Recenzje
Dżongło. Niech Będzie, Jak Chce Woda
Architekt rzuca pracę i wyjeżdża do Azji w podróż rowerem. Marzenie o zdobyciu Tybetu okazuje się nierealne, gdy w czasie igrzysk olimpijskich wybuchają tam zamieszki, Nie zna języka ani obyczajów, ale zaczyna szukać sprawcy, którym okazuje się tajemniczy byt, nazywany przez tuziemców Dżongio...
Tygodnik Przegląd Agata Gogołkiewicz 25/2015
100happydays, czyli jak się robi szczęście w 100 dni
„100happydays” to nie jest cienka pozycja, do tego w grubej oprawie, co może niektórych czytelników onieśmielać. Jednak gdy zajrzy się do jej wnętrza można zauważyć, że nie jest to aż taki straszny objętościowo wytwór ludzki jak mogło się na początku wydawać.
Co więc znajduje się w środku?W książce nie ma tradycyjnie pojmowanych rozdziałów, za to jest podział na 100 dni, każdy dzień potraktowany jest oddzielnie i zawiera ćwiczenie. Co jakiś czas można spotkać zdjęcie z podróży autora. Spis treści zaś wyjątkowo znajduje się na końcu pozycji.Czcionka jest dość duża i widoczna. Nie ma problemów z jej odczytaniem. Treść ćwiczeń jest pogrubiona i oddzielona od tekstu dotyczącego ściśle danego dnia. W środku książki dominuje czcionka czarna, a obok niej spotkać można szarą. Wspomniane wcześniej zdjęcia również nie są kolorowe, zobaczyć na nich można różne odcienie szarości.
Okładka jak już wspomniałam jest twarda dzięki czemu książka nawet noszona ze sobą tak szybko się nie zniszczy. Do tego jest w żywej kolorystyce, dominuje słoneczna żółć (przynajmniej mnie skojarzył się ten kolor z promieniami słonecznymi, ciepłem, ale również przyciąga on i jakby woła by zajrzeć do środka).
Nazwisko autora, autor jest dość znaną postacią. Przynajmniej w środowisku osób interesujących się rozwojem osobistym, coachingiem. Do tego przy treści poświęconej 100 dniu zamieszczona jest mała „reklama” bo zamieszczone są linki do stron Mateusza Grzesiaka.
Co do oceny książki i prezentowanej tu treści trudno mi ocenić ją jednoznacznie. Najpierw czekałam aż książka przyjdzie i byłam jej bardzo ciekawa. Początek lektury nie był najlepszy, pozycja w ogóle nie przypadała mi do gustu, jednak później gdy przewijałam kartki i zapoznawałam się z treścią kolejnych dni, kolejnych „rozdziałów” nieraz spotykałam ciekawe dla mnie rzeczy. Niektóre informacje dały mi do myślenia, pewne treści były pouczające. I początkowe pytania „po co w ogóle autor napisał tę książkę?” zaczęły niknąć a za to pojawiały się myśli, że może nie jest to taka zła publikacja.„100happydays” powstała jako następstwo pewnych działań autora na swym profilu na pewnym portalu społecznościowym oraz dość gorącym ich przyjęciem przez czytelników. Co może przemawiać za zajrzeniem do tejże pozycji.Jeśli ktoś polubił inne pozycje tego autora, ceni jego różne działania to myślę, że może spróbować zajrzeć do tej książki, zabrać się za jej lekturę i wykonanie zawartych tu ćwiczeń. W innym wypadku warto zajrzeć do środka, przeczytać kawałek i wówczas podjąć decyzję czy taki sposób narracji i przekazywania informacji odpowiada danemu czytelnikowi. I czy zechce wybrać się w podróż z autorem. Ja swej wyprawy nie żałuję choć nieraz miałam różne ‘ale’. No, ale nie wszystko musi nam się podobać i nie ze wszystkim musimy się zgadzać. Dla siebie kilka ciekawych rzeczy „wyciągnęłam”.
Dziękuję więc autorowi za książkę :) Dziękuję.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie
Co więc znajduje się w środku?W książce nie ma tradycyjnie pojmowanych rozdziałów, za to jest podział na 100 dni, każdy dzień potraktowany jest oddzielnie i zawiera ćwiczenie. Co jakiś czas można spotkać zdjęcie z podróży autora. Spis treści zaś wyjątkowo znajduje się na końcu pozycji.Czcionka jest dość duża i widoczna. Nie ma problemów z jej odczytaniem. Treść ćwiczeń jest pogrubiona i oddzielona od tekstu dotyczącego ściśle danego dnia. W środku książki dominuje czcionka czarna, a obok niej spotkać można szarą. Wspomniane wcześniej zdjęcia również nie są kolorowe, zobaczyć na nich można różne odcienie szarości.
