Recenzje
Paul Tergat. Biegaj z mistrzem
Plany biegowe mistrzów zawsze budzą ciekawość i przyciągają czytelników – zarówno trenerów, jaki i ambitnych biegaczy, którzy lubią eksperymentować ze środkami treningowymi, a także tych, którzy uważają, że jeśli skopiują plan, to i wynikowo… zbliżą się do mistrza. Dlatego książka Jürga Wirza „Paul Tergat. Biegaj z mistrzem!” na pewno znajdzie spore grono czytelników.
Ale ten tytuł, wydany właśnie na naszym rynku przez wydawnictwo Septem, to nie tylko poradnik i zestaw planów biegowych. To przede wszystkim historia wielkiego kenijskiego mistrza, któremu w kolekcji zabrakło złotych medali igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata. Ciągle był drugi – bo szczyt jego kariery zbiegł się ze szczytem etiopskiego „Cesarza”, Hailego Gebrselassie. Opowieść o człowieku, który zaczął biegać, mając 18 lat ale wspiął się na biegowy szczyt, a jego rekordy przetrwały lata…
Jak wyglądała droga na ten szczyt, gdzie stawiał pierwsze biegowe kroki i jak wygląda życie mistrza w Kenii, o wiecznym pojedynku z Gebrselassie, a nawet o tym, że także w dzikiej i pierwotnej Afryce rywalizacja sportowa czasami przechodzi w całkiem niesportową, to niemała część opowieści, która dzięki temu zyskuje barw i wymyka się prostej definicji poradnika. Szkoda trochę, że do polskiego czytelnika książka trafia aż 10 lat po jej pierwszym wydaniu, co czyni ją już miejscami lekko nieaktualną w warstwie liczb, rekordów czy odniesienia do bieżących wydarzeń, ale jej wartość faktograficzna jest niebagatelna.
Jest jednak w książce również sporo tabelek. Są i te, które wpisują się w opowieść, bo zdradzają mistrzowskie plany Tergata, które realizował kiedy zdobywał kolejne tytuły. Dwa – trzy treningi dziennie, jakieś 170-180 km w tygodniu. Później, już w czasach startów maratońskich – 210-240 km, w czasie dwóch najintensywniejszych miesięcy – 260-280 km. Tygodniowo. Są także takie, które do swoich potrzeb mogą zaadaptować amatorzy. I ci ambitni, i biegający mocno i dużo, gotowi pewnie próbować naśladować mistrza i biegać po te 200 km w tygodniu, jak i ci, którzy dopiero stawiają pierwsze biegowe kroki i szukają wskazówek. Większość tabelek z planami podaje tempa opisowo, wcześniej czytelnik znajdzie instrukcje, jak sobie te tempa wyznaczyć. Wystarczy trochę się skupić, poczytać, przemyśleć – i już można trenować jak mistrz! A plany wyglądają na całkiem skuteczne i sensowne, dobrze poukładane.
Warto przy tym zwrócić uwagę, że autorzy planów podkreślają znaczenie ćwiczeń dodatkowych – m.in. siły biegowej, dość dokładnie pokazane, opisane i wpisane w każdy plan, jak i ćwiczenia ogólnorozwojowe, tak ważne dla biegacza, a o których często my sami i autorzy wielu planów zapominamy, poprzestając na stwierdzeniu, że powinno się je wykonywać. Tymczasem wykonują je też najlepsi – i wcale się tego nie wstydzą. Może warto podążyć śladem mistrzów?
Wracając do samej książki, to świetna propozycja zarówno dla tych, którzy lubią czytać i ważna jest dla nich opowieść o Paulu Tergacie, jak i dla treningowych freaków i analityków, którzy mogą się skupić na analizowaniu środków i samych treningów Tergata i przekładać je na trening amatorski.
I tylko jeden drobiazg zgrzyta w lekturze, może tłumacz nie do końca się zna na bieganiu, może redaktor nie dopatrzył, ale… mówi się biegi uliczne i biegi na bieżni. „Biegi drogowe” i „biegi torowe” brzmią dziwacznie. A „bieg w podskokach” (wieloskok) – całkiem śmiesznie, dopóki nie trafi na laika, który będzie próbował go wykonać.
Ale ten tytuł, wydany właśnie na naszym rynku przez wydawnictwo Septem, to nie tylko poradnik i zestaw planów biegowych. To przede wszystkim historia wielkiego kenijskiego mistrza, któremu w kolekcji zabrakło złotych medali igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata. Ciągle był drugi – bo szczyt jego kariery zbiegł się ze szczytem etiopskiego „Cesarza”, Hailego Gebrselassie. Opowieść o człowieku, który zaczął biegać, mając 18 lat ale wspiął się na biegowy szczyt, a jego rekordy przetrwały lata…
Jak wyglądała droga na ten szczyt, gdzie stawiał pierwsze biegowe kroki i jak wygląda życie mistrza w Kenii, o wiecznym pojedynku z Gebrselassie, a nawet o tym, że także w dzikiej i pierwotnej Afryce rywalizacja sportowa czasami przechodzi w całkiem niesportową, to niemała część opowieści, która dzięki temu zyskuje barw i wymyka się prostej definicji poradnika. Szkoda trochę, że do polskiego czytelnika książka trafia aż 10 lat po jej pierwszym wydaniu, co czyni ją już miejscami lekko nieaktualną w warstwie liczb, rekordów czy odniesienia do bieżących wydarzeń, ale jej wartość faktograficzna jest niebagatelna.
