Recenzje
"Stary", młodzi i morze. Od Antarktydy do Alaski. Wyprawa wokół obu Ameryk
Tytuł może być mylący, bo opis dwóch ekscytujących podróży, przedsięwziętych przez grupę dwudziestolatków, nie dotyczy rekreacyjnej wycieczki turystycznym jachtem, ale ryzykownych rejsów w najbardziej niebezpieczne i nieprzewidywalne akweny Ziemi.
Ten amatorski reportaż czyta się świetnie, narracja oparta jest na dzienniku rejsu i wspomnieniach żeglarzy. Pierwszy rejs jachtu „Stary" oplótł Amerykę Południową, wiódł przez Horn i równie złowieszczą Cieśninę Drake'a, aż po olśniewające bielą lodów brzegi Antarktydy. Wizyta w polskiej stacji badawczej Henryka Arctowskiego na szóstym kontynencie wieńczyła podróż, po której przyjaciele, od dziecka marzący o dalekich rejsach, przed powrotnym skokiem przez Atlantyk odpoczywali na Falklandach. Grupa przyjaciół czerpała radość podróży nie tylko z samej drogi, ale także z podróżowania po odwiedzanych krajach, lotów na paralotni czy nurkowania. Z tekstu bije zaraźliwa radość życia, pochwała jego uroków, nie ma w nim również nastrojów patetycznych i podniosłych. Nawet przejście przez Horn jest tylko w tej relacji drobnym epizodem podróży, owszem, podnoszącym ciśnienie krwi i poziom adrenaliny, ale epizodem, jakich wiele.
Także opis rejsu Przejściem Północno-Zachodnim, ucieczka przed schodzącym z północy polem lodowym i pamięcią o losie setek żeglarzy, marzących od wieków o przebyciu drogą morską wzdłuż północnego wybrzeża Kanady, pełen jest emocji. Wywrotka jachtu, walka ze sztormami i amerykańskimi urzędnikami, mnóstwo fantastycznych znajomości i żeglarskiej satysfakcji to tylko niektóre sceny w relacji czytanej jednym tchem. Opowieść o rejsach „Starego" winna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy nie chcą poprzestać na marzeniach o dalekich podróżach. Historia przyjaciół ze „Starego" jest najlepszym dowodem, że do młodych i odważnych świat należy.
Ten amatorski reportaż czyta się świetnie, narracja oparta jest na dzienniku rejsu i wspomnieniach żeglarzy. Pierwszy rejs jachtu „Stary" oplótł Amerykę Południową, wiódł przez Horn i równie złowieszczą Cieśninę Drake'a, aż po olśniewające bielą lodów brzegi Antarktydy. Wizyta w polskiej stacji badawczej Henryka Arctowskiego na szóstym kontynencie wieńczyła podróż, po której przyjaciele, od dziecka marzący o dalekich rejsach, przed powrotnym skokiem przez Atlantyk odpoczywali na Falklandach. Grupa przyjaciół czerpała radość podróży nie tylko z samej drogi, ale także z podróżowania po odwiedzanych krajach, lotów na paralotni czy nurkowania. Z tekstu bije zaraźliwa radość życia, pochwała jego uroków, nie ma w nim również nastrojów patetycznych i podniosłych. Nawet przejście przez Horn jest tylko w tej relacji drobnym epizodem podróży, owszem, podnoszącym ciśnienie krwi i poziom adrenaliny, ale epizodem, jakich wiele.
Także opis rejsu Przejściem Północno-Zachodnim, ucieczka przed schodzącym z północy polem lodowym i pamięcią o losie setek żeglarzy, marzących od wieków o przebyciu drogą morską wzdłuż północnego wybrzeża Kanady, pełen jest emocji. Wywrotka jachtu, walka ze sztormami i amerykańskimi urzędnikami, mnóstwo fantastycznych znajomości i żeglarskiej satysfakcji to tylko niektóre sceny w relacji czytanej jednym tchem. Opowieść o rejsach „Starego" winna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy nie chcą poprzestać na marzeniach o dalekich podróżach. Historia przyjaciół ze „Starego" jest najlepszym dowodem, że do młodych i odważnych świat należy.
Tygodnik Angora Ł. AZIK, 2013-11-24
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
Rowerem przez jedwabny szlak
"Tysiąc szklanek herbaty" to książka o byciu w drodze. Autor, Robert Maciąg, wraz ze swoją żoną i przyjacielem przemierzył sporą część Azji na rowerze, podążając trasą jedwabnego szlaku. Imponująca trasa i zróżnicowanie przemierzanych krajów tworzą mieszankę, która zachęca do przeczytania książki.
Autor książki podróżuje przez Syrię, Turcję, Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan i Chiny. To właśnie te kraje są opisywane w kolejnych rozdziałach. Jednak to nie wyjątkowe zabytki są kluczowym elementem książki, lecz ludzie, z którymi podróżnicy spotykają się na szlaku i w towarzystwie których piją kolejne tytułowe szklanki herbaty.
To właśnie spojrzenie na przejeżdżane kraje z punktu widzenia ludzi tam mieszkających jest głównym atutem książki. Autor daje bowiem czytelnikowi okazję, aby spojrzeć z bliska na życie osób, które żyją w zupełnie innych warunkach geograficznych niż nasze, w krajach o odmiennych ustrojach gospodarczych i odmiennej religii. Co za tym idzie - widzimy kolejne kraje przez pryzmat osób o zupełnie innych problemach niż te, z którymi sami borykamy się na co dzień.
Jednak oprócz pokazania życia ludzi na trasie dawnego jedwabnego szlaku, Robert Maciąg nie zapomina o opisie najważniejszych miejsc w danym kraju z punktu widzenia ich kontekstu historycznego i znaczenia konkretnych budowli czy narodowych symboli. Wszelkie opisy są jednak na tyle krótkie i konkretne, że pozwalają lepiej zrozumieć dany kraj bez zanudzania czytelnika.
Dużym atutem książki "Tysiąc szklanek herbaty" jest fakt, że napisana jest ona bez zbędnego patosu - Robert Maciąg dobrze wyważył połączenie merytorycznych spostrzeżeń z emocjonalnym odbiorem danych miejsc. Pewnym mankamentem książki może być jednak jej niekompletność - przez niektóre kraje podróżnicy przejeżdżali w relatywnie szybkim tempie, opisując jedynie nieliczne miejsca. Nie traktowałabym tego jednak jako istotnej wady książki, gdyż z założenia nie miała ona być przewodnikiem po przejeżdżanych krajach, lecz opisem niezwykłych spotkań na szlaku.
Czytając książkę, da się zauważyć, że dla autora książki podróżowanie nie oznacza jedynie zaliczania kolejnych zabytków. I to właśnie czyni ją godną polecenia.
"Tysiąc szklanek herbaty" to książka o byciu w drodze. Autor, Robert Maciąg, wraz ze swoją żoną i przyjacielem przemierzył sporą część Azji na rowerze, podążając trasą jedwabnego szlaku. Imponująca trasa i zróżnicowanie przemierzanych krajów tworzą mieszankę, która zachęca do przeczytania książki.
