na szczęście. Tu odkryłem wiele nowych rzeczy, do innych wróciłem po latach. Tu mogłem sobie dysponować swoim czasem, jak tylko chciałem. Znów mogłem poświęcać więcej czasu mojej największej pasji, czyli wspinaniu. Równowaga między życiem „zawodowym" a „prywatnym" została przywrócona. Na nowo odkryłem zimę. W mieście była ona tylko utrapieniem. A tu nauczyłem się jeździć na snowboardzie i szybko ruszyłem z deską na plecach w góry, odkrywając nowy, wspaniały sport.
Bardzo dużo czasu poświęcał też innemu sportowi - slacklineowi - czyli chodzeniu po rozwieszonej między drzewami linie. Wrócił do rysowania i malowania. Podkreśla, że pod Giewontem poznał kilka wspaniałych osób. I przekonał się na własnej skórze, że na Podhalu, wbrew obawom i temu, co mówiło mu wiele osób, można się szybko odnaleźć i zaaklimatyzować. Podkreśla, że gdyby tu nie przyjechał, nie powstało by też „Może (morze) wróci". - Poza tym, jak miło jest widzieć za oknami coś innego, niż bloki i kamienice! - zaznacza Bartek Sabela.
Przygoda z pisaniem „Morza" zainspirowała go do kontynuowania dalekiej wędrówki i napisania kolejnego reportażu. W chwili, gdy czytelnik dostaje do ręki ten numer Tygodnika Podhalańskiego, Bartek Sabela będzie już znowu w Uzbekistanie. Tym razem planuje nakręcić film dokumentalny o Ka-rakalpakach, czyli rdzennej ludności brzegów Morza Aralskiego. - Ci ludzie zostali na brzegu morza, którego już nie ma. Całe ich życie wywróciło się do góry nogami. Mimo to pozostali na rodzinnej ziemi, choć ich morze odeszło - tłumaczy Bartek Sabela. Dodaje, że przedsięwzięcie obarczone jest sporym ryzykiem, bo w Uzbekistanie takich filmów kręcić nie wolno. To wciąż kraj mocno totalitarny. A Karakalpakowie są mniejszością narodową, gnębioną przez władze w Taszkencie. Pytany o dalsze pla-. ny podkreśla, że ma też kilka pomysłów na nową książkę. Pierwszy z nich zaczyna realizować jeszcze w tym roku. - W grudniu jadę w nowe miejsce z zamiarem napisania reportażu. Tym razem będzie to Jądro Ciemności, czyli Demokratyczna Republika Konga, a dokładnie jej wschodnia prowincja - Kivu, przy granicy z Ugandą i Rwandą - podsumowuje autor „Morza".
tygodnikpodhalanski.pl Rafał Gratkowski, 2013-09-19
Talent nie istnieje. Droga do praktycznego osiągania mistrzowskich umiejętności
Twórczość bez talentu, czyli monotonia mistrzostwa
Bez ciężkiej pracy żaden talent nie rozkwitnie. Bez poświęcenia i zaangażowania, bezwzględnego skupienia się na wybranych cechach wrodzonych trudno osiągnąć mistrzowski poziom. Drzemiący w nas potencjał nigdy nie zostanie w pełni wykorzystany. Jednak, gdyby talentu nie było pozostaje jedynie kilka stałych atrybutów każdego człowieka, których pojawienie się, bądź ich niezaistnienie, determinuje ludzki byt. Talent nie istnieje... Ważne jest wychowanie, środowisko, decyzje podjęte już na samym początku życia, samodyscyplina. Tak uważa Artur Król w książce „Talent nie istnieje".
Nie można wobec tak postawionej tezy przez przejść obojętnie. Nie można się z nią bezwzględnie zgodzić. Wyjątkowo trudno ją także z miejsca odrzucić. Daje przecież nadzieję, że każdy może się zapisać na kartach historii, jako jednostka wybitna, ponadprzeciętna osobowość, niezwykły talent.
Czy pojęcie talentu jest sztucznie stworzonym przez ludzkość abstraktem Czy rzeczywiście po dziesięciu tysiącach godzin ciężkiej, żmudnej i monotonnej pracy nad doskonaleniem wybranych zdolności osiągnie się poziom mistrzowski Jeśli nawet, to nie powinien ten fakt być równoważny z odrzuceniem talentu jako części osobowości. Przekłada się on przecież nie tylko na szybkość osiągania kolejnych szczebli zaawansowania, skraca drogę do upragnionego mistrzostwa, pozwala także na swobodę twórczą, na indywidualne podejście do artyzmu i sztuki.
Autor książki podaje liczne przykłady, przekonując, że traktowane dzisiaj jednostki za wybitne pozbawione były talentu, a jedynie ciężką pracą osiągnęły poziom mistrzowski. Wydaje się jednak, że granica między talentem a „rzemiosłem twórczym" jest wyjątkowo cienka.
