Recenzje
Addicted. Związani przeszłością
𝐀𝐝𝐝𝐢𝐜𝐭𝐞𝐝. 𝐙𝐰𝐢𝐚̨𝐳𝐚𝐧𝐢 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐬𝐳ł𝐨𝐬́𝐜𝐢𝐚̨ - 𝐇𝐨𝐩𝐞 𝐒. 𝐖𝐚𝐫𝐝 𝐐: 𝐂𝐳𝐲𝐦 𝐣𝐞𝐬𝐭 𝐝𝐥𝐚 𝐰𝐚𝐬 𝐳𝐝𝐫𝐚𝐝𝐚? ⚠ recenzja może zawierać spojlery ⚠ „- 𝐽𝑒𝑠𝑡𝑒𝑠́ 𝑚𝑜𝑗𝑎 - 𝑤𝑦𝑠𝑧𝑒𝑝𝑡𝑎ł, 𝑔𝑑𝑦 𝑠𝑝𝑜𝑗𝑟𝑧𝑎ł 𝑚𝑖 𝑝𝑟𝑜𝑠𝑡𝑜 𝑤 𝑜𝑐𝑧𝑦. - 𝑍𝑎𝑤𝑠𝑧𝑒 𝑏𝑦ł𝑎𝑚 - 𝑝𝑜𝑤𝑡𝑜́𝑟𝑧𝑦ł𝑎𝑚 𝑡𝑜, 𝑐𝑜 𝑝𝑜𝑤𝑖𝑒𝑑𝑧𝑖𝑎ł𝑎𝑚 𝑤𝑐𝑧𝑒𝑠́𝑛𝑖𝑒𝑗. - 𝑍𝑎𝑤𝑠𝑧𝑒 𝑏𝑒̨𝑑𝑒̨.” Na wstępie chciałbym pogratulować 𝐇𝐨𝐩𝐞 wydania kolejnej świetnej książki. Jestem z ciebie mega dumna!! Naprawdę pięknie patrzy się na twój rozwój.❣ Jakiś czas temu przypomniałam sobie o 𝑷𝒆𝒓𝒅𝒊𝒕𝒊𝒐𝒏 i właśnie przez tę książkę nabrałam ogromnej ochoty na przeczytanie 𝐫𝐨𝐦𝐚𝐧𝐬𝐮 𝐛𝐢𝐮𝐫𝐨𝐰𝐞𝐠𝐨. Właśnie dlatego niezmiernie ucieszył mnie widok 𝑨𝒅𝒅𝒊𝒄𝒕𝒆𝒅 na pressroomie Helionu. Już od pierwszych stron wkręciłam się w czytanie i naprawdę dobrze się bawiłam. Przyznam jednak, że miałam delikatny problem z zachowaniami głównych bohaterów z młodości, lecz w pewnym momencie zaczęłam patrzeć na to wszystko w troszkę inny sposób. Wiele romansów przedstawia miłość jako coś pięknego i prostego. Nie zawsze tak jest. Powiedziałabym wręcz, że 𝐦𝐢ł𝐨𝐬́𝐜́ 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐰𝐚𝐳̇𝐧𝐢𝐞 𝐣𝐞𝐬𝐭 𝐬𝐤𝐨𝐦𝐩𝐥𝐢𝐤𝐨𝐰𝐚𝐧𝐚 𝐨𝐫𝐚𝐳 𝐩𝐞ł𝐧𝐚 𝐰𝐳𝐥𝐨𝐭𝐨́𝐰 𝐢 𝐮𝐩𝐚𝐝𝐤𝐨́𝐰. Autorka właśnie taką relację przedstawiła. Mnóstwo błędów, głupich decyzji, nieodpowiednich słów oraz mocne przyciąganie, które nie może być dłużej skrywane w sercu. Często również jest tak, że to właśnie ta jedna osoba, która kiedyś bardzo nas zraniła, mimo wszystko nadal jest jedynym człowiekiem, który potrafi wywołać w nas większe uczucia. Nie jesteśmy w stanie o nim zapomnieć i pójść w pełni do przodu, bo nasze serce już dawno zostało oddane tej jednej osobie. 🥺 Często w moich recenzjach powtarzam, jak ważne jest przypominanie o tym, że 𝐦𝐲 𝐥𝐮𝐝𝐳𝐢𝐞 𝐣𝐞𝐬𝐭𝐞𝐬́𝐦𝐲 𝐰ł𝐚𝐬́𝐧𝐢𝐞 𝐭𝐲𝐥𝐤𝐨 𝐥𝐮𝐝𝐳́𝐦𝐢 - popełniamy błędy i robimy głupie rzeczy. Główni bohaterowie tej książki są 𝐩𝐞𝐫𝐟𝐞𝐤𝐜𝐲𝐣𝐧𝐲𝐦 𝐭𝐞𝐠𝐨 𝐩𝐫𝐳𝐲𝐤ł𝐚𝐝𝐞𝐦. 🤍 𝐁𝐫𝐞𝐚𝐥𝐲𝐧 to bohaterka, którą polubiłam już na samym starcie, choć przyznam jednak, że jej wybryk z 𝐀𝐫𝐜𝐡𝐞𝐫𝐞𝐦 dość mocno mnie rozczarował. Jednakże po krótkiej chwili, gdy spojrzałam na to z perspektywy autorki i czytelnika, uznałam, że było to genialne posunięcie. Wszyscy znamy książki z motywem, gdzie chłop dowiaduje się po latach, że ma córkę. Tutaj mamy całkowicie inną sytuację, co jest rewelacyjnym 𝐩𝐨𝐰𝐢𝐞𝐰𝐞𝐦 𝐬́𝐰𝐢𝐞𝐳̇𝐨𝐬́𝐜𝐢! Absolutnie nie popieram jej