Okładka jak już wspomniałam jest twarda dzięki czemu książka nawet noszona ze sobą tak szybko się nie zniszczy. Do tego jest w żywej kolorystyce, dominuje słoneczna żółć (przynajmniej mnie skojarzył się ten kolor z promieniami słonecznymi, ciepłem, ale również przyciąga on i jakby woła by zajrzeć do środka).
Nazwisko autora, autor jest dość znaną postacią. Przynajmniej w środowisku osób interesujących się rozwojem osobistym, coachingiem. Do tego przy treści poświęconej 100 dniu zamieszczona jest mała „reklama” bo zamieszczone są linki do stron Mateusza Grzesiaka.
Co do oceny książki i prezentowanej tu treści trudno mi ocenić ją jednoznacznie. Najpierw czekałam aż książka przyjdzie i byłam jej bardzo ciekawa. Początek lektury nie był najlepszy, pozycja w ogóle nie przypadała mi do gustu, jednak później gdy przewijałam kartki i zapoznawałam się z treścią kolejnych dni, kolejnych „rozdziałów” nieraz spotykałam ciekawe dla mnie rzeczy. Niektóre informacje dały mi do myślenia, pewne treści były pouczające. I początkowe pytania „po co w ogóle autor napisał tę książkę?” zaczęły niknąć a za to pojawiały się myśli, że może nie jest to taka zła publikacja.„100happydays” powstała jako następstwo pewnych działań autora na swym profilu na pewnym portalu społecznościowym oraz dość gorącym ich przyjęciem przez czytelników. Co może przemawiać za zajrzeniem do tejże pozycji.Jeśli ktoś polubił inne pozycje tego autora, ceni jego różne działania to myślę, że może spróbować zajrzeć do tej książki, zabrać się za jej lekturę i wykonanie zawartych tu ćwiczeń. W innym wypadku warto zajrzeć do środka, przeczytać kawałek i wówczas podjąć decyzję czy taki sposób narracji i przekazywania informacji odpowiada danemu czytelnikowi. I czy zechce wybrać się w podróż z autorem. Ja swej wyprawy nie żałuję choć nieraz miałam różne ‘ale’. No, ale nie wszystko musi nam się podobać i nie ze wszystkim musimy się zgadzać. Dla siebie kilka ciekawych rzeczy „wyciągnęłam”.
Dziękuję więc autorowi za książkę :) Dziękuję.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie
swiatairi.blogspot.com Airi
Kodeks wygranych. X przykazań człowieka sukcesu. Wydanie 2
Jestem świeżo po lekturze książki Krzysztofa Króla „Kodeks wygranych. X przykazań człowieka sukcesu”. To drugie wydanie pozycji od Wydawnictwa Helion, dlatego może najpierw skupię się właśnie na technicznych aspektach książki.
Czarna sztywna okładka, ogromny czerwony „X”, złote litery przedstawiające imię i nazwisko autora… - piękny minimalizm, który uwielbiam. Do tego mamy czerwoną tasiemkę służącą za zakładkę. A jeśli dołożymy jeszcze bardzo dobrą do czytania czcionkę, liczne ramki z cytatami, zadaniami do wykonania, historiami motywacyjnymi, graficznym przedstawianiem informacji oraz podsumowaniami rozdziałów, mamy obraz całości uporządkowanej, a jednocześnie pisanej na luzie, bez presji i tzw. „lania wody”. Moją uwagę jako polonistki zwrócił uwagę brak wyjustowania tekstu. Może to śmieszne, że akurat to zauważyłam, jednak nie pamiętam, bym spotkała tego typu lekturę właśnie bez podstawowego zdawałoby się formatowania tekstu. Czy to źle? Nie! Wręcz przeciwnie – myślę, że takie przedstawienie treści wskazuje na ludzkie podejście autora do czytelnika. Nie chodzi tutaj o trzymanie konwenansów i pokazanie, że autor jest tutaj mistrzem, a my, czytelnicy, zwykłymi czeladnikami, którzy nie mają myśleć, tylko się słuchać bez szemrania. Widać tutaj równość, przyjacielskie stosunki i zrozumienie.
Dzięki zabiegom redakcyjnym, czyli tym wszystkim wyróżnikom, książkę czyta się bardzo wygodnie i szybko – aż zbyt szybko, gdyż treść jest niezwykle interesująca i ciągnie do dalszej lektury, a tu przecież autor wyraźnie zaleca wykonywanie poszczególnych zadań (nawet „krzyczy” dosadnie, jeśli się nie zastosujemy). Zaskoczeniem jest od razu pierwsze zadanie – „załóż dziennik” – i to taki odręcznie pisany na kartkach papieru, a nie elektroniczny! Bardzo mi się to spodobało, gdyż kiedyś już prowadziłam dziennik i zawsze uważałam, że taki pisany na komputerze (jak prowadził Doggie Hawser w serialu telewizyjnym) jest bezduszny, pozbawiony tych emocji, drżenia ręki, zapisków na marginesie.