Autor książki podróżuje przez Syrię, Turcję, Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan i Chiny. To właśnie te kraje są opisywane w kolejnych rozdziałach. Jednak to nie wyjątkowe zabytki są kluczowym elementem książki, lecz ludzie, z którymi podróżnicy spotykają się na szlaku i w towarzystwie których piją kolejne tytułowe szklanki herbaty.
To właśnie spojrzenie na przejeżdżane kraje z punktu widzenia ludzi tam mieszkających jest głównym atutem książki. Autor daje bowiem czytelnikowi okazję, aby spojrzeć z bliska na życie osób, które żyją w zupełnie innych warunkach geograficznych niż nasze, w krajach o odmiennych ustrojach gospodarczych i odmiennej religii. Co za tym idzie - widzimy kolejne kraje przez pryzmat osób o zupełnie innych problemach niż te, z którymi sami borykamy się na co dzień.
Jednak oprócz pokazania życia ludzi na trasie dawnego jedwabnego szlaku, Robert Maciąg nie zapomina o opisie najważniejszych miejsc w danym kraju z punktu widzenia ich kontekstu historycznego i znaczenia konkretnych budowli czy narodowych symboli. Wszelkie opisy są jednak na tyle krótkie i konkretne, że pozwalają lepiej zrozumieć dany kraj bez zanudzania czytelnika.
Dużym atutem książki "Tysiąc szklanek herbaty" jest fakt, że napisana jest ona bez zbędnego patosu - Robert Maciąg dobrze wyważył połączenie merytorycznych spostrzeżeń z emocjonalnym odbiorem danych miejsc. Pewnym mankamentem książki może być jednak jej niekompletność - przez niektóre kraje podróżnicy przejeżdżali w relatywnie szybkim tempie, opisując jedynie nieliczne miejsca. Nie traktowałabym tego jednak jako istotnej wady książki, gdyż z założenia nie miała ona być przewodnikiem po przejeżdżanych krajach, lecz opisem niezwykłych spotkań na szlaku.
Czytając książkę, da się zauważyć, że dla autora książki podróżowanie nie oznacza jedynie zaliczania kolejnych zabytków. I to właśnie czyni ją godną polecenia.
Gazeta Wyborcza Dorota Sierakowska, 2013-11-18
Fotografowanie par. 500 kreatywnych ujęć
Nasze zainteresowania często wyznaczają nam kierunek działań, a trudno o lepszą pomoc niż profesjonalne podręczniki i książki związane z tematem naszego hobby. Z ogromną przyjemnością sięgnęłam zatem po album Wydawnictwa Helion, pt.: „Fotografowanie par. 500 kreatywnych ujęć”.
Często wydaje nam się, że jesteśmy dobrzy w tym co robimy, a każde nowe udane zdjęcie jest tego świadectwem. Bywa niestety i tak, że mamy niemiłe wrażenie powtarzania schematów i nawet te najlepsze, przechodzą w pewien szablon, który wcale nie jest już artystyczny czy oryginalny. W takich chwilach potrzebujemy inspiracji, a nie zawsze nasze nowe pomysły przynoszą spodziewany efekt. Dlatego sięgając po album Michelle Perkins możemy mieć pewność, że nowe pozycje, nowe układy i często zupełnie nam nieznane pozy i ujęcia będą wspaniałym wyborem i pozwolą nam samym zrobić zdjęcia idealne, oryginalne i ciekawe.
Inspiracja to na pewno cecha albumu, ale nie jest to tylko katalog przepięknych zdjęć, ale również podręcznik definiujący i omawiający modele, podpowiadający sposób patrzenia na parę oraz takie detale jak nogi, dłonie, profile. Znajdziemy tu fantastyczne i profesjonalne porady dotyczące subtelnego ujmowania kilogramów na zdjęciach czy tworzenia fotografii niekonwencjonalnych, oddających nie tylko urodę, ale także charakter osób, które fotografujemy, co jest odzwierciedleniem nie tylko umiejętności, ale też talentu fotografa.
Album jest genialną prezentacją zdjęć pięknych, konwencjonalnych oraz twórczych i kreatywnych, a zarazem encyklopedią informacji dla fotografa, który chce być nie tylko człowiekiem z aparatem, ale artystą i reżyserem, a nawet przewodnikiem, który potrafi skłonić parę do ujawnienia swoich emocji i pozbycia się stresu, który często towarzyszy sesjom zdjęciowym. Naturalność to cecha, która pozwoli parze zakochać się w zdjęciach i pozostanie dla nich wspaniałą pamiątką na zawsze.
Można wiele napisać o zdjęciach prezentowanych w albumie, ale tak naprawdę trzeba je zobaczyć. Każde jest na swój sposób niezwykłe, a wiele potrafi oczarować i zachwycić. Piękno albumu potęguje prześliczne wydanie, które idealnie oddaje przesłanie książki. Jest to także taka pozycja, którą śmiało możemy położyć na stoliku w naszym studiu, aby przychodzące do nas pary, mogły same zdecydować jaki typ zdjęć im się podoba. Nam pozostaje patrzeć na mistrzów fotografii i uczyć się zgłębiając ich tajemnice…
Często wydaje nam się, że jesteśmy dobrzy w tym co robimy, a każde nowe udane zdjęcie jest tego świadectwem. Bywa niestety i tak, że mamy niemiłe wrażenie powtarzania schematów i nawet te najlepsze, przechodzą w pewien szablon, który wcale nie jest już artystyczny czy oryginalny. W takich chwilach potrzebujemy inspiracji, a nie zawsze nasze nowe pomysły przynoszą spodziewany efekt. Dlatego sięgając po album Michelle Perkins możemy mieć pewność, że nowe pozycje, nowe układy i często zupełnie nam nieznane pozy i ujęcia będą wspaniałym wyborem i pozwolą nam samym zrobić zdjęcia idealne, oryginalne i ciekawe.
Inspiracja to na pewno cecha albumu, ale nie jest to tylko katalog przepięknych zdjęć, ale również podręcznik definiujący i omawiający modele, podpowiadający sposób patrzenia na parę oraz takie detale jak nogi, dłonie, profile. Znajdziemy tu fantastyczne i profesjonalne porady dotyczące subtelnego ujmowania kilogramów na zdjęciach czy tworzenia fotografii niekonwencjonalnych, oddających nie tylko urodę, ale także charakter osób, które fotografujemy, co jest odzwierciedleniem nie tylko umiejętności, ale też talentu fotografa.
Album jest genialną prezentacją zdjęć pięknych, konwencjonalnych oraz twórczych i kreatywnych, a zarazem encyklopedią informacji dla fotografa, który chce być nie tylko człowiekiem z aparatem, ale artystą i reżyserem, a nawet przewodnikiem, który potrafi skłonić parę do ujawnienia swoich emocji i pozbycia się stresu, który często towarzyszy sesjom zdjęciowym. Naturalność to cecha, która pozwoli parze zakochać się w zdjęciach i pozostanie dla nich wspaniałą pamiątką na zawsze.
