Recenzje
Licencja na zaliczanie. Dowiedz się, jak zdać każdy egzamin
Pewność siebie to cecha niezwykle ważna w dzisiejszych czasach. Bez niej ciężko jest gdziekolwiek zajść, chociaż nie jest to niemożliwe. Nie ukrywajmy jednak, że osobom, które są pewne siebie jest łatwiej. Nie mają problemów ani z poznawaniem nowych osób, ani z rozwiązywaniem problemów, ani nie biją się z własnymi myślami, pod kątem "zrobić, czy nie zrobić", "dam radę, czy nie dam rady".
Książka to historia autora, który opowiada krok po kroku jak walczył z samym sobą i budował pewność siebie. Spędził wiele lat za linią boczną, ominęło go wiele okazji i przygód, czego żałował, więc postanowił zmienić. Przypomniał sobie mądrość, którą dzieliła się z nim Billye, osoba która go wychowała i była mentorką, przekształcił pod kątem książki i przedstawił to w taki sposób, aby każdy zrozumiał i mógł wprowadzić do swojego życia.
Ten tytuł to nie jest zwykły poradnik mówiący o tym, co zrobić, żeby zaakceptować siebie i być zdolnym podejść do nieznanej nam osoby na ulicy i z nią porozmawiać. Tutaj pewność siebie jest ujęta w większym zakresie. Chodzi o wiarę w siebie, w osiąganie wymarzonych celów. Ważnym jest, by w pełni zaakceptować siebie i swoje czyny. Myśląc pozytywnie i wierząc w sukces jesteśmy wstanie go osiągnąć. Nie możemy zamykać się w swojej skorupie, przeżywać czegoś, co jeszcze nie miało miejsca (np. ewentualnej porażki, która niekoniecznie musi nastąpić) i nie robić nic, niepotrzebnie spędzając czas rujnując życie swoją postawą.
Książka na pewno jest wartościową pozycją dla osób, które uwielbiają tematykę samorozwoju. Sprawdzi się też dla osób, które nie czują motywacji do pracy, pragną coś zmienić, chcą wypełnić swój umysł budującymi myślami, ale też błyskawicznie podnosić po niepowodzeniu czy zyskać wiarygodność i zaufanie innych osób. W końcu nasze pozytywne nastawienie i wiara we własne czyny to najlepszy motywator i zachęta dla innych do pracy.
Książka to historia autora, który opowiada krok po kroku jak walczył z samym sobą i budował pewność siebie. Spędził wiele lat za linią boczną, ominęło go wiele okazji i przygód, czego żałował, więc postanowił zmienić. Przypomniał sobie mądrość, którą dzieliła się z nim Billye, osoba która go wychowała i była mentorką, przekształcił pod kątem książki i przedstawił to w taki sposób, aby każdy zrozumiał i mógł wprowadzić do swojego życia.
Ten tytuł to nie jest zwykły poradnik mówiący o tym, co zrobić, żeby zaakceptować siebie i być zdolnym podejść do nieznanej nam osoby na ulicy i z nią porozmawiać. Tutaj pewność siebie jest ujęta w większym zakresie. Chodzi o wiarę w siebie, w osiąganie wymarzonych celów. Ważnym jest, by w pełni zaakceptować siebie i swoje czyny. Myśląc pozytywnie i wierząc w sukces jesteśmy wstanie go osiągnąć. Nie możemy zamykać się w swojej skorupie, przeżywać czegoś, co jeszcze nie miało miejsca (np. ewentualnej porażki, która niekoniecznie musi nastąpić) i nie robić nic, niepotrzebnie spędzając czas rujnując życie swoją postawą.
Książka na pewno jest wartościową pozycją dla osób, które uwielbiają tematykę samorozwoju. Sprawdzi się też dla osób, które nie czują motywacji do pracy, pragną coś zmienić, chcą wypełnić swój umysł budującymi myślami, ale też błyskawicznie podnosić po niepowodzeniu czy zyskać wiarygodność i zaufanie innych osób. W końcu nasze pozytywne nastawienie i wiara we własne czyny to najlepszy motywator i zachęta dla innych do pracy.
