Recenzje
Blade. Canmore #1
Nasłuchałam się o tej książce naprawdę wiele, naczytałam się tweetów i recenzji jeszcze więcej, więc stwierdziłam, że po prostu no muszę ją przeczytać i dowiedzieć się co się w niej tak dużej ilości osób podoba, no i chyba zrozumiałam, lecz niestety moim ulubieńcem ona nie zostanie, ale mimo wszystko fajnie spędziłam z nią czas. Styl pisania autorki jest bardzo przyjemny i lekki, ale też od samego początku wciąga, zamysł na fabułę też był naprawdę fajny, choć ja osobiście na początku myślałam, że naszym głównym bohaterem będzie ktoś inny:)))) to jednak Fane’a bardziej polubiłam. Na pewno mamy tutaj kilka fajnych, ale i chwytających za serce wątków, takich jak walka z chorobą brata Maeve, czy też przemoc domowa, której opisy za każdym razem rozrywały mi serce. Mamy też przemyconych trochę tajemnic i to właśnie tym wątkiem jestem najbardziej rozczarowana jeśli mam być szczera, bo pojawia się tajemnicza kobieta, dziewczyna odkrywa polaroidy z przeszłości swojej mamy, ale nic nie wychodzi na jaw, a a liczyłam, że właśnie jakimś jednym wyjawiającym prawdę zdanie autorka zakończy tą część, a tak to w sumie nic nie wiemy i pewnie ma być to po części zachęta do sięgnięcia kolejnego tomu, ale no coś mi tutaj nie zagrało. Nie do końca byłam też przekonana do postaci Maeve, z jednej strony miałam ochotę ją wyściskać, bo była niesamowicie silna, ciężko pracowała, aleby swojemu bratu i sobie zapewnić jak najlepsze życie, znosiła przemoc ojca, ale z drugiej jej relacja z Fane’m coś mi nie grała, chłopak wiele jej wyjawił, sprawiał żeby ta mu zaufała i to po części się działo, żeby po chwili ta wykrzyczała mu, że jednak mu nie ufa. Jej niektóre zachowania mimo, że może i mają jakieś wyjaśnienie, też nie do końca mi się podobały. Fane też miał swoje za uszami, zwłaszcza na początku ich burzliwej znajomości, lecz każdy kolejny rozdział sprawiał, że moja sympatia do niego rosła. Jestem mimo wszystko ciekawa jak relacja tej dwójki potoczy się dalej, więc z pewnością sięgnę po kolejną część:)
Frenemy. Przyjaciel czy wróg?
Erika chce się dostać na Stanford jednak potrzebuje do tego stypendium. Nie uczy się wybitnie, nie ma super osiągnięć ani niczego czym mogłaby się wyróżnić jednak pojawia się dla niej szansa. Nowa dyrektorka szkoły oferuje jej stypendium w zamian za "dowody zbrodni" jednego z uczniów. Kuszące, prawda? Zniszczyć komuś życie by osiągnąć swój cel... Wszystko zaczyna się komplikować kiedy Erika poznaje bliżej owego ucznia i stają się sobie bliscy. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak ocenić tę książkę. Niby jest ona ok, ale mam tyle zastrzeżeń wobec głównej bohaterki, że już więcej nie można mieć. Jest ona kreowana na stanowcza, zdecydowana, odważną, a tak naprawdę jest płytkim dzieciakiem żerującym o uwagę rodziców... Nie umniejszam temu problemowi natomiast ja chyba jestem za stara by czytać o tak absurdalnych zachowaniach jakie ona przedstawiała. Fabuła miała dobre i stałe tempo choć miałam problem z wciągnięciem się w tę historię. Z początku bohaterowie można powiedzieć, że się nienawidzą jednak ja bym tego tak nie określiła. To Erika z góry założyła okropne rzeczy o tym chłopaku i od początku traktowała go źle i z góry. Nagle po wiecznych docinkach stają się najlepszymi przyjaciółmi co mnie też zdziwiło kiedy dla "nowej psiapsi" w odstawkę poszedł przyjaciel trwający przy nim od dzieciństwa. No dobra, pierwsza miłość ma swoje prawa... Kolejnym minusem jest to, że fabuła opierała się na jednym wielkim kłamstwie co aż raziło w oczy. Dobrze, że chociaż na koniec Autorka rozwiązała tę sprawę szczerą rozmową. Tylko czy nastolatki do których skierowana jest ta historia to zrozumieją? Mam duże wątpliwości odnośnie tej lektury...
