Recenzje
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
„Polecam podróże. Te dalekie i te bliskie. Życie w podróży nabiera kolorów i smaku, a ludzie wydają się o wiele bliżsi i milsi”. Wsiadłam do pociągu. Bohaterowie książki wsiedli na rowery. I pojechaliśmy – ja w rodzinne strony, oni Jedwabnym Szlakiem.
Gdzieś daleko stąd żyją ludzie, którzy mimo tego, że zupełnie cię nie znają, przyjmą cię pod swój dach, nakarmią i oddadzą swój najlepszy pokój, byś miał gdzie spać. Drzwi do ich domów stoją otworem, a obawa o to, byś niczego im nie ukradł nie ma racji bytu z jednego prostego powodu – nie mają nic, co warte by było zabrania. A życzliwość i zaufanie, którymi cię obdarzą są bezcenne.
Gdzieś daleko stąd to, że nie znasz lokalnego języka nie ma żadnego znaczenia. Wystarcza uśmiech, gesty, spojrzenia. W magiczny niemal sposób nawiązuje się między wami nić porozumienia, która przekształca się niejednokrotnie w coś więcej. Wracając myślami do miejsc, w których byłeś, przed oczyma wyobraźni pojawiają się wszystkie twarze, które miałeś okazję zobaczyć i wszystkie historie, których wysłuchałeś. Mimo tego, że nie rozumiałeś z nich ani słowa.
Gdzieś daleko stąd nie ma telewizorów, a dostęp do Internetu jest totalną abstrakcją. Miejscowi boją się błysku fleszy, bo kojarzą im się z piorunami. A piorun to przecież bóg – człowiek nie powinien mieć urządzenia rzucającego bogami. Dzieci biegają boso. Nigdy nie widziały na oczy książki i nie mają pojęcia o czytaniu. Często są głodne. Mimo tego machają do ciebie radośnie, życząc dobrej podróży. I być może są szczęśliwsze niż dzieci „bogatego Zachodu”, które nie wiedzą, którą zabawką się dzisiaj bawić.
„Spotkania na Jedwabnym Szlaku” to nie tylko podróż przez drogi i bezdroża. To także podróż, dzięki której nabiera się pewnej perspektywy a jednocześnie wiary w to, że ludzie nie są tak źli, jak przedstawiają to media. To podróż wśród ludzi, którzy mimo różnego wyglądu, kultury czy religii w środku są tacy sami i z taką samą radością wypiją z tobą kolejną szklankę herbaty. Pierwszą, setną, tysięczną.
Podróż bohaterów powoli dobiegała końca, a ja powoli przewracałam ostatnie kartki książki obiecując sobie w duchu, że kiedyś również pojadę przed siebie.
Gdzieś daleko stąd żyją ludzie, którzy mimo tego, że zupełnie cię nie znają, przyjmą cię pod swój dach, nakarmią i oddadzą swój najlepszy pokój, byś miał gdzie spać. Drzwi do ich domów stoją otworem, a obawa o to, byś niczego im nie ukradł nie ma racji bytu z jednego prostego powodu – nie mają nic, co warte by było zabrania. A życzliwość i zaufanie, którymi cię obdarzą są bezcenne.
Gdzieś daleko stąd to, że nie znasz lokalnego języka nie ma żadnego znaczenia. Wystarcza uśmiech, gesty, spojrzenia. W magiczny niemal sposób nawiązuje się między wami nić porozumienia, która przekształca się niejednokrotnie w coś więcej. Wracając myślami do miejsc, w których byłeś, przed oczyma wyobraźni pojawiają się wszystkie twarze, które miałeś okazję zobaczyć i wszystkie historie, których wysłuchałeś. Mimo tego, że nie rozumiałeś z nich ani słowa.
Gdzieś daleko stąd nie ma telewizorów, a dostęp do Internetu jest totalną abstrakcją. Miejscowi boją się błysku fleszy, bo kojarzą im się z piorunami. A piorun to przecież bóg – człowiek nie powinien mieć urządzenia rzucającego bogami. Dzieci biegają boso. Nigdy nie widziały na oczy książki i nie mają pojęcia o czytaniu. Często są głodne. Mimo tego machają do ciebie radośnie, życząc dobrej podróży. I być może są szczęśliwsze niż dzieci „bogatego Zachodu”, które nie wiedzą, którą zabawką się dzisiaj bawić.
„Spotkania na Jedwabnym Szlaku” to nie tylko podróż przez drogi i bezdroża. To także podróż, dzięki której nabiera się pewnej perspektywy a jednocześnie wiary w to, że ludzie nie są tak źli, jak przedstawiają to media. To podróż wśród ludzi, którzy mimo różnego wyglądu, kultury czy religii w środku są tacy sami i z taką samą radością wypiją z tobą kolejną szklankę herbaty. Pierwszą, setną, tysięczną.
Podróż bohaterów powoli dobiegała końca, a ja powoli przewracałam ostatnie kartki książki obiecując sobie w duchu, że kiedyś również pojadę przed siebie.
bookeriada.pl Justyna Sekuła, 2012-03-28
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
Słoik chińskiej, zielonej albo mała szklaneczka mocnej, bardzo słodkiej. Słona, mleczna szircza albo zwyczajny czaj. Podróż jest odmierzana kolejnymi łykami herbaty, a może należałoby rzec – kolejnymi spotkaniami przy tym esencjonalnym naparze. Bo nie sama herbata jest ważna, nie ważne ile kto słodzi, w czym ją pije… Ważny jest ten, kto niespodziewanie zapyta obcego turystę: „czaj pijot?”