Wredotek.pl 2012-09-28
Ostatni maraton
Tydzień zaczynam od recenzji książki. Jak łatwo się domyślić ta będzie o bieganiu. Ostatni maraton Piotra Kuryło to mała książeczka o wielkiej wyprawie. Kuryło za cel postawił sobie obiec świat. Najpierw ciągnął za sobą kajak, potem różne wózki (od dziecięcych, przez zakupowe po takie zupełnie własnej konstrukcji). Jak wynika z książki Kuryło jest osobą bardzo religijną, modlitwa i bieganie wypełniają mu życie. Lektura nie należy do najłatwiejszych, język jest bardzo ubogi, opisy proste. Ostatni maraton przypomina bardziej opowieść mówioną prostego człowieka, który zrealizowała swoje marzenie. Bieganie dla pokoju, to był cel Kuryło, osiągnął go dzięki innym ludziom, nie znając angielskiego, ucząc się języka rosyjskiego, biegał, biegał i jeszcze raz biegał. Zdjęcia w książce są amatorskie, często nie najlepszej jakości, dzięki temu lepiej można poznać atmosferę tej wyprawy – od parafii do parafii, licząc na dobrych ludzi, mając wiele szczęścia Kuryło przebiegł w rok wokół ziemi. Jeżeli wierzyć zapewnieniom autora nie będzie już więcej biegał. Choć jakoś trudno w to uwierzyć. Ostatni maraton jest opowieścią, relacją z samotnej wyprawy, bez specjalnych planów, bez zaplecza technicznego, bez sztabu ludzi do pomocy. Kuryło pokazuje, że mając szczęście i pasję można zrealizować każde marzenie. Ciekawa biegowa historia.
oneginetatopa.blogspot.com Dota, 2012-10-08
Superskuteczne strategie opanowania języków obcych. Twój prywatny coach
Chyba wszyscy, którzy tutaj zaglądają, wiedzą, że uczę się języków obcych i lubię to robić. Tak, lubię! To mnie odpręża, sprawia że zapominam o wszelkich troskach i czuję, że robię coś sensownego, co kiedyś, w przyszłości mi się opłaci. Nie patrzę na znajomość języków jak na bankomat na przyszłość, ale wiem, że ułatwi mi to start i szukanie pracy w turystyce o czym też wiecie, że marzę.
Oprócz samej nauki języków, bardzo lubię czytać o ich nauce. Wszelkie sposoby czy techniki bardzo mnie interesują, lubię je testować i sprawdzać czy na mnie też działają, do tego wszelkie książki czy materiały, które motywują! O tak! To jest mój żywioł! Zapewne na pierwszy rzut oka wielu z Was może stwierdzić, że taka lektura jest nudna i nawet nie warto po nią sięgać, ale ja się z tym absolutnie nie zgodzę i w chwilach zwątpienia wiele razy mi pomogła. Nie chodzi już o konkretne techniki motywacji, ale o sam fakt czytania o nich i uświadomienia sobie paru spraw.
O jednym poradniku tego typu już wam pisałam (tutaj), a dzisiaj przedstawię kolejny tytuł, który ostatnio miałam okazję przeczytać: "Superskuteczne strategie opanowywania języków obcych. Twój prywatny coach".
Książka utrzymana jest w formie dialogu dwóch kobiet: jedna z nich to kobieta sukcesu, która w "zamierzchłych" czasach była szarą myszką, druga natomiast to kobieta tzw. matka-Polka, która pragnie nauczyć się języka obcego dla własnego rozwoju, ale także, żeby zaimponować mężowi. Kobiety spotkały się na spotkaniu klasowym organizowanym po latach i jedna przedstawia drugiej tytułowe Superskuteczne Strategie.
Poradnik nie ogranicza się jedynie do przedstawiania suchych faktów i sposobów nauki, ale forma: pytanie, odpowiedź, pytanie, odpowiedź sprawia, że treść jeszcze bardziej do nas przemawia. Cały czas miałam wrażenie, że te pytania są kierowane do mnie i biorę po prostu udział w swego rodzaju wykładzie czy może treningu.
W książce znajdziemy wiele przydatnych treści i ćwiczeń, które pomogą nam zarówno w chwili obecnej jak i w przyszłości. Poza decyzją jakiego języka się uczymy i upewnieniem, że to ten jeden jedyny i na pewno chcemy się go uczyć znajdziemy sztuczki na stworzenie, zachowanie i ewentualne przypomnienie sobie w przyszłości motywacji, która nami kieruje. Dowiadujemy się jak ujarzmić czas, jak "zlikwidować" ponure myśli, jak utrzymać motywację i wiele wiele innych treści.
Aby książka była kompletna, zabrakło mi jednak listy chociażby najpopularniejszych technik nauki. Były co prawda wspomniane, ale brakowało mi ich opisów i zastosowania. Co prawda każdy z uczących się wie już co to są fiszki, mapy myśli itp. itd., ale myślę że warto byłoby poświęcić kilka dodatkowych stron na ich przypomnienie, wyszczególnienie i jakieś krótkie opisanie.
