Recenzje
Bez nadziei. Chestnut Springs #5
„Bez nadziei” - historia, która najpierw mnie zatrzymała, a potem absolutnie pochłonęła „Bez nadziei” Elsie Silver to książka, która zaskoczyła mnie intensywnością od pierwszego rozdziału. Myślałam, że dostanę typowy romans z przewidywalną dynamiką, a tymczasem trafiłam na historię pełną emocjonalnych zgrzytów, czułych drobiazgów i bohaterów, którzy mają w sobie więcej warstw niż na początku się wydaje. To jedna z tych opowieści, które zostają w głowie nie dlatego, że jest w nich wielki dramat, ale dlatego, że są cholernie prawdziwe. Uwielbiam, kiedy autor potrafi zbudować klimat tak, że czuję wszystko na własnej skórze i Silver robi to perfekcyjnie. Ta lekka surowość świata, w którym bohaterowie funkcjonują, dodaje wszystkiemu wiarygodności. Tu nic nie jest podane w pastelach. Emocje potrafią być szorstkie, sytuacje trudne, a przeszłość ciąży konkretnie. I właśnie przez to każdy moment czułości albo szczerości ma ogromny ciężar. Bohaterowie to w ogóle osobny temat. Uwielbiam, kiedy tak mnie frustrują, że mam ochotę nimi potrząsnąć, a chwilę później pęka mi na nich serce. Ich decyzje nie zawsze są logiczne, ale za to zawsze emocjonalnie prawdziwe. Relacja między nimi rozwija się stopniowo, z tym charakterystycznym napięciem, które sprawia, że czytasz jeszcze jeden rozdział… i jeszcze jeden… aż nagle jest trzecia w nocy. Ta chemia między nimi jest namacalna nie w sposób nachalny, tylko organiczny, wynikający z tego, co sami przeżyli i co starają się ukryć. Najbardziej jednak uderzyło mnie to, jak autorka pokazuje motyw zaufania. Nie jako pięknej idei, która spada na bohaterów z nieba, tylko jako czegoś, o co trzeba walczyć, krok po kroku. To nie jest historia, w której problemy magicznie znikają, gdy bohaterowie się pocałują. Wręcz przeciwnie ich emocje, lęki i traumy grają pierwsze skrzypce. I to właśnie daje tej książce taką siłę. Bo kiedy wreszcie pojawia się bliskość, szczerość i otwartość czujesz ją podwójnie. Są też momenty, które zwyczajnie rozczulają. Takie drobne sceny, w których bohaterowie okazują sobie troskę nie słowami, ale zachowaniem. Uwielbiam, kiedy autor potrafi pokazać, że miłość to nie tylko wielkie deklaracje, ale też to, jak ktoś patrzy, jak milczy, jak jest. „Bez nadziei” zostawiło mnie z takim ciepłym uczuciem, ale też lekkim bólem, jakby coś mnie wewnętrznie rozciągnęło. To książka, która naprawdę coś robi z człowiekiem nie tylko bawi, ale też dotyka miejsc, które czasem wolimy omijać. Jeśli kochasz romanse z emocjonalną głębią, z bohaterami, którzy nie są papierowi, i z taką atmosferą, która aż wibruje pod skórą, to ta powieść jest dla Ciebie totalnym strzałem w dziesiątkę. Chętnie pogadam o najciekawszych scenach, o bohaterach i o tym, jak ta historia wpływa na czytelnika więc jeśli już czytałaś/łeś, pisz śmiało, bo mam wrażenie, że o tej książce można gadać bez końca.
