Recenzje
Ukryta hipnoza. Tajne techniki perswazyjne
Każdy z nas lubi, gdy wszystko układa się po jego myśli, a inni spełniają jego życzenia., Wiemy jednak, że takie sytuacje zdarzają siew naszej rzeczywistości bardzo rzadko i na ogół trudno wpływać na postawy i poglądy innych ludzi. Od dziś może się to zmienić – oto na rynku wydawniczym pojawiła nierewolucyjna książka, udowadniająca skuteczność prezentowanych tu technik wywierania wpływu. Są one niedostrzegalne dla osób, które są im poddawane. Poznajemy tu hipnotyczne wzorce językowe, ukryte strategie sprzedaży i siłę sugestii zawartą mowie ciała.
Autor odkrywa przed nami tajemnicę tego, jak sprawić, by ludzie obdarzyli Cię swoim bezgranicznym zaufaniem, chcieli mieć przedmioty, które im oferujesz i przyjmowali Twoje poglądy za własne. To nie są magiczne sztuczki ale skuteczne zabiegi psychologiczne, oddziałujące na podświadomość Twojego rozmówcy. Od teraz Twoje codzienne kontakty staną się takie, o jakich zawsze marzyłeś, a Ty będziesz panował nad sytuacją w 100%.
Dzięki temu poradnikowi poznasz mechanizm i motywację ludzkiego myślenia i działania. Nauczysz się wykorzystywać potencjał tkwiący w podświadomej komunikacji niewerbalnej, wpływać na decyzje rozmówców i w rezultacie osiągać sukces na polu zawodowym i osobistym. Wystarczy, że odpowiednio zidentyfikujesz potrzeby interlokutorów i je zaspokoisz. Autor szczegółowo omawia zarówno szesnaście głównych potrzeb klienta, jak i jego motywacje.
Okazuje się, że w każdym umyśle są wbudowane metaprogramy, sterujące sposobem myślenia i postrzegania świata. Istotą ich rozpracowania jest poznanie punktów dostępowych do umysłu rozmówcy, szczegółowo omówionych w osobnym rozdziale tego opracowania. To nowatorskie podejście do relacji interpersonalnych, wykorzystujące najnowsze ustalenia naukowców.
Skuteczność i wysoki poziom zawartych tu wskazówek gwarantuje osoba samego autora – doświadczonego i uznanego trenera biznesu, eksperta w zakresie mowy ciała i wywierania wpływu. Jeśli chcesz zrealizować swoje marzenia i cele zawodowe, ucz się od najlepszych! Polecam tę książkę zwłaszcza wszystkim zainteresowanym rozwojem osobistym i psychologicznymi aspektami ludzkiego życia.
Autor odkrywa przed nami tajemnicę tego, jak sprawić, by ludzie obdarzyli Cię swoim bezgranicznym zaufaniem, chcieli mieć przedmioty, które im oferujesz i przyjmowali Twoje poglądy za własne. To nie są magiczne sztuczki ale skuteczne zabiegi psychologiczne, oddziałujące na podświadomość Twojego rozmówcy. Od teraz Twoje codzienne kontakty staną się takie, o jakich zawsze marzyłeś, a Ty będziesz panował nad sytuacją w 100%.
Dzięki temu poradnikowi poznasz mechanizm i motywację ludzkiego myślenia i działania. Nauczysz się wykorzystywać potencjał tkwiący w podświadomej komunikacji niewerbalnej, wpływać na decyzje rozmówców i w rezultacie osiągać sukces na polu zawodowym i osobistym. Wystarczy, że odpowiednio zidentyfikujesz potrzeby interlokutorów i je zaspokoisz. Autor szczegółowo omawia zarówno szesnaście głównych potrzeb klienta, jak i jego motywacje.
Okazuje się, że w każdym umyśle są wbudowane metaprogramy, sterujące sposobem myślenia i postrzegania świata. Istotą ich rozpracowania jest poznanie punktów dostępowych do umysłu rozmówcy, szczegółowo omówionych w osobnym rozdziale tego opracowania. To nowatorskie podejście do relacji interpersonalnych, wykorzystujące najnowsze ustalenia naukowców.
Skuteczność i wysoki poziom zawartych tu wskazówek gwarantuje osoba samego autora – doświadczonego i uznanego trenera biznesu, eksperta w zakresie mowy ciała i wywierania wpływu. Jeśli chcesz zrealizować swoje marzenia i cele zawodowe, ucz się od najlepszych! Polecam tę książkę zwłaszcza wszystkim zainteresowanym rozwojem osobistym i psychologicznymi aspektami ludzkiego życia.
urodaizdrowie.pl 2012-04-06
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
Pierwsze wrażenie...
Na pierwszy rzut oka, książka różni się od innych pozycji poziomym układem. Wydana jest całkiem przyzwoicie, na dobrej jakości, kredowym papierze, co ma swoje plusy (jakość druku zdjęć) i minusy (jest ciężka). Moją uwagę zwrócił grzbiet, gdzie widać klejenie stron, co sugeruje kiepską "żywotność" książki. Sądziłem, że po przeczytaniu pozycja rozpadnie się na pojedyncze kartki, lecz na szczęście nic takiego się nie stało. Pomimo noszenia jej w torbie z drugim śniadaniem i czytaniem w trakcie jazdy autobusem, jej wygląd w chwili obecnej nie budzi zastrzeżeń.
Drugie wrażenie...
Mając w pamięci pierwszą książkę Roberta Maciąga "Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę", którą przeczytałem dawno temu miałem nadzieję, że ta będzie zupełnie inna. Tamta jakoś nie przypadła mi do gustu, nudziły mnie opisy i wewnętrzne rozterki autora.
Pierwsze parę stron utwierdziły mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z całkowicie inną książką.
Z głównymi bohaterami Anią i Robertem startujemy w rowerową podróż z Turcji, aby pokonać wiele kilometrów wzdłuż legendarnego "Jedwabnego Szlaku" i dojechać do Laosu. Po drodze "zaglądamy" do miast, które były historycznie ważnymi miejscami dla handlowców i karawan. Czasami zwiedzamy meczety, budowle, główne place.