zemsty, ponieważ sama nie wyobrażam sobie mścić się na kimś, kto był dla mnie bliski, nawet gdy zostałam przeogromnie skrzywdzona, lecz rozumiem jej ból i motyw. Nie dziwię się, że nie potrafiła wyrzucić z głowy dwóch bolesnych widoków oraz wypowiedzianych przez Victorię słów. Podejrzewam, że miałabym podobnie. Mimo że starała się zapomnieć i ruszyć do przodu, nie potrafiła i nie ma w tym nic złego. 𝐍𝐢𝐞 𝐳𝐚𝐰𝐬𝐳𝐞 𝐩𝐨𝐭𝐫𝐚𝐟𝐢𝐦𝐲 𝐰𝐚𝐥𝐜𝐳𝐲𝐜́ 𝐳 𝐮𝐜𝐳𝐮𝐜𝐢𝐚𝐦𝐢, co jest całkowicie normalne. Walka byłaby czymś nienaturalnym, dlatego czasem głowa się buntuje i nie pozwala wyrzucić z niej przykrych myśli. Mimo to moim zdaniem wszystko potrzeba czasu. Niektórzy uważają, że czas leczy rany, inni, że wcale nie, a ja uważam że wszystko zależy od sytuacji. Sama tego doświadczyłam i choć ponad rok temu nie potrafiłam wyobrazić sobie mojej przyszłości w nowej rzeczywistości, aktualnie mogę śmiało stwierdzić, że nigdy nie było lepiej. 𝑊𝑖𝑒𝑟𝑧𝑒̨, 𝑧̇𝑒 𝑘𝑎𝑧̇𝑑𝑦 𝑧 𝑤𝑎𝑠 𝑝𝑜𝑘𝑜𝑛𝑎 𝑤𝑠𝑧𝑒𝑙𝑘𝑖𝑒 𝑡𝑟𝑢𝑑𝑛𝑜𝑠́𝑐𝑖 𝑧̇𝑦𝑐𝑖𝑜𝑤𝑒 𝑖 𝑝𝑒𝑤𝑛𝑒𝑔𝑜 𝑑𝑛𝑖𝑎 𝑏𝑒̨𝑑𝑧𝑖𝑒𝑐𝑖𝑒 𝑛𝑎𝑗𝑠𝑧𝑐𝑧𝑒̨𝑠́𝑙𝑖𝑤𝑠𝑖 𝑛𝑎 𝑠́𝑤𝑖𝑒𝑐𝑖𝑒. ❤🩹 𝐊𝐢𝐥𝐥𝐢𝐚𝐧, 𝐊𝐢𝐥𝐥𝐢𝐚𝐧, 𝐊𝐢𝐥𝐥𝐢𝐚𝐧… Facet, o którym nie wiedziałam, co myśleć. Z jednej strony kochany i troskliwy, ale z drugiej popełnił przeogromny błąd. Zdecydowanie miałam z nim relację 𝐡𝐚𝐭𝐞 𝐥𝐨𝐯𝐞. Najpierw go uwielbiałam, zaraz tracił całą moją sympatię, a po chwili znowu ją odzyskiwał, aby za moment ponownie ją stracić. Prawdziwy rollercoaster emocjonalny. Chyba jego największym minusem była obecność 𝐕𝐢𝐜𝐭𝐨𝐫𝐢𝐢 zarówno w przeszłości jak i teraźniejszości. Nienawidzę jej, lecz jednocześnie uważam, że zachował się wobec niej dość nie w porządku. Natomiast jeśli spojrzymy na jego charakter w pozostałej reszcie, ostatecznie mogę stwierdzić, że naprawdę go lubię. 𝐒𝐚𝐦𝐚 𝐧𝐢𝐞 𝐜𝐡𝐜𝐢𝐚ł𝐚𝐛𝐲𝐦 𝐛𝐲𝐜́ 𝐩𝐨𝐬𝐭𝐫𝐳𝐞𝐠𝐚𝐧𝐚 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐳 𝐦𝐨𝐣𝐚̨ 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐬𝐳ł𝐨𝐬́𝐜́ 𝐢 𝐭𝐨, 𝐤𝐢𝐦 𝐤𝐢𝐞𝐝𝐲𝐬́ 𝐛𝐲ł𝐚𝐦, dlatego postanowiłam dać mu szansę, ponieważ uważam, że ludzie naprawdę mogą się zmienić i żałować wielu czynów. Mężczyzna pokazywał na każdym kroku, że żałuje wszystkiego, co się wydarzyło między nim a Brealyn. Naprawdę był 𝐳𝐚𝐤𝐨𝐜𝐡𝐚𝐧𝐲𝐦 𝐤𝐮𝐧𝐝𝐥𝐞𝐦, który zrobiłby wszystko dla swojej ukochanej. Stale stawał w jej obronie, co było cudowne, ale przede wszystkim rozczuliła mnie jego 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐮𝐫𝐨𝐜𝐳𝐚 𝐫𝐞𝐥𝐚𝐜𝐣𝐚 𝐳 𝐦𝐚ł𝐚̨ 