W każdym razie muszę przyznać, że Pani Ewa stworzyła całkiem przystępną książkę z niesamowicie ogromną dawką motywacji. Uświadomiła mi jak bardzo zależy mi na nauce wybranych przeze mnie języków i teraz mam jeszcze więcej ochoty na ich naukę. Nie raz i nie dwa będę do tego tytułu wracać a już na pewno po niego sięgnę, gdy najdą mnie wątpliwości (oby to się nie wydarzyło ;)
Oprócz samej nauki języków, bardzo lubię czytać o ich nauce. Wszelkie sposoby czy techniki bardzo mnie interesują, lubię je testować i sprawdzać czy na mnie też działają, do tego wszelkie książki czy materiały, które motywują! O tak! To jest mój żywioł! Zapewne na pierwszy rzut oka wielu z Was może stwierdzić, że taka lektura jest nudna i nawet nie warto po nią sięgać, ale ja się z tym absolutnie nie zgodzę i w chwilach zwątpienia wiele razy mi pomogła. Nie chodzi już o konkretne techniki motywacji, ale o sam fakt czytania o nich i uświadomienia sobie paru spraw.
O jednym poradniku tego typu już wam pisałam (tutaj), a dzisiaj przedstawię kolejny tytuł, który ostatnio miałam okazję przeczytać: "Superskuteczne strategie opanowywania języków obcych. Twój prywatny coach".
Książka utrzymana jest w formie dialogu dwóch kobiet: jedna z nich to kobieta sukcesu, która w "zamierzchłych" czasach była szarą myszką, druga natomiast to kobieta tzw. matka-Polka, która pragnie nauczyć się języka obcego dla własnego rozwoju, ale także, żeby zaimponować mężowi. Kobiety spotkały się na spotkaniu klasowym organizowanym po latach i jedna przedstawia drugiej tytułowe Superskuteczne Strategie.
Poradnik nie ogranicza się jedynie do przedstawiania suchych faktów i sposobów nauki, ale forma: pytanie, odpowiedź, pytanie, odpowiedź sprawia, że treść jeszcze bardziej do nas przemawia. Cały czas miałam wrażenie, że te pytania są kierowane do mnie i biorę po prostu udział w swego rodzaju wykładzie czy może treningu.
W książce znajdziemy wiele przydatnych treści i ćwiczeń, które pomogą nam zarówno w chwili obecnej jak i w przyszłości. Poza decyzją jakiego języka się uczymy i upewnieniem, że to ten jeden jedyny i na pewno chcemy się go uczyć znajdziemy sztuczki na stworzenie, zachowanie i ewentualne przypomnienie sobie w przyszłości motywacji, która nami kieruje. Dowiadujemy się jak ujarzmić czas, jak "zlikwidować" ponure myśli, jak utrzymać motywację i wiele wiele innych treści.
Aby książka była kompletna, zabrakło mi jednak listy chociażby najpopularniejszych technik nauki. Były co prawda wspomniane, ale brakowało mi ich opisów i zastosowania. Co prawda każdy z uczących się wie już co to są fiszki, mapy myśli itp. itd., ale myślę że warto byłoby poświęcić kilka dodatkowych stron na ich przypomnienie, wyszczególnienie i jakieś krótkie opisanie.
W każdym razie muszę przyznać, że Pani Ewa stworzyła całkiem przystępną książkę z niesamowicie ogromną dawką motywacji. Uświadomiła mi jak bardzo zależy mi na nauce wybranych przeze mnie języków i teraz mam jeszcze więcej ochoty na ich naukę. Nie raz i nie dwa będę do tego tytułu wracać a już na pewno po niego sięgnę, gdy najdą mnie wątpliwości (oby to się nie wydarzyło ;)
yosoymorena.blogspot.com Paulaaaa, 2012-09-30
Ostatni maraton
Czytając nagłówki "Laureat Kolosa 2011 w kategorii Wyczyn roku", "Nagroda publiczności za najlepszą prezentację", "Nagroda dziennikarzy podczas finału Kolosów 2011" mam ogromny apetyt na poznanie szczegółów tej historii. Slogany widnieją na okładce, zawierającej piękne zdjęcie biegacza na tle malowniczego zachodu słońca, świeżo wydanej książki Piotra Kuryło pt. "Ostatni maraton". Z opisu wynika, że mam do czynienia z czymś naprawdę poważnym - otóż Pan Piotr w 365 dni przebiegł trasę dookoła świata - ponad 20 000 km. Całość brzmi nieźle i bardzo zachęcająco, zatem zabieram się za lekturę.