Jest jednak w książce również sporo tabelek. Są i te, które wpisują się w opowieść, bo zdradzają mistrzowskie plany Tergata, które realizował kiedy zdobywał kolejne tytuły. Dwa – trzy treningi dziennie, jakieś 170-180 km w tygodniu. Później, już w czasach startów maratońskich – 210-240 km, w czasie dwóch najintensywniejszych miesięcy – 260-280 km. Tygodniowo. Są także takie, które do swoich potrzeb mogą zaadaptować amatorzy. I ci ambitni, i biegający mocno i dużo, gotowi pewnie próbować naśladować mistrza i biegać po te 200 km w tygodniu, jak i ci, którzy dopiero stawiają pierwsze biegowe kroki i szukają wskazówek. Większość tabelek z planami podaje tempa opisowo, wcześniej czytelnik znajdzie instrukcje, jak sobie te tempa wyznaczyć. Wystarczy trochę się skupić, poczytać, przemyśleć – i już można trenować jak mistrz! A plany wyglądają na całkiem skuteczne i sensowne, dobrze poukładane.
Warto przy tym zwrócić uwagę, że autorzy planów podkreślają znaczenie ćwiczeń dodatkowych – m.in. siły biegowej, dość dokładnie pokazane, opisane i wpisane w każdy plan, jak i ćwiczenia ogólnorozwojowe, tak ważne dla biegacza, a o których często my sami i autorzy wielu planów zapominamy, poprzestając na stwierdzeniu, że powinno się je wykonywać. Tymczasem wykonują je też najlepsi – i wcale się tego nie wstydzą. Może warto podążyć śladem mistrzów?
Wracając do samej książki, to świetna propozycja zarówno dla tych, którzy lubią czytać i ważna jest dla nich opowieść o Paulu Tergacie, jak i dla treningowych freaków i analityków, którzy mogą się skupić na analizowaniu środków i samych treningów Tergata i przekładać je na trening amatorski.
I tylko jeden drobiazg zgrzyta w lekturze, może tłumacz nie do końca się zna na bieganiu, może redaktor nie dopatrzył, ale… mówi się biegi uliczne i biegi na bieżni. „Biegi drogowe” i „biegi torowe” brzmią dziwacznie. A „bieg w podskokach” (wieloskok) – całkiem śmiesznie, dopóki nie trafi na laika, który będzie próbował go wykonać.
magazynbieganie.pl Tomasz Pojawa; 2015-09-11
Piękne kłamstwo. Igrając z ogniem
Siła prawdy
Co do ludzi, to są stosunkowo młodą rasą, słabą i podatną na manipulację, jednak jednego wam nie można odmówić... Odwagi, z jaką narażacie dla innych swoje kruche życie – pisała Magdalena Marków, a słowa te tylko podkreślają specyfikę natury ludzkiej. Z jednej bowiem strony potrafimy bezmyślnie ranić, zadawać cierpienie tylko dla własnej satysfakcji, z drugiej zaś - jesteśmy gotowi na poświęcenie, na oddanie swojego życia w zamian za życie innych.
Czy tak właśnie wygląda związek Parker i Milo? Czy są gotowi oddać za siebie życie? Parker nigdy nie ukrywała, że choć kocha narzeczonego, choć jest on najlepszym przyjacielem, to nigdy nie oddała mu pełni siebie, nigdy nie czuła motyli w brzuchu, a jej uczucie miało więcej wspólnego z rozsądkiem niż z porywem serca. Już wiele lat temu obiecała sobie, że nigdy nikogo nie pokocha tak, by rozstanie mogło narazić ją na zranienie. Nigdy nikomu nie zaufa, bowiem zawsze kończy się to cierpieniem. Zrobiła jednak wyjątek – Garrett i Milo, dwaj przyjaciele ze szkolnej ławki, stali się i jej najlepszymi przyjaciółmi, zaś jeden z nich krok po kroku zbliżał się do niej, stając się partnerem, kochankiem, a wkrótce i mężem. Przynajmniej tak właśnie miało być, zanim Milo nie zginął podczas tajnej misji na Dominikanie.