Tak więc Krzysztof Król w „Kodeksie wygranych” prowadzi z czytelnikiem dialog, kłóci się z nim, chwali go, przeprasza, nakierowuje, zawraca, przypomina i popycha do przodu. Książka według mnie przypomina warsztat prowadzony w sposób indywidualny, gdzie trener personalny może skupić się na konkretnej osobie i poświęcić jej całą swoją uwagę. Rzadko spotykałam taką metodę pisania poradników, a powinna być według mnie zdecydowane częściej realizowana.
Krzysztof Król pokazuje, że każdy człowiek ma szansę osiągnąć sukces i wystarczy, że poświęci na to trochę swojego czasu i będzie po prostu myśleć, gdyż rozmyślanie (kontemplacja) pozwala na wyrobienie swojego zdania na dany temat i wytrenowanie swojego umysłu, który zwyczajnie jest leniwy i woli iść najprostszą ścieżką. Autor zaznacza, że niezwykle istotne jest wyznaczanie sobie celów do realizacji, ale nie mogą to być cele abstrakcyjne, muszą być konkretne, zapisane w pierwszej osobie, z dokładnie wyliczonym czasem na ich realizację, podziałem na drobniejsze zadania na dany rok, miesiąc, tydzień, dzień.
Autor uzmysławia nam, że tylko my sami możemy zadbać o spełnienie naszych marzeń. Tylko my mamy moc pokonywania trudności i przybliżania się krok po kroku do naszej Tajlandii. Krzysztof Król mieszka w Tajlandii zgodnie ze swoim wieloletnim pragnieniem - w wieku 31 lat spełnił praktycznie wszystkie swoje główne cele, więc myślę, że jest z kogo brać przykład, prawda? No właśnie – na to też autor zwraca uwagę – bierzmy przykład z autorytetów, czyli osób, które osiągnęły to, co nam się marzy. Naśladując postępowanie takich ludzi, nam też uda się zwyciężyć!
„Kodeks Wygranych” jest książką bogatą w spostrzeżenia na pozór oczywiste, a z których nie zdajemy sobie sprawy, póki ktoś głośno nie powie nam o nich. Krzysztof Król pełni więc tutaj rolę swoistego mentora, który jednocześnie nie wywyższa się, nie jest samolubny i rzeczywiście zależy mu na tym, by czytelnik również posiadł informacje pomocne w wygranej – wygranej w życiu prywatnym i zawodowym. Ponadto zaznacza, że nic nie zrobi się samo. Potrzebne jest duże samozaparcie, wytrwałość w dążeniu do celu i podnoszenie się z upadków, które na pewno się zdarzą. Autor nie jest idealny – sam pisze, że i jemu zdarzały się wpadki, fuck-upy, ale najważniejsze jest to, by potem nie chować głowy w piasek, ale podnosić ją i iść dalej!
Poradnik został poszerzony o „Pierwsze 7 dni programu Wyzwanie90dni®” zarówno w wersji pisanej, jak i na płycie DVD, na której zamieszczone zostały 4 godziny wykładów w formacie mp4 oraz mp3. Mamy więc możliwość zobaczyć piękną Tajlandię, posłuchać świergotu ptaków przy wschodzie słońca, szumu fal i zobaczyć samego Krzysztofa Króla, którego osoba zaraża optymizmem, a sposób bycia zachęca do działania i pozwala zwyczajnie uwierzyć w to, co mówi, co przekazuje.
Uważam, że każdy, kto ma wystarczające chęci, odkryje dzięki „Kodeksowi wygranych” oraz programowi „Wyzwanie90dni®”, w jaki sposób poprawić jakość swojego życia i stać się człowiekiem szczęśliwym, spełnionym, pewnym siebie i zdrowym. Odkryje wewnętrzną motywację i po prostu osiągnie sukces – poświadczają to również komentarze znanych osobistości przytoczone na samym początku książki, np. Grzegorz Stróżniak z zespołu Lombard czy Kamil Cebulski – najmłodszy milioner w Polsce.