Można wiele napisać o zdjęciach prezentowanych w albumie, ale tak naprawdę trzeba je zobaczyć. Każde jest na swój sposób niezwykłe, a wiele potrafi oczarować i zachwycić. Piękno albumu potęguje prześliczne wydanie, które idealnie oddaje przesłanie książki. Jest to także taka pozycja, którą śmiało możemy położyć na stoliku w naszym studiu, aby przychodzące do nas pary, mogły same zdecydować jaki typ zdjęć im się podoba. Nam pozostaje patrzeć na mistrzów fotografii i uczyć się zgłębiając ich tajemnice…
urodaizdrowie.pl pinkmause, 2013-10-17
"Stary", młodzi i morze. Od Antarktydy do Alaski. Wyprawa wokół obu Ameryk
"Zwiedzałam" już świat w różny sposób: rowerem z Anią i Robbem Maciągiem, stopem z Kingą Choszcz, Jeepem z Tony Halikiem, a oprócz tego często motorem, środkami komunikacji publicznej i długo by tak wymieniać... Nigdy jednak nie płynęłam! W zasadzie jak pies do jeża podchodziłam do pozycji Marcina Jamkowskiego i Jacka Wacławskiego, bo a nuż dostanę choroby morskiej? Okazało się jednak, że jest we mnie coś z czytelniczego wilka morskiego, bo wręcz przepływałam przez kolejne strony!
Bohaterów jest trzech:
"Stary", to jacht wyczarterowany od Klubu AZS Szczecin, którego opiekun Tadeusz Podkalicki zaproponował niegdyś Jackowi Wacławskiemu "Nie chciałbyś wziąć tego jachtu na dłużej, na rok na przykład?". "Stary" nie zawiódł zarówno przy pierwszej - południowej, jak i drugiej - północnej wyprawie. Ale o tym za moment... Czas przedstawić kolejnych bohaterów.
Młodzi - to grupa lekko szalonych, pełnych pasji i marzeń dwudziestoletnich chłopaków. W pierwszej wyprawie udział brali:
Jacek Wacławski jako kapitan (jeden z najmłodszych w historii), Grzegorz Jendroszczyk (Jendroszcz), Grzegorz Dolnik (Siwy), Andrzej Nowakowski (Wesoły), Andrzej Kolon, Sławomir Skalmierski (Skalma), Dominik Bac (Dodzik), Mateusz Sznir, do drugiej wyprawy dołączyli: Agnieszka Strużyk, Tomek Szewczyk, filmowcy Konstanty Kulik i Tomek Kozik, oraz Marcin Jamkowski.
Morze - szeroko rozumiane wody Oceanu Atlantyckiego, Oceanu Spokojnego, Oceanu Południowego, Morza Baffina, Morza Beauforta czy też Morza Karaibskiego.
Pierwsza wyprawa to realizacja młodzieńczych fantazji i marzeń. Wydawać by się mogło, że grupa młodych ludzi nie posiada wystarczająco dużo doświadczenia i nie poradzi sobie w starciu z dwoma oceanami. Jednak chłopacy udowodnili, że ciężką pracą, sukcesywnie gromadzoną wiedzą i entuzjazmem da się zdobyć przylądek Horn i dotrzeć do Antarktydy. Jako najmłodsi Polacy w historii!
"Na pokładzie ośmiu dwudziestolatków o całkowicie różnych charakterach i osobowościach, przed nimi długa droga i żadnych gwarancji powodzenia"
Po powrocie z wyprawy, obsypani nagrodami nie osiadają jednak na laurach, tylko planują kolejną wyprawę. Kilka lat później opływają Amerykę Północną i zdobywają jedno z najtrudniejszych przejść z Atlantyku na Pacyfik przez północną Kanadę, a robią to w rekordowo krótkim czasie. "Stary" i jego załoga przechodzą do historii!
"Z przejściem Północno-Zachodnim postanowiliśmy zmierzyć się w 2006 roku, w stulecie osiągnięcia Amundsena. Jako pierwsza wyprawa pod polską banderą i jako... najmłodsza w historii!"
Książka powstała dzięki dziennikom z podróży, głównie Jacka. Okraszona jest, szczególnie w przypadku wyprawy południowej, pieknymi zdjęciami. Pełna jest humoru i entuzjazmu, który udziela się czytelnikowi. Z zapartym tchem śledzimy kolejne etapy podróży "Starego" a przy finale dopada rozczarowanie, że to już koniec.
Nie należy się też obawiać, że nie zrozumiemy skomplikowanego żeglarskiego żargonu. Wszystko jest podane w tak przystępny sposób, że nawet laikowi wydaje się, że rozumie w czym rzecz. Książka adresowana do miłośników podróży, do wielbicieli żeglugi, zarówno po mniejszych jak i większych akwenach wodnych, ale przede wszystkim do każdego, kto ma ochotę przeżyć z bohaterami książki ""Stary", młodzi i morze" prawdziwą morską przygodę.
Do publikacji dołączona jest płyta z filmem, który powstał w czasie wyprawy. Niestety nie udało mi się go odtworzyć, mam jednak nadzieję, że w najbliższym czasie dane mi będzie obejrzeć Młodych na ekranie"
Polecam, przy szklance herbaty z rumem...
Bohaterów jest trzech:
"Stary", to jacht wyczarterowany od Klubu AZS Szczecin, którego opiekun Tadeusz Podkalicki zaproponował niegdyś Jackowi Wacławskiemu "Nie chciałbyś wziąć tego jachtu na dłużej, na rok na przykład?". "Stary" nie zawiódł zarówno przy pierwszej - południowej, jak i drugiej - północnej wyprawie. Ale o tym za moment... Czas przedstawić kolejnych bohaterów.
Młodzi - to grupa lekko szalonych, pełnych pasji i marzeń dwudziestoletnich chłopaków. W pierwszej wyprawie udział brali:
Jacek Wacławski jako kapitan (jeden z najmłodszych w historii), Grzegorz Jendroszczyk (Jendroszcz), Grzegorz Dolnik (Siwy), Andrzej Nowakowski (Wesoły), Andrzej Kolon, Sławomir Skalmierski (Skalma), Dominik Bac (Dodzik), Mateusz Sznir, do drugiej wyprawy dołączyli: Agnieszka Strużyk, Tomek Szewczyk, filmowcy Konstanty Kulik i Tomek Kozik, oraz Marcin Jamkowski.
Morze - szeroko rozumiane wody Oceanu Atlantyckiego, Oceanu Spokojnego, Oceanu Południowego, Morza Baffina, Morza Beauforta czy też Morza Karaibskiego.
Pierwsza wyprawa to realizacja młodzieńczych fantazji i marzeń. Wydawać by się mogło, że grupa młodych ludzi nie posiada wystarczająco dużo doświadczenia i nie poradzi sobie w starciu z dwoma oceanami. Jednak chłopacy udowodnili, że ciężką pracą, sukcesywnie gromadzoną wiedzą i entuzjazmem da się zdobyć przylądek Horn i dotrzeć do Antarktydy. Jako najmłodsi Polacy w historii!
