Recenzje
"Stary", młodzi i morze. Od Antarktydy do Alaski. Wyprawa wokół obu Ameryk
O tej wyprawie zaczęli marzyć, gdy mieli po kilkanaście lat. To wtedy zakochali się w żeglarstwie, zaczytywali w opowieściach o dalekich rejsach, poznawali wodny żywioł, uczyli się „czuć wiatr”. Zostali żeglarzami. I dostali na to papiery. Byli gotowi do największej wyprawy swego życia i pełni wiary we własne możliwości.
Stworzyli zgraną ośmioosobową załogę. Średnia ich wieku wynosiła zaledwie 21 lat. Plany mieli szalone; chcieli opłynąć obie Ameryki i dotrzeć do Antarktyki. Wszyscy byli gotowi do rejsu. Ale jeszcze na lądzie przyszło im poznali smak przygody. I to z najbardziej gorzkiej strony.
Tak zaczyna się niezwykła opowieść o młodzieńczych marzeniach grupy zapaleńców „Stary, młodzi i morze”, czyli najnowsza książka Marcina Jamkowskiego, znanego podróżnika, fotografa i dziennikarza (publikował m.in. w „Newsweeku”) oraz Jacka Wacławskiego, kardiologa i kapitana jachtowego. Książka ta to jednak nie tylko przepięknie ilustrowany dziennik podróży, ale to również opowieść o dorastaniu, sile przyjaźni i trudnej sztuce nauki radzenia sobie z trudnościami. Do przeczytania także dla tych, którzy w żaden rejs się nie wybierają, a jedynie próbują znaleźć drogę w zwykłym, codziennym życiu.
Stworzyli zgraną ośmioosobową załogę. Średnia ich wieku wynosiła zaledwie 21 lat. Plany mieli szalone; chcieli opłynąć obie Ameryki i dotrzeć do Antarktyki. Wszyscy byli gotowi do rejsu. Ale jeszcze na lądzie przyszło im poznali smak przygody. I to z najbardziej gorzkiej strony.
Tak zaczyna się niezwykła opowieść o młodzieńczych marzeniach grupy zapaleńców „Stary, młodzi i morze”, czyli najnowsza książka Marcina Jamkowskiego, znanego podróżnika, fotografa i dziennikarza (publikował m.in. w „Newsweeku”) oraz Jacka Wacławskiego, kardiologa i kapitana jachtowego. Książka ta to jednak nie tylko przepięknie ilustrowany dziennik podróży, ale to również opowieść o dorastaniu, sile przyjaźni i trudnej sztuce nauki radzenia sobie z trudnościami. Do przeczytania także dla tych, którzy w żaden rejs się nie wybierają, a jedynie próbują znaleźć drogę w zwykłym, codziennym życiu.
NEWSWEEK Polska Dorota Romanowska, 2013-11-06
Made in Japan
W Japonii źle się dzieje.
Tak brzmi dziennikarska teza Rafała Tomańskiego, który od lat uważnie przygląda się Krajowi Kwitnącej Wiśni i w swojej książce podejmuje rozważania o jego przyszłości po tym, jak 11 marca 2011 roku silne trzęsienie ziemi zburzyło japoński spokój, uszkadzając elektrownię atomową w Fukishimie; czyniąc wyłom nie tyle nie do naprawienia, co przede wszystkim mocno stygmatyzujący. Oczywiście to, iż Japonia nie rozwija się tak jak wcześniej, było zauważalne i jest widoczne, nie mając związku z katastrofą z Fukushimy. A jednak to zdarzenie jakoś wyraźnie zarzutowało na fakt, iż japońska równia pochyła przyjęła groźny kształt. Dzisiaj nie rozmawia się tylko o tym, czy należy zrezygnować z elektrowni atomowych i czy energia jądrowa to właściwa droga ku rozwojowi ekonomicznemu. Dziś „Made in
Japan” nie brzmi już dumnie. Co więcej – jest synonimem nie tylko błędu 2011 roku, ale przede wszystkim znakiem nowych czasów, z których wartkiego nurtu
Japonia wydaje się wypadać nie tylko dlatego, że nie jest już drugą gospodarką świata. Kraj ten zawsze ze wszystkim sobie radził; teraz wydaje się być bezradny. Zagubiony. Z długiem publicznym, przy którym Grecy mają aż za dobrze.
Z rekordowym deficytem handlowym. Ze starzejącym się społeczeństwem, które w 2011 roku kupiło więcej pieluch dla dorosłych niż dla dzieci…
„Made in Japan” nie jest do końca reportażem. Widać dziennikarski sznyt, nie jest to książka zbyt głęboko wchodząca w japońską kulturę, mentalność, sposób postrzegania świata oparty na specyficznej tradycji i dokonaniach wieków minionych. Tomański oprowadza nas po Japonii nowoczesnej, która mocno zwolniła i wyraźnie zagubiła drogę tak ekspansywnego rozwoju, jaki był jej udziałem przez bardzo długi czas. Przyglądamy się krajowi, który dał się zaskoczyć żywiołowi, ale przede wszystkim nie spodziewał się zagrożenia, jakie przyniosło dla mentalności Japończyków naruszenie struktury elektrowni atomowej. To uszkodzenie naruszyło też fasady japońskiego opanowania i przekonanie, iż można być bezpiecznym nawet w miejscu, gdzie wciąż trzeba drżeć o życie i myśleć, że śmierć może pojawić się nagle, w każdym momencie, błyskawicznie, nieodwracalnie.