Jednak książka głównie opowiada o ludziach napotkanych podczas wyprawy. Pomimo, że posiadają tak niewiele, to jednak bardzo chętnie dzielą się z podróżnikami. Zapraszają na nocleg, na posiłek. Jak dla mnie to największa wartość tej książki. Opisy rodzin, ich zachowania, ich bezinteresowna chęć pomocy obcym. Na co dzień, żyjąc w europejskim kraju, nie zawsze mamy możliwość doświadczenia tego rodzaju uczuć, czy kontaktu z podobnymi zachowaniami.
Spotkania z miejscowymi ludźmi z dala od utartych szlaków turystycznych pozwalają zobaczyć jak naprawdę żyją, jaki mają system wartości, co jest dla nich ważne, a co nie.
Bardzo się cieszę, że książka nie jest skrupulatnym zapisem kolejnych dni, pokonanych kilometrów, gdzie najważniejsze jest, ile przejechali danego dnia, czy którą z kolei łatają dziurę. Pomimo, że podróż trwała ponad osiem miesięcy i na pewno sytuacji godnych opisania było setki, to autor potrafił dokonać dobrego wyboru.
Trzecie wrażenie...
Zdjęcia są integralną częścią tej pozycji - wzmacniają jej przekaz, ilustrują opisy. W dobie popularności Photoshopa i ogólnej tendencji do przesadnego używania jego możliwości, cieszę się, że opublikowane kadry zachowały swoją naturalność i prostotę. Uwiecznione portrety ukazują ludzi w ich codziennym otoczeniu. Bije z nich szczerość, dobroć i serdeczność, której doświadczył autor książki.
Wielka szkoda, że nie zdecydowano się, aby zdjęcia zawierały podpisy, co jeszcze bardziej wzmocniłoby ich przekaz.
Pomimo, że nie jestem zapalonym rowerzystą, a może właśnie dlatego, można było pokusić się o dosłownie jedną stronę zawierającą podsumowania różnego rodzaju "technikaliów" związanych z przebiegiem podróży. Statystyki w postaci np. ilości przejechanych kilometrów, ilości złapanych gum, połamanych szprych, waga ekwipunku, ilości zrobionych zdjęć, liczby nocy spędzonych pod namiotem, u ludzi w domach itd. Dla mnie byłoby to przysłowiową "wisienką na torcie".
Na pierwszy rzut oka, książka różni się od innych pozycji poziomym układem. Wydana jest całkiem przyzwoicie, na dobrej jakości, kredowym papierze, co ma swoje plusy (jakość druku zdjęć) i minusy (jest ciężka). Moją uwagę zwrócił grzbiet, gdzie widać klejenie stron, co sugeruje kiepską "żywotność" książki. Sądziłem, że po przeczytaniu pozycja rozpadnie się na pojedyncze kartki, lecz na szczęście nic takiego się nie stało. Pomimo noszenia jej w torbie z drugim śniadaniem i czytaniem w trakcie jazdy autobusem, jej wygląd w chwili obecnej nie budzi zastrzeżeń.
Drugie wrażenie...
Mając w pamięci pierwszą książkę Roberta Maciąga "Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę", którą przeczytałem dawno temu miałem nadzieję, że ta będzie zupełnie inna. Tamta jakoś nie przypadła mi do gustu, nudziły mnie opisy i wewnętrzne rozterki autora.
Pierwsze parę stron utwierdziły mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z całkowicie inną książką.
Z głównymi bohaterami Anią i Robertem startujemy w rowerową podróż z Turcji, aby pokonać wiele kilometrów wzdłuż legendarnego "Jedwabnego Szlaku" i dojechać do Laosu. Po drodze "zaglądamy" do miast, które były historycznie ważnymi miejscami dla handlowców i karawan. Czasami zwiedzamy meczety, budowle, główne place.
Jednak książka głównie opowiada o ludziach napotkanych podczas wyprawy. Pomimo, że posiadają tak niewiele, to jednak bardzo chętnie dzielą się z podróżnikami. Zapraszają na nocleg, na posiłek. Jak dla mnie to największa wartość tej książki. Opisy rodzin, ich zachowania, ich bezinteresowna chęć pomocy obcym. Na co dzień, żyjąc w europejskim kraju, nie zawsze mamy możliwość doświadczenia tego rodzaju uczuć, czy kontaktu z podobnymi zachowaniami.
Spotkania z miejscowymi ludźmi z dala od utartych szlaków turystycznych pozwalają zobaczyć jak naprawdę żyją, jaki mają system wartości, co jest dla nich ważne, a co nie.
Bardzo się cieszę, że książka nie jest skrupulatnym zapisem kolejnych dni, pokonanych kilometrów, gdzie najważniejsze jest, ile przejechali danego dnia, czy którą z kolei łatają dziurę. Pomimo, że podróż trwała ponad osiem miesięcy i na pewno sytuacji godnych opisania było setki, to autor potrafił dokonać dobrego wyboru.
Trzecie wrażenie...
Zdjęcia są integralną częścią tej pozycji - wzmacniają jej przekaz, ilustrują opisy. W dobie popularności Photoshopa i ogólnej tendencji do przesadnego używania jego możliwości, cieszę się, że opublikowane kadry zachowały swoją naturalność i prostotę. Uwiecznione portrety ukazują ludzi w ich codziennym otoczeniu. Bije z nich szczerość, dobroć i serdeczność, której doświadczył autor książki.
Wielka szkoda, że nie zdecydowano się, aby zdjęcia zawierały podpisy, co jeszcze bardziej wzmocniłoby ich przekaz.
Pomimo, że nie jestem zapalonym rowerzystą, a może właśnie dlatego, można było pokusić się o dosłownie jedną stronę zawierającą podsumowania różnego rodzaju "technikaliów" związanych z przebiegiem podróży. Statystyki w postaci np. ilości przejechanych kilometrów, ilości złapanych gum, połamanych szprych, waga ekwipunku, ilości zrobionych zdjęć, liczby nocy spędzonych pod namiotem, u ludzi w domach itd. Dla mnie byłoby to przysłowiową "wisienką na torcie".
lkedzierski.com 2012-04-12
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
Ta książka, mogę to powiedzieć, "znalazła" mnie sama. Tak. W momencie, kiedy szukałam czegoś (nawet na blogu ogłaszałam) o podróżach i to raczej pozytywnego a nie w kontekście narzekania i przygnębienia, przeglądałam zaprenumerowany od stycznia "Poznaj świat", w którym to numerze był jej fragment właśnie. I nagle olśnienie. Tego, tak, tego właśnie szukam. Podróży opisanej w fajny, ciekawy sposób, z perspektywy interesujących osób, których głównym celem nie będzie doszukiwanie się złych i przygnębiających stron odwiedzanych miejsc a coś innego. Poszanowanie tego, co inne, obce? i otwarcie się na to, co nowe.