Teraz, pół roku po tym tragicznym wydarzeniu, Garrett postanowił szukać sprawiedliwości i wreszcie odkryć, co takiego stało się podczas operacji, w której jego przyjaciel uczestniczył. Dręczony poczuciem winy, pragnie sprawiedliwości, a choć nie przywróci to życia Milo, to przynajmniej odpowiedzialni za jego śmierć zostaną ukarani. To on jako przełożony Milo powinien go chronić, to on powinien zaoszczędzić cierpienia Parker. Tymczasem czuje, że zawiódł - i to w dwójnasób. Nie dość, że prawdopodobnie szczegóły operacji były niedopracowane, to jeszcze Garrett grzeszy myślą za każdym razem, kiedy widzi Parker. Tak właściwie było od początku ich znajomości. Pokochał dziewczynę całym swoim sercem i zrobiłby dla niej wszystko, ale Milo był pierwszy i to on postanowił się z nią związać. Garrettowi musiał wystarczyć fakt, że to w jego ramionach dziewczyna szukała pocieszenia i schronienia, to do niego przychodziła po radę czy wsparcie. Teraz, kiedy nie ma już Milo, zostało mu tylko jedno do zrobienia – doprowadzić misję do końca i wreszcie rozpracować prezydenta Dominikany oraz jego nieczyste interesy.
Plan wydaje się prosty – Garrett ma lecieć na Dominikanę z wojskowym fotografem, kobietą mającą wcielić się w rolę jego żony. Wypadek, jakiemu ulega partnerka sprawia, że koniecznie trzeba ją zastąpić. I tu właśnie na scenę wkracza Annabelle Parker, jeden z najlepszych fotografów w kraju, współpracująca między innymi z „National Geographic”. Za obiektywem aparatu Parker skrywa nie tylko prawdziwe imię, ale i… prawdziwy zawód. Okazuje się bowiem, że kobieta jest tak naprawdę agentem CIA, dla którego zdjęcia są tylko alibi, częścią fałszywego życiorysu, mającego za zadanie ukrycie prawdziwego miejsca pracy.
Można się tylko domyślać, jakie emocje targają Garrettem, który zaczyna wątpić w prawdziwość ich przyjaźni, ale przede wszystkim – zmuszony do odgrywania męża Parker – nie potrafi już dłużej powstrzymać swoich żądz. Czy jednak Dominikana to odpowiednie miejsce na rozpoczynanie tak skomplikowanego związku? Czy Garrett zdoła uporać się ze świadomością, że jego przyjaciółka jest doskonale wyszkolonym agentem, dysponującym ogromną wiedzą i umiejętnościami? Co kryje się tak naprawdę za fasadą legalnych interesów prowadzonych przez prezydenta Fernandeza i dlaczego zarówno Parker, jak i Garrett, mają coraz większe wątpliwości co do uczciwości Milo? To zaledwie kilka z dziesiątek pytań nasuwających się podczas lektury. Mimo iż Igrając z ogniem. Piękne kłamstwo T.E.Sivec ma bez wątpienia erotyczny wydźwięk, to jednak przede wszystkim jest powieścią sensacyjną, w której manipulacja, działania tajnych służb, nielegalna działalność związana z nieletnimi dziewczętami splatają się ze sobą, tworząc porywającą fabułę.
Liczne zwroty akcji trzymają w nieustannym napięciu, tropy urywają się nagle, zmieniają kierunek, sprowadzając na manowce, zaś kolejne wydarzenia zaskakują i sprawiają, że niczego tak naprawdę nie można być pewnym. Autorka doprowadza kłamstwo do perfekcji, stosuje iście makiaweliczne chwyty, żeby uwikłać swoich bohaterów w skomplikowaną grę pozorów, zaś czytelników uczynić niewolnikami lektury. Doskonale prowadzoną akcję i świetne dialogi uzupełniają również bohaterowie, którzy odciskają trwałe piętno na stronach książki i zapisują się w pamięci. I choć chwilami można tylko mieć wątpliwości co do historii samej Parker, która wydaje się tak bogata, że aż nierealna, to wszak wiadomo, że najlepsze opowieści pisze życie… Teraz, po skończonej lekturze, nie pozostaje nic innego, jak tylko z niecierpliwością wyglądać kontynuacji powieści, pamiętając, że czas pożegnać przeszłość i wszystkie piękne kłamstwa (…), by wyjść na powitanie przyszłości.
Co do ludzi, to są stosunkowo młodą rasą, słabą i podatną na manipulację, jednak jednego wam nie można odmówić... Odwagi, z jaką narażacie dla innych swoje kruche życie – pisała Magdalena Marków, a słowa te tylko podkreślają specyfikę natury ludzkiej. Z jednej bowiem strony potrafimy bezmyślnie ranić, zadawać cierpienie tylko dla własnej satysfakcji, z drugiej zaś - jesteśmy gotowi na poświęcenie, na oddanie swojego życia w zamian za życie innych.
