Recenzje
Eat Stop Eat. Stosuj post, zgub zbędne kilogramy i osiągnij zdrowie
Jakiś czas temu dzięki uprzejmości wydawnictwa Helion otrzymałam książkę „Eat stop Eat. Stosuj post, zgub zbędne kilogramy i osiągnij zdrowie” autorstwa Brada Pilona. Zapowiedź książki zaintrygowała mnie do tego stopnia, że pochłonęłam ją w ciągu 2 dni, głównie podczas wakacyjnej trasy. Publikacja obejmuje temat postu czyli tak negatywnie ocenianego zewsząd głodzenia się. Jesteście ciekawi co autor miał na myśli?
Brad Pilon zdecydował się opisać własne wieloletnie doświadczenia o stopniowej zmianie w sposobie odżywiania. Od najmłodszych lat interesował się odżywianiem i wertował publikacje i magazyny na temat odżywiania oraz treningu. Pasja przerodziła się w pracę, ponieważ po ukończonych z wyróżnieniem studiach z dziedziny dietetyki objął posadę analityka w jednej z amerykańskich firm produkujących suplementy diety. W późniejszym czasie ukończył również studia biologiczne. Sama jestem biotechnologiem z wykształcenia, więc łatwiej mi uwierzyć osobie, która posiadła stosowną wiedzę w temacie, w którym się wypowiada, a przedstawione informacje mają potwierdzenie w podanych publikacjach i artykułach źródłowych.
Autor zachęca do stosowania 24-godzinnej przerwy w jedzeniu raz lub dwa na tydzień. Wszelkie szczegóły techniczne jak tego dokonać znajdziecie w książce. Ja chciałabym się skupić na innych aspektach zawartych w książce. Przede wszystkim powstało pytanie, dlaczego Pilon zrezygnował ze świetnej pracy i zajął się głoszeniem swojej kontrowersyjnej teorii? Po latach spędzonych w królestwie suplementów zauważył, iż wszelkie proponowane diety odchudzające skupiają się na ograniczeniach poszczególnych składników spożywczych (np. nie jedz cukrów, tłuszczy, produktów z wysokim indeksem glikemicznym), a także nakazach spożywania innych w tym suplementów. Jak grzyby po deszczu powstają ciągle nowe produkty reklamowane jako zdrowe, fit czy lekkie. Najczęściej jest to jedynie działanie marketingowe, a gdy wczytamy się w etykiety tych cudownych nowości okazuje się, że składzie znajdziemy wiele chemicznych, niezdrowych dodatków. Słodziki zamiast cukru, aromaty, barwniki, konserwanty to tylko niektóre z nich. Od dłuższego czasu studiuję dokładnie skład kupowanych surowców i niestety muszę przyznać temu rację. Dietetyk zwraca naszą uwagę, że moda na odchudzanie, bycie fit sugerowana jest przez wielkie korporacje produkujące pożądane produkty nie tylko z branży spożywczej, ale też odzieżowej i elektronicznej. Producenci prześcigają się w pomysłach tak abyśmy kupowali ich produkty, a tym samym nasze pieniądze wędrowały na ich konta. Tak samo zauważył fakt, że „jeśli jakaś koncepcja pojawi się w druku wystarczająco często i wystarczająco dużo ludzi uzna ją za prawdziwą, to taka się staje bez względu na to, jak bardzo w rzeczywistości jest błędna” Tak właśnie powstają zasady, które uznajemy dopóki kolejne badania nie wykażą ich nieprawidłowości. Często też prowadzi się badania pod pewnym ustalonym kątem tak, aby wyniki można było interpretować na korzyść firm, które de facto opłacają je z funduszy generowanych z naszych kieszeni
Ale wracając do samej „diety”, Pilon proponuje nam najprostszą metodę z możliwych, która nie wymaga zakupu drogich wyselekcjonowanych bio-surowców, gotowych cudownych produktów czy suplementów. Nie musimy zatem wydawać fortuny na jedzenie, co na pewno ucieszy wielu mieszkańców naszego kraju. Nie musimy też pilnować gramatury i kaloryczności składników tak jak w popularnych dietach typu „1500kcal”, ani odmawiać sobie wielu zakazanych rzeczy. Musimy jednak nauczyć się ignorować swój ośrodek głodu w mózgu przez 24 godziny, a w pozostałym okresie jeść normalnie, bez objadania się, ale też ograniczania. Swoją drogą nie jest to takie trudne z odpowiednim nastawieniem. Takiemu sposobowi odżywiania powinny towarzyszyć treningi siłowe optymalnie 3x w tygodniu, niestety nie poleca cardio, co w zasadzie wyklucza amatorów biegania.