To właśnie znalazłam w "Tysiącu szklanek herbaty". Książka ta z podtytułem "Spotkania na Jedwabnym Szlaku" bowiem traktuje ni mniej ni więcej ale właśnie podróży polegającej na spotkaniach na tymże dawnym handlowym szlaku ludzi.
Autor książki, Robb Maciąg, odbywa tę podróż ze swoją żoną Anią, w sposób może nietypowy, bo na rowerach. Niestraszne są im obojgu niedogodności podróżowania w ten sposób i to właśnie również jest ciekawe. Myślę, że tych Dwoje dobrało się na zasadzie wspólnych zainteresowań ale i takich samych oczekiwań względem podróżowania właśnie.
Podróż odbyta została, jak wspomniałam, szlakiem dawnego traktu handlowego ze Wschodu na Zachód. A raczej, w ich przypadku , z Zachodu na Wschód. W książce poznajemy relację z Syrii, Turcji, Iranu, Turkmenistanu, Uzbekistanu, Tadżykistanu i Chin.
Mnie przede wszystkim ujęło motto autora i jego żony, podejście do podróży. Wydaje mi się, że w podróży ceni on właśnie nie tyle samo podróżowanie "fizyczne", "w konkretne miejsce" ale raczej "podróż do Człowieka". Do tego Drugiego Człowieka, spotkanego na szlaku podróży ale również w głąb samego siebie.
Co mi się spodobało to to , że właśnie owa tytułowa herbata (no dobrze, szklanki tego napoju, tysiące tych szklanek) zdaje się katalizatorem spotkań. I poznawania. I tak przecież jest. Na szlaku, szczególnie w tamtej części świata, gdzie nie zawsze możesz dogadać się z kimś językowo, często spędzony czas przy właśnie wspólnie wypitej szklance herbaty, powoduje, że w jakiś sposób czujemy się ubogaceni.
Autor unika sztampowych opinii, powielanych w mediach. Jak sam słusznie zauważa, przed telewizorem tracimy wiarę w człowieka. Media prezentują nam głównie złe smutne wiadomości bo te dobre, po prostu, są niemedialne i mówiąc wręcz cynicznie, "nie sprzedają się".
Dopiero wyruszenie na szlak i poznanie drugiego człowieka powoduje uczucia wręcz przeciwne. Stwierdzenie, że w człowieka wciąż jeszcze można wierzyć, że wciąż ludzie są w stanie sobie wzajemnie pomagać.
To nie jest na pewno historia o zdobywaniu kolejnych podróżniczych celów, to opowieść o odkrywaniu Drugiego Człowieka, jego podobieństw do nas i jego różnic. Autor szanuje inność, obcość, nie dziwi się niczemu, nie narzuca swoich racji i przekonań, to też bardzo lubię w przekazach z innych stron świata, zachowywanie równowagi i nie przekonanie, że nasza racja jest tą jedną jedyną najważniejszą. Będąc w podróży, dostosowuje się do tego, co napotyka, przyjmując to z szacunkiem. Mam wrażenie, że podróż w tym wydaniu jest na swój sposób lekcją. Lekcją uczenia się i świata i ludzi i samego siebie.
Jestem zachwycona tą książką. Tak, o coś takiego mi chodziło. O podróż, o inne kraje, ale, co sama uwielbiam, podróż przedstawioną poprzez pryzmat nie zachwytów nad krajobrazem a przez opis spotkań z ludźmi, których podróżnicy napotkali podczas swojej podróży.
I nie chcę zarzucić autorowi, że ten widzi jedynie różowe strony świata. Nie nie. Te gorsze widzi on tak samo, jak każdy. Z tym, że obok biedy, widzi on godność, obok trudu widzi wysiłek uwieczniony sukcesem.
Co dodaje książce smaku to spora ilość kolorowych fotografii, oczywiście, a jakże by inaczej? w większości przedstawiających osoby spotkane na szlaku. Muszę przyznać, że to miła forma podziękowania za tyle życzliwości i serdeczności, jakie na swojej trasie napotkali Robert i Ania. Szczególnie w byłych postradzieckich republikach ludzie okazywali im wiele serdeczności, wielkiej gościnności i serca. Myślę, że zdecydowanie podczas takiej wyprawy można ponownie uwierzyć w Drugiego Człowieka.
Na koniec, kilka cytatów, które szczególnie mi zapadły w pamięć.
"Dzielą nas ideologie, a łączą marzenia i obawy. Jak zawsze". (str. 216).
"Gościnność zawsze będzie dla mnie fenomenem. Jak to się dzieje, że pod wpływem impulsu ktoś zaprasza mnie do domu i nagle, bez żadnej podstawy, zaczyna o mnie dbać? (...) Ktoś, pod wpływem impulsu, zaprasza mnie do świątyni swojego domu. Fenomenem jest również dla mnie to, że ja się na to zgadzam. Oddaję się pod opiekę obcym ludziom, wchodzę do ich domu i zamykam przed światem drzwi, zdając się na łaskę i niełaskę człowieka, o którym nic nie wiem. Zakładam, że za chwilę wydarzy się coś pięknego, że zupełnie obcy ludzie zbliżą się do siebie. Trudno byłoby przecież myśleć, że ktoś podaje mi herbatę, by mnie skrzywdzić. Żyję z tą naiwnością, z wiarą w jakąś podświadomą jedność". (str. 283).
Jak sam autor pisze, podróż wcale nie musi oznaczać odkrywanie obcych i dalekich egzotycznych krajów. Ona zaczyna się tuż po wyjściu z domu. A od nas zależy, jak ją przeżyjemy.
Jak napisałam, jestem zachwycona tą książką i bardzo ją polecam.
Moja ocena to 6 / 6.