Teza zawarta we wprowadzeniu jest wyraźna i mocna. „Japonia traci swą odmienność i coraz gorzej odnajduje się we współczesnym świecie”. Rafał
Tomański przygląda się odmienności tej dzisiejszej, która jest przecież pokłosiem odcięcia od świata czasów Edo. Dzisiejsza
Japonia wyzwala ambiwalentne uczucia. Z jednej strony doskonale współgra z rozwojem ekonomicznym i technologicznym świata, sama będąc często prekursorem znaczących zmian. Z drugiej jednak – to kraj mimo wszystko hermetycznego zamknięcia; miejsce niezbyt przyjazne imigrantom, którzy wciąż są na cenzurowanym. Kraj niechętny zagranicznej pomocy. Miejsce, gdzie żyje się izolowanym, także w strukturze społecznej i układach nakazujących, by nigdy nie okazywać emocji, zawsze być skupionym na zadaniu i mieć świadomość wyjątkowości tego, kim się jest i gdzie się żyje. Japończykom żyje się bardzo dobrze, ale coraz większym problemem jest starzenie się społeczeństwa, któremu za jakiś czas będą prawdopodobnie potrzebni do opieki ci imigranci, którym utrudnia się zamieszkanie w Japonii i integrację z narodem japońskim. Czy zgodzą się na to, tak ksenofobiczni na co dzień
Odnajdywanie się Japonii w świecie to temat szeroko już komentowany i zawsze dający pole do nowych rozważań. Można pomyśleć, że Japonia wcale się nie musi się nigdzie odnajdywać.
W zakresie nowoczesnych technologii, przemysłu i wynalazków ułatwiających życie jest przecież dużo przed światem i ma tego świadomość. Japończycy stworzyli sobie własne odpowiedniki światowych serwisów społecznościowych; mają wszystko to, czym świat się dopiero zachwyca, są pragmatyczni, na wskroś nowocześni i żyją zadaniowo, nie znosząc lenistwa i nudy. Nie są jednak tak silni jak kiedyś. Coś po drodze się porobiło złego, a wybuch w Fukushimie był tylko pretekstem do tego, by zacząć analizować pęknięcia, rysy, niedogodności, błędy i zaniechania. Tomański pisze, że w kraju tak nowatorskim i wyprzedzającym świat przez lata, obecnie pojawia się paraliż decyzyjny i wszelkie innowacje trudno jest przeforsować. Japończycy toczą absurdalne boje o wyspy Senkaku, niechętni są chińskiemu rozwojowi i mentalności, coraz bardziej są zamknięci w sobie i nieczuli na innych, co pokazują opisane perypetie odrzucanych w różny sposób uchodźców z terenów objętych zagrożeniem po awarii elektrowni w Fukushimie. Nade wszystko – choć potrafią planować rozwój nawet na trzy pokolenia do przodu – wydają się bezradni, szukając nowych form inwestycji, przedsiębiorczości; rozważając wszelkie „za” i „przeciw” wykorzystaniu energii atomowej i izolując się ze wszelkimi swoimi dobrami, jak ciekawie obrazuje to historia zaawansowanych produktów technologicznych, które nie są właściwie dostosowane do eksportu w żadnej formie.
Nad Japonią wydają się wisieć czarne chmury. Japońskie media – zawsze rzeczowe, stonowane, nawet w obliczu największych zagrożeń czy sytuacji, przy jakich nie kontroluje się emocji – dziennikarzom z zagranicy niewiele powiedzą o tym, co naprawdę dzieje się w japońskiej mentalności. Trzeba umieć obserwować. Rafał Tomański widzi dużo i stara się to wszystko widzieć w kontekstach. „Made in Japan” to nie jest publikacja wieszcząca koniec wielkości Japończyków. Autor pokazuje słabe punkty systemu, polityki, układów społecznych i sposobu myślenia o przyszłości. Japonia może się jej bać równie silnie, co kolejnego trzęsienia ziemi, w którym jest w stanie przeliczyć szacunkowe ofiary śmiertelne. Ile będzie jednak ofiar ekonomicznej zapaści kraju Czy Japonia da sobie pomóc Może sama – jak zawsze
– dźwignie się i po raz kolejny udowodni światu, iż może być samowystarczalna Kraj został po 11 marca 2011 roku skażony w sensie dosłownym i symbolicznym. Trudno zdiagnozować problem do końca, dlatego
Tomański pozwala sobie na przedstawienie kilku powodów do niepokoju.