"Na pokładzie ośmiu dwudziestolatków o całkowicie różnych charakterach i osobowościach, przed nimi długa droga i żadnych gwarancji powodzenia"
Po powrocie z wyprawy, obsypani nagrodami nie osiadają jednak na laurach, tylko planują kolejną wyprawę. Kilka lat później opływają Amerykę Północną i zdobywają jedno z najtrudniejszych przejść z Atlantyku na Pacyfik przez północną Kanadę, a robią to w rekordowo krótkim czasie. "Stary" i jego załoga przechodzą do historii!
"Z przejściem Północno-Zachodnim postanowiliśmy zmierzyć się w 2006 roku, w stulecie osiągnięcia Amundsena. Jako pierwsza wyprawa pod polską banderą i jako... najmłodsza w historii!"
Książka powstała dzięki dziennikom z podróży, głównie Jacka. Okraszona jest, szczególnie w przypadku wyprawy południowej, pieknymi zdjęciami. Pełna jest humoru i entuzjazmu, który udziela się czytelnikowi. Z zapartym tchem śledzimy kolejne etapy podróży "Starego" a przy finale dopada rozczarowanie, że to już koniec.
Nie należy się też obawiać, że nie zrozumiemy skomplikowanego żeglarskiego żargonu. Wszystko jest podane w tak przystępny sposób, że nawet laikowi wydaje się, że rozumie w czym rzecz. Książka adresowana do miłośników podróży, do wielbicieli żeglugi, zarówno po mniejszych jak i większych akwenach wodnych, ale przede wszystkim do każdego, kto ma ochotę przeżyć z bohaterami książki ""Stary", młodzi i morze" prawdziwą morską przygodę.
Do publikacji dołączona jest płyta z filmem, który powstał w czasie wyprawy. Niestety nie udało mi się go odtworzyć, mam jednak nadzieję, że w najbliższym czasie dane mi będzie obejrzeć Młodych na ekranie"
Polecam, przy szklance herbaty z rumem...
magiaksiazki.blogspot.com Izabela Sznajder, 2013-11-02
System Białoruś
O Białorusi piszemy na naszych łamach dosyć sporo. Każdy kolejny wyjazd tam stanowi bowiem okazję do odwiedzenia, a następnie prezentacji zabytków – lub zmian jakie w nich zachodzą, ciekawych miejsc oraz obiektów – zwłaszcza związanych z naszymi wielkimi rodakami tam urodzonymi lub mieszkającymi w przeszłości. Lub wspólnych kilkuwiekowych dziejów oraz innych atrakcji turystycznych. A jest ich dużo. Tamtejsze parki narodowe, rezerwaty i inne tereny zielone należą do najobszerniejszych i szczególnie wartych poznania w Europie. Zaś mieszkańcy kraju są gościnni, życzliwi obcym, a z nami, Polakami, szybko znajdują wspólny język. Przynajmniej ja przeważnie tylko takich spotykam odwiedzając Białoruś już ponad pół wieku. Ale turysta wpadający tam na krótko może tylko bardzo powierzchownie poznawać kraj. Zobaczyć, że jest czysty i zadbany, ma niezłe, zwłaszcza główne drogi. Dobrze zaopatrzone sklepy, chociaż z na ogół drogimi towarami. Czuć się osobiście bezpiecznie, o ile zachowuje tak, jak gościom przystało.
Pod wieloma względami, także tym ostatnim, może być nawet bardzo zaskoczony, zwłaszcza gdy udaje się tam po raz pierwszy. Nasze media bowiem, jeżeli piszą coś, lub pokazują z Białorusi, to na ogół bardzo wybiórczo. Szukając niepochlebnych dla niej sensacji, scen brutalnych rozpraw z opozycją czy biadając nad tamtejszym poziomem życia. Są to przeważnie fakty prawdziwe, tyle że stanowiące fragment obrazu kraju, którego większość mieszkańców żyje normalnie.
Co nie znaczy, że wszyscy zadowoleni są z tego życia. I nie borykają się z problemami, zwłaszcza materialnymi, chociaż nie tylko, które ono niesie. Lepiej jednak poznać jakiś kraj można tylko dłużej w nim żyjąc. Lub z książek napisanych przez stałych mieszkańców. Obliczu Białorusi mniej, lub wcale nieznanej przez większość turystów, poświęcona została książka tamtejszego wieloletniego korespondenta „Gazety Wyborczej”, a zarazem działacza mniejszości polskiej w Grodnie, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Helion.
Autor przedstawia w niej w ogromnym skrócie najnowsze dzieje tego kraju oraz jego unikatowy w Europie system polityczny. Określany przez niego jako dyktatura jednego człowieka, pierwszego i dotychczas jedynego od blisko 20 lat prezydenta Alaksandra Łukaszenki. W trzech częściach tej książki, z których pierwsza poświęcona twórcy obecnego systemy politycznego i jego drogi na szczyt władzy zajmuje dwie trzecie całości, pozostałe zaś prezentacji działalności systemu oraz życiu w czasach dyktatury, opisuje swój kraj.
W sposób rzeczowy, z tysiącami faktów i informacji oraz w oparciu o liczne źródła. Z 275 cytatami i odsyłaczami do nich. Obraz ten, chociaż dla zagranicznego czytelnika chwilami zbyt szczegółowy, z mnóstwem niewiele mówiących mu nazwisk lub opisem wydarzeń o których na ogół wcześniej nie słyszał, bywa w wielu miejscach zaskakujący czy wręcz szokujący.
Opis drogi prostego wiejskiego chłopaka z biednej rodziny do funkcji „Baćka” – Ojca (narodu) czyta się chwilami jak sensacyjną powieść. Jego upór w dążeniu do znalezienia się na szczycie władzy, przebojowość, wykorzystywanie okoliczności i sytuacji, zawierania i zmienianie sojuszy w wielu przypadkach imponuje. Są w tej biografii opisane lata szkolne oraz studenckie przyszłego prezydenta, działalność w komunistycznym związku młodzieży – komsomole i towarzystwie „Znanje” (Wiedza).
Autorytarne kierowanie sowchozem – państwowym gospodarstwem rolnym z takimi epizodami jak pobicie traktorzysty, podobno nie jednego. Ale przede wszystkim starania najpierw o dostanie się, jako deputowanego, do Rady Najwyższej – parlamentu, a następnie wybór na stanowisko prezydenta Republiki Białoruś. A działo się to w okresie agonii ZSRR, odkrywania stalinowskich zbrodni – zwłaszcza zbiorowych grobów ofiar NKWD w Kuropatach pod Mińskiem.
A następnie arcytrudnych gospodarczo i politycznie początków lat 90-tych na Białorusi. Ze społeczeństwem rozbudzającym się, na krótko, pod względem dążeń niepodległościowych i przerażoną komunistyczną „nomenklaturą” – funkcjonariuszami aparatu partyjnego i urzędników oraz stanowiących większość w parlamencie deputowanych. Na drodze na szczyt spotykały Łukaszenkę porażki, chociażby przegrane wybory do Rady Najwyższej.
Pierwsze w których startował, ale przeciwko ówczesnemu premierowi kraju i niewielką różnicą zdobytych głosów. Ale i sukcesy. Najważniejszym był wybór, gdy w następnych wyborach został deputowanym, na stanowisko przewodniczącego parlamentarnej komisji do walki z korupcją. Znakomicie to wykorzystał, nagłaśniając – a „lud” pragnął ukarania winnych jego biedy – wykryte sprawy korupcyjne.