Na początku szybko kartkuję książkę. Zamieszczone w niej zdjęcia wywołują moje lekkie rozczarowanie. Jest ich całkiem sporo, a jednak jakość, tematyka oraz kadry pozostawiają wiele do życzenia. Autor postanowił zamieścić obrazy, które przede wszystkim pokazują jego samego w różnych miejscach, które odwiedził, jednak jak dla mnie, to książka, a nie album rodzinny. Spodziewałem się zobaczyć ilustracje obrazujące napotkanych ludzi, jego dobroczyńców, partnerów w biegu lub choćby pięknych krajobrazów - jednak tego tutaj nie ma. Rozumiem też, że nie jest to album fotograficzny, a autor nie jest fotografem, nie mniej jednak sądzę, że można było zrezygnować z takiej ilości zdjęć, na korzyść lepszej selekcji i wydruku w większym rozmiarze. Dodatkowo brakuje podpisów pod fotografiami. Okładka "obiecała", że środek będzie dużo lepszy. Jednak przecież nie o zdjęcia tu chodzi, to tylko ilustracja, dodatek do tekstu.
Autor książki bezsprzecznie dokonał olbrzymiego wyczynu. Samotnie przebiegł przez trzy kontynenty. Swój "ostatni maraton" zaczął w Augustowie, aby pokonując kraje europejskie dobiec do Portugalii, skąd poleciał do Nowego Jorku, z którego pokonał na własnych nogach wszerz całe Stany Zjednoczone. Swój bieg na kontynencie amerykańskim zakończył w San Francisco. Ostatni etap jego maratonu to trasa z Władywostoku, przez Syberię, Kazachstan i inne miejsca, aby zakończyć bieg w mieście, gdzie wszystko zaczął dokładnie rok wcześniej.
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak wielki jest to wysiłek fizyczny oraz jak bardzo trzeba być zdeterminowanym, aby wytrwać w swoim postanowieniu i ukończyć taką trasę. Aura nie zawsze sprzyjała. Deszcz, śnieg, plucha, niskie temperatury, a także liczne kontuzje, rany i usterki techniczne nie przeszkodziły bohaterowi w kontynuowaniu realizacji swojego zamierzenia. Pan Piotr opisuje niemal każdy swój dzień. Poranna pobudka, pokonane pierwsze kilometry, modlitwa, napotkani ludzie, jakieś posiłki itd.
Spodziewałem się interesujących opisów tego, co obserwuje. Miałem nadzieję, że autor podzieli się z czytelnikami swoimi spostrzeżeniami, przemyśleniami, tym, co go spotyka po drodze. Niestety opisy są bardzo ogólnikowe, mało szczegółowe. Autor pokonuje Europę, wiele stanów Ameryki, a także ogromne przestrzenie Rosji napotykając wiele ludzi. Nie mamy okazji poznać detali z ich życia, historii, zmartwień lub chwil szczęścia. Szkoda, bo sądzę, że to mogłoby być najbardziej interesujące. Zamiast tego mamy kolejny dzień zmagań z trasą, kolejne kilometry, pęcherze, kontuzje.
Powstała książka drogi i być może dla innych zapaleńców biegania będzie stanowiła pomoc w zaplanowaniu lub przetrwaniu w długodystansowych biegach, jednak na mnie nie zrobiła większego wrażenia. Bardzo żałuję, że nie miałem okazji być na prezentacjach Pana Piotra, bo otrzymując za nie nagrody musiały być wyjątkowe. Jednak książka jest chyba inna. Po okładce rozpaliła we mnie ogromne nadzieje, które nie zostały zaspokojone jej lekturą.
Na początku szybko kartkuję książkę. Zamieszczone w niej zdjęcia wywołują moje lekkie rozczarowanie. Jest ich całkiem sporo, a jednak jakość, tematyka oraz kadry pozostawiają wiele do życzenia. Autor postanowił zamieścić obrazy, które przede wszystkim pokazują jego samego w różnych miejscach, które odwiedził, jednak jak dla mnie, to książka, a nie album rodzinny. Spodziewałem się zobaczyć ilustracje obrazujące napotkanych ludzi, jego dobroczyńców, partnerów w biegu lub choćby pięknych krajobrazów - jednak tego tutaj nie ma. Rozumiem też, że nie jest to album fotograficzny, a autor nie jest fotografem, nie mniej jednak sądzę, że można było zrezygnować z takiej ilości zdjęć, na korzyść lepszej selekcji i wydruku w większym rozmiarze. Dodatkowo brakuje podpisów pod fotografiami. Okładka "obiecała", że środek będzie dużo lepszy. Jednak przecież nie o zdjęcia tu chodzi, to tylko ilustracja, dodatek do tekstu.