Japończycy niekoniecznie poproszą o pomoc, kiedy sytuacja stanie się dramatyczna. Nie chcą jej, bo nie widzą jej celowości; tymczasem przez ostatni czas rozgrywa się tam niemy w gruncie rzeczy dramat hamowania w wyścigu, który kiedyś samemu się napędzało.
Pojawia się jeszcze pytanie o to, czy mamy drżeć o losy Japonii, skoro nasze problemy są równie duże i daleko nam do stabilizacji kraju, który mimo wszystko zadba o siebie.
Japonia przetrwała wieki, liczne zagrażające jej państwowości sytuacje, przetrwała konflikty, Hiroszimę z Nagasaki oraz w miarę bezboleśnie kryzys światowy. Dokąd teraz zdąża? Może w naturalny sposób zwalnia? A może zagrożenie atomowe z marca 2011 zasiało w Japończykach niepokój, z jakim nie da można sobie poradzić i na który nie pomogą szkolenia, terapie, gotowość do poświęcenia i hardość w codziennym życiu? Może trzeba nakreślić japońskie słabości, bo Japończycy jednak tego nie potrafią?
Czy taka książka jak ta potrzebna jest nam, Polakom, czy może warto byłoby kilka tez przemycić do świata, którego nic nie zaskakuje, a który staje się zaskakujący wbrew własnej woli?
Tak brzmi dziennikarska teza Rafała Tomańskiego, który od lat uważnie przygląda się Krajowi Kwitnącej Wiśni i w swojej książce podejmuje rozważania o jego przyszłości po tym, jak 11 marca 2011 roku silne trzęsienie ziemi zburzyło japoński spokój, uszkadzając elektrownię atomową w Fukishimie; czyniąc wyłom nie tyle nie do naprawienia, co przede wszystkim mocno stygmatyzujący. Oczywiście to, iż Japonia nie rozwija się tak jak wcześniej, było zauważalne i jest widoczne, nie mając związku z katastrofą z Fukushimy. A jednak to zdarzenie jakoś wyraźnie zarzutowało na fakt, iż japońska równia pochyła przyjęła groźny kształt. Dzisiaj nie rozmawia się tylko o tym, czy należy zrezygnować z elektrowni atomowych i czy energia jądrowa to właściwa droga ku rozwojowi ekonomicznemu. Dziś „Made in
Japan” nie brzmi już dumnie. Co więcej – jest synonimem nie tylko błędu 2011 roku, ale przede wszystkim znakiem nowych czasów, z których wartkiego nurtu
Japonia wydaje się wypadać nie tylko dlatego, że nie jest już drugą gospodarką świata. Kraj ten zawsze ze wszystkim sobie radził; teraz wydaje się być bezradny. Zagubiony. Z długiem publicznym, przy którym Grecy mają aż za dobrze.
Z rekordowym deficytem handlowym. Ze starzejącym się społeczeństwem, które w 2011 roku kupiło więcej pieluch dla dorosłych niż dla dzieci…
„Made in Japan” nie jest do końca reportażem. Widać dziennikarski sznyt, nie jest to książka zbyt głęboko wchodząca w japońską kulturę, mentalność, sposób postrzegania świata oparty na specyficznej tradycji i dokonaniach wieków minionych. Tomański oprowadza nas po Japonii nowoczesnej, która mocno zwolniła i wyraźnie zagubiła drogę tak ekspansywnego rozwoju, jaki był jej udziałem przez bardzo długi czas. Przyglądamy się krajowi, który dał się zaskoczyć żywiołowi, ale przede wszystkim nie spodziewał się zagrożenia, jakie przyniosło dla mentalności Japończyków naruszenie struktury elektrowni atomowej. To uszkodzenie naruszyło też fasady japońskiego opanowania i przekonanie, iż można być bezpiecznym nawet w miejscu, gdzie wciąż trzeba drżeć o życie i myśleć, że śmierć może pojawić się nagle, w każdym momencie, błyskawicznie, nieodwracalnie.
Teza zawarta we wprowadzeniu jest wyraźna i mocna. „Japonia traci swą odmienność i coraz gorzej odnajduje się we współczesnym świecie”. Rafał
Tomański przygląda się odmienności tej dzisiejszej, która jest przecież pokłosiem odcięcia od świata czasów Edo. Dzisiejsza
Japonia wyzwala ambiwalentne uczucia. Z jednej strony doskonale współgra z rozwojem ekonomicznym i technologicznym świata, sama będąc często prekursorem znaczących zmian. Z drugiej jednak – to kraj mimo wszystko hermetycznego zamknięcia; miejsce niezbyt przyjazne imigrantom, którzy wciąż są na cenzurowanym. Kraj niechętny zagranicznej pomocy. Miejsce, gdzie żyje się izolowanym, także w strukturze społecznej i układach nakazujących, by nigdy nie okazywać emocji, zawsze być skupionym na zadaniu i mieć świadomość wyjątkowości tego, kim się jest i gdzie się żyje. Japończykom żyje się bardzo dobrze, ale coraz większym problemem jest starzenie się społeczeństwa, któremu za jakiś czas będą prawdopodobnie potrzebni do opieki ci imigranci, którym utrudnia się zamieszkanie w Japonii i integrację z narodem japońskim. Czy zgodzą się na to, tak ksenofobiczni na co dzień
Odnajdywanie się Japonii w świecie to temat szeroko już komentowany i zawsze dający pole do nowych rozważań. Można pomyśleć, że Japonia wcale się nie musi się nigdzie odnajdywać.