Chociaż jak pisze autor „Politycznie raport (o ustaleniach komisji) Łukaszenki był wielkim sukcesem w zakresie walki z korupcją, chociaż okazał się totalnym niewypałem”. Jedynym jego skutkiem była bowiem dymisja przewodniczącego Rady Najwyższej Stanisłaua Szuszkiewicza, a z wymienionych „łapowników” nikt praktycznie nie poniósł odpowiedzialności. Ale raport ten stał się dla jego autora trampoliną na najwyższe stanowisko w państwie.
Chociaż niewiele brakowało, aby skreślono jego kandydaturę w tamtych wyborach, gdyż w dokumentach rejestracyjnych napisał nieprawdę. Że pracuje w Mińsku w Radzie Najwyższej i mieszka w stolicy, chociaż nie było wówczas zawodowych parlamentarzystów, a on nadal był urlopowanym dyrektorem sowchozu zameldowanym na wsi. Ale taka informacja mogła zostać źle odebrana przez wyborców… W tych, zwycięskich, wyborach pod hasłem walki z korupcją, były też brudne karty i nieczyste metody walki.
M.in. sfingowany rzekomy napad ze strzelanina na kandydata, czy czarny PR skierowany przeciwko kontrkandydatowi. Później, już na stanowisku prezydenta, sukcesywne ale konsekwentne zagarnianie całej władzy w kraju. Bezpośredni nadzór nad resortami „siłowymi” oraz stworzenie dodatkowo Służby Bezpieczeństwa Prezydenta i wszechmocnego Urzędu Obsługi Prezydenta nadzorującego wszystkie parki narodowe, dysponującego około 400 budynkami i tajemniczym Funduszem Prezydenckim z budżetem – podobno – większym niż całego kraju, a do dyspozycji wyłącznie A. Łukaszenki.
Dekretami prezydenta, wymuszonymi decyzjami parlamentu czy w wyniku ogłaszanych – i jak twierdzi opozycja – fałszowanych referendów, zniesienia wybieralności burmistrzów i szefów obwodów (województw) oraz centralizację władzy. Nawet wbrew decyzjom Sądu Konstytucyjnego. Bo, jak pisze autor, „Postkomunistyczna większość parlamentarna posłusznie wykonywała te polecenia”. Co zapoczątkowało tworzenie nowego systemu władzy.
Gdy Sąd Konstytucyjny podjął niekorzystną dla prezydenta decyzję, ten – znowu zacytuję – „… wydał kolejne rozporządzenie, którym wprowadził obowiązek wykonywania jego rozporządzeń dla wszystkich urzędników państwa, niezależnie od decyzji jakie podejmie Sąd Konstytucyjny”. I były one wykonywane. W innym przypadku prezydent, nie mając takich uprawnień, a jedynie siłę, odwołał znanego z uczciwości i wybranego przez parlament Wiktara Hanczara z funkcji przewodniczącego Centralnej Komisji Wyborczej.
I pomimo żądań przewodniczącego Rady Najwyższej Simona Szareckiego i prokuratora generalnego gen. Wasilija Kapitana, SBP nie wpuściła Hanczara do gmachu CKW. Są w tej książce także opisy brutalnej rozprawy fizycznej antyterrorystycznego oddziału „Alfa” z opozycyjnymi deputowanymi w sali parlamentu, którzy spodziewali się nawet, że zostaną rozstrzelani. Oraz historia – z odsyłaczami do źródeł – utworzenia w MSW specjalnego „szwadronu śmierci”.
Najpierw zlikwidował on kilku kryminalistów – „worow w zakonie” czyli złodziei w majestacie prawa, najwyższych autorytetów w świecie przestępczym, a później kilku porwanych opozycjonistów. Prowadzono w tej sprawie śledztwo, które jakoś „rozpłynęło się”, a część prowadzących je w obawie o życie schroniła się zagranicą. Zaś obwiniany szef państwa odparł zarzuty krótkim: ”Powiedzcie mi, kto uwierzy, że białoruski prezydent to morderca? Czy są na to jakieś dowody?”.
To tylko parę przykładów z walki o zdobycie i utrwalenie władzy prezydenta. Którego 12.8.2004 „Lud poprosił” prezydenta aby go nie opuszczał po zakończeniu drugiej kadencji. Więc wygrał w tej sprawie kolejne referendum i kolejne wybory. Brutalnie rozprawiając się po ich zakończeniu z kontrkandydatami. W drugiej części książki: „System. Jak to działa” autor koncentruje się na trzech obszarach działaniach systemu.
Kwestiach bytowych społeczeństwa („Chleb”) uzależnionego od władzy kraju w którym ponad 80% miejsc pracy należy do państwa, a prezydent osobiście mianuje ważniejszych szefów zakładów, kołchozów i sowchozów. Przy czym autor obala mit o rzekomym niskim bezrobociu (0,5–1%), gdyż statystyki obejmują tylko zarejestrowanych, a przy zasiłku rządu 25 $ wiele osób nie rejestruje się. Faktyczne bezrobocie zdaniem niezależnych analityków to na Białorusi co najmniej 5-6%.
Jest też w książce sporo innych informacji gospodarczych. O nierentowności połowy przedsiębiorstw państwowych i gospodarstw rolnych. I systemie „pomocy” dla nich. Należy to do obowiązków rentownych firm państwowych oraz części prywatnych. Tak np. Narodowy Bank Republiki Białoruś „opiekował się” 12 kołchozami i tylko w 2012 r. „zainwestował” w nie 600 milionów $. Ale kraj funkcjonuje i ludzie nie chodzą głodni.
„Głównym sukcesem prezydenta – pisze Poczobut – jest to, że białoruski robotnik ma zagwarantowaną niewielką, ale stabilną wypłatę.” W jaki sposób wszystko się jednak kręci? „Baranem – znowu zacytuję autora – który za to płaci jest Kreml”. Jego wsparcie gospodarcze, zwłaszcza tanie dostawy ropy i gazu, warte były w latach 1994 – 2008, według badań , 49 mld $. Według innych badań wartość tych ulg za surowce energetyczne w latach 2004-2009 wyniosła 37,7 mld $.
Ponadto Rosja przyjmuje zapłatę w niekonkurencyjnych jakościowo telewizorach, pralkach, traktorach itp. Łukaszenko sądził, że podobny model stosunków gospodarczych zastosuje w transakcjach z zachodem, ale się pomylił. A ponieważ Rosja wprowadza coraz ostrzej normalne zasady handlowe, rosną kłopoty gospodarcze Białorusi i konieczne są, wprowadzane w br. niepopularne oszczędności.
Drugim obszarem działalności systemu, nazwanego przez autora „Show”, są dobrze przygotowane i wyreżyserowane wystąpienia telewizyjne prezydenta z zadawaniem mu przez „prostych ludzi” pytań oraz natychmiastowych odpowiedzi, a niekiedy nawet podejmowaniem korzystnych dla danej wsi czy miasta decyzji. No i wszechogarniające wdrażanie „Ideologii państwowej” uzasadniającej potrzebę autorytarnych rządów.