„Tysiąc szklanek herbaty” Roberta Robba Maciąga to nie jest zwykła opowieść o podróży rowerowej Jedwabnym Szlakiem. Podróż kojarzy się z przemierzaniem kolejnych kilometrów, z punktami na mapie, z mijanymi górami i dolinami, z miastami i bezdrożami. W tym krajobrazie jest oczywiście miejsce dla ludzi – sklepikarzy, właścicieli hoteli i stacji benzynowych, przypadkowych przechodniów, którzy przecinają szlak wędrówki. Trudno zapamiętać ich twarze i imiona, trudno jest się porozumieć inaczej niż na migi. Trudno jest ich poznać, gdy w wiosce pozostaje się na jedną noc, by rano wyruszyć na spotykanie kolejnych ludzi, podobnych, a jednak zupełnie innych. To, co trudne nie jest niemożliwe jeśli tylko pozwolimy sobie podróżować „całym sobą”. Podróż wyzwala w człowieku coś, co można nazwać pierwotnym instynktem stadnym, a co jest w istocie potrzebą bycia z drugim człowiekiem, napicia się z nim herbaty. Ta książka jest o spotkaniu obcych i jednocześnie bardzo bliskich sobie ludzi.
Wyprawa, w którą zabiera nas Robert Maciąg, to podróż „do drugiego człowieka”; podróż, która pozwala każdemu wrócić do początków człowieczeństwa. Nie są to słowa na wyrost jakby się mogło wydawać, bo to właśnie w podróży, w obcym otoczeniu, gdzie natura staje się wrogiem jednostki, istnienie człowieka jest zależne od „Innego”, od tego, który podzieli się wodą, poczęstuje pożywieniem, udzieli schronienia. Czasem są to gesty na wyrost, zwykła gościnność i ciekawość, a czasem, jak na pustyni Dasht-e Kavir jest to pomoc, która ratuje życie. „W miejscu gdzie człowiek samotny nie ma większych szans na przetrwanie, drugi człowiek jest jego aniołem stróżem. I nigdy nie wiadomo, kto jest czyim i kiedy” pisze Maciąg i zabiera nas w głąb Azji, do małych domków przypominających bunkry, do zielonych meczetów i jurt zdobionych skórami zwierząt. To zadziwiające, że nieprzychylna natura i konieczność budowania zwartej społeczności na piaskach pustyni czy nieurodzajnych stepach, uczyniła tych ludzi tak niebywale otwartymi, wyczulonymi na potrzeby innych. Uśmiechnięci Uzbekowie, Tadżykowie, Irańczycy czują się gospodarzami, przewodnikami, wreszcie – ambasadorami swoich wsi i miasteczek. Ta wola pomocy i ciekawość świata sprawia, że znika nawet bariera językowa, a w jej miejsce pojawia się coś tak naturalnego w komunikacji międzyludzkiej jak gest.
Gest gościnności jest wszędzie taki sam. Szczątkowe słowa rosyjskie, angielskie czy niemieckie tylko naprowadzają na dobre tory, ale to właśnie gesty, grymasy, uniwersalne znaki „na migi” są prawdziwym językiem podróży. Można mieć wątpliwości, czy taka komunikacja jest wyczerpująca – nie, z pewnością nie jest, bo trwa zbyt krótko by dowiedzieć się wszystkiego, zbyt wiele jest w naszych krajach różnic, które należałoby wytłumaczyć, zbyt wiele szczegółów, do których przywiązujemy wagę. Ale ta komunikacja jest prawdziwa i wynika z naszej potrzeby interakcji z „Innym”. Jej „prawdziwość” to znak, że, jak pisze Maciąg, chociaż „mamy różne twarze, języki i religie (…) w środku jesteśmy tacy sami”. Gest jest odwieczny, naturalny, ponadnarodowy, przynależy człowiekowi, albo nawet więcej – czyni człowieka. Tym właśnie jest podanie szklanki z herbatą, to mowa ciała, która, przełożona na „nasz język” (zbyt opisowy, zbyt sztuczny w tym kontekście) oznaczałaby – chcę wiedzieć kim jesteś, jak mieszkasz, jaka jest twoja rodzina i twój kraj. I chociaż trudno w to uwierzyć, to w tym geście, w tej wymianie niemal bez słów znajdują się te wszystkie pytania i wszystkie odpowiedzi. Czasem więcej jest milczenia, czasem więcej uśmiechu, który zapełnia nieporadność współczesnego podróżnika, czasem więcej angielskiego czy rosyjskiego, który pozwala uzupełnić historie Abdula, Hadżim, Mariam…
Cały dziennik Roberta Maciąga jest historią ludzi. Nawet gdy autor zachwyca się pięknem przyrody, zawsze towarzyszy mu refleksja nad człowiekiem, który z tą naturą musi współpracować lub walczyć. Nie tylko niedostępne góry czy słone pustynie są prawdziwym wrogiem tych małych społeczności. Bolesna historia krajów Bliskiego Wschodu, republik Związku Radzieckiego czy Chin wskazuje, że najeźdźca czy dyktator, po prostu drugi człowiek staje się najczęściej najokrutniejszym oprawcą. Nie dość, że czas nie zdążył jeszcze zabliźnić ran po ostatnich konfliktach, już z impetem wybuchają nowe, które tak boleśnie uderzają w zwykłych, prostych obywateli. Dziś, w 2012 roku ze współczuciem czyta się słowa anonimowego mieszkańca syryjskiego miasteczka Aleppo, który dwa lata temu zwierzył się Robertowi: „Oglądałem 30 lat temu Wałęsę w TV i już 30 lat na takiego i u nas czekam. Ale już się nie doczekam. U nas takich od razu zabijają”. W tym właśnie tkwi siła dziennika z podróży – w oddaniu głosu innym. Maciąg nie zawłaszcza opowieści, ale otwiera swoją literaturę i pozwala by jego przyjaciele mieli szansę powiedzieć światu kim są, co robią, o czym myślą, jak wygląda ich prawdziwe życie. Jest to kolejna wielka potrzeba każdego człowieka – podzielenie się z innymi swoją historią, przekazanie dalej własnej narracji, a tym samym zaznaczenie swojej obecności w świecie, istnienie poprzez opowieść. Właśnie te dialogi, przytaczane słowa, te zdjęcia, którymi autor dzieli się ze światem są zapłatą za gościnę. To jedyne, co może zrobić dla swoich gospodarzy – dać świadectwo.