𝐅𝐥𝐨. Już od samego początku chciał się nią zaopiekować, gdyby tylko Bree mu na to pozwoliła. Nie obchodziło go to, że nie jest ojcem. Chciał się nim stać i dać córeczce Lyn wszystko, co najlepsze. Był w stanie poświęcić wszystko, aby jego ukochane dziewczyny miały wokół siebie jedynie szczęście i spokój. Nie chcę rzucać spoilerami, ale powiem jedno słowo i ludzie, którzy przeczytali już tę książkę, zrozumieją… 𝐈𝐋𝐄?! 😏 Słodka 𝐅𝐥𝐨 to kolejna mała, książkowa dziewczynka, która zdobyła moje serce. To przesłodka i zabawna istotka, której nie da się nie lubić. Jej relacja z Killianem była rozbrajająca i rozczulająca. Oczywiście nie możemy zapomnieć o jej mamie, która wykonała wspaniałą robotę wychowaniu swojej córeczki. Miłość Lyn do małej Flo była naprawdę przepiękna i choć dziewczynka powstała w wyniku 𝑜𝑛𝑒 𝑛𝑖𝑔ℎ𝑡 𝑠𝑡𝑎𝑛𝑑’𝑢, stała się 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐨𝐠𝐫𝐨𝐦𝐧𝐲𝐦 𝐬𝐳𝐜𝐳𝐞̨𝐬́𝐜𝐢𝐞𝐦 𝐧𝐚𝐬𝐳𝐞𝐣 𝐁𝐫𝐞𝐞. 🫂 Mimo wzlotów i upadków razem stanowili 𝐠𝐞𝐧𝐢𝐚𝐥𝐧𝐲 𝐝𝐮𝐞𝐭, 𝐤𝐭𝐨́𝐫𝐲 𝐛𝐲ł 𝐰 𝐬𝐭𝐚𝐧𝐢𝐞 𝐩𝐨𝐤𝐨𝐧𝐚𝐜́ 𝐰𝐬𝐳𝐲𝐬𝐭𝐤𝐨. Nie pochwalam wielu ich zachowań, ale jednocześnie wiele innych mogę pochwalić, jak np. myślenie najpierw o dobru Flo oraz stanięcie w obronie pracowników hotelu, których Marcus nie zaprosił na spotkanie. Myślę, że te przykłady choć odrobinę pokazały, że 𝐬𝐚̨ 𝐧𝐚𝐩𝐫𝐚𝐰𝐝𝐞̨ 𝐝𝐨𝐛𝐫𝐲𝐦𝐢 𝐥𝐮𝐝𝐳́𝐦𝐢, 𝐤𝐭𝐨́𝐫𝐳𝐲 𝐩𝐨 𝐩𝐫𝐨𝐬𝐭𝐮 𝐤𝐢𝐞𝐝𝐲𝐬́ 𝐛𝐲𝐥𝐢 𝐠ł𝐮𝐩𝐢𝐦𝐢 𝐬𝐭𝐮𝐝𝐞𝐧𝐭𝐚𝐦𝐢. Na szczęście z tego się wyrasta i można być całkowicie innym człowiekiem. 🩶 W tej książce nie znajdziecie historii bez skaz, a wręcz przeciwnie, co jest właśnie w tym wszystkim najlepsze. Autorka pokazała dość 𝐭𝐫𝐮𝐝𝐧𝐚̨ 𝐢 𝐬𝐤𝐨𝐦𝐩𝐥𝐢𝐤𝐨𝐰𝐚𝐧𝐚̨ 𝐫𝐞𝐥𝐚𝐜𝐣𝐞̨, która mimo wszystko jakiegoś dnia potrafiła wyjść na prostą. Genialnie bawiłam się podczas czytania tej lektury i naprawdę mogę wam ją polecić! Powiem wam nawet, że chętnie poczytałabym więcej o tych bohaterach, więc troszkę 𝐬𝐳𝐤𝐨𝐝𝐚, 𝐳̇𝐞 𝐭𝐨 𝐣𝐞𝐝𝐧𝐨𝐭𝐨𝐦𝐨́𝐰𝐤𝐚… 😅
Do wesela się zagoi
Lubicie motyw samotnego rodzica w książkach? Ludka świetnie sobie z tym motywem poradziła. Do wesela się zagoi to bardzo życiowa książka, w której Sutton jest samotną matką, lecz świetnie daje sobie radę w pojedynkę. Zawsze zaradna, pomocna dla innych. Jedyny minus nie potrafi poprosić o pomoc gdy tego potrzebuję. Gdy na jej drodze pojawia się Hugh wszystko się zmienia. Mężczyzn to chodzący kalkulator, dosłownie i w przenośni. Sutton jest jego przeciwieństwem. Ale