A „mocna władza jest wyrazem świadomości narodowej Białorusinów”. „Białoruś przedstawia się jako prawdziwie niepodległe państwo, które jest ostoją cywilizacji słowiańskiej i przykładem dla innych państw.” Autor cytuje też za Wikileaks fragment tajnego raportu ambasady amerykańskiej w Mińsku na ten temat: „Ideologia państwowa Białorusi ma za zadanie utwierdzanie obywateli w przekonaniu, że kraj kwitnie i rozwija się, a wszystko to dzieje się tylko dzięki zasługom Łukaszenki.”
Jest to możliwe tylko w warunkach całkowitego podporządkowania mediów władzy. Tylko wobec Internetu staje ona bezradna. Trzeci obszar działania systemu, to „Strach”. Według zacytowanych w książce badań 25-33% Białorusinów źle ocenia władzę i jej lidera, podobnie tyleż popiera, reszta waha się. Jako narzędzia strachu autor wymienia: zabójstwa, wtrącanie opozycyjnych liderów do więzień za wymyślone przestępstwa, głównie rzekome nadużycia finansowe.
Ponadto blokadę informacyjną, skuteczne zastraszanie utratą pracy – z konkretnymi przykładami. No i odmowy rejestrowania nowych partii politycznych i organizacji społecznych oraz karanie za działalność w nie zarejestrowanych. W rezultacie władze tak zmarginalizowały opozycję, że wzrostu sympatii do niej nie powoduje nawet spadek popularności Łukaszenki.
„Najważniejszym celem prezydenta – pisze autor – było zbudowanie lojalnego i gotowego wykonać każdy rozkaz aparaty państwowego. I cen cel Łukaszenka osiągnął”. Stosując zresztą metodę kija i marchewki, zmian współpracowników itp., co też jest bogato udokumentowane. Trzecia część książki „Życie w czasach dyktatury” przedstawia, na przykładach różnych ludzi, zarówno zwolenników jak i przeciwników prezydenta, lub rozczarowanych jego działalnością, współczesne życie na Białorusi.
Warunki pracy, zarobki, zaopatrzenie, konflikty w rodzinach na tle ocen sytuacji itp. Dobrze oddaje to wypowiedź emerytki, byłej maszynistki, o czasach życia w ZSRR, nostalgię do których ma wielu Białorusinów: „Wtedy żyliśmy, jak nam się wydawało, normalnie. O niczym nie wiedzieliśmy. Ani o demokracji, ani o niepodległości, ani o dobrobycie.” Znaleźć można w tej książce również sporo ciekawostek.
W czasach rządów Łukaszenki liczba mieszkańców kraju spadła, głównie w rezultacie emigracji, o niemal milion, czyli prawie o 10%. Białorusini są największymi konsumentami ziemniaków w świecie. Spożywają ich średnio… 850 kg na głowę rocznie. Należą też do ścisłej czołówki pod względem samobójstw na 100 tys. ludności. W 2012 r. znacznie więcej ich zginęło z własnej ręki, niż w wypadkach drogowych. Problemem jest alkoholizm. Białoruś jest jedynym krajem w Europie w którym orzekana i wykonywana jest kara śmierci.
W latach 1990-2011 orzeczono 326 takich wyroków i tylko w jednym przypadku skazany został ułaskawiony. Kraj ten zajmuje też drugie na świecie miejsce pod względem liczby więźniów na 100 tys. mieszkańców. Chociaż ostatnio zdaniem władz, które kwestionuje opozycja, liczba ta spada. To tylko najważniejsze kwestie poruszone w tej książce oraz zawarte w niej fakty i przykłady.
Jest to lektura szalenie ciekawa, miejscami wstrząsająca, chociaż raczej nie dla masowego czytelnika. Ale wszyscy interesujący się nie tylko sytuacją w kraju naszego wschodniego sąsiada, lecz także mechanizmami dochodzenia, gdy pozwalają na to okoliczności, do władzy absolutnej oraz utrzymywania jej przez lata, powinni ją przeczytać. Przecież i u nas nie brakuje zwolenników rządów „silnej ręki”.
P.S. Czytając tę książkę natrafiłem na kilka rusycyzmów, a ściślej użyciu polskich słów w ich rosyjskim znaczeniu. Tak np. autor używa określenia lekcje zamiast prelekcje (str.23-24 i 186) w odniesieniu do odczytów wygłaszanych przez członków „Znania” oraz propagandzistów prezydenta. Słowo pytania (ros. woprosy – str.46: „Komisja (parlamentarna) ds. pytań rolniczych”) w polskim znaczeniu powinno być ds. problemów lub zagadnień. Grób ( ros. grob – str. 144) zamiast polskiego słowa trumna: „Chcesz by groby Zacharenki i Hanczara (zaginionych i najprawdopodobniej zamordowanych opozycjonistów) po Mińsku noszono” – cytowane słowa A Łukaszenki do prokuratora generalnego gen. Aleha Bażełki. Grobów ( ros. mogiła) nie nosi się, trumny tak. Może uda się to poprawić w przypadku dodruków lub kolejnego wydania.
Pod wieloma względami, także tym ostatnim, może być nawet bardzo zaskoczony, zwłaszcza gdy udaje się tam po raz pierwszy. Nasze media bowiem, jeżeli piszą coś, lub pokazują z Białorusi, to na ogół bardzo wybiórczo. Szukając niepochlebnych dla niej sensacji, scen brutalnych rozpraw z opozycją czy biadając nad tamtejszym poziomem życia. Są to przeważnie fakty prawdziwe, tyle że stanowiące fragment obrazu kraju, którego większość mieszkańców żyje normalnie.
Co nie znaczy, że wszyscy zadowoleni są z tego życia. I nie borykają się z problemami, zwłaszcza materialnymi, chociaż nie tylko, które ono niesie. Lepiej jednak poznać jakiś kraj można tylko dłużej w nim żyjąc. Lub z książek napisanych przez stałych mieszkańców. Obliczu Białorusi mniej, lub wcale nieznanej przez większość turystów, poświęcona została książka tamtejszego wieloletniego korespondenta „Gazety Wyborczej”, a zarazem działacza mniejszości polskiej w Grodnie, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Helion.
Autor przedstawia w niej w ogromnym skrócie najnowsze dzieje tego kraju oraz jego unikatowy w Europie system polityczny. Określany przez niego jako dyktatura jednego człowieka, pierwszego i dotychczas jedynego od blisko 20 lat prezydenta Alaksandra Łukaszenki. W trzech częściach tej książki, z których pierwsza poświęcona twórcy obecnego systemy politycznego i jego drogi na szczyt władzy zajmuje dwie trzecie całości, pozostałe zaś prezentacji działalności systemu oraz życiu w czasach dyktatury, opisuje swój kraj.
W sposób rzeczowy, z tysiącami faktów i informacji oraz w oparciu o liczne źródła. Z 275 cytatami i odsyłaczami do nich. Obraz ten, chociaż dla zagranicznego czytelnika chwilami zbyt szczegółowy, z mnóstwem niewiele mówiących mu nazwisk lub opisem wydarzeń o których na ogół wcześniej nie słyszał, bywa w wielu miejscach zaskakujący czy wręcz szokujący.
