ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Zakamarki marki. Rzeczy, o których mogłeś nie wiedzieć, zapomnieć lub pominąć podczas budowania swojej marki

Rozdziały

"I Silna marka. Marka zaczyna się w głowie Konsumenta, a do jej zbudowania potrzebna Ci przemyślana strategia..."

Brand salience - wybijanie się marki, kluczowy obszar w kontekście sprzedaży produktów. Brzmi intrygująco! To procesy myślowe, które prowadzą do zapamiętania danej marki i "wolenia" jej od pozostałych. Warto dostrzec subtelną różnicę pomiędzy tym pojęciem, a top of mind awareness. Jak to działa? Dane wartości marki konsument przechowuje w swoich strukturach pamięciowych - im więcej takich struktur, tym konsument będzie częściej myślał o danej marce. Jak budować "wykop" marki? Poprzez pokazanie problemu i sposobu jego rozwiązania przez produkt.

"II Strategia komunikacji marki. Tworzenie marki zaczyna się od nadania jej znaczenia - takiego, które Konsument bez problemu zrozumie. Następnie markę trzeba "ubrać w słowa", nadać jej odpowiednią nazwę i "nauczyć mówić"."

Copywriting jest marginalizowany w stosunku do grafiki, a tymczasem grafika tylko przyciąga, a tekst sprzedaje. Warto skorzystać z doświadczenia innych, ale w momencie gdy teksty piszemy sami koniecznie trzeba przestrzegać pewnych reguł:
1. Nie nadużywaj specjalistycznych pojęć
2. Złap dystans - świeże spojrzenie!
3. Znajdź jedną, charakterystyczną cechę Twojej marki i staraj się ugruntować jej pozycję w głowie konsumenta. Powtarzaj, odmieniaj przez przypadki, ale konsekwentnie się jej trzymaj
4. "Waż słowa" ;) - bardzo mały odsetek czyta od deski do deski
5. Pisz piramidą
6. Nie pisz o sobie - myśl w kategoriach klienta
7. Dopasuj argumenty (emocjonalne/racjonalne) do kategorii Twojego produktu
8. Testuj i bądź otwarty - nie zawsze to co napiszesz będzie odpowiednie dla konsumenta

"III Identyfikacja wizualna. Dopieść swoją markę wizualnie. Począwszy od logo, które jest sercem komunikacji wizualnej, przez materiały reklamowe - w dzisiejszej kulturze obrazkowej Twoja marka musi dobrze wyglądać."

Magia uwodzenia wizytówką - wiele elementów jest stałych, ale sam wygląd wizytówki i stanowisko ("przekazuje esencję marki, a nie poprawia somopoczucie pracowników") pozwalają działać na struktury pamięciowe klienta. Paweł przekonuje, że warto z tego korzystać szczególnie, że wizytówka jest jednym z podstawowych punktów styczności z marką.

"IV Relacja Klient - marka. (...) prosument potrafi wpłynąć na markę, zmienić kierunek w jakim idzie firma, spowodować kryzys..."

"Kot w worku". W przypadku produktów podkreślamy te cechy, które konsument może sam zweryfikować. Można nawet podpowiadać owe sposoby weryfikacji. Z usługami jest inaczej. Klienci chcą mieć pewność, że kupują od eksperta. Reklamując usługi stawiamy na doświadczenie i staramy się redukować obawy konsumentów.

"V Nowy marketing. Internet, blogi, media społecznościowe, gry online - to narzędzia i trendy, których nie sposób ignorować. (...)"

Dobre praktyki w e-commerce - jak czerpać z realnego merchandisingu?

"VI Case study. Tiry na tory - marka akcji społecznej"

Ciekawostka - jeden TIR na drodze = 163 000 aut osobowych. Ustawiając auta osobowe koło siebie to korek z Zakopanego do Gdańska!

Moja ocena

Jestem loserem - w "Zakamarkach marki" nie znalazłem nic do czego można by się przyczepić. Fajnie się czyta, książka napisana jest na luzie, a co najważniejsze jest pełna przykładów i anegdot z życia wziętych. Socjomania poleca :)) Najgorsze jest to, że teraz chce mi się przeczytać całą książkę... Już wiem dlaczego autor tak chętnie udostępnia fragmenty...
Socjomania.pl Bartłomiej Rak, 2011-08-01

Zakamarki marki. Rzeczy, o których mogłeś nie wiedzieć, zapomnieć lub pominąć podczas budowania swojej marki

Rozdziały

"I Silna marka. Marka zaczyna się w głowie Konsumenta, a do jej zbudowania potrzebna Ci przemyślana strategia..."