Autor książki bezsprzecznie dokonał olbrzymiego wyczynu. Samotnie przebiegł przez trzy kontynenty. Swój "ostatni maraton" zaczął w Augustowie, aby pokonując kraje europejskie dobiec do Portugalii, skąd poleciał do Nowego Jorku, z którego pokonał na własnych nogach wszerz całe Stany Zjednoczone. Swój bieg na kontynencie amerykańskim zakończył w San Francisco. Ostatni etap jego maratonu to trasa z Władywostoku, przez Syberię, Kazachstan i inne miejsca, aby zakończyć bieg w mieście, gdzie wszystko zaczął dokładnie rok wcześniej.
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak wielki jest to wysiłek fizyczny oraz jak bardzo trzeba być zdeterminowanym, aby wytrwać w swoim postanowieniu i ukończyć taką trasę. Aura nie zawsze sprzyjała. Deszcz, śnieg, plucha, niskie temperatury, a także liczne kontuzje, rany i usterki techniczne nie przeszkodziły bohaterowi w kontynuowaniu realizacji swojego zamierzenia. Pan Piotr opisuje niemal każdy swój dzień. Poranna pobudka, pokonane pierwsze kilometry, modlitwa, napotkani ludzie, jakieś posiłki itd.
Spodziewałem się interesujących opisów tego, co obserwuje. Miałem nadzieję, że autor podzieli się z czytelnikami swoimi spostrzeżeniami, przemyśleniami, tym, co go spotyka po drodze. Niestety opisy są bardzo ogólnikowe, mało szczegółowe. Autor pokonuje Europę, wiele stanów Ameryki, a także ogromne przestrzenie Rosji napotykając wiele ludzi. Nie mamy okazji poznać detali z ich życia, historii, zmartwień lub chwil szczęścia. Szkoda, bo sądzę, że to mogłoby być najbardziej interesujące. Zamiast tego mamy kolejny dzień zmagań z trasą, kolejne kilometry, pęcherze, kontuzje.
Powstała książka drogi i być może dla innych zapaleńców biegania będzie stanowiła pomoc w zaplanowaniu lub przetrwaniu w długodystansowych biegach, jednak na mnie nie zrobiła większego wrażenia. Bardzo żałuję, że nie miałem okazji być na prezentacjach Pana Piotra, bo otrzymując za nie nagrody musiały być wyjątkowe. Jednak książka jest chyba inna. Po okładce rozpaliła we mnie ogromne nadzieje, które nie zostały zaspokojone jej lekturą.
lkedzierski.com Łukasz Kędzierski
Ostatni maraton
Czytając nagłówki "Laureat Kolosa 2011 w kategorii Wyczyn roku", "Nagroda publiczności za najlepszą prezentację", "Nagroda dziennikarzy podczas finału Kolosów 2011" mam ogromny apetyt na poznanie szczegółów tej historii. Slogany widnieją na okładce, zawierającej piękne zdjęcie biegacza na tle malowniczego zachodu słońca, świeżo wydanej książki Piotra Kuryło pt. "Ostatni maraton". Z opisu wynika, że mam do czynienia z czymś naprawdę poważnym - otóż Pan Piotr w 365 dni przebiegł trasę dookoła świata - ponad 20 000 km. Całość brzmi nieźle i bardzo zachęcająco, zatem zabieram się za lekturę.
Na początku szybko kartkuję książkę. Zamieszczone w niej zdjęcia wywołują moje lekkie rozczarowanie. Jest ich całkiem sporo, a jednak jakość, tematyka oraz kadry pozostawiają wiele do życzenia. Autor postanowił zamieścić obrazy, które przede wszystkim pokazują jego samego w różnych miejscach, które odwiedził, jednak jak dla mnie, to książka, a nie album rodzinny. Spodziewałem się zobaczyć ilustracje obrazujące napotkanych ludzi, jego dobroczyńców, partnerów w biegu lub choćby pięknych krajobrazów - jednak tego tutaj nie ma. Rozumiem też, że nie jest to album fotograficzny, a autor nie jest fotografem, nie mniej jednak sądzę, że można było zrezygnować z takiej ilości zdjęć, na korzyść lepszej selekcji i wydruku w większym rozmiarze. Dodatkowo brakuje podpisów pod fotografiami. Okładka "obiecała", że środek będzie dużo lepszy. Jednak przecież nie o zdjęcia tu chodzi, to tylko ilustracja, dodatek do tekstu.
Autor książki bezsprzecznie dokonał olbrzymiego wyczynu. Samotnie przebiegł przez trzy kontynenty. Swój "ostatni maraton" zaczął w Augustowie, aby pokonując kraje europejskie dobiec do Portugalii, skąd poleciał do Nowego Jorku, z którego pokonał na własnych nogach wszerz całe Stany Zjednoczone. Swój bieg na kontynencie amerykańskim zakończył w San Francisco. Ostatni etap jego maratonu to trasa z Władywostoku, przez Syberię, Kazachstan i inne miejsca, aby zakończyć bieg w mieście, gdzie wszystko zaczął dokładnie rok wcześniej.