Czarna sztywna okładka, ogromny czerwony „X”, złote litery przedstawiające imię i nazwisko autora… - piękny minimalizm, który uwielbiam. Do tego mamy czerwoną tasiemkę służącą za zakładkę. A jeśli dołożymy jeszcze bardzo dobrą do czytania czcionkę, liczne ramki z cytatami, zadaniami do wykonania, historiami motywacyjnymi, graficznym przedstawianiem informacji oraz podsumowaniami rozdziałów, mamy obraz całości uporządkowanej, a jednocześnie pisanej na luzie, bez presji i tzw. „lania wody”. Moją uwagę jako polonistki zwrócił uwagę brak wyjustowania tekstu. Może to śmieszne, że akurat to zauważyłam, jednak nie pamiętam, bym spotkała tego typu lekturę właśnie bez podstawowego zdawałoby się formatowania tekstu. Czy to źle? Nie! Wręcz przeciwnie – myślę, że takie przedstawienie treści wskazuje na ludzkie podejście autora do czytelnika. Nie chodzi tutaj o trzymanie konwenansów i pokazanie, że autor jest tutaj mistrzem, a my, czytelnicy, zwykłymi czeladnikami, którzy nie mają myśleć, tylko się słuchać bez szemrania. Widać tutaj równość, przyjacielskie stosunki i zrozumienie.
Dzięki zabiegom redakcyjnym, czyli tym wszystkim wyróżnikom, książkę czyta się bardzo wygodnie i szybko – aż zbyt szybko, gdyż treść jest niezwykle interesująca i ciągnie do dalszej lektury, a tu przecież autor wyraźnie zaleca wykonywanie poszczególnych zadań (nawet „krzyczy” dosadnie, jeśli się nie zastosujemy). Zaskoczeniem jest od razu pierwsze zadanie – „załóż dziennik” – i to taki odręcznie pisany na kartkach papieru, a nie elektroniczny! Bardzo mi się to spodobało, gdyż kiedyś już prowadziłam dziennik i zawsze uważałam, że taki pisany na komputerze (jak prowadził Doggie Hawser w serialu telewizyjnym) jest bezduszny, pozbawiony tych emocji, drżenia ręki, zapisków na marginesie.
Tak więc Krzysztof Król w „Kodeksie wygranych” prowadzi z czytelnikiem dialog, kłóci się z nim, chwali go, przeprasza, nakierowuje, zawraca, przypomina i popycha do przodu. Książka według mnie przypomina warsztat prowadzony w sposób indywidualny, gdzie trener personalny może skupić się na konkretnej osobie i poświęcić jej całą swoją uwagę. Rzadko spotykałam taką metodę pisania poradników, a powinna być według mnie zdecydowane częściej realizowana.
Krzysztof Król pokazuje, że każdy człowiek ma szansę osiągnąć sukces i wystarczy, że poświęci na to trochę swojego czasu i będzie po prostu myśleć, gdyż rozmyślanie (kontemplacja) pozwala na wyrobienie swojego zdania na dany temat i wytrenowanie swojego umysłu, który zwyczajnie jest leniwy i woli iść najprostszą ścieżką. Autor zaznacza, że niezwykle istotne jest wyznaczanie sobie celów do realizacji, ale nie mogą to być cele abstrakcyjne, muszą być konkretne, zapisane w pierwszej osobie, z dokładnie wyliczonym czasem na ich realizację, podziałem na drobniejsze zadania na dany rok, miesiąc, tydzień, dzień.
Autor uzmysławia nam, że tylko my sami możemy zadbać o spełnienie naszych marzeń. Tylko my mamy moc pokonywania trudności i przybliżania się krok po kroku do naszej Tajlandii. Krzysztof Król mieszka w Tajlandii zgodnie ze swoim wieloletnim pragnieniem - w wieku 31 lat spełnił praktycznie wszystkie swoje główne cele, więc myślę, że jest z kogo brać przykład, prawda? No właśnie – na to też autor zwraca uwagę – bierzmy przykład z autorytetów, czyli osób, które osiągnęły to, co nam się marzy. Naśladując postępowanie takich ludzi, nam też uda się zwyciężyć!
„Kodeks Wygranych” jest książką bogatą w spostrzeżenia na pozór oczywiste, a z których nie zdajemy sobie sprawy, póki ktoś głośno nie powie nam o nich. Krzysztof Król pełni więc tutaj rolę swoistego mentora, który jednocześnie nie wywyższa się, nie jest samolubny i rzeczywiście zależy mu na tym, by czytelnik również posiadł informacje pomocne w wygranej – wygranej w życiu prywatnym i zawodowym. Ponadto zaznacza, że nic nie zrobi się samo. Potrzebne jest duże samozaparcie, wytrwałość w dążeniu do celu i podnoszenie się z upadków, które na pewno się zdarzą. Autor nie jest idealny – sam pisze, że i jemu zdarzały się wpadki, fuck-upy, ale najważniejsze jest to, by potem nie chować głowy w piasek, ale podnosić ją i iść dalej!