czy czasem przeciwieństwa się nie przyciągają. Do wesela się zagoi to zabawna historia, już samo zapoznanie się bohaterów było przekomiczne. Dinozaury rządzą choć dawno już wyginęły. Susie jest ich wielką fanką. Hugh też sporo wie na ich temat. Ta mała dziewczynka skradła moje serce ❤️ W książce nie zabrakło tajemnic i intryg, które wiele wnoszą w fabułę. Oczywiście nie zabrakło obecności osób, które występowały w Prędzej piekło zamarznie. Te 2 historię o Silver Springs tworzą całość. I wiecie co lubię te historię o małych miasteczkach, ludzie w nich są bardziej pomocni, bardziej ze sobą zżyci 😉 Gorąco polecam
Do wesela się zagoi
Po zobaczeniu kilku fragmentów z tej książki od razu się nią zainteresowałam i wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać. Jest to książka o dojrzałych już bohaterach, główni bohaterowie, czyli Sutton, która jest opiekunką prawną swojej siostrzenicy oraz Hugh, który jest wspólnikiem w firmie, oraz przyjacielem głównego bohatera poprzedniego tomu. Każde z nich ma już poukładane życie, jednak czegoś im w nim brakuje, choć sami tego nie dostrzegają. Na początku nie pałali do siebie sympatią, jednak dostali zadanie zorganizowania razem wesela przyjaciół, więc ich relacja stopniowo się ocieplała i rozwijała. Podobało mi się, że autorka faktycznie wplatała w fabułę tę organizację wesela, a nie tylko pobieżnie o niej wspomniała i zapomniała. Mała Susie była takim promyczkiem i wulkanem energii, dodawała do historii wiele słodyczy. Od razu polubiła głównego bohatera, a ich rozmowy o dinozaurach czytało się naprawdę fajnie. Mimo że zauważyłam kilka mankamentów to książka mi się podobała. Miło spędziłam czas podczas czytania i myślę, że jeśli lubicie książki w takim stylu i z takimi motywami warto się zainteresować tym tytułem.
Kompulsywne objadanie się. Jak zrozumieć problem i skutecznie sobie pomóc
Początek marca wcale nie nastraja do bycia dla siebie miłą, zwłaszcza gdy za oknem aura przypomina rozmokłą bułę, a w głowie kotłuje się milion myśli na sekundę, bo przecież ADHD nie zna pojęcia „cisza nocna” ani „spokojny posiłek”. Kiedy brałam do ręki książkę Marceliny Paprockiej o kompulsywnym objadaniu się, miałam nadzieję, że to będzie ta chwila, w której ktoś poda mi konkretny klucz do szafki ze słodyczami, którą sama przed sobą zamykam na kłódkę, a potem w amoku