Ostatni zachód słońca
„Ostatni Zachód Słońca” to książka, która opowiada historię Livii. Życie dziewczyny to koszmar i gdziekolwiek się pojawia, czuje na sobie negatywne spojrzenia. Każdy pamięta, że jest winna śmierci swoich własnych rodziców. To głównie przez jej skłonność do nałogów ona i jej brat zostali sierotami. Po ich stronie stała babcia i Lily, która jest ich przyjaciółką. Od niemal roku Livii udaje się zachowywać wstrzemięźliwość, ale przeszłość dalej daje o sobie znać i nie pozwala o sobie zapomnieć. Możliwe, że wybór studiów w innym mieście będzie dla dziewczyny szansą na nowy początek. Na pewno zmiana otoczenia jest jej potrzebna, ale o ile może zostawić wiele rzeczy za sobą, to przed sobą nie da się uciec. Livia musi pozbierać się na nowo i stawić czoła różnym wyzwaniom. Jedno z nich pojawia się w jej życiu wraz z tajemniczą kopertą. Jeśli Livia chce ocalić siebie i Jaydena, chłopaka, którego spotkała w nowym otoczeniu, będzie musiała zmierzyć się z tym, czego bardzo się obawia. Co do moich odczuć na temat tej książki, to były one pozytywne. Styl pisania był dla mnie bardzo lekki oraz przyjemny. Fabuła również mi się spodobała, w mojej opinii była ona świetna. Liczba stron była według mnie w porządku, biorąc pod uwagę to, że powstanie jeszcze kontynuacja. Te trzy rzeczy sprawiły, że w miarę sprawnie oraz szybko przebrnąłem przez tę książkę. W powieści było trochę ciężkich tematów, ale na szczęście nie przytłoczyły mnie zbytnio. Bohaterowie byli w porządku oraz ciekawi. Relacja Livii i Jaydena wydawała się autentyczna oraz była według mnie dobrze wykreowana. Końcówka mnie zaciekawiła i przez to jeszcze bardziej mam ochotę poznać kolejny tom tej serii. Chcę też dodać, że ta książka jest debiutem autorki i uważam, że to naprawdę bardzo udany debiut. To była moja pierwsza styczność z twórczością Martyny i na ten moment planuję sięgnąć po jej kolejne powieści, gdy zostaną wydane. Podsumowując: „Ostatni Zachód Słońca” to w mojej opinii bardzo udany debiut. Przyjemnie mi się go czytało oraz lubię głównych bohaterów i relacje pomiędzy nimi. Jeśli lubicie motywy tej powieści, książki, które potrafią zaciekawić od pierwszych stron, oraz macie ukończone 18 lat, to jestem w stanie polecić Wam tę powieść.