To właśnie znalazłam w "Tysiącu szklanek herbaty". Książka ta z podtytułem "Spotkania na Jedwabnym Szlaku" bowiem traktuje ni mniej ni więcej ale właśnie podróży polegającej na spotkaniach na tymże dawnym handlowym szlaku ludzi.
Autor książki, Robb Maciąg, odbywa tę podróż ze swoją żoną Anią, w sposób może nietypowy, bo na rowerach. Niestraszne są im obojgu niedogodności podróżowania w ten sposób i to właśnie również jest ciekawe. Myślę, że tych Dwoje dobrało się na zasadzie wspólnych zainteresowań ale i takich samych oczekiwań względem podróżowania właśnie.
Podróż odbyta została, jak wspomniałam, szlakiem dawnego traktu handlowego ze Wschodu na Zachód. A raczej, w ich przypadku , z Zachodu na Wschód. W książce poznajemy relację z Syrii, Turcji, Iranu, Turkmenistanu, Uzbekistanu, Tadżykistanu i Chin.
Mnie przede wszystkim ujęło motto autora i jego żony, podejście do podróży. Wydaje mi się, że w podróży ceni on właśnie nie tyle samo podróżowanie "fizyczne", "w konkretne miejsce" ale raczej "podróż do Człowieka". Do tego Drugiego Człowieka, spotkanego na szlaku podróży ale również w głąb samego siebie.
Co mi się spodobało to to , że właśnie owa tytułowa herbata (no dobrze, szklanki tego napoju, tysiące tych szklanek) zdaje się katalizatorem spotkań. I poznawania. I tak przecież jest. Na szlaku, szczególnie w tamtej części świata, gdzie nie zawsze możesz dogadać się z kimś językowo, często spędzony czas przy właśnie wspólnie wypitej szklance herbaty, powoduje, że w jakiś sposób czujemy się ubogaceni.
Autor unika sztampowych opinii, powielanych w mediach. Jak sam słusznie zauważa, przed telewizorem tracimy wiarę w człowieka. Media prezentują nam głównie złe smutne wiadomości bo te dobre, po prostu, są niemedialne i mówiąc wręcz cynicznie, "nie sprzedają się".
Dopiero wyruszenie na szlak i poznanie drugiego człowieka powoduje uczucia wręcz przeciwne. Stwierdzenie, że w człowieka wciąż jeszcze można wierzyć, że wciąż ludzie są w stanie sobie wzajemnie pomagać.
To nie jest na pewno historia o zdobywaniu kolejnych podróżniczych celów, to opowieść o odkrywaniu Drugiego Człowieka, jego podobieństw do nas i jego różnic. Autor szanuje inność, obcość, nie dziwi się niczemu, nie narzuca swoich racji i przekonań, to też bardzo lubię w przekazach z innych stron świata, zachowywanie równowagi i nie przekonanie, że nasza racja jest tą jedną jedyną najważniejszą. Będąc w podróży, dostosowuje się do tego, co napotyka, przyjmując to z szacunkiem. Mam wrażenie, że podróż w tym wydaniu jest na swój sposób lekcją. Lekcją uczenia się i świata i ludzi i samego siebie.
Jestem zachwycona tą książką. Tak, o coś takiego mi chodziło. O podróż, o inne kraje, ale, co sama uwielbiam, podróż przedstawioną poprzez pryzmat nie zachwytów nad krajobrazem a przez opis spotkań z ludźmi, których podróżnicy napotkali podczas swojej podróży.
I nie chcę zarzucić autorowi, że ten widzi jedynie różowe strony świata. Nie nie. Te gorsze widzi on tak samo, jak każdy. Z tym, że obok biedy, widzi on godność, obok trudu widzi wysiłek uwieczniony sukcesem.
Co dodaje książce smaku to spora ilość kolorowych fotografii, oczywiście, a jakże by inaczej? w większości przedstawiających osoby spotkane na szlaku. Muszę przyznać, że to miła forma podziękowania za tyle życzliwości i serdeczności, jakie na swojej trasie napotkali Robert i Ania. Szczególnie w byłych postradzieckich republikach ludzie okazywali im wiele serdeczności, wielkiej gościnności i serca. Myślę, że zdecydowanie podczas takiej wyprawy można ponownie uwierzyć w Drugiego Człowieka.
Na koniec, kilka cytatów, które szczególnie mi zapadły w pamięć.
"Dzielą nas ideologie, a łączą marzenia i obawy. Jak zawsze". (str. 216).
"Gościnność zawsze będzie dla mnie fenomenem. Jak to się dzieje, że pod wpływem impulsu ktoś zaprasza mnie do domu i nagle, bez żadnej podstawy, zaczyna o mnie dbać? (...) Ktoś, pod wpływem impulsu, zaprasza mnie do świątyni swojego domu. Fenomenem jest również dla mnie to, że ja się na to zgadzam. Oddaję się pod opiekę obcym ludziom, wchodzę do ich domu i zamykam przed światem drzwi, zdając się na łaskę i niełaskę człowieka, o którym nic nie wiem. Zakładam, że za chwilę wydarzy się coś pięknego, że zupełnie obcy ludzie zbliżą się do siebie. Trudno byłoby przecież myśleć, że ktoś podaje mi herbatę, by mnie skrzywdzić. Żyję z tą naiwnością, z wiarą w jakąś podświadomą jedność". (str. 283).
Jak sam autor pisze, podróż wcale nie musi oznaczać odkrywanie obcych i dalekich egzotycznych krajów. Ona zaczyna się tuż po wyjściu z domu. A od nas zależy, jak ją przeżyjemy.
Jak napisałam, jestem zachwycona tą książką i bardzo ją polecam.
Moja ocena to 6 / 6.
https://chiara76.blogspot.com/ chiara76, 2012-04-11
Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku
Dawno nie czytałam tak pozytywnej książki. Sięgnęłam po nią z wielką chęcią, tym bardziej, że tytuł od razu do mnie przemawia. Tysiąc szklanek herbaty? Jasne, uwielbiam herbatę! Ale to nie o herbacie jest ta książka, gorący napój jest tylko elementem spajającym poszczególne kawałki książki. Prawdziwymi bohaterami są ludzie, których Robb i Ania spotkali w czasie swojej ośmiomiesięcznej podróży rowerami wzdłuż Jedwabnego Szlaku. Ci ludzie sprawili, że podróż była wspaniała i ci ludzie sprawiają, że książka jest tak interesująca. A książka z kolei sprawia, że ten, kto traci wiarę w ludzi, powinien ją odzyskać!