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak wielki jest to wysiłek fizyczny oraz jak bardzo trzeba być zdeterminowanym, aby wytrwać w swoim postanowieniu i ukończyć taką trasę. Aura nie zawsze sprzyjała. Deszcz, śnieg, plucha, niskie temperatury, a także liczne kontuzje, rany i usterki techniczne nie przeszkodziły bohaterowi w kontynuowaniu realizacji swojego zamierzenia. Pan Piotr opisuje niemal każdy swój dzień. Poranna pobudka, pokonane pierwsze kilometry, modlitwa, napotkani ludzie, jakieś posiłki itd.
Spodziewałem się interesujących opisów tego, co obserwuje. Miałem nadzieję, że autor podzieli się z czytelnikami swoimi spostrzeżeniami, przemyśleniami, tym, co go spotyka po drodze. Niestety opisy są bardzo ogólnikowe, mało szczegółowe. Autor pokonuje Europę, wiele stanów Ameryki, a także ogromne przestrzenie Rosji napotykając wiele ludzi. Nie mamy okazji poznać detali z ich życia, historii, zmartwień lub chwil szczęścia. Szkoda, bo sądzę, że to mogłoby być najbardziej interesujące. Zamiast tego mamy kolejny dzień zmagań z trasą, kolejne kilometry, pęcherze, kontuzje.
Powstała książka drogi i być może dla innych zapaleńców biegania będzie stanowiła pomoc w zaplanowaniu lub przetrwaniu w długodystansowych biegach, jednak na mnie nie zrobiła większego wrażenia. Bardzo żałuję, że nie miałem okazji być na prezentacjach Pana Piotra, bo otrzymując za nie nagrody musiały być wyjątkowe. Jednak książka jest chyba inna. Po okładce rozpaliła we mnie ogromne nadzieje, które nie zostały zaspokojone jej lekturą.
Na początku szybko kartkuję książkę. Zamieszczone w niej zdjęcia wywołują moje lekkie rozczarowanie. Jest ich całkiem sporo, a jednak jakość, tematyka oraz kadry pozostawiają wiele do życzenia. Autor postanowił zamieścić obrazy, które przede wszystkim pokazują jego samego w różnych miejscach, które odwiedził, jednak jak dla mnie, to książka, a nie album rodzinny. Spodziewałem się zobaczyć ilustracje obrazujące napotkanych ludzi, jego dobroczyńców, partnerów w biegu lub choćby pięknych krajobrazów - jednak tego tutaj nie ma. Rozumiem też, że nie jest to album fotograficzny, a autor nie jest fotografem, nie mniej jednak sądzę, że można było zrezygnować z takiej ilości zdjęć, na korzyść lepszej selekcji i wydruku w większym rozmiarze. Dodatkowo brakuje podpisów pod fotografiami. Okładka "obiecała", że środek będzie dużo lepszy. Jednak przecież nie o zdjęcia tu chodzi, to tylko ilustracja, dodatek do tekstu.
Autor książki bezsprzecznie dokonał olbrzymiego wyczynu. Samotnie przebiegł przez trzy kontynenty. Swój "ostatni maraton" zaczął w Augustowie, aby pokonując kraje europejskie dobiec do Portugalii, skąd poleciał do Nowego Jorku, z którego pokonał na własnych nogach wszerz całe Stany Zjednoczone. Swój bieg na kontynencie amerykańskim zakończył w San Francisco. Ostatni etap jego maratonu to trasa z Władywostoku, przez Syberię, Kazachstan i inne miejsca, aby zakończyć bieg w mieście, gdzie wszystko zaczął dokładnie rok wcześniej.
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak wielki jest to wysiłek fizyczny oraz jak bardzo trzeba być zdeterminowanym, aby wytrwać w swoim postanowieniu i ukończyć taką trasę. Aura nie zawsze sprzyjała. Deszcz, śnieg, plucha, niskie temperatury, a także liczne kontuzje, rany i usterki techniczne nie przeszkodziły bohaterowi w kontynuowaniu realizacji swojego zamierzenia. Pan Piotr opisuje niemal każdy swój dzień. Poranna pobudka, pokonane pierwsze kilometry, modlitwa, napotkani ludzie, jakieś posiłki itd.