Titek i wulkan złości
Dzień dobry! 😊 Czy mieliście już okazję poznać Titka? 😁 My, poznaliśmy go całkiem niedawno i muszę przyznać, że ten mały nicpoń, skradł nasze serca! Książki z tej serii, to idealne propozycje dla przedszkolaków oraz ich rodziców. Każda z nich skrywa ciekawą i życiową historię, zabawne ilustracje, a także krótki poradnik dla rodziców. Są również zadania aktywizacyjne, które dodatkowo urozmaicają czytanie. Mieliśmy okazję przeczytać dwie pozycje z tej uroczej i wyjątkowo wartościowej serii: „Titek i sprzatanko” W sobotki poranek, Titek i jego siostra wstali wcześniej niż rodzice. Postanowili zająć się budowaniem toru z klocków i wyszło im naprawdę świetnie! Był malutki incydent... Cóż, tata nadepnął na malutki klocek, ale takie wypadki się zdarzają 😁 Przy śniadaniu okazało się, że ten fantastyczny i fenomenalny tor musi zniknąć z salonu, ponieważ dziś był dzień porządków. Może go gdzieś przenieść? Do pokoju Titka? Cóż... Tam też był nieziemski bałagan i ani kawałka wolnej podłogi. Czas na porządki! Titek nie był zachwycony. Czy rodzicom udało się nakłonić synka do sprzątania? „Titek i wulkan” Wulkany są fascynujące! Tata czytał właśnie Titkowi książkę o wulkanach i maluch był bardzo zainteresowany tematem. Gdy dowiedział się, że mogą stworzyć sami taki mały wulkan, to niemal skakał pod sufit😁 Zebrali wszystkie potrzebne rzeczy. No, prawie wszystkie... Titek musiał tylko znaleźć plastelinę w swoim pokoju, a to okazało się trudnym zadanie. Gdzie ta plastelina? Szukał i szukał. I nic! Uuuuch! Aż zaczęło parować mu z uszu że złości! Przecież chciał robić wulkan! Już, teraz, natychmiast! Titek, sam zamienił się w wulkan. W wulkan złości! Myślę, że to bardzo, bardzo udana seria i sprawdzi się w codzienności każdego przedszkolaka, pełnej przeróżnych wyzwań i emocji.
Titek i magia świąt
„Titek i magia świąt” to jedna z tych książek, które naprawdę zatrzymują. Nie tylko opowiada o przedświątecznym podekscytowaniu, ale pomaga najmłodszym zrozumieć emocje, które pojawiają się, gdy na coś bardzo czekamy. Titek odkrywa, że magia nie dzieje się od razu — czasem trzeba chwilę poczekać, zaufać dorosłym, rozejrzeć się dookoła… i nagle okazuje się, że święta nie są tylko o prezentach, ale o wspólnych chwilach, bliskości i małych codziennych rytuałach. To piękna, mądra i bardzo potrzebna historia — szczególnie jeśli Wasze dzieci z trudem znoszą oczekiwanie, łatwo się frustrują albo po prostu kochają święta całą sobą 🎄💛 Podoba mi się, że książka daje też narzędzia rodzicom: inspiruje do rozmowy, zadawania pytań, wspólnego przeżywania emocji. A krótkie rozdziały, twarda oprawa i świąteczne ilustracje sprawiają, że to idealna lektura przed snem, pod kocem, przy choince 😀 To jedna z tych książek, do których chce się wracać — nie tylko w grudniu ❤
Uwięziona. Bez kontroli
Sylwia Kruk - „Uwięziona bez kontroli” To już trzecia część historii Luizy i Dragona, kontynuacja pełnej napięcia, toksycznej i nieoczywistej relacji znanej z poprzednich tomów. Książka zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończyła się poprzednia część, dlatego warto czytać je w kolejności, żeby w pełni poczuć rozwój bohaterów i zrozumieć, jak mocno zmieniła się dynamika między nimi. Ta odsłona jest bardziej emocjonalna, chwilami brutalna, ale też pokazuje nowe oblicza zarówno Luizy, jak i Dragona. Luiza