W zakresie nowoczesnych technologii, przemysłu i wynalazków ułatwiających życie jest przecież dużo przed światem i ma tego świadomość. Japończycy stworzyli sobie własne odpowiedniki światowych serwisów społecznościowych; mają wszystko to, czym świat się dopiero zachwyca, są pragmatyczni, na wskroś nowocześni i żyją zadaniowo, nie znosząc lenistwa i nudy. Nie są jednak tak silni jak kiedyś. Coś po drodze się porobiło złego, a wybuch w Fukushimie był tylko pretekstem do tego, by zacząć analizować pęknięcia, rysy, niedogodności, błędy i zaniechania. Tomański pisze, że w kraju tak nowatorskim i wyprzedzającym świat przez lata, obecnie pojawia się paraliż decyzyjny i wszelkie innowacje trudno jest przeforsować. Japończycy toczą absurdalne boje o wyspy Senkaku, niechętni są chińskiemu rozwojowi i mentalności, coraz bardziej są zamknięci w sobie i nieczuli na innych, co pokazują opisane perypetie odrzucanych w różny sposób uchodźców z terenów objętych zagrożeniem po awarii elektrowni w Fukushimie. Nade wszystko – choć potrafią planować rozwój nawet na trzy pokolenia do przodu – wydają się bezradni, szukając nowych form inwestycji, przedsiębiorczości; rozważając wszelkie „za” i „przeciw” wykorzystaniu energii atomowej i izolując się ze wszelkimi swoimi dobrami, jak ciekawie obrazuje to historia zaawansowanych produktów technologicznych, które nie są właściwie dostosowane do eksportu w żadnej formie.
Nad Japonią wydają się wisieć czarne chmury. Japońskie media – zawsze rzeczowe, stonowane, nawet w obliczu największych zagrożeń czy sytuacji, przy jakich nie kontroluje się emocji – dziennikarzom z zagranicy niewiele powiedzą o tym, co naprawdę dzieje się w japońskiej mentalności. Trzeba umieć obserwować. Rafał Tomański widzi dużo i stara się to wszystko widzieć w kontekstach. „Made in Japan” to nie jest publikacja wieszcząca koniec wielkości Japończyków. Autor pokazuje słabe punkty systemu, polityki, układów społecznych i sposobu myślenia o przyszłości. Japonia może się jej bać równie silnie, co kolejnego trzęsienia ziemi, w którym jest w stanie przeliczyć szacunkowe ofiary śmiertelne. Ile będzie jednak ofiar ekonomicznej zapaści kraju Czy Japonia da sobie pomóc Może sama – jak zawsze
– dźwignie się i po raz kolejny udowodni światu, iż może być samowystarczalna Kraj został po 11 marca 2011 roku skażony w sensie dosłownym i symbolicznym. Trudno zdiagnozować problem do końca, dlatego
Tomański pozwala sobie na przedstawienie kilku powodów do niepokoju.
Japończycy niekoniecznie poproszą o pomoc, kiedy sytuacja stanie się dramatyczna. Nie chcą jej, bo nie widzą jej celowości; tymczasem przez ostatni czas rozgrywa się tam niemy w gruncie rzeczy dramat hamowania w wyścigu, który kiedyś samemu się napędzało.
Pojawia się jeszcze pytanie o to, czy mamy drżeć o losy Japonii, skoro nasze problemy są równie duże i daleko nam do stabilizacji kraju, który mimo wszystko zadba o siebie.
Japonia przetrwała wieki, liczne zagrażające jej państwowości sytuacje, przetrwała konflikty, Hiroszimę z Nagasaki oraz w miarę bezboleśnie kryzys światowy. Dokąd teraz zdąża? Może w naturalny sposób zwalnia? A może zagrożenie atomowe z marca 2011 zasiało w Japończykach niepokój, z jakim nie da można sobie poradzić i na który nie pomogą szkolenia, terapie, gotowość do poświęcenia i hardość w codziennym życiu? Może trzeba nakreślić japońskie słabości, bo Japończycy jednak tego nie potrafią?