Czy tak właśnie wygląda związek Parker i Milo? Czy są gotowi oddać za siebie życie? Parker nigdy nie ukrywała, że choć kocha narzeczonego, choć jest on najlepszym przyjacielem, to nigdy nie oddała mu pełni siebie, nigdy nie czuła motyli w brzuchu, a jej uczucie miało więcej wspólnego z rozsądkiem niż z porywem serca. Już wiele lat temu obiecała sobie, że nigdy nikogo nie pokocha tak, by rozstanie mogło narazić ją na zranienie. Nigdy nikomu nie zaufa, bowiem zawsze kończy się to cierpieniem. Zrobiła jednak wyjątek – Garrett i Milo, dwaj przyjaciele ze szkolnej ławki, stali się i jej najlepszymi przyjaciółmi, zaś jeden z nich krok po kroku zbliżał się do niej, stając się partnerem, kochankiem, a wkrótce i mężem. Przynajmniej tak właśnie miało być, zanim Milo nie zginął podczas tajnej misji na Dominikanie.
Teraz, pół roku po tym tragicznym wydarzeniu, Garrett postanowił szukać sprawiedliwości i wreszcie odkryć, co takiego stało się podczas operacji, w której jego przyjaciel uczestniczył. Dręczony poczuciem winy, pragnie sprawiedliwości, a choć nie przywróci to życia Milo, to przynajmniej odpowiedzialni za jego śmierć zostaną ukarani. To on jako przełożony Milo powinien go chronić, to on powinien zaoszczędzić cierpienia Parker. Tymczasem czuje, że zawiódł - i to w dwójnasób. Nie dość, że prawdopodobnie szczegóły operacji były niedopracowane, to jeszcze Garrett grzeszy myślą za każdym razem, kiedy widzi Parker. Tak właściwie było od początku ich znajomości. Pokochał dziewczynę całym swoim sercem i zrobiłby dla niej wszystko, ale Milo był pierwszy i to on postanowił się z nią związać. Garrettowi musiał wystarczyć fakt, że to w jego ramionach dziewczyna szukała pocieszenia i schronienia, to do niego przychodziła po radę czy wsparcie. Teraz, kiedy nie ma już Milo, zostało mu tylko jedno do zrobienia – doprowadzić misję do końca i wreszcie rozpracować prezydenta Dominikany oraz jego nieczyste interesy.
Plan wydaje się prosty – Garrett ma lecieć na Dominikanę z wojskowym fotografem, kobietą mającą wcielić się w rolę jego żony. Wypadek, jakiemu ulega partnerka sprawia, że koniecznie trzeba ją zastąpić. I tu właśnie na scenę wkracza Annabelle Parker, jeden z najlepszych fotografów w kraju, współpracująca między innymi z „National Geographic”. Za obiektywem aparatu Parker skrywa nie tylko prawdziwe imię, ale i… prawdziwy zawód. Okazuje się bowiem, że kobieta jest tak naprawdę agentem CIA, dla którego zdjęcia są tylko alibi, częścią fałszywego życiorysu, mającego za zadanie ukrycie prawdziwego miejsca pracy.
Można się tylko domyślać, jakie emocje targają Garrettem, który zaczyna wątpić w prawdziwość ich przyjaźni, ale przede wszystkim – zmuszony do odgrywania męża Parker – nie potrafi już dłużej powstrzymać swoich żądz. Czy jednak Dominikana to odpowiednie miejsce na rozpoczynanie tak skomplikowanego związku? Czy Garrett zdoła uporać się ze świadomością, że jego przyjaciółka jest doskonale wyszkolonym agentem, dysponującym ogromną wiedzą i umiejętnościami? Co kryje się tak naprawdę za fasadą legalnych interesów prowadzonych przez prezydenta Fernandeza i dlaczego zarówno Parker, jak i Garrett, mają coraz większe wątpliwości co do uczciwości Milo? To zaledwie kilka z dziesiątek pytań nasuwających się podczas lektury. Mimo iż Igrając z ogniem. Piękne kłamstwo T.E.Sivec ma bez wątpienia erotyczny wydźwięk, to jednak przede wszystkim jest powieścią sensacyjną, w której manipulacja, działania tajnych służb, nielegalna działalność związana z nieletnimi dziewczętami splatają się ze sobą, tworząc porywającą fabułę.
Liczne zwroty akcji trzymają w nieustannym napięciu, tropy urywają się nagle, zmieniają kierunek, sprowadzając na manowce, zaś kolejne wydarzenia zaskakują i sprawiają, że niczego tak naprawdę nie można być pewnym. Autorka doprowadza kłamstwo do perfekcji, stosuje iście makiaweliczne chwyty, żeby uwikłać swoich bohaterów w skomplikowaną grę pozorów, zaś czytelników uczynić niewolnikami lektury. Doskonale prowadzoną akcję i świetne dialogi uzupełniają również bohaterowie, którzy odciskają trwałe piętno na stronach książki i zapisują się w pamięci. I choć chwilami można tylko mieć wątpliwości co do historii samej Parker, która wydaje się tak bogata, że aż nierealna, to wszak wiadomo, że najlepsze opowieści pisze życie… Teraz, po skończonej lekturze, nie pozostaje nic innego, jak tylko z niecierpliwością wyglądać kontynuacji powieści, pamiętając, że czas pożegnać przeszłość i wszystkie piękne kłamstwa (…), by wyjść na powitanie przyszłości.
granice.pl Justyna Gul
Zabić coacha. O miłości i nienawiści do autorytetów w Polsce
Dyskredytowanie w naszym kraju ma bogatą historię, niejako dla zachowania tradycji. Wszystko co pojawia się w naszym życiu i narusza naszą strefę bezpieczeństwa, niezwłocznie zaczynamy nienawidzić.