Cała książka „Tysiąc szklanek herbaty” jest świadectwem ludzkiej gościnności i potrzeby bycia razem. Wszystkich nas łączy chęć zapytania „Innego” kim jest, ale i opowiedzenia swojej własnej historii. Bez tej ciekawości i wiary „w drogę”, w to, że na jej końcu znajdują się uczciwi, dobrzy ludzie, nie byłoby ani podróży, ani tym samym ogromnej części naszego wspólnego dziedzictwa kulturowego. Robert Maciąg dochodzi do zaskakująco prostego, ale jakże ważnego wniosku – podróż sprawia, że człowiek znów zaczyna wierzyć w człowieka. Oddala się od negatywnych komunikatów telewizyjnych, tragicznych historii, którymi epatują media, a przybliża do drugiej osoby, takiej jak on sam, z podobnymi potrzebami i problemami. Oczywiście, wszędzie można spotkać złodzieja czy oszusta, ale jednak znacznie częściej spotyka się tych, którzy częstują obiadem, zapraszają do domu, udzielają dobrych rad. „Przywracanie wiary” brzmi może zbyt pompatycznie w kontekście tego lekkiego w swojej formie, bardzo przystępnego dziennika, ale trudno o lepsze określenie na ten fenomen jedności ludzi, o którym Robert pisze:
„Gościnność zawsze będzie dla mnie fenomenem. Jak to się dzieje, że pod wpływem impulsu ktoś zaprasza mnie do domu i nagle, bez żadnej podstawy, zaczyna o mnie dbać (…). Fenomenem jest również dla mnie to, że ja się na to zgadzam. Oddaję się pod opiekę obcym ludziom, wchodzę do ich domu i zamykam się przed światem (…)”.
„Tysiąc szklanek herbaty” to dziennik niezwykły, bardzo wzruszający i daleki od telenowelowego kiczu, którego obawia się sam autor. Jest w tym dzienniku za to jakaś prawda o człowieku, o potrzebie dzielenia się własnym życiem, własną historią i o niezwykle cennych momentach rozmowy przy szklance herbaty.
„Tysiąc szklanek herbaty” Roberta Robba Maciąga to nie jest zwykła opowieść o podróży rowerowej Jedwabnym Szlakiem. Podróż kojarzy się z przemierzaniem kolejnych kilometrów, z punktami na mapie, z mijanymi górami i dolinami, z miastami i bezdrożami. W tym krajobrazie jest oczywiście miejsce dla ludzi – sklepikarzy, właścicieli hoteli i stacji benzynowych, przypadkowych przechodniów, którzy przecinają szlak wędrówki. Trudno zapamiętać ich twarze i imiona, trudno jest się porozumieć inaczej niż na migi. Trudno jest ich poznać, gdy w wiosce pozostaje się na jedną noc, by rano wyruszyć na spotykanie kolejnych ludzi, podobnych, a jednak zupełnie innych. To, co trudne nie jest niemożliwe jeśli tylko pozwolimy sobie podróżować „całym sobą”. Podróż wyzwala w człowieku coś, co można nazwać pierwotnym instynktem stadnym, a co jest w istocie potrzebą bycia z drugim człowiekiem, napicia się z nim herbaty. Ta książka jest o spotkaniu obcych i jednocześnie bardzo bliskich sobie ludzi.
Wyprawa, w którą zabiera nas Robert Maciąg, to podróż „do drugiego człowieka”; podróż, która pozwala każdemu wrócić do początków człowieczeństwa. Nie są to słowa na wyrost jakby się mogło wydawać, bo to właśnie w podróży, w obcym otoczeniu, gdzie natura staje się wrogiem jednostki, istnienie człowieka jest zależne od „Innego”, od tego, który podzieli się wodą, poczęstuje pożywieniem, udzieli schronienia. Czasem są to gesty na wyrost, zwykła gościnność i ciekawość, a czasem, jak na pustyni Dasht-e Kavir jest to pomoc, która ratuje życie. „W miejscu gdzie człowiek samotny nie ma większych szans na przetrwanie, drugi człowiek jest jego aniołem stróżem. I nigdy nie wiadomo, kto jest czyim i kiedy” pisze Maciąg i zabiera nas w głąb Azji, do małych domków przypominających bunkry, do zielonych meczetów i jurt zdobionych skórami zwierząt. To zadziwiające, że nieprzychylna natura i konieczność budowania zwartej społeczności na piaskach pustyni czy nieurodzajnych stepach, uczyniła tych ludzi tak niebywale otwartymi, wyczulonymi na potrzeby innych. Uśmiechnięci Uzbekowie, Tadżykowie, Irańczycy czują się gospodarzami, przewodnikami, wreszcie – ambasadorami swoich wsi i miasteczek. Ta wola pomocy i ciekawość świata sprawia, że znika nawet bariera językowa, a w jej miejsce pojawia się coś tak naturalnego w komunikacji międzyludzkiej jak gest.