Czy taka książka jak ta potrzebna jest nam, Polakom, czy może warto byłoby kilka tez przemycić do świata, którego nic nie zaskakuje, a który staje się zaskakujący wbrew własnej woli?
krytycznymokiem.blogspot.com Jarosław Czechowicz, 2013-11-08
Made in Japan
Podróż do Japonii okazała się niezwykła. Nie tylko dlatego, że inaczej ją sobie wyobrażałam, ale przede wszystkim dlatego, że dowiedziałam się zupełnie nowych rzeczy o Kraju Kwitnącej Wiśni. „Made in Japan” nie jest typową relacją z podróży. To książka ukazująca mentalność Japończyków, ich spojrzenie na świat oraz podejście do wielu spraw.
„Wydarzenia z 11 marca 2011 roku były ogromnym szokiem dla Japończyków. Tsunami i trzęsienie ziemi dokonały nie tylko spustoszenia dużej części kraju, ale wstrząsnęły również japońską duszą. Od tego czasu nic nie jest już takie samo. Japonia musi na nowo się określić, wyrwać z ekonomicznej stagnacji, otworzyć na cudzoziemców, zacząć serio uczyć się języka angielskiego, no i wreszcie… przyłożyć się do pracy! Bo od marca 2011 roku określenie „made in Japan” nie jest już jednoznacznie powodem do dumy”.
Inaczej wyobrażałam sobie podróż do Japonii. Nie byłam świadoma kataklizmu, jaki dotknął ten kraj, ani tego jak myślą Japończycy. Po przeczytaniu „Made in Japan” zmieniłam spojrzenie na Kraj Kwitnącej Wiśni. Japonia jest zamknięta na świat, który ją otacza. Świadczy o tym konflikt z Chinami o wyspy Senkaku vel Diaouyu, konflikt z Koreą Południową o wysepki Liancourt, zapaść gospodarcza oraz brak stabilnych rządów od wielu lat.
A jednak Japończycy szybko potrafią podnieść się po tragedii. Wielokrotnie udowodnili, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Mimo, że nie da się przewidzieć trzęsienia ziemi (które często nawiedzają Japonię), to pewne jest, że kraj leżący na styku płyt tektonicznych prędzej czy później kataklizm nawiedzi. Dlatego Japończycy są przygotowani. Wiadomość o zagrożeniu generowana jest automatycznie – dane ze stacji sejsmograficznych zostają błyskawicznie przekazane do systemu informacyjnego. Już 3 sekundy po pierwszych wstrząsach na ekranach telewizorów i komórek pokazały się komunikaty, które nadano także w radiu.
Japończycy są liderami w najnowszych technologiach. Jednak nie są otwarci na nowości płynące z zagranicy. Facebook w Japonii nie zyskał takiej popularności, jak w innych krajach. Dlaczego? Ponieważ społeczeństwo japońskie woli być bardziej anonimowe, a Facebook nie daje tej anonimowości. Wszyscy logują się za pomocą prawdziwego imienia i nazwiska, co z pewnością daje społeczną wiarygodność. Jednak mając wzór do naśladowania, Japończycy są w stanie przekonać się do wszystkiego. I tak właśnie stało się z portalem społecznościowym Facebook, który zbiera coraz szersze grono zainteresowanych w Japonii.
O tym, a także o innych kwestiach związanych z Japonią pisze Rafał Tomański, który darzy Kraj Kwitnącej Wiśni miłością. Swoje uczucie zbudował na fundamentach wiedzy, wytrwałym śledzeniu tamtejszych mediów i wnikliwej obserwacji codzienności.
Mimo, że nie jest to typowa książka o podróżach, warto ją przeczytać. Nie dowiecie się z niej co warto zobaczyć w Japonii oraz jak tam tanio dolecieć, ale poznacie życie mieszkańców kraju, który w każdej chwili może dosięgnąć kolejny kataklizm, ich podejście do wielu spraw oraz mentalność.
„Wydarzenia z 11 marca 2011 roku były ogromnym szokiem dla Japończyków. Tsunami i trzęsienie ziemi dokonały nie tylko spustoszenia dużej części kraju, ale wstrząsnęły również japońską duszą. Od tego czasu nic nie jest już takie samo. Japonia musi na nowo się określić, wyrwać z ekonomicznej stagnacji, otworzyć na cudzoziemców, zacząć serio uczyć się języka angielskiego, no i wreszcie… przyłożyć się do pracy! Bo od marca 2011 roku określenie „made in Japan” nie jest już jednoznacznie powodem do dumy”.
Inaczej wyobrażałam sobie podróż do Japonii. Nie byłam świadoma kataklizmu, jaki dotknął ten kraj, ani tego jak myślą Japończycy. Po przeczytaniu „Made in Japan” zmieniłam spojrzenie na Kraj Kwitnącej Wiśni. Japonia jest zamknięta na świat, który ją otacza. Świadczy o tym konflikt z Chinami o wyspy Senkaku vel Diaouyu, konflikt z Koreą Południową o wysepki Liancourt, zapaść gospodarcza oraz brak stabilnych rządów od wielu lat.