Książka ma w sobie coś niepokojącego. Autor niczym mantrę powrtarza tę samą tezę, próbuje jakby na siłę przekonać czytelnika do swoich racji. Nie zostawia miejsca na polemikę. Stwierdza, że talentu nie ma i ponad wszystko stara się dowieść, że tak rzeczywiście jest. Warto jednak podkreślić, że wypada przy tym wyjątkowo słabo. Już po kilku stronach staje się to męczące, a przytaczanych przykładów nie można traktować jako potwierdzenia teorii. Papier przyjmie wszystko (jak w tym przypadku), manipulować czytelnikiem także jest wyjątkowo łatwo.
Brakuje dowodów empirycznych, przykładów i wyników z badań, które pozwoliły na postawienie podobnej tezy. Bez tego książka jest niczym innym jak kolejną publikacją, która ma rozbudzić w czytelniku jego niezwykłość, nadać jego działaniu wyższy sens, sprawić, że poczuje się wyjątkowy. Rzecz jasna talent osobiste predyspozycje, nie mogą przynieść sukcesu bez ciężkiej pracy - nie rozkwitnie bez zaangażowania. Talent to nie mistrzostwo i doskonałość sama w sobie. Talent to ta część twórczości, która sprawia, że nabiera ona indywidualnego wyrazu, charakteru, własnego piękna i unikalnego kształtu.
Bez ciężkiej pracy żaden talent nie rozkwitnie. Bez poświęcenia i zaangażowania, bezwzględnego skupienia się na wybranych cechach wrodzonych trudno osiągnąć mistrzowski poziom. Drzemiący w nas potencjał nigdy nie zostanie w pełni wykorzystany. Jednak, gdyby talentu nie było pozostaje jedynie kilka stałych atrybutów każdego człowieka, których pojawienie się, bądź ich niezaistnienie, determinuje ludzki byt. Talent nie istnieje... Ważne jest wychowanie, środowisko, decyzje podjęte już na samym początku życia, samodyscyplina. Tak uważa Artur Król w książce „Talent nie istnieje".
Nie można wobec tak postawionej tezy przez przejść obojętnie. Nie można się z nią bezwzględnie zgodzić. Wyjątkowo trudno ją także z miejsca odrzucić. Daje przecież nadzieję, że każdy może się zapisać na kartach historii, jako jednostka wybitna, ponadprzeciętna osobowość, niezwykły talent.
Czy pojęcie talentu jest sztucznie stworzonym przez ludzkość abstraktem Czy rzeczywiście po dziesięciu tysiącach godzin ciężkiej, żmudnej i monotonnej pracy nad doskonaleniem wybranych zdolności osiągnie się poziom mistrzowski Jeśli nawet, to nie powinien ten fakt być równoważny z odrzuceniem talentu jako części osobowości. Przekłada się on przecież nie tylko na szybkość osiągania kolejnych szczebli zaawansowania, skraca drogę do upragnionego mistrzostwa, pozwala także na swobodę twórczą, na indywidualne podejście do artyzmu i sztuki.
Autor książki podaje liczne przykłady, przekonując, że traktowane dzisiaj jednostki za wybitne pozbawione były talentu, a jedynie ciężką pracą osiągnęły poziom mistrzowski. Wydaje się jednak, że granica między talentem a „rzemiosłem twórczym" jest wyjątkowo cienka.
Książka ma w sobie coś niepokojącego. Autor niczym mantrę powrtarza tę samą tezę, próbuje jakby na siłę przekonać czytelnika do swoich racji. Nie zostawia miejsca na polemikę. Stwierdza, że talentu nie ma i ponad wszystko stara się dowieść, że tak rzeczywiście jest. Warto jednak podkreślić, że wypada przy tym wyjątkowo słabo. Już po kilku stronach staje się to męczące, a przytaczanych przykładów nie można traktować jako potwierdzenia teorii. Papier przyjmie wszystko (jak w tym przypadku), manipulować czytelnikiem także jest wyjątkowo łatwo.
Brakuje dowodów empirycznych, przykładów i wyników z badań, które pozwoliły na postawienie podobnej tezy. Bez tego książka jest niczym innym jak kolejną publikacją, która ma rozbudzić w czytelniku jego niezwykłość, nadać jego działaniu wyższy sens, sprawić, że poczuje się wyjątkowy. Rzecz jasna talent osobiste predyspozycje, nie mogą przynieść sukcesu bez ciężkiej pracy - nie rozkwitnie bez zaangażowania. Talent to nie mistrzostwo i doskonałość sama w sobie. Talent to ta część twórczości, która sprawia, że nabiera ona indywidualnego wyrazu, charakteru, własnego piękna i unikalnego kształtu.
MIESIĘCZNIK KAPITAŁOWY BB, 2013-09-18