Piekielne miejsce
Są takie książki, które zaczynają się jak obietnica terapii: cisza, natura, nowe życie, oddech. I są takie, które już na pierwszych stronach powinny mieć dopisek: „jeśli wierzysz w spokój, to lepiej usiądź”. „Piekielne miejsce” Anny Wolf należy do tej drugiej kategorii - i robi to z uśmiechem kogoś, kto doskonale wie, że zaraz rozwali ci emocje jak domek z kart. Bo tak, Samantha Baker robi to, co każda rozsądna kobieta po serii życiowych katastrof: pakuje walizki, odcina się od FBI, przeszłości, błędów i emocjonalnego bagna, które ciągnie się za nią jak cień po nieudanej relacji. Montana ma być jej resetem. Nowym początkiem. Tlenem. Tylko że w świecie Anny Wolf „nowy początek” to bardzo eleganckie określenie na „zaraz zacznie się coś jeszcze gorszego”. Na początku jest prawie sielankowo. Cisza, przestrzeń, konie, małe miasteczko, które wygląda jak miejsce, gdzie największym problemem powinno być to, że ktoś źle zaparkował pick-upa. I właśnie wtedy włącza mi się lampka ostrzegawcza: skoro jest tak spokojnie, to znaczy, że zaraz ktoś tu odpali emocjonalną bombę. I nie myliłam się ani trochę. Bo „Piekielne miejsce” to nie jest historia o ucieczce. To historia o tym, że przeszłość ma wyjątkowy talent do znajdowania ludzi, którzy bardzo chcą się zgubić. Samantha może zmienić adres, stan i całe otoczenie, ale nie zmieni faktu, że w środku nadal nosi wszystko to, przed czym próbuje uciec. A to „wszystko” ma imię, twarz i - niestety - bardzo dobry timing. Patrick. Ten człowiek to osobna kategoria problemów. To nie jest bohater, którego się „lubi”. To jest bohater, którego się analizuje, przeklina, a potem i tak czyta dalej, bo coś w nim działa jak emocjonalny narkotyk. Ich relacja z Sam to nie jest romans - to pole minowe, na którym każde słowo może być detonatorem. Przyciąganie i odpychanie? To brzmi zbyt delikatnie. Oni się orbitują, zderzają i rozwalają sobie nawzajem spokój z chirurgiczną precyzją. I najlepsze jest to, że to działa. Bo Wolf ma tę bezczelną umiejętność pisania relacji, które są jednocześnie toksyczne i magnetyczne. Takie, na które patrzysz i myślisz: „nie, absolutnie nie”, a po trzech stronach: „okej, ale jeszcze chwilę”. I zanim się zorientujesz, jesteś po uszy w tej historii, kibicując ludziom, którzy powinni najpierw iść na terapię, a dopiero potem do siebie. Ale żeby nie było - to nie jest tylko romans z problemami. To jest historia, która ma w sobie coś znacznie cięższego. Duszny klimat, napięcie, które wisi w powietrzu jak burza przed uderzeniem, i to nieustanne poczucie, że coś jest nie tak. Że to miasteczko nie jest tak niewinne, jak wygląda. Że ludzie wiedzą więcej, niż mówią. A przeszłość Sam nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa - ona dopiero się rozkręca. Wątek kryminalny wchodzi tu cicho, ale robi dokładnie to, co powinien: rozwala poczucie bezpieczeństwa. I nagle okazuje się, że to, co miało być ucieczką, jest tylko kolejnym etapem gry, w której stawką jest coś znacznie większego niż spokój ducha. Styl Anny Wolf? Dalej ten sam, który uzależnia. Lekki, dynamiczny, z dialogami, które mają więcej napięcia niż niejedna scena akcji. To ten typ pisania, przez który mówisz „jeszcze jeden rozdział”, a potem orientujesz się, że właśnie zaczynasz kolejny. I kolejny. I jeszcze jeden, bo przecież teraz to już nie możesz przerwać. I humor - czarny, złośliwy, momentami wręcz bezczelny. Taki, który pojawia się dokładnie wtedy, kiedy sytuacja powinna być śmiertelnie poważna. I właśnie dlatego działa. Bo życie też tak wygląda - najpierw dramat, potem śmiech, a na końcu zdanie: „serio, to się właśnie wydarzyło?”. Samantha to bohaterka, która nie jest idealna - i dzięki temu jest świetna. Popełnia błędy, podejmuje decyzje, które potrafią doprowadzić do szału, ale jednocześnie ma w sobie coś, co sprawia, że chcesz dla niej dobrze. Nawet jeśli ona sama robi wszystko, żeby to „dobrze” skutecznie sabotować. A zakończenie? Powiedzmy sobie szczerze - Anna Wolf nie jest typem autorki, która daje czytelnikowi spokojnie zamknąć książkę i iść spać. Ona raczej rzuca cię w ścianę emocji i mówi: „radź sobie”. I ty siedzisz, patrzysz w sufit i zastanawiasz się, czy możesz się jeszcze na nią obrazić, skoro i tak wiesz, że przeczytasz wszystko, co napisze. „Piekielne miejsce” to książka, która udaje, że daje oddech, a tak naprawdę tylko sprawdza, jak długo wytrzymasz bez powietrza. To historia o ucieczce, która nigdy nie jest ucieczką, o uczuciach, które nie znają granic i o tym, że czasem największym zagrożeniem nie są ludzie z przeszłości… tylko ci, których nie potrafisz z niej wyrzucić. Jeśli więc liczysz na spokój - nie tutaj. Ale jeśli masz ochotę na emocjonalny chaos, napięcie, które wchodzi pod skórę, i historię, która zostawia cię z myślą „co ja właśnie przeczytałam i czemu było to takie dobre?” - to witaj. W piekielnym miejscu. Zaskakująco ciężko się z niego wychodzi.