Zapytałam znajomych czy słyszeli o takiej diecie i jedna osoba przyznała, że stosuje ja z powodzeniem od dłuższego czasu. Z ciekawości przez 3 tygodnie stosowałam się do zaleceń i faktycznie schudłam ok. 1 kg. Sam 1-dniowy post nie był szczególnie męczący. 4 treningi biegowo-fitnessowe ustanawiałam tak, aby jeść normalnie w tych dniach. Moim zdaniem ciężko byłoby stosować więcej niż jeden dzień postu dla osób biegających, pracujących fizycznie lub prowadzącym długotrwale auto. Gdybym chciała lub musiała schudnąć być może zdecydowałabym się na tę metodę. Na pewno pojawiają się w tym momencie zarzuty i wątpliwości czy nie zrujnuje się metabolizmu i zdrowia? Otóż sama jestem zwolenniczką regularnego i racjonalnego odżywiania. Stosuję dietę bezmięsną, ale mimo to bardzo urozmaiconą. Swego czasu interesowałam się jednak zdrowotnym aspektem postu i korzyści wynikających z jego stosowania. Od wielu lat stosowany jest w licznych religiach przed ważnymi świętami czy wydarzeniami, może wspierać rozwój duchowy, przywracać spokój i równowagę. Przypisuje się mu działanie oczyszczające i uruchamiające proces samoregulacji, podczas którego uwalniane i usuwane są nagromadzone toksyny. Przyjemnym skutkiem ubocznym jest utrata masy ciała, ale też obserwowane wielokrotnie ustąpienie miażdżycy. Zauważa się również proporcjonalność utraty kilogramów, wobec czego osoba tęższa traci łatwiej kilogramy, podczas gdy szczupła wolniej lub po prostu utrzymuje stałą wagę. Trzeba jednak nadmienić, że nie ma pewności jak zareaguje chory człowiek na post i może się to wiązać z nieprzewidzianym ryzykiem. Reasumując, nikogo nie namawiam do stosowania tej metody, istnieje jednak wiele dowodów na pozytywne działanie okresowego postu, a najlepszym tego przykładem jest sam Brad
Od zera. Osiąganie niemożliwego z Ho'oponopono
Kto?
Mr Fire, jak często bywa nazywany dr Joe Vitale. Czyli światowej sławy guru od marketingu i rozwoju osobistego, producent (53!) książek (sic!), muzyk i… (długo by jeszcze wymieniać). Po ostatnim małym rozczarowaniu „Wiarą”, mierzę się z jego kolejną pozycją. Towarzyszy mi ciekawość. W jakiej formie jest Mr Fire i czy jest w stanie rozpalić we mnie chociażby iskrę inspiracji?
Jego najnowsza pozycja – „Od Zera” – stanowi kontynuację wydanej kilka lat wcześniej (wraz z dr Ihaleakala Hew Len’em) książki pt. „Zero ograniczeń. Sekret osiągnięcia bogactwa, zdrowia i harmonii ze światem”. Jak czytamy na okładce, „Książka, którą trzymasz w ręku, zaczyna się w miejscu, w którym skończyła się poprzednia”. Dlatego też, jeśli nie czytałeś żadnej z tych książek, proponuję zacząć od części pierwszej. Obie te pozycje poświęcone są mistycznemu Ho’oponopono – starożytnej, hawajskiej technice uzdrawiania, do której dr Joe Vitale uzyskał wtajemniczenie i której naucza na swoich seminariach. Co istotne, po lekturze książki nie mam wątpliwości, iż autor jest przede wszystkim doświadczonym praktykiem tej metody, a nie tylko teoretykiem.