Poradnik został poszerzony o „Pierwsze 7 dni programu Wyzwanie90dni®” zarówno w wersji pisanej, jak i na płycie DVD, na której zamieszczone zostały 4 godziny wykładów w formacie mp4 oraz mp3. Mamy więc możliwość zobaczyć piękną Tajlandię, posłuchać świergotu ptaków przy wschodzie słońca, szumu fal i zobaczyć samego Krzysztofa Króla, którego osoba zaraża optymizmem, a sposób bycia zachęca do działania i pozwala zwyczajnie uwierzyć w to, co mówi, co przekazuje.
Uważam, że każdy, kto ma wystarczające chęci, odkryje dzięki „Kodeksowi wygranych” oraz programowi „Wyzwanie90dni®”, w jaki sposób poprawić jakość swojego życia i stać się człowiekiem szczęśliwym, spełnionym, pewnym siebie i zdrowym. Odkryje wewnętrzną motywację i po prostu osiągnie sukces – poświadczają to również komentarze znanych osobistości przytoczone na samym początku książki, np. Grzegorz Stróżniak z zespołu Lombard czy Kamil Cebulski – najmłodszy milioner w Polsce.
abcZdrowie.pl Alicja Barszcz
Pokusy i łakocie. Rodzina nie do końca idealna
Co się stanie, gdy pewna para przypadkowych rodziców wspólnie zamieszka? Czy poradzą sobie z wychowaniem dziecka i staną na ślubnym kobiercu?
Clarie i Carter to bohaterowie znani czytelnikom z pierwszego tomu „Pokus i łakoci”. Są młodzi, bardzo zakochani i właśnie podjęli próbę wychowania syna. W drugiej książce Tary Sivec spotykamy ich ponownie. Para razem zamieszka, pozna swoje wady i nagle okaże się, że przyszłość z drugim człowiekiem nie jest wcale lukrowa. Czy ten związek przetrwa i zakończy się ślubem?
Do sięgnięcia po drugą część z serii „Chocolate Lovers” nie trzeba było mnie namawiać. Losami Clarie i Cartera byłam zaintrygowana od samego początku. W końcu to niecodzienne, odnaleźć obiekt przypadkowego seksu sprzed lat i próbować stworzyć z nim związek. W drugiej części para, pod wpływem ślubnych przygotowań najlepszych przyjaciół, sama zacznie myśleć nad wypowiedzeniem magicznego „tak”. Ale spokojnie, nie będzie idealnie. Gwarantuję, że przy czytaniu tej książki nie zemdli was od nadmiaru słodkości. Wręcz przeciwnie, środowisko bohaterów to mieszanka wybuchowa, która zapewni odbiorcy potężną dawkę humoru.
Książki Tary Sivec zasadniczo różnią się od innych powieści dla kobiet. Autorka ma coś, czego brak wielu dzisiejszym pisarkom. Nie chodzi o znakomity styl czy wyobraźnię, tylko o zwyczajny dystans do otaczającego świata i ludzi. To on sprawia, że odbiorca w trakcie czytania, raz po raz wybucha śmiechem. Sivec udało się uniknąć pułapki „przesłodzenia”. W tej historii obalono mity znane ze szklanego ekranu. Bohaterowie nie odchodzą w stronę zachodzącego słońca, by żyć długo i szczęśliwie. Zamiast tego przytrafia się im kolejna seria przypadków i niefortunnych zdarzeń. Wykreowanej przez autorkę Clarie daleko do idealnej księżniczki. Przeklina, mówi to co myśli, a po pijaku zachowuje się jak wariatka. Carter również nie należy do przesadnych romantyków. Od dłuższego czasu chce się oświadczyć, ale każda próba kończy się klapą. Napięcie w związku tej pary wzrasta niemal z każdą przeczytaną stroną. Rodzi się wiele niedomówień, które rosną do rangi problemów. Dodajmy do tego zwariowanych przyjaciół, stresujące spotkania z teściami i czterolatka, który nadużywa słowa „parówka”. Co się stanie, gdy okaże się, że przyszłość bohaterów nie będzie taka jak w filmie?
Dlaczego książki Tary Sivec wciągają? Odpowiedź jest prosta. Przedstawiają obraz życia normalnej pary, z chwilami wzlotów i upadków. Część z nas ma już dosyć przesłodzonych historii, które w realnym życiu właściwie się nie zdarzają. Seria „Pokus i łakoci” daje nieco odważniejsze spojrzenia na literaturę kobiecą. Autorka znakomicie wyważyła proporcje między tym co romantyczne, a tym co śmieszne i ostre. Tutaj uczucia miłości przeplatają się z morderczymi instynktami. Dzięki temu odbiory nie grozi niestrawność i bez trudu przeczyta tę książkę do końca. Zresztą, nie oszukujmy się, każda z nas ma czasem ochotę „zabić” swojego faceta, bo za głośno chrapie albo po raz kolejny zapomniał zrobić zakupów.