To nie jest zwykły dziennik podróży. To w ogóle nie jest dziennik. Raczej opowieść – i to nie opowieść o podróży jako takiej, o jej trudach, początku, przebiegu i celu. Nie o samych podróżujących też. To opowiastki, impresje z różnych miejsc na świecie. Wspomnienia. Czasem urwane, czasem wyjęte z kontekstu. Historyjki. O tym, co zaskakuje w zachowaniu innych ludzi. Co dziwi, co śmieszy.
To książka o ludziach poznanych w podróży. O życzliwości, chęci pomocy i dzielenia się tym, co mają (najczęściej), czasem złości (ale bardzo rzadko). Przewracając kolejne kartki można dostrzec, że tak naprawdę zwyczajni ludzie w różnych krajach są do siebie bardzo podobni, chociaż niekoniecznie lubią się między sobą. Każdy z nas coraz częściej dostrzega w innym człowieku samego siebie. Tylko kształty i kolory się zmieniają, ale wewnątrz… wszyscy jesteśmy tacy sami – pisze Robb.
Podróż pozwala poznać takich dobrych ludzi, ale też samego siebie. Bo w jej trakcie – obserwując innych – nietrudno uświadomić sobie coś o sobie samym, o własnym kraju i rodakach. O tym, czego nie doceniamy i nie dostrzegamy. Proste życie spotkanych w trasie ludzi, proste życie prowadzone przez podróżujących. Czego potrzeba do szczęścia? Wody, jedzenia, miejsca do spania. Ludzi. Drobne rzeczy potrafią dać tyle radości.
Nie wszystko w książce jest różowe. Bywają też rozczarowania. Miejscami, takimi jak Samarkanda. Ludźmi, którzy dla zabawy szczują rowerzystów psami. Ale bez tych przykrych czasem wrażeń może mniej doceniałoby się to wszystko dobre, co dzieje się dookoła. A tego dobrego na szczęście jest dużo więcej.
Jadący przed siebie rowerem Robb jest taki jak my wszyscy. Nie wszystko wie, nie wszystko rozumie, nie wszystkiego się nauczył. Ale ma otwarte oczy i umysł i chłonie wszystko, co nowe w podróży, na którą się odważył, a na którą – jak pokazuje – może odważyć się też każdy z nas. Trzeba się tylko nie bać, co czasem nie jest łatwe kiedy w telewizji i gazetach widzimy tylko te złe wydarzenia, te wojny, konflikty, złość. Po każdej podróży wie się, że na świecie dzieje się też wiele dobrego i wspaniałego, tylko jakoś nikt o tym nie opowiada. Szkoda, ale widocznie dobre wiadomości się nie sprzedają. Na szczęście mamy takie osoby, jak Robb i inni podróżnicy, którzy wolą opowiadać o tym, co na świecie jest dobre.
Robb nie prowadzi narracji jak wszystkowiedzący autor, dzięki czemu ma się czasem wrażenie, że tych historii się słucha, a nie o nich czyta. To jest fajne, bo autorzy książek podróżniczych czasem nie umieją skupić się na tym, co się dzieje wokół nich i opisują siebie w podróży – a to nie zawsze potrafi być fascynujące. Tutaj Robba i Ani jest trochę, ale nie za dużo. Tak w sam raz.
I tak jedziemy z Anią i Robbem Jedwabnym Szlakiem, poznajemy nowych ludzi, wypijamy szklanki herbaty. Kolejnym rozdziałom towarzyszą też zdjęcia – najczęściej tych spotkanych w czasie podróży osób. Niestety brakuje podpisów pod fotografiami, a szkoda, bo pozwoliłoby to wiedzieć, kogo tak naprawdę widzimy i czy to ta osoba była opisana na stronicy obok.
Książka jest bardzo ładnie wydana i kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam na zdjęciu, pomyślałam: o, chciałabym ją mieć na półce. Kiedy przekartkowałam ją pierwszy raz utwierdziłam się w przekonaniu, że wszystko wygląda pięknie. Ale kiedy chciałam poczytać ją w łóżku, co zresztą często czynię z innymi książkami to… no nie dało się! Książki wydanej poziomo nie da się, moi drodzy, czytać w łóżku. Albo ja nie opanowałam jakiejś sprytnej techniki. Ale moim zdaniem po prostu się nie da. I za to minus. Bo jak może być książka nieprzyjazna czytaniu w łóżku?! :)
Ale przyjmijmy, że zamysł był taki, by książkę czytać jedynie na siedząco, w fotelu, przy szklance herbaty.
To nie jest zwykły dziennik podróży. To w ogóle nie jest dziennik. Raczej opowieść – i to nie opowieść o podróży jako takiej, o jej trudach, początku, przebiegu i celu. Nie o samych podróżujących też. To opowiastki, impresje z różnych miejsc na świecie. Wspomnienia. Czasem urwane, czasem wyjęte z kontekstu. Historyjki. O tym, co zaskakuje w zachowaniu innych ludzi. Co dziwi, co śmieszy.
To książka o ludziach poznanych w podróży. O życzliwości, chęci pomocy i dzielenia się tym, co mają (najczęściej), czasem złości (ale bardzo rzadko). Przewracając kolejne kartki można dostrzec, że tak naprawdę zwyczajni ludzie w różnych krajach są do siebie bardzo podobni, chociaż niekoniecznie lubią się między sobą. Każdy z nas coraz częściej dostrzega w innym człowieku samego siebie. Tylko kształty i kolory się zmieniają, ale wewnątrz… wszyscy jesteśmy tacy sami – pisze Robb.
Podróż pozwala poznać takich dobrych ludzi, ale też samego siebie. Bo w jej trakcie – obserwując innych – nietrudno uświadomić sobie coś o sobie samym, o własnym kraju i rodakach. O tym, czego nie doceniamy i nie dostrzegamy. Proste życie spotkanych w trasie ludzi, proste życie prowadzone przez podróżujących. Czego potrzeba do szczęścia? Wody, jedzenia, miejsca do spania. Ludzi. Drobne rzeczy potrafią dać tyle radości.