Opis drogi prostego wiejskiego chłopaka z biednej rodziny do funkcji „Baćka” – Ojca (narodu) czyta się chwilami jak sensacyjną powieść. Jego upór w dążeniu do znalezienia się na szczycie władzy, przebojowość, wykorzystywanie okoliczności i sytuacji, zawierania i zmienianie sojuszy w wielu przypadkach imponuje. Są w tej biografii opisane lata szkolne oraz studenckie przyszłego prezydenta, działalność w komunistycznym związku młodzieży – komsomole i towarzystwie „Znanje” (Wiedza).
Autorytarne kierowanie sowchozem – państwowym gospodarstwem rolnym z takimi epizodami jak pobicie traktorzysty, podobno nie jednego. Ale przede wszystkim starania najpierw o dostanie się, jako deputowanego, do Rady Najwyższej – parlamentu, a następnie wybór na stanowisko prezydenta Republiki Białoruś. A działo się to w okresie agonii ZSRR, odkrywania stalinowskich zbrodni – zwłaszcza zbiorowych grobów ofiar NKWD w Kuropatach pod Mińskiem.
A następnie arcytrudnych gospodarczo i politycznie początków lat 90-tych na Białorusi. Ze społeczeństwem rozbudzającym się, na krótko, pod względem dążeń niepodległościowych i przerażoną komunistyczną „nomenklaturą” – funkcjonariuszami aparatu partyjnego i urzędników oraz stanowiących większość w parlamencie deputowanych. Na drodze na szczyt spotykały Łukaszenkę porażki, chociażby przegrane wybory do Rady Najwyższej.
Pierwsze w których startował, ale przeciwko ówczesnemu premierowi kraju i niewielką różnicą zdobytych głosów. Ale i sukcesy. Najważniejszym był wybór, gdy w następnych wyborach został deputowanym, na stanowisko przewodniczącego parlamentarnej komisji do walki z korupcją. Znakomicie to wykorzystał, nagłaśniając – a „lud” pragnął ukarania winnych jego biedy – wykryte sprawy korupcyjne.
Chociaż jak pisze autor „Politycznie raport (o ustaleniach komisji) Łukaszenki był wielkim sukcesem w zakresie walki z korupcją, chociaż okazał się totalnym niewypałem”. Jedynym jego skutkiem była bowiem dymisja przewodniczącego Rady Najwyższej Stanisłaua Szuszkiewicza, a z wymienionych „łapowników” nikt praktycznie nie poniósł odpowiedzialności. Ale raport ten stał się dla jego autora trampoliną na najwyższe stanowisko w państwie.
Chociaż niewiele brakowało, aby skreślono jego kandydaturę w tamtych wyborach, gdyż w dokumentach rejestracyjnych napisał nieprawdę. Że pracuje w Mińsku w Radzie Najwyższej i mieszka w stolicy, chociaż nie było wówczas zawodowych parlamentarzystów, a on nadal był urlopowanym dyrektorem sowchozu zameldowanym na wsi. Ale taka informacja mogła zostać źle odebrana przez wyborców… W tych, zwycięskich, wyborach pod hasłem walki z korupcją, były też brudne karty i nieczyste metody walki.
M.in. sfingowany rzekomy napad ze strzelanina na kandydata, czy czarny PR skierowany przeciwko kontrkandydatowi. Później, już na stanowisku prezydenta, sukcesywne ale konsekwentne zagarnianie całej władzy w kraju. Bezpośredni nadzór nad resortami „siłowymi” oraz stworzenie dodatkowo Służby Bezpieczeństwa Prezydenta i wszechmocnego Urzędu Obsługi Prezydenta nadzorującego wszystkie parki narodowe, dysponującego około 400 budynkami i tajemniczym Funduszem Prezydenckim z budżetem – podobno – większym niż całego kraju, a do dyspozycji wyłącznie A. Łukaszenki.
Dekretami prezydenta, wymuszonymi decyzjami parlamentu czy w wyniku ogłaszanych – i jak twierdzi opozycja – fałszowanych referendów, zniesienia wybieralności burmistrzów i szefów obwodów (województw) oraz centralizację władzy. Nawet wbrew decyzjom Sądu Konstytucyjnego. Bo, jak pisze autor, „Postkomunistyczna większość parlamentarna posłusznie wykonywała te polecenia”. Co zapoczątkowało tworzenie nowego systemu władzy.
Gdy Sąd Konstytucyjny podjął niekorzystną dla prezydenta decyzję, ten – znowu zacytuję – „… wydał kolejne rozporządzenie, którym wprowadził obowiązek wykonywania jego rozporządzeń dla wszystkich urzędników państwa, niezależnie od decyzji jakie podejmie Sąd Konstytucyjny”. I były one wykonywane. W innym przypadku prezydent, nie mając takich uprawnień, a jedynie siłę, odwołał znanego z uczciwości i wybranego przez parlament Wiktara Hanczara z funkcji przewodniczącego Centralnej Komisji Wyborczej.
I pomimo żądań przewodniczącego Rady Najwyższej Simona Szareckiego i prokuratora generalnego gen. Wasilija Kapitana, SBP nie wpuściła Hanczara do gmachu CKW. Są w tej książce także opisy brutalnej rozprawy fizycznej antyterrorystycznego oddziału „Alfa” z opozycyjnymi deputowanymi w sali parlamentu, którzy spodziewali się nawet, że zostaną rozstrzelani. Oraz historia – z odsyłaczami do źródeł – utworzenia w MSW specjalnego „szwadronu śmierci”.
Najpierw zlikwidował on kilku kryminalistów – „worow w zakonie” czyli złodziei w majestacie prawa, najwyższych autorytetów w świecie przestępczym, a później kilku porwanych opozycjonistów. Prowadzono w tej sprawie śledztwo, które jakoś „rozpłynęło się”, a część prowadzących je w obawie o życie schroniła się zagranicą. Zaś obwiniany szef państwa odparł zarzuty krótkim: ”Powiedzcie mi, kto uwierzy, że białoruski prezydent to morderca? Czy są na to jakieś dowody?”.
To tylko parę przykładów z walki o zdobycie i utrwalenie władzy prezydenta. Którego 12.8.2004 „Lud poprosił” prezydenta aby go nie opuszczał po zakończeniu drugiej kadencji. Więc wygrał w tej sprawie kolejne referendum i kolejne wybory. Brutalnie rozprawiając się po ich zakończeniu z kontrkandydatami. W drugiej części książki: „System. Jak to działa” autor koncentruje się na trzech obszarach działaniach systemu.
Kwestiach bytowych społeczeństwa („Chleb”) uzależnionego od władzy kraju w którym ponad 80% miejsc pracy należy do państwa, a prezydent osobiście mianuje ważniejszych szefów zakładów, kołchozów i sowchozów. Przy czym autor obala mit o rzekomym niskim bezrobociu (0,5–1%), gdyż statystyki obejmują tylko zarejestrowanych, a przy zasiłku rządu 25 $ wiele osób nie rejestruje się. Faktyczne bezrobocie zdaniem niezależnych analityków to na Białorusi co najmniej 5-6%.