Gest gościnności jest wszędzie taki sam. Szczątkowe słowa rosyjskie, angielskie czy niemieckie tylko naprowadzają na dobre tory, ale to właśnie gesty, grymasy, uniwersalne znaki „na migi” są prawdziwym językiem podróży. Można mieć wątpliwości, czy taka komunikacja jest wyczerpująca – nie, z pewnością nie jest, bo trwa zbyt krótko by dowiedzieć się wszystkiego, zbyt wiele jest w naszych krajach różnic, które należałoby wytłumaczyć, zbyt wiele szczegółów, do których przywiązujemy wagę. Ale ta komunikacja jest prawdziwa i wynika z naszej potrzeby interakcji z „Innym”. Jej „prawdziwość” to znak, że, jak pisze Maciąg, chociaż „mamy różne twarze, języki i religie (…) w środku jesteśmy tacy sami”. Gest jest odwieczny, naturalny, ponadnarodowy, przynależy człowiekowi, albo nawet więcej – czyni człowieka. Tym właśnie jest podanie szklanki z herbatą, to mowa ciała, która, przełożona na „nasz język” (zbyt opisowy, zbyt sztuczny w tym kontekście) oznaczałaby – chcę wiedzieć kim jesteś, jak mieszkasz, jaka jest twoja rodzina i twój kraj. I chociaż trudno w to uwierzyć, to w tym geście, w tej wymianie niemal bez słów znajdują się te wszystkie pytania i wszystkie odpowiedzi. Czasem więcej jest milczenia, czasem więcej uśmiechu, który zapełnia nieporadność współczesnego podróżnika, czasem więcej angielskiego czy rosyjskiego, który pozwala uzupełnić historie Abdula, Hadżim, Mariam…
Cały dziennik Roberta Maciąga jest historią ludzi. Nawet gdy autor zachwyca się pięknem przyrody, zawsze towarzyszy mu refleksja nad człowiekiem, który z tą naturą musi współpracować lub walczyć. Nie tylko niedostępne góry czy słone pustynie są prawdziwym wrogiem tych małych społeczności. Bolesna historia krajów Bliskiego Wschodu, republik Związku Radzieckiego czy Chin wskazuje, że najeźdźca czy dyktator, po prostu drugi człowiek staje się najczęściej najokrutniejszym oprawcą. Nie dość, że czas nie zdążył jeszcze zabliźnić ran po ostatnich konfliktach, już z impetem wybuchają nowe, które tak boleśnie uderzają w zwykłych, prostych obywateli. Dziś, w 2012 roku ze współczuciem czyta się słowa anonimowego mieszkańca syryjskiego miasteczka Aleppo, który dwa lata temu zwierzył się Robertowi: „Oglądałem 30 lat temu Wałęsę w TV i już 30 lat na takiego i u nas czekam. Ale już się nie doczekam. U nas takich od razu zabijają”. W tym właśnie tkwi siła dziennika z podróży – w oddaniu głosu innym. Maciąg nie zawłaszcza opowieści, ale otwiera swoją literaturę i pozwala by jego przyjaciele mieli szansę powiedzieć światu kim są, co robią, o czym myślą, jak wygląda ich prawdziwe życie. Jest to kolejna wielka potrzeba każdego człowieka – podzielenie się z innymi swoją historią, przekazanie dalej własnej narracji, a tym samym zaznaczenie swojej obecności w świecie, istnienie poprzez opowieść. Właśnie te dialogi, przytaczane słowa, te zdjęcia, którymi autor dzieli się ze światem są zapłatą za gościnę. To jedyne, co może zrobić dla swoich gospodarzy – dać świadectwo.
Cała książka „Tysiąc szklanek herbaty” jest świadectwem ludzkiej gościnności i potrzeby bycia razem. Wszystkich nas łączy chęć zapytania „Innego” kim jest, ale i opowiedzenia swojej własnej historii. Bez tej ciekawości i wiary „w drogę”, w to, że na jej końcu znajdują się uczciwi, dobrzy ludzie, nie byłoby ani podróży, ani tym samym ogromnej części naszego wspólnego dziedzictwa kulturowego. Robert Maciąg dochodzi do zaskakująco prostego, ale jakże ważnego wniosku – podróż sprawia, że człowiek znów zaczyna wierzyć w człowieka. Oddala się od negatywnych komunikatów telewizyjnych, tragicznych historii, którymi epatują media, a przybliża do drugiej osoby, takiej jak on sam, z podobnymi potrzebami i problemami. Oczywiście, wszędzie można spotkać złodzieja czy oszusta, ale jednak znacznie częściej spotyka się tych, którzy częstują obiadem, zapraszają do domu, udzielają dobrych rad. „Przywracanie wiary” brzmi może zbyt pompatycznie w kontekście tego lekkiego w swojej formie, bardzo przystępnego dziennika, ale trudno o lepsze określenie na ten fenomen jedności ludzi, o którym Robert pisze:
„Gościnność zawsze będzie dla mnie fenomenem. Jak to się dzieje, że pod wpływem impulsu ktoś zaprasza mnie do domu i nagle, bez żadnej podstawy, zaczyna o mnie dbać (…). Fenomenem jest również dla mnie to, że ja się na to zgadzam. Oddaję się pod opiekę obcym ludziom, wchodzę do ich domu i zamykam się przed światem (…)”.