Zatem, jeśli macie dosyć oglądania „idealnych” relacji, sięgnijcie po tę książkę. Nie jest to literatura wysokich lotów. W odbiorze czasem przeszkadza przewidywalność i kumulacja wulgaryzmów, ale w przypadku tej powieści są to mało istotne minusy. Fanki pierwszego tomu na pewno nie będą zawiedzione.
Clarie i Carter to bohaterowie znani czytelnikom z pierwszego tomu „Pokus i łakoci”. Są młodzi, bardzo zakochani i właśnie podjęli próbę wychowania syna. W drugiej książce Tary Sivec spotykamy ich ponownie. Para razem zamieszka, pozna swoje wady i nagle okaże się, że przyszłość z drugim człowiekiem nie jest wcale lukrowa. Czy ten związek przetrwa i zakończy się ślubem?
Do sięgnięcia po drugą część z serii „Chocolate Lovers” nie trzeba było mnie namawiać. Losami Clarie i Cartera byłam zaintrygowana od samego początku. W końcu to niecodzienne, odnaleźć obiekt przypadkowego seksu sprzed lat i próbować stworzyć z nim związek. W drugiej części para, pod wpływem ślubnych przygotowań najlepszych przyjaciół, sama zacznie myśleć nad wypowiedzeniem magicznego „tak”. Ale spokojnie, nie będzie idealnie. Gwarantuję, że przy czytaniu tej książki nie zemdli was od nadmiaru słodkości. Wręcz przeciwnie, środowisko bohaterów to mieszanka wybuchowa, która zapewni odbiorcy potężną dawkę humoru.
Książki Tary Sivec zasadniczo różnią się od innych powieści dla kobiet. Autorka ma coś, czego brak wielu dzisiejszym pisarkom. Nie chodzi o znakomity styl czy wyobraźnię, tylko o zwyczajny dystans do otaczającego świata i ludzi. To on sprawia, że odbiorca w trakcie czytania, raz po raz wybucha śmiechem. Sivec udało się uniknąć pułapki „przesłodzenia”. W tej historii obalono mity znane ze szklanego ekranu. Bohaterowie nie odchodzą w stronę zachodzącego słońca, by żyć długo i szczęśliwie. Zamiast tego przytrafia się im kolejna seria przypadków i niefortunnych zdarzeń. Wykreowanej przez autorkę Clarie daleko do idealnej księżniczki. Przeklina, mówi to co myśli, a po pijaku zachowuje się jak wariatka. Carter również nie należy do przesadnych romantyków. Od dłuższego czasu chce się oświadczyć, ale każda próba kończy się klapą. Napięcie w związku tej pary wzrasta niemal z każdą przeczytaną stroną. Rodzi się wiele niedomówień, które rosną do rangi problemów. Dodajmy do tego zwariowanych przyjaciół, stresujące spotkania z teściami i czterolatka, który nadużywa słowa „parówka”. Co się stanie, gdy okaże się, że przyszłość bohaterów nie będzie taka jak w filmie?
Dlaczego książki Tary Sivec wciągają? Odpowiedź jest prosta. Przedstawiają obraz życia normalnej pary, z chwilami wzlotów i upadków. Część z nas ma już dosyć przesłodzonych historii, które w realnym życiu właściwie się nie zdarzają. Seria „Pokus i łakoci” daje nieco odważniejsze spojrzenia na literaturę kobiecą. Autorka znakomicie wyważyła proporcje między tym co romantyczne, a tym co śmieszne i ostre. Tutaj uczucia miłości przeplatają się z morderczymi instynktami. Dzięki temu odbiory nie grozi niestrawność i bez trudu przeczyta tę książkę do końca. Zresztą, nie oszukujmy się, każda z nas ma czasem ochotę „zabić” swojego faceta, bo za głośno chrapie albo po raz kolejny zapomniał zrobić zakupów.
Zatem, jeśli macie dosyć oglądania „idealnych” relacji, sięgnijcie po tę książkę. Nie jest to literatura wysokich lotów. W odbiorze czasem przeszkadza przewidywalność i kumulacja wulgaryzmów, ale w przypadku tej powieści są to mało istotne minusy. Fanki pierwszego tomu na pewno nie będą zawiedzione.
kobieta20.pl Ilona Kowalska
Szkolenie kota w 10 minut
Jak myślicie, co zrobi wasza kicia, gdy spróbujecie ją wytresować?