Książka jest napisana, jak sam autor informuje, w oparciu o dokonania Kena Wilber’a. Tym samym, nie jest to antologia zachowań dla przyszłych i obecnych coach’ów, bardziej chodzi w tym przypadku o refleksję czytelnika nad swoją rolą obserwatora, przeżywającego własne doświadczenia i posiadającego indywidualną percepcję. Ów czytelnik, chcąc nie chcąc, zapożycza także ze świata go otaczającego wiedzę i standardowe doświadczenie. Takie zestawienie, sprzecznych zdawać by się mogło impulsów, pozwala na najbardziej realistyczne poznanie zachowań i ich przesłanek. Wspomniany pogląd ma także szeroką podbudowę naukową, opartą na psychologii, biologii, neurofizjologii, a nawet filozofii.
Autor odszedł od metody wykładu, na korzyść drogi składającej się z trzech etapów. Czytelnik ma możliwość wyjść od analizy poszczególnych przykładów, aby po określeniu efektów dążenia, natrafić na zasoby pomocne w dotarciu do zadawalających rozwiązań. W praktyce oznacza to, że każdy rozdział kończy się twardym pytaniem granicznym. Ma ono za zadanie, spowodować u czytelnika swoistą rekapitulację i podsumowanie czytanego fragmentu.
Autorytety w Polsce nie są dobrem publicznym, szczególnie dobrze chronionym. W dużej mierze taki stan rzeczy przeszedł również na coach’ów. Małostki i niespełnione ambicje nie pozwalają nam przyjąć ze spokojem wiedzy jak dotrzeć do wyznaczonego celu. Cel ten, co szczególnie interesujące, czasem wyznaczamy sobie sami. Tym samym, nie słuchamy, nie chcemy sobie sami pomóc. Przypomina to nieco, swoiste rozdwojenie jaźni, jest więc ten zły, silnie wypychany i ten dobry, czyli ja, bez jakichkolwiek określeń jakości. To nie jest stabilna podstawa do osiągnięcia zamierzonego celu. Negacja jest sztuką, równie silnie rozwiniętą u części osobistości medialnych, co retoryka. Nie byłoby w tym wiele złego, gdyby nie ich opiniotwórcza rola, której być może nie doceniają. Bardziej istotnym zadaniem jest, dla ludzi kreujących opinię publiczną, lepiej to określą słowa, opinię masową, aby brać udział w nietypowej rywalizacji, pobicia przeciwnika argumentami.
Nie jest łatwo być coach’em w kraju, gdzie nienawiść do instytucji i autorytetów wszyscy wyssali z mlekiem matki. To prawda, że sprawy rozgrywają się na innym gruncie, ale aktorzy biorący w nim udział tego nie dostrzegają. Dość intuicyjnie aranżują zachowania do nowej sytuacji, ze szkodą dla siebie. Może powodem takich zachowań jest dość krótka historia trenerów i coach’ów w naszym kraju? Niepolitycznie jest sugerować zacofanie, również swoje własne, ale może coś w tym jest. Na domiar złego, coach staje przed nami, gdy nasze stanowisko jest, nazwijmy to, niekomfortowe. Fakty, wyrażone w większym lub mniejszym stopniu, sugerują, że jest z nami coś nie tak jak trzeba. Taka relacja powoduje w prostej drodze nabycie zachowań agresji i braku współpracy. Dlaczego tak łatwo przyjmujemy stereotypy jako osobiste postawy? Ale nie szukajmy winy jedynie w sobie. Zapotrzebowanie na coach’ów, które bardzo szybko pojawiło się na rynku, nie pomogło we właściwym przygotowaniu osób chcących pałać się tym zajęciem do zadań przed nimi stojących. Pojęcie osób przypadkowych i tym razem ma zastosowanie. Do tego należy chyba dodać, operowanie chęciami, a nie umiejętnościami w pracy z ludźmi.
Siłą książki Macieja Bennewicza jest mnogość przykładów, poddawanych czytelnikowi do refleksji i zapoznania się z nimi. Po każdym przeczytanym fragmencie mamy zadanie odpowiedzenia sobie na pytanie, jak tak właściwie spoglądamy na rolę mentora, nauczyciela, trenera, czy coacha. Gdzie bylibyśmy zawarci w danej sytuacji, jak bardzo narusza ona naszą strefę bezpieczeństwa? Autor nie zamierza przekazać nam kolejnego wiekopomnego dzieła, do którego mamy podchodzić z pietyzmem i szacunkiem. W sumie, to najlepszym sposobem zapoznania się z książką, będzie nasz własny sposób. Nie jest to powieść, więc nie musimy, czytać od deski do deski. Możemy sięgnąć do tego co nas zainteresuje, aby sprawdzić jak na to zareagujemy. Wszystko co przeczytamy będzie wystarczające, nie chodzi tu o odkrywanie prawdy absolutnej.