„Tysiąc szklanek herbaty” to dziennik niezwykły, bardzo wzruszający i daleki od telenowelowego kiczu, którego obawia się sam autor. Jest w tym dzienniku za to jakaś prawda o człowieku, o potrzebie dzielenia się własnym życiem, własną historią i o niezwykle cennych momentach rozmowy przy szklance herbaty.
lekturyreportera.pl Anna Ciarkowska, 2012-03-28
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
Za uprzejmością wydawnictwa „Bezdroża” wpadła nam ostatnio w ręcę książka Robba Maciąga „1000 szklanek herbaty”. Patryk głównie szeleszcze kartkami literatury fantasy, ja od czasu do czasu flirtuje z górskimi opowieściami i opowiadaniami, ale nie da się nie mieć chrapki na książkę podróżniczą. Tym bardziej taką, która przedstawia przygody przeżyte podczas rowerowego przemierzania Jedwabnego szlaku.
Robb w raz ze swoją żoną Anią wybrali się na przejażdżkę. Za cel obrali sobie przejechanie trasy legendarnego Jedwabnego Szlaku, co już samo w sobie jest łamiącą moje serce przygodą. Kolejno Syria, Turcja, Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Chiny i na końcu Laos. Ciekawe co na to chłopaki z Tour De France…
Właściwie książka opowiada nie tyle o przejechaniu przez te wszystkie państwa, co o spotkaniach z ich mieszkańcami. Poznani w trasie ludzie zawsze w emocjonalny sposób wpływają na podróżnych i to właśnie ich historie przedstawione są w książce. I to jak im się żyje. Bardzo plastycznie opisane sytuacje z życia ludzi mieszkających w krajach, które tak na prawdę większość naszego społeczeństwa zna tylko z nazwy, pozwalają docenić to co się ma i sprawiają, że zaczynasz się poważnie zastanawiać czy już właśnie w tym momencie nie powineneś zacząć pakować plecaka. Siedząc w swoim wygodnym skórzanym fotelu w świeżo pomalowanym pokoju wystarczy wziąć do ręki książkę Robba by w mgnieniu oka przenieść się na przykład do pamirskich osad, do których oprócz tych co muszą, zaglądają jedynie osoby chcące dowiedzieć się o życiu czegoś więcej.
Fragment książki:
„Życie w Pamirze jest ciężkie dla wszystkich. Zarówno dla ludzi, jak i dla zwierząt, a i maszyny nie mają lekko. Kurz, pył, mało tlenu w powietrzu. Wszystko rdzewieje, zgrzyta, zapycha sobie różne filtry i pali dwa razy więcej paliwa niż na nizinach. Paliwo… ktoś przywiezie w beczce. Sprzeda po półtora dolara za litr, i to ledwie za benzynę 76 oktanów. I jakoś nikt stąd nie ucieka. Pojedynczy ludzie – to oczywiste, ludzie zawsze będą szukać szczęścia w innych krajach, ale masy, te niewielkie, pamirskie masy wciąż żyją wśród jałowych gór.
Wolni od informacji.
Wolni od światowych problemów, od giełd, konfliktów, karier, huraganów w USA i problemów z inwestycjami w Polsce”
Podróżne kontakty Robba, Ani i ich innych, epizodycznych kompanów z tambylcami są różne, ale zawsze wydają się być życzliwe i przyjacielskie. Czytając książkę można poczuć ducha, dla wielu niezrozumiałej, chęci pomocy drugiemu, zupełnie obcemu człowiekowi. Bohaterzy często są gośćmi prostych, nie mających za szerokich perspektyw ludzi. W książce niejednokrotnie można przeczytać o odczuciach Robba względem tego, jak odnoszą się do niego i Ani osoby, których pewnie już nigdy w życiu nie spotkają. A może jednak ?
Fragment książki:
„Zawsze mnie zadziwia i onieśmiela, gdy zupełnie obcy ludzie wykrzykują za nami: „Szczęśliwej drogi!” lub zwyczajnie przykładają sobie dłonie do twarzy i cicho się za nas modlą. O ile to „szczęśliwej drogi” jest zwykłym, przyjacielskim i radosnym okrzykiem, o tyle pewnie modliwa jest czymś więcej. Jak wytłumaczyć zachowanie robotnika drogowego, który na nasz widok rzucił łopatę i rękawicę, stanął wyprostowany, przyłożył sobie dłonie do twarzy, jak czynią muzułmanie, i zaczął odprawiać krótką fathę? W Evon, gdzie spalismy w zagrodzie u Zoi, zanim pozwoliła nam odjechać, kazała nam na chwilę przystanąć i powiedziała, że musi się teraz za nas pomodlić. Zoyę zdążyliśmy już poznać, zjedliśmy razem dwa posiłki i wypiliśmy u niej niejedną herbatę.
Ale ci obcy?”