a) początkowo wykaże łaskawe zainteresowanie, później pójdzie spać
b) dosyć szybko zamieni się w futrzastą furię i pokaże wam, kto tutaj kogo będzie tresował
c) całkowicie was zignoruje, ewentualnie zostaniecie rozbrojeni mruczeniem
d) zalegnie przy misce z niewinnym i zdziwionym spojrzeniem "ze Shreka" i odpuścicie
Oczywiście każda z tych odpowiedzi jest prawidłowa. Wszystko zależy bowiem od tego jaki nasz pupil ma charakterek. Mocno tkwi mi w pamięci książka Dawida Ratajczaka Jak wytresować kota?, do głowy więc nie przyszła mi więc myśl, że są możliwe inne odpowiedzi. W końcu, jak to mawia mój znajomy: Tresowanie kota? Prędzej wytresujesz ślimaka do tańca z gwiazdami… A co jeśli jednak można te nasze małe (słodkie) bestyjki wyszkolić? Postanowiłam swój sceptycyzm wobec tego tematu schować w kąt. Dopuszczając możliwość wpłynięcia na moją niepodzielną królową, z zapałem i ciekawością przystąpiłam do lektury Szkolenie kota w 10 minut, autorstwa Miraim Fields-Babineau. Jednym słowem postanowiłam przejść na drugą stronę mocy i spróbować tam swoich sił. W końcu, kto nie ryzykuje ten nie wygrywa.
Optymizm i pewność z jaką autorka podeszła do tematu jest zaraźliwy. Nie ma się jednak czemu dziwić: Miriam od ponad dwudziestu lat jest trenerką zwierząt, szkoli także telewizyjne futerkowe gwiazdy. W swojej publikacji postanowiła pomóc sfrustrowanym właścicielom kociaków i podzielić się z nimi kilkoma prostymi sztuczkami. Dzięki nim mają oni szansę poprawić swoją komunikację z czworonogiem, a także rozwiązać pewne problemy behawioralne. Co warto podkreślić, autorce nie chodzi tylko o dobro właścicieli, ani o to by czuli się oni panami w swoich domach (nie łudźmy się, że to w ogóle możliwe). Fields-Babineau zwraca naszą uwagę na fakt, że nasze „małe tygrysy”, znacznie częściej są porzucane niż psy. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że człowiek nie do końca rozumie koci sposób bycia. Szkolenie, które autorka nam proponuje, oprócz tego, że pomaga wykształcić pożądane nawyki, to jeszcze zacieśnia relacje i pozwala na większe zrozumienie międzygatunkowe. Według niej wystarczy tylko 10 minut dziennie, by współegzystowanie z kotem stało się łatwiejsze, a i by on miał ciekawsze życie i nie obrastał tylko równomiernie tłuszczykiem. Korzyści są więc obopólne. A jeżeli ceną za szczęście jest tylko 10 minut, to warto spróbować.
Gdy czytamy książkę uświadamiamy sobie, ile z rzeczy, o których pisze trenerka intuicyjnie robimy. Może nie uczymy kota siadać ani aportować i nie stosujemy trików z wykorzystaniem odpowiedniego sprzętu - klikera, wskaźnika, łyżki treningowej - ale przecież w jakimś stopniu „dajemy radę” zapanować nad naszym pupilem. Poza tym, myślę, że dobrze byłoby gdybyśmy sobie wybrali cele, na których chcemy się skupić. Jakoś nie wyobrażam sobie, że kontroluję niektóre poruszone w tekście kwestie - kot to w końcu kot, lubię go właśnie za jego niezależność i indywidualizm, niech więc sobie czasem gdzieś wskoczy. Wcielanie pewnych rzeczy na siłę nie ma sensu: bo skoro ja nie jestem zdeterminowana, to mój pupil to wyczuje. A skoro mnie nie zależy to jemu tym bardziej. Wybór, w jakim kierunku szkolić należy do każdego z czytelników.
Moja kotka już swoje lata ma, a jak wiadomo im wcześniej zaczynamy szkolenie tym lepiej. Mimo to, podjęłam wyzwanie. Zaczęłyśmy od "chodź", na razie bez większych efektów. Jedyne co, to patrzy się na mnie, jakbym się z choinki urwała. Co prawda mamy już pewne osiągnięcia, rewelacyjnie wychodzi nam "leżeć" i "zostań", ale jak się pewnie domyślacie wcale nie na moich warunkach.... Daje sobie jednak jeszcze szansę, do pewnych spraw trzeba czasu, cierpliwości i regularności.