Nie wszystko w książce jest różowe. Bywają też rozczarowania. Miejscami, takimi jak Samarkanda. Ludźmi, którzy dla zabawy szczują rowerzystów psami. Ale bez tych przykrych czasem wrażeń może mniej doceniałoby się to wszystko dobre, co dzieje się dookoła. A tego dobrego na szczęście jest dużo więcej.
Jadący przed siebie rowerem Robb jest taki jak my wszyscy. Nie wszystko wie, nie wszystko rozumie, nie wszystkiego się nauczył. Ale ma otwarte oczy i umysł i chłonie wszystko, co nowe w podróży, na którą się odważył, a na którą – jak pokazuje – może odważyć się też każdy z nas. Trzeba się tylko nie bać, co czasem nie jest łatwe kiedy w telewizji i gazetach widzimy tylko te złe wydarzenia, te wojny, konflikty, złość. Po każdej podróży wie się, że na świecie dzieje się też wiele dobrego i wspaniałego, tylko jakoś nikt o tym nie opowiada. Szkoda, ale widocznie dobre wiadomości się nie sprzedają. Na szczęście mamy takie osoby, jak Robb i inni podróżnicy, którzy wolą opowiadać o tym, co na świecie jest dobre.
Robb nie prowadzi narracji jak wszystkowiedzący autor, dzięki czemu ma się czasem wrażenie, że tych historii się słucha, a nie o nich czyta. To jest fajne, bo autorzy książek podróżniczych czasem nie umieją skupić się na tym, co się dzieje wokół nich i opisują siebie w podróży – a to nie zawsze potrafi być fascynujące. Tutaj Robba i Ani jest trochę, ale nie za dużo. Tak w sam raz.
I tak jedziemy z Anią i Robbem Jedwabnym Szlakiem, poznajemy nowych ludzi, wypijamy szklanki herbaty. Kolejnym rozdziałom towarzyszą też zdjęcia – najczęściej tych spotkanych w czasie podróży osób. Niestety brakuje podpisów pod fotografiami, a szkoda, bo pozwoliłoby to wiedzieć, kogo tak naprawdę widzimy i czy to ta osoba była opisana na stronicy obok.
Książka jest bardzo ładnie wydana i kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam na zdjęciu, pomyślałam: o, chciałabym ją mieć na półce. Kiedy przekartkowałam ją pierwszy raz utwierdziłam się w przekonaniu, że wszystko wygląda pięknie. Ale kiedy chciałam poczytać ją w łóżku, co zresztą często czynię z innymi książkami to… no nie dało się! Książki wydanej poziomo nie da się, moi drodzy, czytać w łóżku. Albo ja nie opanowałam jakiejś sprytnej techniki. Ale moim zdaniem po prostu się nie da. I za to minus. Bo jak może być książka nieprzyjazna czytaniu w łóżku?! :)
Ale przyjmijmy, że zamysł był taki, by książkę czytać jedynie na siedząco, w fotelu, przy szklance herbaty.
dalekoniedaleko.pl 2012-04-11
Fotograf w podróży
Fotografia to magiczne zajęcie. Zdjęcie to nie tylko chwila utrwalona na karcie pamięci (kto dziś korzysta z klisz?), to czarodziejski trik który w jednym kolorowym obrazku zatrzymuje ładunek emocji jakie towarzyszyły okolicznościom powstania zdjęcia. Nie tylko w tym krótkim momencie naciskania spustu migawki, ale przez cały ten czas którego dotyczyły wydarzenia na zdjęciu. Czyż oglądając zdjęcia nie czujemy tego drżenia serca, które nam wtedy towarzyszyło, zapachu powietrza, wiatru na twarzy? Fotografia, umiejętność pobudzania uśmiechu i łez, radości i smutku, wciąż żywych wspomnień. Po pewnym czasie jakby mniej pamiętamy to co się naprawdę wydarzyło, zaś świetnie to co zamknęliśmy w kadrach dwuwymiarowego obrazka. O tym wszystkim myślałem wertując trzymaną po raz pierwszy w ręku książkę Piotra Trybalskiego „Fotograf w podróży”.
Dla kogoś kto lubi podróżować aparat fotograficzny to wspaniały przyjaciel. Utrwala ciekawe miejsca, ulotne momenty. Gdy do tego posiadamy choć podstawową wiedzę o zasadach fotografowania, tej całej magii zawartej w pojęciach „światło”, czy „przesłona”, w kadrowaniu, wtedy aparat nie tylko jest narzędziem do utrwalania przygód, ale staje się gawędziarzem opowiadającym obrazkami różne historie. Książka „Fotograf w podróży” powstała właśnie dla tych którym bliska jest idea fotografii „gadającej” do widza, dla tych którzy chcą nie tyle podnieść swoje fotograficzne umiejętności (przyznajmy to, autor w książce nie uczy stawiać pierwszych kroków w fotografii, pozostawia to innym), co poznać praktyczne rady jak fotografować w podróży, aby było to maksymalnie wygodne i efektywne (twórczo). To kompendium wiedzy praktycznej dla kogoś kto lubi podróżować i chce, aby aparat był jego druhem, a nie zawadą.
Książka składa się z sześciu rozdziałów, z których pierwszy, najkrótszy bo mieszczący się zaledwie na dwóch stronach omawia intencje autora, które przyświecały mu przy pisaniu „Fotografa w podróży”. Drugi rozdział opowiada o przygotowaniach do podróży. Tak banalne sprawy jak w co się ubrać, jak się pakować, czy dobór osprzętu mogą w pewnym momencie zaważyć nad tym, czy uda nam się zrobić dobre zdjęcie, czy też obejdziemy się smakiem. Garść rad i przemyśleń które tu zawarł Piotr Trybalski – przyznaję – zaimponowała mi. Od konkretu – jak się pakować w zależności od tego czym się będziemy przemieszczać i czy zawsze zabieramy aparat, aż do ogółu – naszej filozofii w fotografowaniu: „Ty też powinieneś zastanowić się, jakim człowiekiem jesteś. I nie walczyć ze sobą. Poddać się temu wycinkowi sztuki fotograficznej , który jest Ci najbardziej bliski, który czujesz najlepiej.” Tak jest, każdy z nas powinien o tym zdecydować, aby czerpać przyjemność z fotografii.