„Ale czym jest to Ho-o-coś-tam?” „I czym jest owe tytułowe <Zero>” – możesz spytać? Otóż, (bardzo upraszczając) Ho’oponopono to proces głębokiego oczyszczania się z ograniczających programów (czyli przekonań, emocji, negatywnych wspomnień itd.), które oddzielają od siebie samego, innych ludzi i Boga. Techniki tego procesu, takie jak powtarzanie czterech fraz, modlitwa czy medytacja, to z kolei tylko narzędzia do osiągnięcia stanu „Zero”. A ów tajemniczy stan to nic innego jak absolutny spokój umysłu, niezmąconego negatywnym myśleniem, lękiem czy innymi destrukcyjnymi poziomami świadomości. Innymi słowy – buddyjska „Pustka”, czyli najwyższy etap rozwoju, prowadzący do Oświecenia. Lub po prostu – pierwotny stan dziecka – ufnego i kochającego bez lęku, twórczego, ciekawego świata, radosnego i niewinnego. Prawda, że obietnica osiągnięcia takiego stanu brzmi kusząco?
Chociaż Joe Vitale obiecuje Czytelnikowi wyjawienie sekretów i podanie najgłębszych technik (do tej pory skrywanych pod zasłoną klauzuli poufności), do obietnicy tej należy podejść z dystansem godnym znawcy marketingowych sztuczek. „Od Zera” to bowiem przede wszystkim uzupełnienie i rozwinięcie treści zawartych w „Zero ograniczeń”. O ile pierwsza z nich okazała się dla mnie niezwykle odkrywcza (może nawet przełomowa), o tyle druga już nie budzi we mnie takich emocji. A do owych sekretów zaliczyć należy przede wszystkim kulisy powstawania pierwszej książki i reakcje na nią („Gówno uderza w wiatrak”) oraz kuluary znajomości autora z legendarnym doktorem Hew Len’em czy Morrną Simeoną. Vitale, jak to ma w zwyczaju (i co jest charakterystyczne do jego stylu), nie oszczędza na słowach (i drzewach), gdy chodzi o jego doświadczenia i osobiste historie. Taki styl jednych może zaciekawić i wzbudzić sympatię do autora, a innych – zirytować swego rodzaju autopromocją.
Według mnie, to, co stanowi sedno metody Ho’oponopono, zawarte zostało już w pierwszej książce, a drugą potraktować należy jako pozycje „nadobowiązkową”. Dla wyjątkowo zainteresowanych tematem. Być może zastanawiasz się teraz, czy w takim razie w najnowszej książce znajdziesz jakieś zaawansowane techniki, dla których warto by ją kupić i poświęcić kilka godzin czasu na lekturę. Moja odpowiedź brzmi: „I tak, i nie”. Rzeczywiście, Vitale dodaje do kluczowych „4 fraz” kilka innych sposobów na oczyszczenie i osiągnięcie stanu „Zero”, takich jak modlitwa czy medytacja „Białej tablicy”; dzieli się także swoimi sposobami, do których zaliczyć można (jak twierdzi)… dosłownie wszystko (Tak, dokładnie – wszystko, co sobie stworzysz z odpowiednią intencją, może służyć Ci do osiągnięcia stanu „Zero”). Ale to wszystko. Jeśli ktoś wyda 39,90 zł, licząc na spektakularne narzędzia, to może się rozczarować. Bo ta książka to nie skrzynka z narzędziami.
Jeśli chodzi o konstrukcję książki, „Od zera” umownie podzielić można na trzy części. W pierwszej autor opisuje proces poznawania Ho’oponopono i nauczycieli tej metody oraz proces tworzenia pierwszej książki, a także to, co działo się po jej wydaniu. W kolejnej części uzupełnia i rozwija metodę; porusza zagadnienia takie, jak „Ho’oponopono a prawo przyciągania” czy „życie intencją a życie inspiracją” i niejako „przy okazji” podaje kilka nowych sposobów oczyszczania, wplecionych w treść. Ostatnia część to zbiór dodatków, wśród których znalazły się „pytania i odpowiedzi” na temat metody, przedruk wywiadu z autorem, refleksje a także dwie medytacje. Dopełnienie stanowią świadectwa osób w postaci przedruków listów i e-maili, którym pomogła ta hawajska metoda. Wszystko podane oczywiście w stylu amerykańskich poradników, czyli – jak dla mnie – przesłodzone. Całość liczy prawie 300 stron. I – jeśli tylko w kimś nie budzą oporu tego typu treści – książkę czyta się naprawdę dobrze; przykuwa i utrzymuje uwagę, wciąga. Natomiast po raz kolejny mam wrażenie, że (mimo iż bardzo dobry) jest to znów kolejny produkt marketingowy, promujący markę i inne produkty Vitale’go.