Szkolenie kota w 10 minut, to typowy poradnik: bogato ilustrowany, napisany bardzo przystępnie, wyjaśniający wszystko krok po kroku. W sytuacji, gdy czujemy, że pora się poddać, warto zwrócić uwagę na zamieszczone w książce przykłady z życia autorki. Powodzenia!
a) początkowo wykaże łaskawe zainteresowanie, później pójdzie spać
b) dosyć szybko zamieni się w futrzastą furię i pokaże wam, kto tutaj kogo będzie tresował
c) całkowicie was zignoruje, ewentualnie zostaniecie rozbrojeni mruczeniem
d) zalegnie przy misce z niewinnym i zdziwionym spojrzeniem "ze Shreka" i odpuścicie
Oczywiście każda z tych odpowiedzi jest prawidłowa. Wszystko zależy bowiem od tego jaki nasz pupil ma charakterek. Mocno tkwi mi w pamięci książka Dawida Ratajczaka Jak wytresować kota?, do głowy więc nie przyszła mi więc myśl, że są możliwe inne odpowiedzi. W końcu, jak to mawia mój znajomy: Tresowanie kota? Prędzej wytresujesz ślimaka do tańca z gwiazdami… A co jeśli jednak można te nasze małe (słodkie) bestyjki wyszkolić? Postanowiłam swój sceptycyzm wobec tego tematu schować w kąt. Dopuszczając możliwość wpłynięcia na moją niepodzielną królową, z zapałem i ciekawością przystąpiłam do lektury Szkolenie kota w 10 minut, autorstwa Miraim Fields-Babineau. Jednym słowem postanowiłam przejść na drugą stronę mocy i spróbować tam swoich sił. W końcu, kto nie ryzykuje ten nie wygrywa.
Optymizm i pewność z jaką autorka podeszła do tematu jest zaraźliwy. Nie ma się jednak czemu dziwić: Miriam od ponad dwudziestu lat jest trenerką zwierząt, szkoli także telewizyjne futerkowe gwiazdy. W swojej publikacji postanowiła pomóc sfrustrowanym właścicielom kociaków i podzielić się z nimi kilkoma prostymi sztuczkami. Dzięki nim mają oni szansę poprawić swoją komunikację z czworonogiem, a także rozwiązać pewne problemy behawioralne. Co warto podkreślić, autorce nie chodzi tylko o dobro właścicieli, ani o to by czuli się oni panami w swoich domach (nie łudźmy się, że to w ogóle możliwe). Fields-Babineau zwraca naszą uwagę na fakt, że nasze „małe tygrysy”, znacznie częściej są porzucane niż psy. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że człowiek nie do końca rozumie koci sposób bycia. Szkolenie, które autorka nam proponuje, oprócz tego, że pomaga wykształcić pożądane nawyki, to jeszcze zacieśnia relacje i pozwala na większe zrozumienie międzygatunkowe. Według niej wystarczy tylko 10 minut dziennie, by współegzystowanie z kotem stało się łatwiejsze, a i by on miał ciekawsze życie i nie obrastał tylko równomiernie tłuszczykiem. Korzyści są więc obopólne. A jeżeli ceną za szczęście jest tylko 10 minut, to warto spróbować.
Gdy czytamy książkę uświadamiamy sobie, ile z rzeczy, o których pisze trenerka intuicyjnie robimy. Może nie uczymy kota siadać ani aportować i nie stosujemy trików z wykorzystaniem odpowiedniego sprzętu - klikera, wskaźnika, łyżki treningowej - ale przecież w jakimś stopniu „dajemy radę” zapanować nad naszym pupilem. Poza tym, myślę, że dobrze byłoby gdybyśmy sobie wybrali cele, na których chcemy się skupić. Jakoś nie wyobrażam sobie, że kontroluję niektóre poruszone w tekście kwestie - kot to w końcu kot, lubię go właśnie za jego niezależność i indywidualizm, niech więc sobie czasem gdzieś wskoczy. Wcielanie pewnych rzeczy na siłę nie ma sensu: bo skoro ja nie jestem zdeterminowana, to mój pupil to wyczuje. A skoro mnie nie zależy to jemu tym bardziej. Wybór, w jakim kierunku szkolić należy do każdego z czytelników.
Moja kotka już swoje lata ma, a jak wiadomo im wcześniej zaczynamy szkolenie tym lepiej. Mimo to, podjęłam wyzwanie. Zaczęłyśmy od "chodź", na razie bez większych efektów. Jedyne co, to patrzy się na mnie, jakbym się z choinki urwała. Co prawda mamy już pewne osiągnięcia, rewelacyjnie wychodzi nam "leżeć" i "zostań", ale jak się pewnie domyślacie wcale nie na moich warunkach.... Daje sobie jednak jeszcze szansę, do pewnych spraw trzeba czasu, cierpliwości i regularności.
Szkolenie kota w 10 minut, to typowy poradnik: bogato ilustrowany, napisany bardzo przystępnie, wyjaśniający wszystko krok po kroku. W sytuacji, gdy czujemy, że pora się poddać, warto zwrócić uwagę na zamieszczone w książce przykłady z życia autorki. Powodzenia!
Alicya w Krainie Słów Alicya Oss