Spodziewałem się interesujących opisów tego, co obserwuje. Miałem nadzieję, że autor podzieli się z czytelnikami swoimi spostrzeżeniami, przemyśleniami, tym, co go spotyka po drodze. Niestety opisy są bardzo ogólnikowe, mało szczegółowe. Autor pokonuje Europę, wiele stanów Ameryki, a także ogromne przestrzenie Rosji napotykając wiele ludzi. Nie mamy okazji poznać detali z ich życia, historii, zmartwień lub chwil szczęścia. Szkoda, bo sądzę, że to mogłoby być najbardziej interesujące. Zamiast tego mamy kolejny dzień zmagań z trasą, kolejne kilometry, pęcherze, kontuzje.
Powstała książka drogi i być może dla innych zapaleńców biegania będzie stanowiła pomoc w zaplanowaniu lub przetrwaniu w długodystansowych biegach, jednak na mnie nie zrobiła większego wrażenia. Bardzo żałuję, że nie miałem okazji być na prezentacjach Pana Piotra, bo otrzymując za nie nagrody musiały być wyjątkowe. Jednak książka jest chyba inna. Po okładce rozpaliła we mnie ogromne nadzieje, które nie zostały zaspokojone jej lekturą.
lkedzierski.com Łukasz Kędzierski
Ostatni maraton
Tydzień zaczynam od recenzji książki. Jak łatwo się domyślić ta będzie o bieganiu. Ostatni maraton Piotra Kuryło to mała książeczka o wielkiej wyprawie. Kuryło za cel postawił sobie obiec świat. Najpierw ciągnął za sobą kajak, potem różne wózki (od dziecięcych, przez zakupowe po takie zupełnie własnej konstrukcji). Jak wynika z książki Kuryło jest osobą bardzo religijną, modlitwa i bieganie wypełniają mu życie. Lektura nie należy do najłatwiejszych, język jest bardzo ubogi, opisy proste. Ostatni maraton przypomina bardziej opowieść mówioną prostego człowieka, który zrealizowała swoje marzenie. Bieganie dla pokoju, to był cel Kuryło, osiągnął go dzięki innym ludziom, nie znając angielskiego, ucząc się języka rosyjskiego, biegał, biegał i jeszcze raz biegał. Zdjęcia w książce są amatorskie, często nie najlepszej jakości, dzięki temu lepiej można poznać atmosferę tej wyprawy – od parafii do parafii, licząc na dobrych ludzi, mając wiele szczęścia Kuryło przebiegł w rok wokół ziemi. Jeżeli wierzyć zapewnieniom autora nie będzie już więcej biegał. Choć jakoś trudno w to uwierzyć. Ostatni maraton jest opowieścią, relacją z samotnej wyprawy, bez specjalnych planów, bez zaplecza technicznego, bez sztabu ludzi do pomocy. Kuryło pokazuje, że mając szczęście i pasję można zrealizować każde marzenie. Ciekawa biegowa historia.
oneginetatopa.blogspot.com Dota, 2012-10-08
Ostatni maraton
To właściwie nie jest książka i w kategoriach książek nie powinna być rozpatrywana. To krótki zapis wielkiego wyczynu. A przy okazji bardzo dokładny wgląd w to, jak myśli inny. I tak na ten zapis patrzę: jako na spotkanie z innym. Z innego środowiska, z innego światopoglądu, z innymi ambicjami, z innymi motywacjami, z innym podejściem do życia.
Tekst robi wrażenie – nie stylistyczne i nie dramaturgiczne. Właściwsze byłoby powiedzieć, że to opisany wyczyn robi wrażenie. Piotr Kuryło – ultramaratończyk – postanowił, że w swój ostatni bieg (obiecał rodzinie, że skończy z długodługodługodystansowym bieganiem) pobiegnie dookoła świata.
Kuryło skonstruował sobie kajak na kółkach, który mógł służyć za walizkę, łóżko a czasem jako środek transportu i ruszył. To ruszanie jest dla mnie najbardziej niezwykłe. Kuryło opisuje historię, jak postanowił podziękować Matce Boskiej z Lichenia za szybki powrót do zdrowia: wyszedł z domu, pobiegł do Lichenia robiąc 400 kilometrów w pięć dni, pomodlił się, przenocował i pobiegł z powrotem do Augustowa. Kosmos.
Dla mnie odważna jest decyzja nie o samym biegu (choć trudny i wyczerpujący: Kuryło biegnie 70-150 kilometrów dziennie, posiłki je w truchcie, przez cały czas odmawia zdrowaśki), ale o wyruszeniu w świat bez znajomości języka (po angielsku mówi tylko : dżizus krajst luking), z masą stereotypów ( bał się nocować na terenie Indian, czy biec przez czarną dzielnicę w Paryżu), z dużym lękiem i sporą nieufnością (“pomyślałem, że Hiszpan zaraz podbiegnie do mnie z jakimś łomem lub kijem baseballowym i mnie załatwi…”). Ale biegnie. I odkrywa prawdy, które odkrywa każdy kto zaczyna podróżować. Że ludzie są różni. Nie zawsze tacy źli. Że czasem podadzą nieznajomemu kubek gorącej herbaty. A czasem sami się boją i przegonią. I, że to zachowanie nie zależy od koloru skóry.