Książka jest napisana, jak sam autor informuje, w oparciu o dokonania Kena Wilber’a. Tym samym, nie jest to antologia zachowań dla przyszłych i obecnych coach’ów, bardziej chodzi w tym przypadku o refleksję czytelnika nad swoją rolą obserwatora, przeżywającego własne doświadczenia i posiadającego indywidualną percepcję. Ów czytelnik, chcąc nie chcąc, zapożycza także ze świata go otaczającego wiedzę i standardowe doświadczenie. Takie zestawienie, sprzecznych zdawać by się mogło impulsów, pozwala na najbardziej realistyczne poznanie zachowań i ich przesłanek. Wspomniany pogląd ma także szeroką podbudowę naukową, opartą na psychologii, biologii, neurofizjologii, a nawet filozofii.
Autor odszedł od metody wykładu, na korzyść drogi składającej się z trzech etapów. Czytelnik ma możliwość wyjść od analizy poszczególnych przykładów, aby po określeniu efektów dążenia, natrafić na zasoby pomocne w dotarciu do zadawalających rozwiązań. W praktyce oznacza to, że każdy rozdział kończy się twardym pytaniem granicznym. Ma ono za zadanie, spowodować u czytelnika swoistą rekapitulację i podsumowanie czytanego fragmentu.
Autorytety w Polsce nie są dobrem publicznym, szczególnie dobrze chronionym. W dużej mierze taki stan rzeczy przeszedł również na coach’ów. Małostki i niespełnione ambicje nie pozwalają nam przyjąć ze spokojem wiedzy jak dotrzeć do wyznaczonego celu. Cel ten, co szczególnie interesujące, czasem wyznaczamy sobie sami. Tym samym, nie słuchamy, nie chcemy sobie sami pomóc. Przypomina to nieco, swoiste rozdwojenie jaźni, jest więc ten zły, silnie wypychany i ten dobry, czyli ja, bez jakichkolwiek określeń jakości. To nie jest stabilna podstawa do osiągnięcia zamierzonego celu. Negacja jest sztuką, równie silnie rozwiniętą u części osobistości medialnych, co retoryka. Nie byłoby w tym wiele złego, gdyby nie ich opiniotwórcza rola, której być może nie doceniają. Bardziej istotnym zadaniem jest, dla ludzi kreujących opinię publiczną, lepiej to określą słowa, opinię masową, aby brać udział w nietypowej rywalizacji, pobicia przeciwnika argumentami.
Nie jest łatwo być coach’em w kraju, gdzie nienawiść do instytucji i autorytetów wszyscy wyssali z mlekiem matki. To prawda, że sprawy rozgrywają się na innym gruncie, ale aktorzy biorący w nim udział tego nie dostrzegają. Dość intuicyjnie aranżują zachowania do nowej sytuacji, ze szkodą dla siebie. Może powodem takich zachowań jest dość krótka historia trenerów i coach’ów w naszym kraju? Niepolitycznie jest sugerować zacofanie, również swoje własne, ale może coś w tym jest. Na domiar złego, coach staje przed nami, gdy nasze stanowisko jest, nazwijmy to, niekomfortowe. Fakty, wyrażone w większym lub mniejszym stopniu, sugerują, że jest z nami coś nie tak jak trzeba. Taka relacja powoduje w prostej drodze nabycie zachowań agresji i braku współpracy. Dlaczego tak łatwo przyjmujemy stereotypy jako osobiste postawy? Ale nie szukajmy winy jedynie w sobie. Zapotrzebowanie na coach’ów, które bardzo szybko pojawiło się na rynku, nie pomogło we właściwym przygotowaniu osób chcących pałać się tym zajęciem do zadań przed nimi stojących. Pojęcie osób przypadkowych i tym razem ma zastosowanie. Do tego należy chyba dodać, operowanie chęciami, a nie umiejętnościami w pracy z ludźmi.
Siłą książki Macieja Bennewicza jest mnogość przykładów, poddawanych czytelnikowi do refleksji i zapoznania się z nimi. Po każdym przeczytanym fragmencie mamy zadanie odpowiedzenia sobie na pytanie, jak tak właściwie spoglądamy na rolę mentora, nauczyciela, trenera, czy coacha. Gdzie bylibyśmy zawarci w danej sytuacji, jak bardzo narusza ona naszą strefę bezpieczeństwa? Autor nie zamierza przekazać nam kolejnego wiekopomnego dzieła, do którego mamy podchodzić z pietyzmem i szacunkiem. W sumie, to najlepszym sposobem zapoznania się z książką, będzie nasz własny sposób. Nie jest to powieść, więc nie musimy, czytać od deski do deski. Możemy sięgnąć do tego co nas zainteresuje, aby sprawdzić jak na to zareagujemy. Wszystko co przeczytamy będzie wystarczające, nie chodzi tu o odkrywanie prawdy absolutnej.