A jednak Japończycy szybko potrafią podnieść się po tragedii. Wielokrotnie udowodnili, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Mimo, że nie da się przewidzieć trzęsienia ziemi (które często nawiedzają Japonię), to pewne jest, że kraj leżący na styku płyt tektonicznych prędzej czy później kataklizm nawiedzi. Dlatego Japończycy są przygotowani. Wiadomość o zagrożeniu generowana jest automatycznie – dane ze stacji sejsmograficznych zostają błyskawicznie przekazane do systemu informacyjnego. Już 3 sekundy po pierwszych wstrząsach na ekranach telewizorów i komórek pokazały się komunikaty, które nadano także w radiu.
Japończycy są liderami w najnowszych technologiach. Jednak nie są otwarci na nowości płynące z zagranicy. Facebook w Japonii nie zyskał takiej popularności, jak w innych krajach. Dlaczego? Ponieważ społeczeństwo japońskie woli być bardziej anonimowe, a Facebook nie daje tej anonimowości. Wszyscy logują się za pomocą prawdziwego imienia i nazwiska, co z pewnością daje społeczną wiarygodność. Jednak mając wzór do naśladowania, Japończycy są w stanie przekonać się do wszystkiego. I tak właśnie stało się z portalem społecznościowym Facebook, który zbiera coraz szersze grono zainteresowanych w Japonii.
O tym, a także o innych kwestiach związanych z Japonią pisze Rafał Tomański, który darzy Kraj Kwitnącej Wiśni miłością. Swoje uczucie zbudował na fundamentach wiedzy, wytrwałym śledzeniu tamtejszych mediów i wnikliwej obserwacji codzienności.
Mimo, że nie jest to typowa książka o podróżach, warto ją przeczytać. Nie dowiecie się z niej co warto zobaczyć w Japonii oraz jak tam tanio dolecieć, ale poznacie życie mieszkańców kraju, który w każdej chwili może dosięgnąć kolejny kataklizm, ich podejście do wielu spraw oraz mentalność.
podrozniczo.pl 2013-11-14
Szkatułka pełna Sahelu. Subsaharyjska ballada
Między słowami, ale także na barwnych fotografiach odkryć można wizerunek sahelskiego bytu. Autor maluje portrety małych społeczeństw w sposób bardzo sugestywny i obrazowy. Można mieć wrażenie, iż samemu przebywa się w tych miejscach, czuje się tę samą atmosferę. Poznaje się wraz z autorem ludy afrykańskie i ich życie, kulturę, dawne losy, ale także wierzenia.
Ponieważ nie spędziłem w Sahelu życia, lecz jedynie kilka tygodni, nazwałem swój skarb szkatułką. Otworzę ją teraz. Niech Dogoni, Bozo, Tuaregowie mi wybaczą.
Kiedyś usłyszałam, że trzeba być kompletnym szaleńcem, by podróżować przez Afrykę. Być może dlatego książkowe opisy wypraw po tym kontynencie tak mocno fascynują? Taka wyprawa wymaga olbrzymich pokładów odwagi i ogromnego zafascynowania, które przesłoni strach. Afryka - pomimo wielu eksploracji - pozostaje najmniej odkrytą częścią świata. Afryka zaskakuje na każdym kroku. Podobnie kolejne podnoszenie wieczka tej szkatułki.
W "Szkatułce pełnej Sahelu" autor spisuje relację ze swojej przygody. Przedstawia, jakie trudy go spotkały, czego się obawiał, doświadczył. Ukazuje poważne rozmowy z członkami odwiedzanych społeczeństw. Tym samym jest to dobry kawałek reportażu. Jednak dodatkowo zebrał wiele książkowej wiedzy. Podsumował doświadczenia innych odkrywców Sahelu, których drogi również opisał. Dlatego książka jest przede wszystkim kulturoznawczym obrazem regionu.
Autor bardzo przystępnie przekazuje zebrane informacje i zaraża czytelnika pasją odkrywania różnic. Próbuje bardzo rzetelnie przekazać wszystko to, co tworzy wizję innego życia: biednego i prostego, ale pełnego tolerancji, szacunku i solidarności. Część ich kultury możemy uznać za niepojętą i niezrozumiałą, ale jest to ich świat. Otwarta przez autora szkatułka uczy nas dystansu ale także zrozumienia i szacunku do tego jakże innego kawałka świata.
I wróć kiedyś do nas. Afryka potrzebuje białych, a wy Afryki.
Ponieważ nie spędziłem w Sahelu życia, lecz jedynie kilka tygodni, nazwałem swój skarb szkatułką. Otworzę ją teraz. Niech Dogoni, Bozo, Tuaregowie mi wybaczą.
Kiedyś usłyszałam, że trzeba być kompletnym szaleńcem, by podróżować przez Afrykę. Być może dlatego książkowe opisy wypraw po tym kontynencie tak mocno fascynują? Taka wyprawa wymaga olbrzymich pokładów odwagi i ogromnego zafascynowania, które przesłoni strach. Afryka - pomimo wielu eksploracji - pozostaje najmniej odkrytą częścią świata. Afryka zaskakuje na każdym kroku. Podobnie kolejne podnoszenie wieczka tej szkatułki.