„Od Zera” polecić mogę przede wszystkim osobom zainteresowanym Ho’oponopono (bo na rodzimym rynku pozycji na ten temat jednak wiele nie ma) oraz fanom autora (jest w formie!). A także – uwaga – tym, którzy „magnetycznego pisania” chcą uczyć się od najlepszych. Bo w tej kwestii Joe Vitale jest dla mnie niekwestionowanym guru. I chociaż jego książki czasem mnie irytują, to jednak warsztatowo… są dobre.
Cząstki przyciągania. Jak budować niestandardowe kampanie reklamowe
I o tym właśnie możemy poczytać w najnowszej publikacji Natalii “Cząstki przyciągania”. To Katalog niestandardowych kampanii jakie na polskim rynku pojawiały się przez ostatnie lata. Przyznam szczerze, że nie jestem zwolenniczką polskich reklam i nie śledziłam ich przez te ostatnie lata, ale zbiór 158 niestandardów zamieszczonych w książce robi wrażenie.
Niech Was nie zmyli określenie album – to nie jest obrazkowa książka, którą przejrzycie sobie w ciągu 5 minut. Każda z zamieszczonych kampanii została dobrana i opisana w odpowiednim dziale. Książka składa się z 7 rozdziałów – 7 cząstek, którymi Natalia sklasyfikowała cechy niestandardowych metod komunikacji, które wpływają na sukces kampanii.
I to co najważniejsze w przypadku niestandardowych form komunikacji zostało jasno w książce powiedziane – one nie sprzedają, one budują wizerunek na długie lata. W przypadku dużych marek to konieczność. Wielu uważa, że to zbędne koszty jakie firmy ponoszą co roku. One nie są mierzalne, nie da się oszacować ROI, ani sprawdzić ile osób zostało nowymi klientami.
Warto jednak pamiętać, że niestandardy budują ogromny zasięg – który bywa skuteczniejszy od zwykłej kampanii sprzedażowej. Tego rodzaju działania budują zaufanie klienta na dany moment kampanii. Sprzedajemy produkt, określamy przychód i jesteśmy kwita. Niestandardy to rodzaj działań, które mocno wpływają i budują wizerunek firmy na lata. Mają pokazać jak marka prezentuje się na rynku i dotrzeć do potencjalnych klientów, którzy jeśli nie w danym momencie to przyszłości przypomną sobie o nas i zajrzą do naszego salonu BMW, albo kupią dziecku zabawkę bo pojawi się u nich potrzeba, której wcześniej nie było.
Natalia jasno i wyraźnie napisała o czymś co zwykle jest w naszych domysłach i często nie umiemy tego konkretnie nazwać. Mamy świadomość tego, że odbiór wszelkich komunikatów wiąże się z naszymi emocjami, które mobilizują nas do działania (bądź nie) – zaangażowania, co z kolei pozwala nam na poświęcenie odpowiedniej ilości czasu na odbiór tych komunikatów, itd. To wszystko zostało przedstawione w albumie, który również jak chodzi o format książki jest niestandardem.
Album zdecydowanie przypadnie do gustu każdemu odbiorcy. Dla tych związanych z reklamą powinna być to lektura obowiązkowa. A dla tych mniej pochłoniętych światem komercji niech będzie to ciekawostka, do której co jakiś czas z pewnością będą wracać.
Przychodzi Budda do baru. Pokoleniowy przewodnik życiowy
Empik - wbrew pozorom - spisał się i miałam książkę już następnego dnia po dodaniu wpisu. Od razu zabrałam się do czytania, bo poradnik reklamował się bardzo zachęcająco.
"Jesteś uduchowiony (ale niekoniecznie religijny)?