Interia360.pl Zbyszek Wolski; 2015-09-13
Sensu sens
Znacie pojęcie „liberatura”? Bo ja spotkałam się z nim pierwszy raz dopiero za sprawą debiutu Marka Adamika. Okazuje się, że „liberatura” to tzw. „literatura totalna”, gdzie tekst, przestrzeń, rysunki, kształt książki, format, czcionka – wszystko jest komunikatem odautorskim i stanowi nierozerwalną całość. W przypadku „Sensu sens” tą całością są: grafiki autora oraz jego odczucia na temat choroby.
Jest to książka zupełnie inna od wszystkich, z jakimi kiedykolwiek miałam styczność. Skrajnie subiektywna, emocjonalna, osobista, symboliczna, pisana równoważnikami zdań i urywanymi myślami. Przyznam, że nie odbierałam jej łatwo, ale z każdej strony biła od niej autentyczność. Czytając ją, naprawdę uwierzyłam autorowi. W jego zmagania z chorobą, niemocą, bezsensem i chwilowym zatraceniem zmysłu kreski, która dla grafika stanowiła dotąd sens życia.
„Gdyby nie choroba, przeoczyłbym życie. Przeszłość była złożona tylko z pracy, na resztę pozostawało niewiele czasu. Jawi mi się to dziś błahe, choć muszę przyznać, że życie bez pracy jest również puste. Balansuję ustawicznie nad krawędzią”.
Do momentu, kiedy pojawiła się diagnoza, Marek Adamik był człowiekiem spełnionym zawodowo. Nagradzanym grafikiem i ilustratorem, autorem okładek kilkudziesięciu tytułów prasowych. Kiedy jednak zachorował, wszystko zaczęło się załamywać. Życie zatraciło jakikolwiek sens. „Sens” jest tu właściwie słowem-kluczem, a sama książka stanowi symboliczno-surrealistyczny zapis wewnętrznej podróży autora - od załamania, poprzez negację, zwątpienie, aż po akceptację.
„Do niedawna przezwyciężałem chorobę, walczyłem z nią. Lecz już nie.
Akceptacja nie oznacza wcale pasywności czy bezczynności. Tylko elastyczność”.
Co ciekawe, Adamik ani razu nie nazywa swojej choroby. Czytamy jedynie (i aż) o jego emocjach oraz podziwiamy grafiki autora, które znajdują się niemal na każdej stronie, przeplatając się i integrując z tekstem. Nie dowiadujemy się za to żadnych konkretów. Ani na temat leczenia, ani na temat tego, co dalej…
Dlatego jeśli planujecie zapoznać się z „Sensu sens”, polecam przeczytać najpierw wywiad z Markiem Adamikiem w „Wysokich Obcasach”. Dopiero znając realny kontekst, łatwiej jest zrozumieć przekaz zawarty w książce. Który mimo że jest przekazem trudnym, to na pewno wartościowym.
PS. Postanowiłam nie poddawać ocenie książek, w których autorzy opisują swoje tragiczne przeżycia. Bo nie wiem, jaką miarą miałabym takie opowieści oceniać? Czy dawać plusy za styl, postaci czy może za traumatyczne wydarzenia? Dlatego pozostawiam „Sensu sens” bez oceny, polecając osobom szukającym „czegoś innego” w literaturze, interesujących się sztuką i lubiących nieszablonowe podejście do trudnych tematów.
niebieskazakladka.blogspot.com
Dżongło. Niech Będzie, Jak Chce Woda
Marzenia o dalekich i egzotycznych wyjazdach ma pewnie większość z nas. Ja niestety nie mam możliwości, a może i odwagi na zrealizowanie podróży do Chin.
Dlatego postanowiłam udać się do tego ciekawego kraju wraz z Adamem Chałupskim.
To historia architekta, który rzuca pracę i wyjeżdża w długą podróż rowerem do Azji. Marzenie o zdobyciu Tybetu okazuje się nierealne, gdy w czasie igrzysk wybuchają tam zamieszki. Nie znając języka i obyczajów, zaczyna szukać sprawcy całego zamieszania, którym okazuje się tajemniczy byt nazywany przez tuziemców Dżongło. Bohater osiedla się w Chinach, by rozwiązać zagadkę Dżongła, ale po latach ponura prawda zmusza go do ucieczki. Kryjówką i miejscem rozwikłania zagadki staje się przewrotnie właśnie Tybet. (źródło: bezdroza.pl)
Adam Chałupski w swojej książce ukazuje nam Chiny poprzez pryzmat własnych obserwacji oraz rozmów z mieszkańcami tego niesamowitego kraju. Poznajemy zwykłych ludzi, różnych w swojej tradycji, mentalności, czy wychowaniu. Przyglądamy się ich codziennemu życiu.