W "Szkatułce pełnej Sahelu" autor spisuje relację ze swojej przygody. Przedstawia, jakie trudy go spotkały, czego się obawiał, doświadczył. Ukazuje poważne rozmowy z członkami odwiedzanych społeczeństw. Tym samym jest to dobry kawałek reportażu. Jednak dodatkowo zebrał wiele książkowej wiedzy. Podsumował doświadczenia innych odkrywców Sahelu, których drogi również opisał. Dlatego książka jest przede wszystkim kulturoznawczym obrazem regionu.
Autor bardzo przystępnie przekazuje zebrane informacje i zaraża czytelnika pasją odkrywania różnic. Próbuje bardzo rzetelnie przekazać wszystko to, co tworzy wizję innego życia: biednego i prostego, ale pełnego tolerancji, szacunku i solidarności. Część ich kultury możemy uznać za niepojętą i niezrozumiałą, ale jest to ich świat. Otwarta przez autora szkatułka uczy nas dystansu ale także zrozumienia i szacunku do tego jakże innego kawałka świata.
I wróć kiedyś do nas. Afryka potrzebuje białych, a wy Afryki.
reportaziliteraturafaktu.blogspot.com Joanna Kulik, 2013-11-29
Everest. Góra Gór
Książkowa relacja ze zdobywania Everestu
O zdobywaniu Mount Everestu, zmaganiach himalaisty w przygotowywaniu wyprawy, podchodzeniu na szczyt i zwykłej obozowej codzienności pisze Monika Witkowska w książce "Everest. Góra Gór", która w połowie listopada trafi do księgarń.
Monika Witkowska, dziennikarka i podróżniczka, stanęła na najwyższej górze świata w maju, w 60 lat po pierwszych zdobywcach. Jest jedenastą Polką, która zdobyła ten szczyt.
Książka, bogato ilustrowana zdjęciami, jest reportażem z przygotowań i późniejszego zdobywania góry. Zawiera informacje, jak od strony praktycznej wygląda organizacja wyprawy; od wyboru wyspecjalizowanej agencji, dzięki której jest łatwiej i taniej, oraz sposobów zdobywania pieniędzy, gdy sponsorzy nie dopisują. Pomysłem autorki, chociaż niewystarczającym, było sprzedawanie cegiełek - pocztówek, które po zdobyciu Everestu zostały wysłane chętnym z Nepalu.
W książce jest też mowa o budowaniu kondycji, kompletowaniu odpowiedniego ubioru i wyposażenia niezbędnego do pomyślnego ataku szczytowego, a nawet o tyciu, bo - jak podała autorka - żeby na Evereście schudnąć, trzeba mieć z czego.
W książce znalazły się też "ciekawostki": o Szerpach; tybetańskim amulecie dżi, który noszą też himalaiści; o sporach o wysokość Everestu; o himalajskich sławach i seniorach, coraz częściej zdobywających ostatnio Himalaje; o chorobie wysokościowej; pogodzie. Zamieszcza też kalendarium najważniejszych wypraw w historii Everestu i kalendarium polskich wypraw na Everest. Całość zamyka poradnik "W czym na Everest" i "wspinaczkowy słowniczek".
Jak przyznaje w książce Monika Witkowska: "Pomysł książki pozbawił mnie też dylematu, którą stronę Everestu wybrać. Gdybym wchodziła wyłącznie dla faktu wejścia, pewnie wybrałabym tybetańską (północną), bo tańsza o dobre pięć tysięcy dolarów, no i bardziej +dzika+, mniej wspinaczy się na nią decyduje. Czy trudniejsza? Kiedyś tak, ale po zaporęczowaniu drogi aż na szczyt i wstawieniu drabin w najcięższym miejscu, trudności od południa i północy są podobne, a od strony nepalskiej jest przecież niebezpieczny Khumbu Icefall. Szczerze mówiąc, słynny lodospad akurat dla mnie był magnesem. Chociaż się go bałam, chciałam zobaczyć jak wygląda, przejść drabinki, o których nasłuchałam się budzących grozę opowieści, przekonać się, czy rzeczywiście strach był uzasadniony" - napisała autorka.
"Skoro miałam opisywać atmosferę góry (czyli obserwować, robic notatki), było jasne, że muszę mieć w miarę trzeźwo pracujący umysł. Chociażby z tego powodu, jak również zdroworozsądkowo, wchodzenie bez wspomagania się tlenem z założenia odrzuciłam już na początku" - wyjaśniła.
W książce zawiera także swoje obserwacje, że chociaż sama góra się nie zmieniła, ciągle jest tak samo niebezpieczna i "kupić sobie Everestu nie można", to jednak pieniądze wiele spraw upraszczają. "Bo jest jednak różnica pomiędzy wspinaczem, który walczy zdany sam na siebie, a takim, który ma do dyspozycji zastęp tragarzy, więc nie nosi nic, nawet śpiwora, ma opiekę zachodniego przewodnika, co daje niewątpliwy komfort psychiczny, a bywa, że nawet na poręczówkę nie musi się sam wspinać, bo w razie czego zrobią to za niego Szerpowie" - relacjonowała autorka, która zdobywała Everest jako "zwykły, pełen pasji wspinacz z ograniczonym budżetem".