Wszystko to dość banalne. Ale jeśli potraktować ten zapis trochę, jak odkrywanie świata przez Kandyda (bez literackiego kunsztu Voltaire’a) to zaczyna być nawet fascynujące. Biegnąc z Kuryłą nie poznaję świata. Nawet chciałam napisać, że nie ma tu walorów poznawczych, że świat w żaden sposób nie zostaje opisany i przybliżony czytelnikowi (a koniec końców do tego sprowadza się funkcja książek podróżniczych). Ale to nie prawda. Bo dowiadujemy się, jak patrzy i czego się uczy Kandyd-Kuryło. I poznajemy jego świat . Dla mnie na co dzień bardziej niedostępny niż wioski w Azji.
Żeby nie było żadnych nieporozumień. Książka jako literatura jest zła. Ale jeśli potrkatujemy ją z antropolgicznym zacięciem to możemy dowiedzieć się ciekawych rzeczy.
smakpodrozy.com Kasia Boni
Ostatni maraton
To właściwie nie jest książka i w kategoriach książek nie powinna być rozpatrywana. To krótki zapis wielkiego wyczynu. A przy okazji bardzo dokładny wgląd w to, jak myśli inny. I tak na ten zapis patrzę: jako na spotkanie z innym. Z innego środowiska, z innego światopoglądu, z innymi ambicjami, z innymi motywacjami, z innym podejściem do życia.
Tekst robi wrażenie – nie stylistyczne i nie dramaturgiczne. Właściwsze byłoby powiedzieć, że to opisany wyczyn robi wrażenie. Piotr Kuryło – ultramaratończyk – postanowił, że w swój ostatni bieg (obiecał rodzinie, że skończy z długodługodługodystansowym bieganiem) pobiegnie dookoła świata.
Kuryło skonstruował sobie kajak na kółkach, który mógł służyć za walizkę, łóżko a czasem jako środek transportu i ruszył. To ruszanie jest dla mnie najbardziej niezwykłe. Kuryło opisuje historię, jak postanowił podziękować Matce Boskiej z Lichenia za szybki powrót do zdrowia: wyszedł z domu, pobiegł do Lichenia robiąc 400 kilometrów w pięć dni, pomodlił się, przenocował i pobiegł z powrotem do Augustowa. Kosmos.
Dla mnie odważna jest decyzja nie o samym biegu (choć trudny i wyczerpujący: Kuryło biegnie 70-150 kilometrów dziennie, posiłki je w truchcie, przez cały czas odmawia zdrowaśki), ale o wyruszeniu w świat bez znajomości języka (po angielsku mówi tylko : dżizus krajst luking), z masą stereotypów ( bał się nocować na terenie Indian, czy biec przez czarną dzielnicę w Paryżu), z dużym lękiem i sporą nieufnością (“pomyślałem, że Hiszpan zaraz podbiegnie do mnie z jakimś łomem lub kijem baseballowym i mnie załatwi…”). Ale biegnie. I odkrywa prawdy, które odkrywa każdy kto zaczyna podróżować. Że ludzie są różni. Nie zawsze tacy źli. Że czasem podadzą nieznajomemu kubek gorącej herbaty. A czasem sami się boją i przegonią. I, że to zachowanie nie zależy od koloru skóry.
Wszystko to dość banalne. Ale jeśli potraktować ten zapis trochę, jak odkrywanie świata przez Kandyda (bez literackiego kunsztu Voltaire’a) to zaczyna być nawet fascynujące. Biegnąc z Kuryłą nie poznaję świata. Nawet chciałam napisać, że nie ma tu walorów poznawczych, że świat w żaden sposób nie zostaje opisany i przybliżony czytelnikowi (a koniec końców do tego sprowadza się funkcja książek podróżniczych). Ale to nie prawda. Bo dowiadujemy się, jak patrzy i czego się uczy Kandyd-Kuryło. I poznajemy jego świat . Dla mnie na co dzień bardziej niedostępny niż wioski w Azji.
Żeby nie było żadnych nieporozumień. Książka jako literatura jest zła. Ale jeśli potrkatujemy ją z antropolgicznym zacięciem to możemy dowiedzieć się ciekawych rzeczy.
smakpodrozy.com Kasia Boni