Podoba mi się też bardzo brak jakiegokolwiek narzekania. Uświadomcie sobie – przejechali rowerami Jedwabny Szlak! To nie jest jakieśtam autostopem do Gruzji, tylko pokonanie tysięcy kilometrów napędem własnych łydek. Nie zanotowałem żadnych oznak słabości, zero stękania. Co więcej, ten jak dla mnie heroiczny wyczyn Robb opisuje bardzo skromnie i ani przez moment nie ma ochoty wychylać się przed szereg.
Nie sposób nic nie napisać o formacie książki. Zgrabny, schludny, ergonomiczny, nadaje się do czytania w każdym miejscu. „1000 szklanek herbaty” wydane jest bardzo nowatorską jak na swoją tematykę. Sprzyja to bardzo oglądaniu zdjęć, których głównym tematem są napotkani na trasie ludzie. Pomijając już fakt, że zdjęcia są genialne to doskonale komponują się one z fabułą książki.
Najbardziej spodoba się tym, którzy lubią czytać o przypadkowych, ale mocno zapadających w pamięć spotkaniach, lubującym się we wciągających opisach miejsc zapomnianych, ale także i legendarnych, wczuwającym się w klimat drogi i fascynacji samą podróżą, a także miłośnikom Chin i, no jakże by inaczej, rowerzystom!
Robb w raz ze swoją żoną Anią wybrali się na przejażdżkę. Za cel obrali sobie przejechanie trasy legendarnego Jedwabnego Szlaku, co już samo w sobie jest łamiącą moje serce przygodą. Kolejno Syria, Turcja, Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Chiny i na końcu Laos. Ciekawe co na to chłopaki z Tour De France…
Właściwie książka opowiada nie tyle o przejechaniu przez te wszystkie państwa, co o spotkaniach z ich mieszkańcami. Poznani w trasie ludzie zawsze w emocjonalny sposób wpływają na podróżnych i to właśnie ich historie przedstawione są w książce. I to jak im się żyje. Bardzo plastycznie opisane sytuacje z życia ludzi mieszkających w krajach, które tak na prawdę większość naszego społeczeństwa zna tylko z nazwy, pozwalają docenić to co się ma i sprawiają, że zaczynasz się poważnie zastanawiać czy już właśnie w tym momencie nie powineneś zacząć pakować plecaka. Siedząc w swoim wygodnym skórzanym fotelu w świeżo pomalowanym pokoju wystarczy wziąć do ręki książkę Robba by w mgnieniu oka przenieść się na przykład do pamirskich osad, do których oprócz tych co muszą, zaglądają jedynie osoby chcące dowiedzieć się o życiu czegoś więcej.
Fragment książki:
„Życie w Pamirze jest ciężkie dla wszystkich. Zarówno dla ludzi, jak i dla zwierząt, a i maszyny nie mają lekko. Kurz, pył, mało tlenu w powietrzu. Wszystko rdzewieje, zgrzyta, zapycha sobie różne filtry i pali dwa razy więcej paliwa niż na nizinach. Paliwo… ktoś przywiezie w beczce. Sprzeda po półtora dolara za litr, i to ledwie za benzynę 76 oktanów. I jakoś nikt stąd nie ucieka. Pojedynczy ludzie – to oczywiste, ludzie zawsze będą szukać szczęścia w innych krajach, ale masy, te niewielkie, pamirskie masy wciąż żyją wśród jałowych gór.
Wolni od informacji.
Wolni od światowych problemów, od giełd, konfliktów, karier, huraganów w USA i problemów z inwestycjami w Polsce”
Podróżne kontakty Robba, Ani i ich innych, epizodycznych kompanów z tambylcami są różne, ale zawsze wydają się być życzliwe i przyjacielskie. Czytając książkę można poczuć ducha, dla wielu niezrozumiałej, chęci pomocy drugiemu, zupełnie obcemu człowiekowi. Bohaterzy często są gośćmi prostych, nie mających za szerokich perspektyw ludzi. W książce niejednokrotnie można przeczytać o odczuciach Robba względem tego, jak odnoszą się do niego i Ani osoby, których pewnie już nigdy w życiu nie spotkają. A może jednak ?
Fragment książki:
„Zawsze mnie zadziwia i onieśmiela, gdy zupełnie obcy ludzie wykrzykują za nami: „Szczęśliwej drogi!” lub zwyczajnie przykładają sobie dłonie do twarzy i cicho się za nas modlą. O ile to „szczęśliwej drogi” jest zwykłym, przyjacielskim i radosnym okrzykiem, o tyle pewnie modliwa jest czymś więcej. Jak wytłumaczyć zachowanie robotnika drogowego, który na nasz widok rzucił łopatę i rękawicę, stanął wyprostowany, przyłożył sobie dłonie do twarzy, jak czynią muzułmanie, i zaczął odprawiać krótką fathę? W Evon, gdzie spalismy w zagrodzie u Zoi, zanim pozwoliła nam odjechać, kazała nam na chwilę przystanąć i powiedziała, że musi się teraz za nas pomodlić. Zoyę zdążyliśmy już poznać, zjedliśmy razem dwa posiłki i wypiliśmy u niej niejedną herbatę.
Ale ci obcy?”
Podoba mi się też bardzo brak jakiegokolwiek narzekania. Uświadomcie sobie – przejechali rowerami Jedwabny Szlak! To nie jest jakieśtam autostopem do Gruzji, tylko pokonanie tysięcy kilometrów napędem własnych łydek. Nie zanotowałem żadnych oznak słabości, zero stękania. Co więcej, ten jak dla mnie heroiczny wyczyn Robb opisuje bardzo skromnie i ani przez moment nie ma ochoty wychylać się przed szereg.