Kolejne dwa rozdziały to wciąż przygotowania. Autor radzi jak dobrać najlepszy dla siebie i dla danych okoliczności sprzęt oraz jak go przygotować do wyjazdu. Pewnie wielu domorosłych fotografów myśli, że posiadanie lustrzanki to wstęp do robienia dobrych zdjęć. Otóż nie do końca, polecam ten właśnie rozdział książki. Tu autor omawia zalety i wady lustrzanek i kompaktów. Podobnie jak wielu doświadczonych fotografów Piotr Trybalski wyraża przekonanie, że to człowiek, a nie aparat robi zdjęcia. Można rzec, że to banalne i oczywiste stwierdzenie, ale jednak, gdy pomyśleć genialne, bo dowodzi, że mając doświadczenie i umiejętności (coś co jest w nas przecie), a także trochę szczęścia można nawet słabym kompaktem zrobić dobre zdjęcie. Trudno wspomnieć o wszystkich kwestiach, które są omówione w tych dwóch rozdziałach. Autor opowiada więc o tak podstawowych kwestiach jak dobór odpowiedniego „szkła” (czyli obiektywu), filtrów, statywów, poprzez torby i plecaki, aż do tak zdawałoby się dla fotografii odległych rzeczy jak GPS i baterie słoneczne. Nie brak również praktycznych porad jak dbać o aparat. Wciąż imponuje mi ilość szczegółów o jakich pamięta autor i bierze pod uwagę podczas przygotowań.
Piąty rozdział to samo sedno książki. Na przykładach własnych doświadczeń Piotr opowiada o fotografii podróżniczej (w tym i reporterskiej). „Fotografowanie ludzi to bez wątpienia najtrudniejsza ze sztuk fotograficznych. W każdym zakątku globu fotografia jest traktowana nieco odmiennie. Jedni uważają zrobienie zdjęcia za próbę kradzieży duszy, inni traktują fotografa jak darmozjada, których ce się wzbogacić na czyimś wizerunku.” Człowiek, zarówno jako główny temat, ale i jego interakcja z otoczeniem, to zarazem bardzo wciągający temat, jak i duże wyzwanie. Autor szeroko omawia swoje doświadczenia związane z tą tematyką. Jak wtopić się w wydarzenia które fotografujemy, stać się maksymalnie niewidzialnym wśród fotografowanych ludzi, jak wykorzystywać otoczenie, aby podkreślić to co chcemy opowiedzieć. Poznajemy również tajniki fotografowania o różnych porach dnia, w tym tych najpiękniejszych: świcie i zmroku. Jak wtedy fotografować, jak wykorzystać zastane światło? Tu się tego dowiemy.
Skoro fotografujemy w podróży to przemieszczamy się w różnoraki sposób. Oczywiście autor o tym nie zapomniał. Znajdziemy porady jak fotografować podróżując autem, pieszo, czy rowerem, a nawet konno, czy na wielbłądzie. Osobiście najbardziej preferuję bicykl – i przyznaję, że znów się nie zawiodłem, bogactwo praktycznych porad, uwag i spostrzeżeń poruszania się na rowerze (omówione są również wady i zalety różnych sposobów podróżowania), to wszystko po raz kolejny zrobiło na mnie wrażenie.
Nie sposób wspomnieć o wszystkim. Zaznaczę więc tylko, że autor wspomina również o tym jak i czym fotografować w górach, na wodzie (a także pod wodą!), na pustyni, w upale i niskich temperaturach. Aż ciśnie się pytanie, gdzie autor jeszcze nie był, bo odnosi się wrażenie, że już wszędzie. Na koniec Piotr dzieli się z nami doświadczeniami jak katalogować i przechowywać zdjęcia. Jak edytować swoje prace, aż w końcu gdzie publikować, czy sprzedać swoje zdjęcia.
Książka jest tak bogata w treści, że ciężko omówić wszystkie jej zalety w kilku akapitach. Obejmuje takie bogactwo poruszonych kwestii, od przygotowań, aż do obróbki zdjęć i publikacji, że spokojnie można powiedzieć, że pozycja ta jest pełnym kompendium wiedzy o fotografii podróżniczej. Ogromną zaletą książki są konkretne, praktyczne informacje, cała masa porad, uwag, spostrzeżeń. Bogactwo wiedzy tu zawarte świadczy o wielu latach doświadczeń, które poprzedziły napisanie książki. A teraz my, czytelnicy możemy z tego czerpać pełnymi garściami podnosząc nasze umiejętności. Lekki język i swada to kolejne zalety pozwalające łatwo przemierzać kolejne rozdziały. Do tego zdjęcia, zdjęcia i jeszcze raz zdjęcia. Bogaty zbiór fotografii, które pomagają zobaczyć to co autor opowiada słowami. To wszystko stanowi o przydatności książki dla stawiającego pierwsze (ale i kolejne) kroki fotoreportera. Widać, że autor włożył w pracę nad książką wiele wysiłku i serca, co w końcowym efekcie dało świetny produkt – bardzo dobry poradnik wspierający fotografa w podróży.
Dla kogoś kto lubi podróżować aparat fotograficzny to wspaniały przyjaciel. Utrwala ciekawe miejsca, ulotne momenty. Gdy do tego posiadamy choć podstawową wiedzę o zasadach fotografowania, tej całej magii zawartej w pojęciach „światło”, czy „przesłona”, w kadrowaniu, wtedy aparat nie tylko jest narzędziem do utrwalania przygód, ale staje się gawędziarzem opowiadającym obrazkami różne historie. Książka „Fotograf w podróży” powstała właśnie dla tych którym bliska jest idea fotografii „gadającej” do widza, dla tych którzy chcą nie tyle podnieść swoje fotograficzne umiejętności (przyznajmy to, autor w książce nie uczy stawiać pierwszych kroków w fotografii, pozostawia to innym), co poznać praktyczne rady jak fotografować w podróży, aby było to maksymalnie wygodne i efektywne (twórczo). To kompendium wiedzy praktycznej dla kogoś kto lubi podróżować i chce, aby aparat był jego druhem, a nie zawadą.