rozbijam ją siekierą. Niestety, lektura ta zostawiła mnie z poczuciem, że właśnie zjadłam ryżowy wafel - niby coś w ustach było, niby objętość się zgadza, ale w środku dalej wieje pustką. Od dawna mam niemal pewność, że ten cały taniec z jedzeniem, chocholi taniec wokół lodówki, to nie jest tylko kwestia słabej woli, o której lubią grzmieć domorośli dietetycy na Instagramie. To moja rzeczywistość: ADHD sprawia, że regularne i zdrowe posiłki są dla mnie wyzwaniem na miarę zdobycia K2 zimą w klapkach. Nie radzę sobie z trudnymi emocjami w sposób, który opisywałyby podręczniki do mindfulness. Moim sposobem na stres, na przebodźcowanie, na ten cały jazgot świata, jest klasyczny zestaw startowy: cała tabliczka czekolady wciągnięta w trzy minuty, zagryziona czipsami dla przełamania smaku i popita kolą, żeby bąbelki choć na chwilę zagłuszyły lęk. A potem? Potem przychodzi ten moment, którego Paprocka tak bardzo chce nam oszczędzić - wyrzuty sumienia, które ciągną się za mną przez resztę dnia i cały kolejny, jak ciężki, brudny tren od sukni ślubnej. Autorka za punkt honoru postawiła sobie, żebyśmy przestały się linczować. I o ile brzmi to pięknie w teorii, o tyle w praktyce, kiedy siedzisz na podłodze w kuchni wśród papierków po batonach, to zdanie ma siłę rażenia gumowej strzały. Książka bardzo rzetelnie, niemal akademicko, tłumaczy mechanizmy. Wyjaśnia, jakie choroby współistniejące mogą z tym iść w parze, jak biologia splata się z psychiką, dlaczego Twój mózg krzyczy o dopaminę właśnie w formie cukru i tłuszczu. To wszystko prawda, tylko że ja tę prawdę znam z autopsji, a nie potrzebuję potwierdzenia, że mój organizm to skomplikowana maszyna. Potrzebuję instrukcji, jak przestać go psuć co drugi wieczór. Paprocka skupia się na łagodzeniu bólu istnienia, na budowaniu bezpiecznej bańki, w której objadanie się to tylko „trudny mechanizm obronny”. Może i jest to książka, która ma załagodzić poczucie winy, ale mam nieodparte wrażenie, że to takie głaskanie po głowie w momencie, gdy dom stoi w ogniu. Jasne, miło usłyszeć, że nie jestem zła, że nie jestem leniwa, że to chemia mózgu. Ale co mi po tej wiedzy, gdy ręka sama sięga po paczkę chipsów? Autorka proponuje budowanie nawyków żywieniowych jako antidotum na chaos, co w przypadku osoby z ADHD brzmi jak ponury żart. Dla nas „budowanie nawyków” to proces, który