Nie sposób nic nie napisać o formacie książki. Zgrabny, schludny, ergonomiczny, nadaje się do czytania w każdym miejscu. „1000 szklanek herbaty” wydane jest bardzo nowatorską jak na swoją tematykę. Sprzyja to bardzo oglądaniu zdjęć, których głównym tematem są napotkani na trasie ludzie. Pomijając już fakt, że zdjęcia są genialne to doskonale komponują się one z fabułą książki.
Najbardziej spodoba się tym, którzy lubią czytać o przypadkowych, ale mocno zapadających w pamięć spotkaniach, lubującym się we wciągających opisach miejsc zapomnianych, ale także i legendarnych, wczuwającym się w klimat drogi i fascynacji samą podróżą, a także miłośnikom Chin i, no jakże by inaczej, rowerzystom!
www.paragonzpodrozy.pl 2012-03-28
Filozofia sukcesu, czyli f**k it
Pewnego dnia John C. Parkin i Gaia Pollini postanowili otworzyć w sercu Włoch ośrodek wypoczynkowy, który nazwali „The Hill That Breathes”… Ośrodek ten miał być oazą, w której odwiedzający go goście mieli odnaleźć spokój. I tak też w gruncie rzeczy było – ludzie, którzy do niego trafiali uczyli się dystansować i uwalniać od tego, co ich w jakikolwiek sposób ograniczało, w myśl jednej zasady, na którą składały się dwa proste słowa: „Pieprz to”. Dla jednych zabrzmi dziwacznie, dla drugich całkowicie znajomo…
Nie od dziś wiadomo, że ludzie mają tendencję do przesadzania i znajdowania problemów tam, gdzie ich nie ma. Czy aby na pewno jest to takie dobre? Z całą pewnością nie, a już na pewno nie na dłuższą metę. Więc po co rwiemy sobie włosy z głowy, zamiast wszystko na spokojnie przemyśleć? Przyczyna jest prosta – zbyt poważnie wszystko traktujemy.
Książka „Filozofia sukcesu, czyli f**k it!”, która kryje w sobie niebanalne przesłaniem łamie nasze standardy myslenia – autorzy nawołują do zdystansowania się wobec wszystkiego, co nas martwi i trafi. I jak się okazuje, wcale nie jest to takie trudne!
„Filozofia sukcesu…” to mała perełka, która ma wielką moc. Można ją czytać od początku do końca, bądź na wyrywki, otwierając na chybił trafił – za każdym razem trafi nam się prosta rada, która sprawi, że uśmiechniemy się od ucha do ucha. Książka ta przede wszystkim pokazuje, że czasem lepiej jest najzwyczajniej w świecie odpuścić, niż brnąć w coś, co zamiast nas uszczęśliwić, przynosi nam dodatkowe problemy i zmartwienia.
Z całą pewnością znajdą się osoby, które uznają tę książkę za coś absurdalnego i totalnie zbędnego, co kosztuje znacznie więcej, niż powinno. Pieprzyć to! Życie jest jedno, a i tak nigdy nie dogodzimy każdemu. Nie musimy! Na szczęście nie mamy takiego obowiązku. Tym, którzy chcą się uśmiać, bądź sprawić komuś niebanalny prezent z przymrużeniem oka, dając do zrozumienia, żeby nieco spuścili z tonu, z pełną odpowiedzialnością polecam książkę głoszącą nową, lepszą filozofię – „F**k it! By żyło się lepiej!” Tym, którzy nie maja poczucia humoru i dystansu do siebie i swoich pieniędzy radzę… poszukać jej w bibliotece ;)
Nie od dziś wiadomo, że ludzie mają tendencję do przesadzania i znajdowania problemów tam, gdzie ich nie ma. Czy aby na pewno jest to takie dobre? Z całą pewnością nie, a już na pewno nie na dłuższą metę. Więc po co rwiemy sobie włosy z głowy, zamiast wszystko na spokojnie przemyśleć? Przyczyna jest prosta – zbyt poważnie wszystko traktujemy.
Książka „Filozofia sukcesu, czyli f**k it!”, która kryje w sobie niebanalne przesłaniem łamie nasze standardy myslenia – autorzy nawołują do zdystansowania się wobec wszystkiego, co nas martwi i trafi. I jak się okazuje, wcale nie jest to takie trudne!
„Filozofia sukcesu…” to mała perełka, która ma wielką moc. Można ją czytać od początku do końca, bądź na wyrywki, otwierając na chybił trafił – za każdym razem trafi nam się prosta rada, która sprawi, że uśmiechniemy się od ucha do ucha. Książka ta przede wszystkim pokazuje, że czasem lepiej jest najzwyczajniej w świecie odpuścić, niż brnąć w coś, co zamiast nas uszczęśliwić, przynosi nam dodatkowe problemy i zmartwienia.