Rozczarował Cię świat i otaczająca Cię rzeczywistość?
Chcesz pogłębić relacje z ludźmi w świecie pozafacebookowym?
Jeśli chcesz czerpać z życia pełnymi garściami i szukasz dla siebie najlepszej drogi, ta książka będzie Twoim przewodnikiem po wyboistych ścieżkach. Poznaj proste techniki medytacyjne, by wykorzystać pełną moc swojego umysłu i ciała. Odkryj filozofię życiową, która otworzy Ci oczy na nowe, nieznane dotąd możliwości. Przeżywaj każdy dzień intensywnie i z niesłabnącą energią. Naucz się metod przejmowania pełnej kontroli nad własnym mikrokosmosem. Świat tylko czeka, byś ruszył śmiało przed siebie i odkrywał go kawałek po kawałku."
Brzmi zachęcająco, prawda? Nie jestem specjalną zwolenniczką poradników, choć fakt, jeden na mnie wpłynął dawno temu w dużym stopniu ("Siedem nawyków skutecznego nastolatka", Covey), bo ta forma komunikacji z czytelnikiem kojarzy mi się przede wszystkim z radami, które nie działają na każdego i często są infantylne, przeważnie też powodują więcej frustracji niż oferują realną pomoc.
Nie chcę mówić, że ta książka jest uniwersalna, bo chyba nie wszystko jest dla każdego, jedno trzeba przyznać - jest dla osób uduchowionych, ale niekoniecznie religijnych (bardzo trafny opis wyżej). Wiadomo, najbardziej zainteresowani nią będą praktykujący buddyści lub osoby chcące wcielić to w życie; sama w ten sposób trafiłam na tę pozycję. Myślę jednak, że powinien ją przeczytać każdy, kto chce osiągnąć w swoim życiu stabilizację duchową, a raczej - spokój wewnętrzny.
Oczywiście, nie każdy zacznie od razu medytować czy podążać drogą dharmy, ale czy jest ktoś, kto nie chciałby nauczyć się panowania nad swoimi reakcjami, emocjami? Włączenie tak zwanego wewnętrznego przycisku STOP jest w dzisiejszych czasach trudne. Wszystko pędzi, więc pędzimy i my. Lodro chce nam pokazać, że nie musi tak wcale być, że to jest kwestia inwestycji we własny umysł, którym właściwie jesteśmy.
Jeśli chodzi o język, to jest on prosty, trafiający do czytelnika (gratulacje dla tłumacza!). Wszelkie kwestie buddyjskie są wyjaśnione tak, że każdy z odrobioną skupienia zrozumie nawet te dość złożone aspekty. Wydaje się czasem, że poradnik ten został napisany z myślą o nastolatkach; młodych ludziach, ale myślę, że porusza ona obszary znane nie tylko młodszym czytelnikom.
Z czystym sumieniem polecam tę książkę wszystkim, którzy chcą otworzyć swój umysł i serce na coś, co pozwoli im lepiej funkcjonować w dzisiejszym świecie.
Pokusy i łakocie. Niezbyt grzeczna rzecz o miłości
Życiem rządzi przypadek. Czasem niepozorne zdarzenie niesie ze sobą poważne konsekwencje.
Claire nie może narzekać na brak szczęścia. W jej życiu nie brakuje radosnych zbiegów okoliczności. Podczas studiów Claire spędziła upojną noc z nowo poznanym mężczyzną. Gdy obudziła się u jego boku, dopadły ją wątpliwości. Gdy kobieta opuszczała mieszkanie kochanka, nie zdawała sobie sprawy, że jej życie zmieni się o 180 stopni. 9 miesięcy po pamiętnej nocy na świat przychodzi Gavin.
Claire zawsze marzyła o prowadzeniu sklepu z łakociami. Pewnego dnia postanawia zrealizować swoje pragnienie. Wraz z przyjaciółką otwiera sklep ze słodyczami. Choć Claire odnosi sukcesy w życiu zawodowym, nie potrafi zapomnieć o ojcu Gavina. Pewnego dnia los uśmiecha się do kobiety. Claire dowiaduje się, że namiętny kochanek usiłował ją odnaleźć. Czy spotkanie po latach zakończy się happy endem?