rozpada się przy pierwszym zgubionym kluczu albo przy zbyt głośnym dźwięku kosiarki u sąsiada. Tutaj zabrakło mięsa, zabrakło konkretnych wskazówek dla ludzi, którzy nie żyją w sterylnym świecie spokojnej autorefleksji, ale w centrum emocjonalnego cyklonu. Ciągłe powtarzanie mantry o nielinczowaniu się staje się po pewnym czasie irytujące, bo sugeruje, że problemem jest nasza reakcja na objadanie się, a nie sam fakt, że niszczymy sobie zdrowie i samopoczucie. To jest ta klasyczna psychologiczna pułapka współczesnych poradników - bądź dla siebie dobra, zaakceptuj siebie, nie oceniaj. Ale jak mam nie oceniać sytuacji, w której tracę kontrolę nad własnym ciałem? Autorka próbuje być tak bardzo delikatna, żeby nikogo nie urazić i nie pogłębić traumy, że w efekcie jej przekaz staje się rozmyty i mdły. Brakuje w tej książce uznania, że kompulsywne jedzenie to często brutalna walka, a nie tylko kwestia braku czułości dla samej siebie. Kiedy czytałam o tych wszystkich mechanizmach i chorobach, czułam się, jakbym oglądała film dokumentalny o kimś innym, choć przecież opisano tam moją codzienność. To paradoks - wiedzieć wszystko o swoim problemie i jednocześnie nie dostać ani jednego narzędzia, które przetrwałoby starcie z rzeczywistym atakiem głodu emocjonalnego. Jeśli szukasz w tej lekturze pocieszenia i chcesz usłyszeć, że Twoje kompulsy sprawiają, że jesteś po prostu „wyjątkowo wrażliwa”, to pewnie będziesz zachwycona. Ale jeśli, tak jak ja, masz już dość budzenia się z „cukrowym kacem” i wyrzutami sumienia, które są większe niż Twój apetyt, to ta książka Cię rozczaruje. Bo prawda jest taka, że od samego nielinczowania się nawyki żywieniowe nie wyrosną jak grzyby po deszczu. One wymagają twardej struktury, której Paprocka nie oferuje, woląc zostać w bezpiecznej strefie teoretycznych rozważań. To jest właśnie ten moment, kiedy włącza się mój bezpiecznik: ta książka jest zbyt ładna, zbyt estetyczna i zbyt grzeczna, by mogła pomóc komuś, kto wieczorami toczy wojnę domową z własnym cieniem przy otwartej lodówce. Możemy sobie tłumaczyć mechanizmy do rana, możemy cytować badania o dopaminie, ale dopóki jedyną radą jest „zbuduj nawyki”, to równie dobrze mogłybyśmy czytać horoskopy. Brakuje tu uznania dla absurdu tej sytuacji - tego, jak komicznie i tragicznie jednocześnie wygląda dorosła kobieta, która próbuje kolą popić