po postrzale z poprzedniego tomu budzi się w szpitalu we Włoszech. Oczywiście przy łóżku czuwa Dragon i nie chce odejść ani na krok. Jednak gdy przyjeżdża jego przyjaciel Ivan, udaje mu się przekonać Dragona, by na chwilę pojechał do hotelu — dzięki czemu Luiza i Ivan mogą spokojnie porozmawiać. Ivan obiecuje, że pomoże jej się uwolnić, i wspólnie ustalają plan, który zakłada przekazanie ukrytego telefonu. Plan początkowo się udaje, ale Dragon znajduje aparat i każe Luizę, co całkowicie ją załamuje. Wkrótce jednak pojawia się kolejna szansa na ucieczkę — do domu przyjeżdża policja. Zabierają zarówno Dragona, jak i Luizę, jednak on wykorzystuje swoje znajomości i dziewczyna wraca z powrotem do jego domu. Po pewnym czasie Dragon, chcąc spełnić jedno z jej marzeń, zabiera ją w podróż do Nowego Jorku. To właśnie tam następuje mały przełom w ich relacji — Luiza sama inicjuje zbliżenie. Po powrocie do Polski między nimi zaczyna układać się coraz lepiej, ich więź się pogłębia, chociaż Luiza wciąż myśli o ucieczce. Pewnego dnia Dragon wraca do domu i nie zastaje dziewczyny. Okazuje się, że została porwana przez syna Marcusa — mężczyzny, którego Dragon zabił. Luizę udaje się odnaleźć, ale jest skrajnie osłabiona i okaleczona. W tym momencie u Dragona następuje poważny przełom… Nie zdradzę, co dzieje się dalej — to już naprawdę musicie przeczytać sami. Książka z początku jest nieco monotonna, ale rozkręca się mniej więcej w połowie. Sceny erotyczne są mocno rozbudowane i zdecydowanie pobudzają wyobraźnię. Autorka świetnie opisuje tę skomplikowaną, pełną sprzecznych emocji relację oprawcy i uwięzionej dziewczyny. Zakończenie… cóż, liczyłam na takie ale w troszkę innej wersji, więc trochę się zawiodłam. Jestem ciekawa, czy to faktycznie koniec tej historii, czy autorka szykuje jeszcze jedną część.
Bezwzględnie Twój. Królewscy fae z Edenu #1
UWAGA: 18+ „ Jeśli myślisz, że „To niemożliwe, żeby ktoś napisał romans fantasy, bez wątku fantasy”, to się mylisz. Mogłam i zrobiłam to.” Zacznę od tego, że na początku czytelnik zostaje poczęstowany notką, która ułatwia odbiór całej książki. Zostajemy ostrzeżeni, że książka może być przekorna w odbiorze. Przede wszystkim jest to romans i cała fabuła skupia się głównie na interakcji między głównymi bohaterami. Posiada również całą gamę absurdów charakterystycznych dla większości romantasy, sporo scen 18+ oraz armię wątpliwych moralnie zachowań, które reprezentują postacie. Czy po cichu liczyłam, że otrzymam chociaż odrobinę sensownie ukształtowany świat? Owszem. Niewiele z tego wyszło, ponieważ w tym wypadku naprawdę jest on zrobiony po łebkach. Nawet fae, których można było opisać bardziej romantycznie i z tą subtelną lekkością charakterystyczną dla tej rasy… zostali zignorowani. Początek dał mi nadzieję. Zaczęło się od pisania listów bowiem Rennick, fae z królewskiego rodu - nie może spotkać swojej przeznaczonej przed 25 rokiem życia. Powód? Dziewczyna jest człowiekiem. Stara się więc przesyłać jej listy oraz (niezbyt trafione) prezenty, aby jakkolwiek pozostać w kontakcie. Prowadzi to oczywiście do pierwszego spotkania, które jest dość zaskakujące… Reasumując. Jest to historia, która przypadnie do gustu miłośnikom spicy romansów z odrobiną fantastyki. Dla mnie było zdecydowanie zbyt mało tej magii charakterystycznej dla wyimaginowanych światów.