Po wyprawie napisała: "Weszłam, wbrew różnym przeciwnościom losu dałam radę, mam więc z tego ogromną satysfakcję. Przy okazji potwierdziłam to, o czym często staram się przekonać innych, a mianowicie, że warto marzyć, bo marzenia się spełniają, chociaż czasem trzeba im w tym pomóc".
O zdobywaniu Mount Everestu, zmaganiach himalaisty w przygotowywaniu wyprawy, podchodzeniu na szczyt i zwykłej obozowej codzienności pisze Monika Witkowska w książce "Everest. Góra Gór", która w połowie listopada trafi do księgarń.
Monika Witkowska, dziennikarka i podróżniczka, stanęła na najwyższej górze świata w maju, w 60 lat po pierwszych zdobywcach. Jest jedenastą Polką, która zdobyła ten szczyt.
Książka, bogato ilustrowana zdjęciami, jest reportażem z przygotowań i późniejszego zdobywania góry. Zawiera informacje, jak od strony praktycznej wygląda organizacja wyprawy; od wyboru wyspecjalizowanej agencji, dzięki której jest łatwiej i taniej, oraz sposobów zdobywania pieniędzy, gdy sponsorzy nie dopisują. Pomysłem autorki, chociaż niewystarczającym, było sprzedawanie cegiełek - pocztówek, które po zdobyciu Everestu zostały wysłane chętnym z Nepalu.
W książce jest też mowa o budowaniu kondycji, kompletowaniu odpowiedniego ubioru i wyposażenia niezbędnego do pomyślnego ataku szczytowego, a nawet o tyciu, bo - jak podała autorka - żeby na Evereście schudnąć, trzeba mieć z czego.
W książce znalazły się też "ciekawostki": o Szerpach; tybetańskim amulecie dżi, który noszą też himalaiści; o sporach o wysokość Everestu; o himalajskich sławach i seniorach, coraz częściej zdobywających ostatnio Himalaje; o chorobie wysokościowej; pogodzie. Zamieszcza też kalendarium najważniejszych wypraw w historii Everestu i kalendarium polskich wypraw na Everest. Całość zamyka poradnik "W czym na Everest" i "wspinaczkowy słowniczek".
Jak przyznaje w książce Monika Witkowska: "Pomysł książki pozbawił mnie też dylematu, którą stronę Everestu wybrać. Gdybym wchodziła wyłącznie dla faktu wejścia, pewnie wybrałabym tybetańską (północną), bo tańsza o dobre pięć tysięcy dolarów, no i bardziej +dzika+, mniej wspinaczy się na nią decyduje. Czy trudniejsza? Kiedyś tak, ale po zaporęczowaniu drogi aż na szczyt i wstawieniu drabin w najcięższym miejscu, trudności od południa i północy są podobne, a od strony nepalskiej jest przecież niebezpieczny Khumbu Icefall. Szczerze mówiąc, słynny lodospad akurat dla mnie był magnesem. Chociaż się go bałam, chciałam zobaczyć jak wygląda, przejść drabinki, o których nasłuchałam się budzących grozę opowieści, przekonać się, czy rzeczywiście strach był uzasadniony" - napisała autorka.
"Skoro miałam opisywać atmosferę góry (czyli obserwować, robic notatki), było jasne, że muszę mieć w miarę trzeźwo pracujący umysł. Chociażby z tego powodu, jak również zdroworozsądkowo, wchodzenie bez wspomagania się tlenem z założenia odrzuciłam już na początku" - wyjaśniła.
W książce zawiera także swoje obserwacje, że chociaż sama góra się nie zmieniła, ciągle jest tak samo niebezpieczna i "kupić sobie Everestu nie można", to jednak pieniądze wiele spraw upraszczają. "Bo jest jednak różnica pomiędzy wspinaczem, który walczy zdany sam na siebie, a takim, który ma do dyspozycji zastęp tragarzy, więc nie nosi nic, nawet śpiwora, ma opiekę zachodniego przewodnika, co daje niewątpliwy komfort psychiczny, a bywa, że nawet na poręczówkę nie musi się sam wspinać, bo w razie czego zrobią to za niego Szerpowie" - relacjonowała autorka, która zdobywała Everest jako "zwykły, pełen pasji wspinacz z ograniczonym budżetem".
Po wyprawie napisała: "Weszłam, wbrew różnym przeciwnościom losu dałam radę, mam więc z tego ogromną satysfakcję. Przy okazji potwierdziłam to, o czym często staram się przekonać innych, a mianowicie, że warto marzyć, bo marzenia się spełniają, chociaż czasem trzeba im w tym pomóc".
Newsweek, Mint Magazine 2013-11-12