wstyd po zjedzeniu zapasu słodyczy na cały tydzień. Paprocka pisze o tym, jakby to był delikatny kłopot z nastrojem, a nie destrukcyjny nałóg, który potrafi zdemolować pewność siebie na lata. Dlatego ta recenzja nie będzie pochwalna. Nie potrzebujemy więcej wyrozumiałości, która rozgrzesza nas z braku działania. Potrzebujemy kogoś, kto powie: „Tak, to, co robisz, jest bez sensu, niszczy Cię i oto jak możesz spróbować to przerwać, nawet jeśli Twój mózg z ADHD podpowiada Ci coś zupełnie innego”. Zamiast konkretu dostałyśmy watę cukrową - jest puszysta, różowa i znika po pierwszej sekundzie kontaktu z rzeczywistością. I tak jak po prawdziwej wacie cukrowej, po lekturze zostaje tylko lepki niesmak i świadomość, że znowu dałyśmy się nabrać na obietnicę łatwego rozwiązania, które polega na tym, by „po prostu przestać się linczować”. Tylko że lincz to nie jest wybór, to reakcja obronna na bezradność, której ta książka ani nie rozumie, ani nie potrafi uleczyć. Można przeczytać, żeby wiedzieć, co nauka mówi o naszych przypadłościach, ale nie licz na to, że po ostatniej stronie Twoja relacja z lodówką nagle stanie się partnerska. Dalej będziesz tam stać, dalej będziesz czuć ten impuls, a książka będzie leżeć na półce jako kolejny dowód na to, że teoria rzadko kiedy radzi sobie z praktyką życia w ciągłym emocjonalnym niedosycie. I to jest chyba najbardziej ironiczne - napisać książkę o objadaniu się, która sama w sobie jest tak jałowa, że po jej przeczytaniu masz ochotę iść do kuchni i zjeść coś konkretnego, bo te 1500 słów o nielinczowaniu się tylko podbiło Twój apetyt na prawdziwą zmianę, której tu nie znajdziesz. Pozostaje nam więc dalej walczyć z tymi naszymi adhd-owymi demonami, wiedząc już, że nikt nas nie uratuje za pomocą ładnie sformułowanych zdań o akceptacji. Musimy same znaleźć sposób na te wieczorne maratony z czekoladą i czipsami, bo Marcelina Paprocka najwyraźniej nigdy nie poczuła tego specyficznego pieczenia w przełyku, które miesza się ze smakiem koli i goryczą porażki, której żadne „nie linczuj się” nie jest w stanie osłodzić. To jest ten mniej estetyczny, ale prawdziwy obraz walki, o którym ta książka milczy, pudrując rzeczywistość warstwą psychologicznej poprawności, która w starciu z realnym problemem okazuje się być tylko kolejnym, pustym wypełniaczem czasu między jednym napadem a drugim.