Suma wszystkich strat. Jak ukształtowało cię dzieciństwo
„Suma wszystkich strat...” to pozycja, z której dowiadujemy się o wpływie doświadczeń z dzieciństwa na nasze dorosłe życie i relacje oraz poznajemy więź między ciałem i emocjami a tworzeniem się mechanizmów obronnych. „Twój charakter to nie Ty — to wyuczony w dzieciństwie sposób na przetrwanie. Odkryj, co naprawdę kryje się pod maską codziennych zachowań”. Książka została podzielona na część teoretyczną i praktyczną. Na początku mamy opisy siedmiu stylów wraz z przykładami, jak wygląda życie osoby reprezentującej dany styl. Ta część książki bardzo mi się podobała, bo charakterystyki pomagały lepiej zrozumieć, jak konkretna osoba funkcjonuje w różnych sytuacjach. W każdym rozdziale poznajemy, zarówno mocne, jak i słabe strony osoby reprezentującej dany typ charakteru oraz potencjał, który może w sobie odkryć. Na końcu każdego rozdziału znajduje się quiz z komentarzem do jego wyników, dzięki któremu możemy sprawdzić, w jakim stopniu odnajdujemy się w danym stylu. To nie jedyne ćwiczenie zawarte w tej książce, ale według mnie najciekawsze. Autorka poświęciła wiele miejsca ćwiczeniom dostosowanym do poszczególnego stylu, których jest całkiem sporo. Wśród nich znalazłam kilka interesujących, a niektóre nie przypadły mi do gustu. Warto wybrać te ćwiczenia, które nas zainteresują, myślę, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Dzięki połączeniu teorii z praktyką książka jest bardziej wartościowa, gdyż poza uświadomieniem pewnych rzeczy pomaga pracować nad sobą bez oceniania i wpędzania w poczucie bycia gorszym. Analizując wszystkie style zawarte w tej książce, odnalazłam w sobie połączenie kilku z nich. Najbardziej pasuje do mnie styl myśliciela, ale łącze w sobie również cechy z kilku innych stylów i jest to normalne. Autorka wspomina, że najczęściej właśnie jesteśmy połączeniem kilku stylów. To moja druga książka od tej autorki i nie żałuję, że po nią sięgnęłam, bo była jeszcze lepsza niż poprzednia. Pani Anna pisze ciekawie, bez oceniania i przekazuje wartościowe informacje, o których jeszcze nigdzie indziej nie czytałam. Książka będzie idealna dla osób zainteresowanych psychologią, takich jak ja, a także tych, którzy chcą lepiej poznać samych siebie, zrozumieć emocje i schematy działania w życiu codziennym. Uważam, że jest to lektura warta przeczytania przez każdego, im więcej wiemy, tym bardziej świadomie postępujemy i lepiej rozumiemy siebie i innych.