Brand salience - wybijanie się marki, kluczowy obszar w kontekście sprzedaży produktów. Brzmi intrygująco! To procesy myślowe, które prowadzą do zapamiętania danej marki i "wolenia" jej od pozostałych. Warto dostrzec subtelną różnicę pomiędzy tym pojęciem, a top of mind awareness. Jak to działa? Dane wartości marki konsument przechowuje w swoich strukturach pamięciowych - im więcej takich struktur, tym konsument będzie częściej myślał o danej marce. Jak budować "wykop" marki? Poprzez pokazanie problemu i sposobu jego rozwiązania przez produkt.

"II Strategia komunikacji marki. Tworzenie marki zaczyna się od nadania jej znaczenia - takiego, które Konsument bez problemu zrozumie. Następnie markę trzeba "ubrać w słowa", nadać jej odpowiednią nazwę i "nauczyć mówić"."

Copywriting jest marginalizowany w stosunku do grafiki, a tymczasem grafika tylko przyciąga, a tekst sprzedaje. Warto skorzystać z doświadczenia innych, ale w momencie gdy teksty piszemy sami koniecznie trzeba przestrzegać pewnych reguł:
1. Nie nadużywaj specjalistycznych pojęć
2. Złap dystans - świeże spojrzenie!
3. Znajdź jedną, charakterystyczną cechę Twojej marki i staraj się ugruntować jej pozycję w głowie konsumenta. Powtarzaj, odmieniaj przez przypadki, ale konsekwentnie się jej trzymaj
4. "Waż słowa" ;) - bardzo mały odsetek czyta od deski do deski
5. Pisz piramidą
6. Nie pisz o sobie - myśl w kategoriach klienta
7. Dopasuj argumenty (emocjonalne/racjonalne) do kategorii Twojego produktu
8. Testuj i bądź otwarty - nie zawsze to co napiszesz będzie odpowiednie dla konsumenta

"III Identyfikacja wizualna. Dopieść swoją markę wizualnie. Począwszy od logo, które jest sercem komunikacji wizualnej, przez materiały reklamowe - w dzisiejszej kulturze obrazkowej Twoja marka musi dobrze wyglądać."

Magia uwodzenia wizytówką - wiele elementów jest stałych, ale sam wygląd wizytówki i stanowisko ("przekazuje esencję marki, a nie poprawia somopoczucie pracowników") pozwalają działać na struktury pamięciowe klienta. Paweł przekonuje, że warto z tego korzystać szczególnie, że wizytówka jest jednym z podstawowych punktów styczności z marką.

"IV Relacja Klient - marka. (...) prosument potrafi wpłynąć na markę, zmienić kierunek w jakim idzie firma, spowodować kryzys..."

"Kot w worku". W przypadku produktów podkreślamy te cechy, które konsument może sam zweryfikować. Można nawet podpowiadać owe sposoby weryfikacji. Z usługami jest inaczej. Klienci chcą mieć pewność, że kupują od eksperta. Reklamując usługi stawiamy na doświadczenie i staramy się redukować obawy konsumentów.

"V Nowy marketing. Internet, blogi, media społecznościowe, gry online - to narzędzia i trendy, których nie sposób ignorować. (...)"

Dobre praktyki w e-commerce - jak czerpać z realnego merchandisingu?

"VI Case study. Tiry na tory - marka akcji społecznej"

Ciekawostka - jeden TIR na drodze = 163 000 aut osobowych. Ustawiając auta osobowe koło siebie to korek z Zakopanego do Gdańska!

Moja ocena

Jestem loserem - w "Zakamarkach marki" nie znalazłem nic do czego można by się przyczepić. Fajnie się czyta, książka napisana jest na luzie, a co najważniejsze jest pełna przykładów i anegdot z życia wziętych. Socjomania poleca :)) Najgorsze jest to, że teraz chce mi się przeczytać całą książkę... Już wiem dlaczego autor tak chętnie udostępnia fragmenty...
Socjomania.pl Bartłomiej Rak, 2011-08-01

Wałkowanie Ameryki (twarda oprawa)