Książka składa się z sześciu rozdziałów, z których pierwszy, najkrótszy bo mieszczący się zaledwie na dwóch stronach omawia intencje autora, które przyświecały mu przy pisaniu „Fotografa w podróży”. Drugi rozdział opowiada o przygotowaniach do podróży. Tak banalne sprawy jak w co się ubrać, jak się pakować, czy dobór osprzętu mogą w pewnym momencie zaważyć nad tym, czy uda nam się zrobić dobre zdjęcie, czy też obejdziemy się smakiem. Garść rad i przemyśleń które tu zawarł Piotr Trybalski – przyznaję – zaimponowała mi. Od konkretu – jak się pakować w zależności od tego czym się będziemy przemieszczać i czy zawsze zabieramy aparat, aż do ogółu – naszej filozofii w fotografowaniu: „Ty też powinieneś zastanowić się, jakim człowiekiem jesteś. I nie walczyć ze sobą. Poddać się temu wycinkowi sztuki fotograficznej , który jest Ci najbardziej bliski, który czujesz najlepiej.” Tak jest, każdy z nas powinien o tym zdecydować, aby czerpać przyjemność z fotografii.
Kolejne dwa rozdziały to wciąż przygotowania. Autor radzi jak dobrać najlepszy dla siebie i dla danych okoliczności sprzęt oraz jak go przygotować do wyjazdu. Pewnie wielu domorosłych fotografów myśli, że posiadanie lustrzanki to wstęp do robienia dobrych zdjęć. Otóż nie do końca, polecam ten właśnie rozdział książki. Tu autor omawia zalety i wady lustrzanek i kompaktów. Podobnie jak wielu doświadczonych fotografów Piotr Trybalski wyraża przekonanie, że to człowiek, a nie aparat robi zdjęcia. Można rzec, że to banalne i oczywiste stwierdzenie, ale jednak, gdy pomyśleć genialne, bo dowodzi, że mając doświadczenie i umiejętności (coś co jest w nas przecie), a także trochę szczęścia można nawet słabym kompaktem zrobić dobre zdjęcie. Trudno wspomnieć o wszystkich kwestiach, które są omówione w tych dwóch rozdziałach. Autor opowiada więc o tak podstawowych kwestiach jak dobór odpowiedniego „szkła” (czyli obiektywu), filtrów, statywów, poprzez torby i plecaki, aż do tak zdawałoby się dla fotografii odległych rzeczy jak GPS i baterie słoneczne. Nie brak również praktycznych porad jak dbać o aparat. Wciąż imponuje mi ilość szczegółów o jakich pamięta autor i bierze pod uwagę podczas przygotowań.
Piąty rozdział to samo sedno książki. Na przykładach własnych doświadczeń Piotr opowiada o fotografii podróżniczej (w tym i reporterskiej). „Fotografowanie ludzi to bez wątpienia najtrudniejsza ze sztuk fotograficznych. W każdym zakątku globu fotografia jest traktowana nieco odmiennie. Jedni uważają zrobienie zdjęcia za próbę kradzieży duszy, inni traktują fotografa jak darmozjada, których ce się wzbogacić na czyimś wizerunku.” Człowiek, zarówno jako główny temat, ale i jego interakcja z otoczeniem, to zarazem bardzo wciągający temat, jak i duże wyzwanie. Autor szeroko omawia swoje doświadczenia związane z tą tematyką. Jak wtopić się w wydarzenia które fotografujemy, stać się maksymalnie niewidzialnym wśród fotografowanych ludzi, jak wykorzystywać otoczenie, aby podkreślić to co chcemy opowiedzieć. Poznajemy również tajniki fotografowania o różnych porach dnia, w tym tych najpiękniejszych: świcie i zmroku. Jak wtedy fotografować, jak wykorzystać zastane światło? Tu się tego dowiemy.
Skoro fotografujemy w podróży to przemieszczamy się w różnoraki sposób. Oczywiście autor o tym nie zapomniał. Znajdziemy porady jak fotografować podróżując autem, pieszo, czy rowerem, a nawet konno, czy na wielbłądzie. Osobiście najbardziej preferuję bicykl – i przyznaję, że znów się nie zawiodłem, bogactwo praktycznych porad, uwag i spostrzeżeń poruszania się na rowerze (omówione są również wady i zalety różnych sposobów podróżowania), to wszystko po raz kolejny zrobiło na mnie wrażenie.
Nie sposób wspomnieć o wszystkim. Zaznaczę więc tylko, że autor wspomina również o tym jak i czym fotografować w górach, na wodzie (a także pod wodą!), na pustyni, w upale i niskich temperaturach. Aż ciśnie się pytanie, gdzie autor jeszcze nie był, bo odnosi się wrażenie, że już wszędzie. Na koniec Piotr dzieli się z nami doświadczeniami jak katalogować i przechowywać zdjęcia. Jak edytować swoje prace, aż w końcu gdzie publikować, czy sprzedać swoje zdjęcia.
Książka jest tak bogata w treści, że ciężko omówić wszystkie jej zalety w kilku akapitach. Obejmuje takie bogactwo poruszonych kwestii, od przygotowań, aż do obróbki zdjęć i publikacji, że spokojnie można powiedzieć, że pozycja ta jest pełnym kompendium wiedzy o fotografii podróżniczej. Ogromną zaletą książki są konkretne, praktyczne informacje, cała masa porad, uwag, spostrzeżeń. Bogactwo wiedzy tu zawarte świadczy o wielu latach doświadczeń, które poprzedziły napisanie książki. A teraz my, czytelnicy możemy z tego czerpać pełnymi garściami podnosząc nasze umiejętności. Lekki język i swada to kolejne zalety pozwalające łatwo przemierzać kolejne rozdziały. Do tego zdjęcia, zdjęcia i jeszcze raz zdjęcia. Bogaty zbiór fotografii, które pomagają zobaczyć to co autor opowiada słowami. To wszystko stanowi o przydatności książki dla stawiającego pierwsze (ale i kolejne) kroki fotoreportera. Widać, że autor włożył w pracę nad książką wiele wysiłku i serca, co w końcowym efekcie dało świetny produkt – bardzo dobry poradnik wspierający fotografa w podróży.
lekturyreportera.pl Marek Bonarski, 2012-04-06