Lubię książki Penelope Ward - myślę sobie, że są idealne na odstresowanie, bo chociaż zwykle nie wbijają w fotel i nie zapadają jakoś głęboko w pamięć, to warto podkreślić, że zwykle są fenomenalnie napisane i zwykle jest jakiś plot twist, wokół którego buduje się całość fabuły.
Tak było i tym razem. "Muza rockmana" opowiada o Emily, która poszukuje pewnego sensu i drogi w swoim życiu, przez co trafia na rozmowę o pracę do bycia pomocą w trasie dosyć znanego rockowego zespołu - o którym ona nie wie praktycznie nic, nawet nie jest w stanie przypomnieć sobie, jak wyglądają muzycy. I pech chce, że od razu wpada na jednego z nich... w toalecie, tuż po tym, jak ma wrażenie, że zawaliła rozmowę.
Osobą, na którą wtedy wpada jest Tristan - starszy od niej o jakieś piętnaście lat - który jest głównym wokalistą i który czuje przyjemne orzeźwienie, że ktoś nie traktuje go jak wielkiej gwiazdy, a raczej jak normalnego człowieka, więc decyduje on - w sumie za rekrutera - że to właśnie Emily będzie im towarzyszyć w podróży po Ameryce.
To nie tak, że od razu dochodzi do jakiegoś romansu - raczej do powolnego poznawania się. I - co pragnę z dumą podkreślić - Penelope Ward nie poszła w taki stereotyp, żeby tytułową "muzą rockmana" była właśnie Emily - ale myślę sobie, że warto ten wątek zgłębić samemu, bo jest on na tyle ciekawy i fajnie opisany, że właściwie akcja najbardziej nabiera tempa, gdy są już położone wszystkie karty na stół.
Myślę sobie, że ta autorka ma fajne książki - ale uwierzcie mi, że zaczynam uważać, że motyw różnicy wieku to w przypadku "Muza rockmana" najmniejszy pikuś, jeśli chodzi o potencjalne powody, dla których Emily i Tristan nie powinni być razem: mimo chemii która ich łączy i tego, że naprawdę nie ma tu żadnej przemocy czy toksyczności (bo to mogłoby się wydawać najbardziej oczywistym red flagiem). Oj, jak odkryjecie całą prawdę, którą tu autorka przemyciła, to będziecie pod wrażeniem!
Niemniej jednak dodam, że do połowy ta powieść mi się po prostu i najzwyczajniej w świecie dłużyła. Dopiero później, gdy sprawy zaczęły przybierać nietypowy obrót - bo nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek czytała takie połączenie wątków - to dynamika zrobiła się na tyle szalona, że czytałam z wypiekami na twarzy, by dowiedzieć się, jak sytuacja się dalej rozwinie i jak tam się to wszystko ułoży.
Trochę narzekam na mały druk i minimalne marginesy - bo jednak nie jest to najbardziej komfortowy układ do czytania w papierze - a już definitywnie w późniejszych porach, gdy oczy są już zmęczone. Niemniej jednak sama historia przedstawiona w "Muza rockmana" wynagradza na tyle, że jeśli tylko macie ochotę na zapoznanie się z tym nietypowym romansem, to powinniście bez wątpienia dać szansę tej pozycji.
Jestem ciekawa czym jeszcze zaskoczy nas ta pisarka, bo bez wątpienia będę chciała dalej sięgać po książki jej autorstwa. Mimo że znam pisarzy, których książki czyta mi się lepiej, to Penelope Ward zawsze będzie mi się kojarzyła z takim guilty pleasure i z automatyczną poprawą humoru.
Podsumowując: jestem na "tak", chociaż nie jest to najlepsza książka, jaką przeczytałam w kwietniu!
Książkowir Gałęziowska Dominika