W objęciach wroga. Spadkobiercy Spade Hotel #2
Slow burn czy fast burn? A może nie ma to dla was znaczenia? Dla mnie nie jest ważne to, w jakim tempie rozwija się romantyczna relacja między bohaterami. Większą uwagę przywiązuję do chemii i napięcia, jakie wokół nich emanują. „Nigdy wcześniej nie rozumiałam, co ludzie mieli na myśli, mówiąc, że czas jakby się dla nich zatrzymał. Osobiście dotąd doświadczałam jedynie skrajnie przeciwnego zjawiska; poczucia, że życie zdaje się mknąć zbyt szybko, a ja łapię się każdej sekundy, zdesperowana, by trwała dłużej. Ale tutaj, w tym korytarzu, wreszcie zrozumiałam. Bo wszystko inne zwyczajnie przestało istnieć. Byliśmy tylko my. Nasze pragnienie. Pasja. Żądza.” Jest to drugi tom serii „Spade Hotel”, ale można go również czytać jako oddzielną historię. Piórem Marni Mann zachwycałam się już kilka lat temu przy książce „Gdy zapada cisza”. Dlatego bardzo cieszę się, że jej twórczość ponownie zawitała na polski rynek wydawniczy, a ja mogłam upewnić się w przekonaniu, że mimo upływu czasu nadal jestem pod wrażeniem warsztatu pisarskiego, jaki ta autorka posiada. Książka z którą dziś do was przychodzę, opowiada o Rowan i Cooperze. Oboje są narratorami tej powieści, dzięki czemu czytelnik ma lepszy obraz na poszczególne wydarzenia. Ich znajomość od razu przybiera intymny charakter, a rozwój sytuacji jest dosyć intensywny. Mimo zastosowanego tu fast burn, nie brakuje elektryzującego napięcia między nimi oraz namacalnej chemii. Ponadto motyw enemies to lovers nadaje temu miłosnemu wątkowi sporą dozę pikanterii. Źródłem wrogości tu występującej jest pokoleniowy konflikt między rodzinami prowadzącymi konkurencyjne hotelarskie działalności. Nienawiść zapoczątkowana wiele lat temu, niesie za sobą szereg konsekwencji, trzymając w zanadrzu tajemnice, które mogą wywrócić do góry nogami życie wielu osób. Czy związek zapoczątkowany jedną niespodziewaną iskrą namiętności ma szansę przetrwać w świecie pełnym sekretów, niedopowiedzeń i zawiści? Uwielbiam sposób w jaki Marni Mann kreuje swoje postacie i prowadzi fabułę. Przechodzi z jednego rozdziału do drugiego tak płynnie, że ja najchętniej nie odkładałabym książki, do póki nie znalazłabym się na ostatniej stronie. Potrafi zaintrygować, zaciekawić, przenieść czytelnika w czasie i przestrzeni, oderwać od rzeczywistości. Mimo że ta książka należy do tych lżejszych, porusza również te trudniejsze tematy, co ja osobiście bardzo lubię i cenię w tego typu literaturze. Główni bohaterowie zmagają się z wewnętrznymi konfliktami, ceną jaką muszą zapłacić za podjęte decyzje. Czuć tu ten dreszczyk niepewności, magnetyzujące napięcie, wybuch różnorodnych emocji. Jedyne do czego mam zastrzeżenia, to sceny erotyczne. Nie przypadły mi zbytnio do gustu. Nie mam pojęcia, czym zostało to spowodowane, ponieważ w innej książce autorki zupełnie mi one nie przeszkadzały, wręcz przeciwnie… Możliwe, że wpływ miał na to po prostu inny charakter historii, bądź jest to kwestia tłumaczenia. Trudno mi to jednoznacznie stwierdzić. Niemniej jednak powieść sama w sobie jest na tak wysokim poziomie, a na dodatek wciąga bez reszty, więc ostatecznie na te momentami nieco dziwne i lekko krindżowe sceny spicy przymknęłam oko. Bardzo miłym i ciekawym akcentem jest wątek hotelarstwa, który pełni rolę znakomitego tła tej historii. Został on naprawdę solidnie tu przedstawiony. Nie czytałam nigdy książki w takim klimacie, więc było to dla mnie bardzo odświeżające. Na półce czekają już na mnie kolejne tytuły od Marni Mann, które zamierzam w miarę możliwości jak najprędzej przeczytać. Jeżeli nie poznaliście jeszcze się z twórczością autorki, to zachęcam z całego serca to zrobić. Naprawdę warto.