Nie jest to jednak zwykła książka podróżnicza. Fakt, autor opisuje swoją wędrówkę, jednak nie ona jest tu najważniejsza. Mam wrażenie, że pomimo doskonałych opisów krajobrazów (nie miałam problemu z wyobrażeniem sobie tych wszystkich miejsc), to Adam Chałupski szuka tak naprawdę odpowiedzi na pytanie " kim jest współczesny człowiek ".
Chiny to również kraj wielkich kontrastów i autor ukazał nam je w pełnej krasie. Z jednej strony mamy wspaniałe zabytki, piękne krajobrazy, a za chwilę zderzamy się z bezsensownym niszczeniem starej architektury, aby na jej miejscu zbudować np. centrum handlowo-mieszkalne. Pekin jak wiemy jest jednym z najszybciej zmieniających się miast świata. Przed Igrzyskami Olimpijskimi w 2008 roku wyburzano całe dzielnice (nie bacząc na protesty mieszkańców), aby zastąpić je nowoczesnymi wieżowcami ze stali i szkła. W Chinach są także takie miejscowości jak Qumarleb, gdzie przez kilka dni z rzędu nie ma dostaw prądu, kanalizacja nie istnieje, więc ludzie załatwiają swoje potrzeby przy glinianych murach wąskich alejek. Takich absurdów jest więcej.
Książka wydana jest bardzo starannie, w oprawie ze skrzydełkami. Każdy rozdział zilustrowany jest czarno-białym zdjęciem. Na samym początku,. kiedy przeglądałam książkę na minus zaliczyłam brak kolorowych zdjęć. Zmieniłam zdanie podczas czytania. Taka czarno-biała konwencja idealnie wpasowuje się w całość.
Fantastycznie napisana książka, niezwykle ciekawa i wciągająca od pierwszych stron. Autor pisze żywo i obrazowo. Polecam serdecznie.
Dlatego postanowiłam udać się do tego ciekawego kraju wraz z Adamem Chałupskim.
To historia architekta, który rzuca pracę i wyjeżdża w długą podróż rowerem do Azji. Marzenie o zdobyciu Tybetu okazuje się nierealne, gdy w czasie igrzysk wybuchają tam zamieszki. Nie znając języka i obyczajów, zaczyna szukać sprawcy całego zamieszania, którym okazuje się tajemniczy byt nazywany przez tuziemców Dżongło. Bohater osiedla się w Chinach, by rozwiązać zagadkę Dżongła, ale po latach ponura prawda zmusza go do ucieczki. Kryjówką i miejscem rozwikłania zagadki staje się przewrotnie właśnie Tybet. (źródło: bezdroza.pl)
Adam Chałupski w swojej książce ukazuje nam Chiny poprzez pryzmat własnych obserwacji oraz rozmów z mieszkańcami tego niesamowitego kraju. Poznajemy zwykłych ludzi, różnych w swojej tradycji, mentalności, czy wychowaniu. Przyglądamy się ich codziennemu życiu.
Nie jest to jednak zwykła książka podróżnicza. Fakt, autor opisuje swoją wędrówkę, jednak nie ona jest tu najważniejsza. Mam wrażenie, że pomimo doskonałych opisów krajobrazów (nie miałam problemu z wyobrażeniem sobie tych wszystkich miejsc), to Adam Chałupski szuka tak naprawdę odpowiedzi na pytanie " kim jest współczesny człowiek ".
Chiny to również kraj wielkich kontrastów i autor ukazał nam je w pełnej krasie. Z jednej strony mamy wspaniałe zabytki, piękne krajobrazy, a za chwilę zderzamy się z bezsensownym niszczeniem starej architektury, aby na jej miejscu zbudować np. centrum handlowo-mieszkalne. Pekin jak wiemy jest jednym z najszybciej zmieniających się miast świata. Przed Igrzyskami Olimpijskimi w 2008 roku wyburzano całe dzielnice (nie bacząc na protesty mieszkańców), aby zastąpić je nowoczesnymi wieżowcami ze stali i szkła. W Chinach są także takie miejscowości jak Qumarleb, gdzie przez kilka dni z rzędu nie ma dostaw prądu, kanalizacja nie istnieje, więc ludzie załatwiają swoje potrzeby przy glinianych murach wąskich alejek. Takich absurdów jest więcej.
Książka wydana jest bardzo starannie, w oprawie ze skrzydełkami. Każdy rozdział zilustrowany jest czarno-białym zdjęciem. Na samym początku,. kiedy przeglądałam książkę na minus zaliczyłam brak kolorowych zdjęć. Zmieniłam zdanie podczas czytania. Taka czarno-biała konwencja idealnie wpasowuje się w całość.
Fantastycznie napisana książka, niezwykle ciekawa i wciągająca od pierwszych stron. Autor pisze żywo i obrazowo. Polecam serdecznie.
testolandiazadarmo.blogspot.com