Z całą pewnością znajdą się osoby, które uznają tę książkę za coś absurdalnego i totalnie zbędnego, co kosztuje znacznie więcej, niż powinno. Pieprzyć to! Życie jest jedno, a i tak nigdy nie dogodzimy każdemu. Nie musimy! Na szczęście nie mamy takiego obowiązku. Tym, którzy chcą się uśmiać, bądź sprawić komuś niebanalny prezent z przymrużeniem oka, dając do zrozumienia, żeby nieco spuścili z tonu, z pełną odpowiedzialnością polecam książkę głoszącą nową, lepszą filozofię – „F**k it! By żyło się lepiej!” Tym, którzy nie maja poczucia humoru i dystansu do siebie i swoich pieniędzy radzę… poszukać jej w bibliotece ;)
molksiazkowyy.blogspot.com 2012-03-24
Trening intelektu. Wyćwicz pamięć, koncentrację i kreatywność w 31 dni
Od dawna mam obsesję na punkcie możliwości intelektualnych mojego mózgu, rozwijaniu i ćwiczeniu pamięci oraz nieustannym poszerzaniu jego możliwości. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak pojemny jest ten organ i jak bardzo może nas jeszcze zaskoczyć. Po lekturze i pracy z tą książką spojrzyjcie na siebie z zupełnie innej strony.
Książka to wynik wieloletniej pasji neurobiologią i neuropsychologią oraz ciężkiej pracy dwóch ambitnych kobiet. Autorki stawiają przed nami olbrzymie wyzwanie. "Wyćwicz pamięć, koncentrację i kreatywność w 31 dni". Brzmi strasznie? Przeraża Was to? Myślicie, że jest to niemożliwe lub będzie kosztowało Was to dużo czasu? Nic bardziej mylnego.
Podręcznik podzielony jest na 31 rozdziałów - każdy na każdy dzień wyzwania. W każdym w nich znajduje się szereg łamigłówek, zagadek matematycznych, obliczeń, ćwiczeń skojarzeniowych i wykreślanek. Z każdym dniem musimy rozwiązać ich więcej, w znacznie krótszym czasie. Jest to znakomita zabawa i uwierzcie mi świetny trening. Osobiście wykorzystywałam każdy rozdział przed przystąpieniem do nauki w czasie sesji i był to dla mnie doskonały trening, który nieco "rozruszał" moje zwoje mózgowe.
To co bardzo podoba mi się w tej książce to właśnie jej formuła. Można wspaniale się bawić, jednocześnie poprawiając kondycję intelektu. Należy jednak pamiętać, że każde z zadań wymaga maksymalnego skupienia, koncentracji i uwagi. Bardzo trudno jest jednocześnie zatopić się w ćwiczeniach, słuchać muzyki, buszować w internecie i rozmawiać przez telefon. Skupienie i jeszcze raz skupienie. Inaczej nie przyniesie nam to oczekiwanych efektów. To, ile siły i starań włożymy w zadania, przełoży się na wyniki.
W książce czytelnik znajdzie także tabelę osiągnięć, dzięki której efekty pracy można kontrolować na bieżąco. Na samym końcu podręcznika znajdują się odpowiedzi do każdego zadania. Rzecz jasna zaglądanie podczas wykonywania testu w rzeczone miejsce jest absolutnie zabronione:)
Podsumowując jest to świetna książka dla wszystkich tych, którzy przygotowują się chociażby do egzaminów lub matury, a także dla tych, którzy tak jak ja, wiecznie dążą do doskonałości w tej dziedzinie i pragną wytrenować swoje zdolności intelektualne.
Książka to wynik wieloletniej pasji neurobiologią i neuropsychologią oraz ciężkiej pracy dwóch ambitnych kobiet. Autorki stawiają przed nami olbrzymie wyzwanie. "Wyćwicz pamięć, koncentrację i kreatywność w 31 dni". Brzmi strasznie? Przeraża Was to? Myślicie, że jest to niemożliwe lub będzie kosztowało Was to dużo czasu? Nic bardziej mylnego.
Podręcznik podzielony jest na 31 rozdziałów - każdy na każdy dzień wyzwania. W każdym w nich znajduje się szereg łamigłówek, zagadek matematycznych, obliczeń, ćwiczeń skojarzeniowych i wykreślanek. Z każdym dniem musimy rozwiązać ich więcej, w znacznie krótszym czasie. Jest to znakomita zabawa i uwierzcie mi świetny trening. Osobiście wykorzystywałam każdy rozdział przed przystąpieniem do nauki w czasie sesji i był to dla mnie doskonały trening, który nieco "rozruszał" moje zwoje mózgowe.
To co bardzo podoba mi się w tej książce to właśnie jej formuła. Można wspaniale się bawić, jednocześnie poprawiając kondycję intelektu. Należy jednak pamiętać, że każde z zadań wymaga maksymalnego skupienia, koncentracji i uwagi. Bardzo trudno jest jednocześnie zatopić się w ćwiczeniach, słuchać muzyki, buszować w internecie i rozmawiać przez telefon. Skupienie i jeszcze raz skupienie. Inaczej nie przyniesie nam to oczekiwanych efektów. To, ile siły i starań włożymy w zadania, przełoży się na wyniki.
W książce czytelnik znajdzie także tabelę osiągnięć, dzięki której efekty pracy można kontrolować na bieżąco. Na samym końcu podręcznika znajdują się odpowiedzi do każdego zadania. Rzecz jasna zaglądanie podczas wykonywania testu w rzeczone miejsce jest absolutnie zabronione:)
Podsumowując jest to świetna książka dla wszystkich tych, którzy przygotowują się chociażby do egzaminów lub matury, a także dla tych, którzy tak jak ja, wiecznie dążą do doskonałości w tej dziedzinie i pragną wytrenować swoje zdolności intelektualne.
Ktoczytazyjepodwojnie.blogspot.com kolmanka, 2012-03-22