Jest też w książce sporo innych informacji gospodarczych. O nierentowności połowy przedsiębiorstw państwowych i gospodarstw rolnych. I systemie „pomocy” dla nich. Należy to do obowiązków rentownych firm państwowych oraz części prywatnych. Tak np. Narodowy Bank Republiki Białoruś „opiekował się” 12 kołchozami i tylko w 2012 r. „zainwestował” w nie 600 milionów $. Ale kraj funkcjonuje i ludzie nie chodzą głodni.
„Głównym sukcesem prezydenta – pisze Poczobut – jest to, że białoruski robotnik ma zagwarantowaną niewielką, ale stabilną wypłatę.” W jaki sposób wszystko się jednak kręci? „Baranem – znowu zacytuję autora – który za to płaci jest Kreml”. Jego wsparcie gospodarcze, zwłaszcza tanie dostawy ropy i gazu, warte były w latach 1994 – 2008, według badań , 49 mld $. Według innych badań wartość tych ulg za surowce energetyczne w latach 2004-2009 wyniosła 37,7 mld $.
Ponadto Rosja przyjmuje zapłatę w niekonkurencyjnych jakościowo telewizorach, pralkach, traktorach itp. Łukaszenko sądził, że podobny model stosunków gospodarczych zastosuje w transakcjach z zachodem, ale się pomylił. A ponieważ Rosja wprowadza coraz ostrzej normalne zasady handlowe, rosną kłopoty gospodarcze Białorusi i konieczne są, wprowadzane w br. niepopularne oszczędności.
Drugim obszarem działalności systemu, nazwanego przez autora „Show”, są dobrze przygotowane i wyreżyserowane wystąpienia telewizyjne prezydenta z zadawaniem mu przez „prostych ludzi” pytań oraz natychmiastowych odpowiedzi, a niekiedy nawet podejmowaniem korzystnych dla danej wsi czy miasta decyzji. No i wszechogarniające wdrażanie „Ideologii państwowej” uzasadniającej potrzebę autorytarnych rządów.
A „mocna władza jest wyrazem świadomości narodowej Białorusinów”. „Białoruś przedstawia się jako prawdziwie niepodległe państwo, które jest ostoją cywilizacji słowiańskiej i przykładem dla innych państw.” Autor cytuje też za Wikileaks fragment tajnego raportu ambasady amerykańskiej w Mińsku na ten temat: „Ideologia państwowa Białorusi ma za zadanie utwierdzanie obywateli w przekonaniu, że kraj kwitnie i rozwija się, a wszystko to dzieje się tylko dzięki zasługom Łukaszenki.”
Jest to możliwe tylko w warunkach całkowitego podporządkowania mediów władzy. Tylko wobec Internetu staje ona bezradna. Trzeci obszar działania systemu, to „Strach”. Według zacytowanych w książce badań 25-33% Białorusinów źle ocenia władzę i jej lidera, podobnie tyleż popiera, reszta waha się. Jako narzędzia strachu autor wymienia: zabójstwa, wtrącanie opozycyjnych liderów do więzień za wymyślone przestępstwa, głównie rzekome nadużycia finansowe.
Ponadto blokadę informacyjną, skuteczne zastraszanie utratą pracy – z konkretnymi przykładami. No i odmowy rejestrowania nowych partii politycznych i organizacji społecznych oraz karanie za działalność w nie zarejestrowanych. W rezultacie władze tak zmarginalizowały opozycję, że wzrostu sympatii do niej nie powoduje nawet spadek popularności Łukaszenki.
„Najważniejszym celem prezydenta – pisze autor – było zbudowanie lojalnego i gotowego wykonać każdy rozkaz aparaty państwowego. I cen cel Łukaszenka osiągnął”. Stosując zresztą metodę kija i marchewki, zmian współpracowników itp., co też jest bogato udokumentowane. Trzecia część książki „Życie w czasach dyktatury” przedstawia, na przykładach różnych ludzi, zarówno zwolenników jak i przeciwników prezydenta, lub rozczarowanych jego działalnością, współczesne życie na Białorusi.
Warunki pracy, zarobki, zaopatrzenie, konflikty w rodzinach na tle ocen sytuacji itp. Dobrze oddaje to wypowiedź emerytki, byłej maszynistki, o czasach życia w ZSRR, nostalgię do których ma wielu Białorusinów: „Wtedy żyliśmy, jak nam się wydawało, normalnie. O niczym nie wiedzieliśmy. Ani o demokracji, ani o niepodległości, ani o dobrobycie.” Znaleźć można w tej książce również sporo ciekawostek.
W czasach rządów Łukaszenki liczba mieszkańców kraju spadła, głównie w rezultacie emigracji, o niemal milion, czyli prawie o 10%. Białorusini są największymi konsumentami ziemniaków w świecie. Spożywają ich średnio… 850 kg na głowę rocznie. Należą też do ścisłej czołówki pod względem samobójstw na 100 tys. ludności. W 2012 r. znacznie więcej ich zginęło z własnej ręki, niż w wypadkach drogowych. Problemem jest alkoholizm. Białoruś jest jedynym krajem w Europie w którym orzekana i wykonywana jest kara śmierci.
W latach 1990-2011 orzeczono 326 takich wyroków i tylko w jednym przypadku skazany został ułaskawiony. Kraj ten zajmuje też drugie na świecie miejsce pod względem liczby więźniów na 100 tys. mieszkańców. Chociaż ostatnio zdaniem władz, które kwestionuje opozycja, liczba ta spada. To tylko najważniejsze kwestie poruszone w tej książce oraz zawarte w niej fakty i przykłady.
Jest to lektura szalenie ciekawa, miejscami wstrząsająca, chociaż raczej nie dla masowego czytelnika. Ale wszyscy interesujący się nie tylko sytuacją w kraju naszego wschodniego sąsiada, lecz także mechanizmami dochodzenia, gdy pozwalają na to okoliczności, do władzy absolutnej oraz utrzymywania jej przez lata, powinni ją przeczytać. Przecież i u nas nie brakuje zwolenników rządów „silnej ręki”.
P.S. Czytając tę książkę natrafiłem na kilka rusycyzmów, a ściślej użyciu polskich słów w ich rosyjskim znaczeniu. Tak np. autor używa określenia lekcje zamiast prelekcje (str.23-24 i 186) w odniesieniu do odczytów wygłaszanych przez członków „Znania” oraz propagandzistów prezydenta. Słowo pytania (ros. woprosy – str.46: „Komisja (parlamentarna) ds. pytań rolniczych”) w polskim znaczeniu powinno być ds. problemów lub zagadnień. Grób ( ros. grob – str. 144) zamiast polskiego słowa trumna: „Chcesz by groby Zacharenki i Hanczara (zaginionych i najprawdopodobniej zamordowanych opozycjonistów) po Mińsku noszono” – cytowane słowa A Łukaszenki do prokuratora generalnego gen. Aleha Bażełki. Grobów ( ros. mogiła) nie nosi się, trumny tak. Może uda się to poprawić w przypadku dodruków lub kolejnego wydania.
GLOBTROTER INFO Cezary Rudziński, 2013-11-11