Książka „Wałkowanie Ameryki” wzbudzała we mnie w równym stopniu ciekawość, jak i rezerwę. Tytułowe wałkowanie, kojarzyło mi się z czymś żmudnym, może nudnym, dodatkowo wiedziałam, że nie będzie to książka podróżnicza.
A więc jaka?
W trakcie lektury, która- z ogromnej ciekawości zajęła mi tylko jeden dzień- zastanawiałam się jak określiłabym jej zawartość. Wymyśliłam, że jest to najciekawszy podręcznik socjologiczny, jaki przyszło mi czytać. Zanim zaczęłam, ktoś powiedział, że w książce jest dużo statystyk- to sprawiło, że lekturę odkładałam w czasie- ale dawno, a może nigdy, nie czytałam z ciekawością takiego nagromadzenia statystyk. Forma, w jakiej autor prezentuje nam omawiane zagadnienia (min. religia, edukacja, odżywianie, posiadanie broni, pojęcie wolności) jest przystępna, choć nie pozbawiona głębokiej analizy i odwołania do przeprowadzonych badań.
W trakcie lektury nie raz będziemy się zastanawiać, czy Stany Zjednoczone to „światowe supermocarstwo czy kolos na glinianych nogach? Ostoja wolności i demokracji, czy dżungla, gdzie przybysze sami wymierzają sprawiedliwość? Przystań dla imigrantów czy miejsce, gdzie przybysze z zagranicy są obywatelami drugiej kategorii? Neutralne światopoglądowo państwo czy kraj fanatyków religijnych? Jakie naprawdę są Stany Zjednoczone? I jacy są Amerykanie? Inteligentni, życzliwi, otwarci, bezpośredni i optymistyczni? A może niedouczeni, zarozumiali, ograniczeni, nietolerancyjni, aroganccy? Otwarci na świat czy zaściankowi? Pewni siebie czy zakompleksieni?”

Jeśli ktoś oczekuje jednoznacznej odpowiedzi, to się rozczaruje. Runie wiele naszych stereotypów, niejednokrotnie będziemy przecierać oczy ze zdumienia- sądząc, że mamy do czynienia z błędem drukarskim (zwłaszcza czytając rozdziały: „Wolność gwarantowana”, „Sam się obronię”, czy „Raj dla bogów”). Po 300 stronach będziemy wiedzieć sporo więcej, ale nadal nie będziemy w stanie odpowiedzieć jednoznacznie na pytania dotyczące Ameryki.

Bo Ameryka taka właśnie jest- wielowymiarowa i trochę mniej oczywista niż nam się wydaje.
Doskonała książka. Porywająca, wzbudzająca ciekawość, zaskoczenie i refleksję o wiele głębszą, niż tylko: Odwiedzić, czy nie odwiedzić miejsce, które ktoś określił mianem- „brzydkiego kraju, który koniecznie trzeba zobaczyć” …
A najlepiej chyba- przeczytać tę książkę i skonfrontować to wybierając się do Stanów:)
http://mumagstravellers.blogspot.com/ 2012-10-22

Ostatni maraton

Ta historia wymaga specjalnego wstępu, wstępu i przeprosin.

Polacy potrafią dokonywać rzeczy niebywałych. W 1995 roku Marek Kamiński dotarł z kolegą na nartach do Bieguna Północnego: 770 km w 72 dni, do Bieguna Południowego już samotnie na nartach 1400 km w 53 dni. Mówiła wtedy o tym cała Polska. Bardziej niesamowite i niebezpieczne wydają się jednak być wyczyny Jerzego Kukuczki, który w latach '80tych XX wieku wspinał się w spektakularny sposób, wytyczał nowe trasy, w trudnych warunkach, jego nieoficjalny wyścig z Reinholdem Messnerem śledziła także cała Polska. Niezwykłe były też wyczyny Krzysztofa Baranowskiego, który samotnie jachtem opłynął Świat.

Z drugiej strony często chyba pasjonujemy się wyczynami kogoś spoza Polskim mimo, że na naszym podwórku porównywalne wyczyny też są osiągane. Zgodnie z przysłowiem: "cudze chwalicie swego nie znacie i sami nie wiecie co posiadacie".

To będzie właśnie historia takiego wyczynowca.

Wstęp

Przepraszam i ze wstydem przyznaję, że powinniśmy byli tę historię opisać już kilka lat temu. Zajmowały się nią nawet tzw media masowe, ale my, skupieni na tym nazwijmy to "mierzalnym wyczynie" zupełnie jej nie zauważaliśmy. Stukała już do nas kilkukrotnie. W 2008 roku ktoś opowiadał mi historię jakiegoś człowieka, który biegał dystanse tak kosmiczne, że wydawało mi się to jakąś ściemą. W 2010 roku, dostaliśmy maila od jakiegoś sponsora, który proponował patronowanie medialne pewnej abstrakcyjnej biegowej podróży. Chyba musiało to zostać wtedy zupełnie niezauważone, czy zlekceważone bo nie otrzymał od nas odpowiedzi (za co niedawno go przepraszałem). Kiedy w czerwcu 2012 zostaliśmy nawet patronem medialnym książki nie rozumiałem wielkości dzieła, które zostało dokonane. Sprawa wróciła do mnie dwa dni temu.

Dwa dni temu odbyło się spotkanie w Warszawie ze Scottem Jurkiem. Scott barwnie opowiadał o swojej biegowej karierze. Niestety dopiero po rozstaniu ze Scottem przypomniałem sobie, że w 2007 roku, kiedy Scott wygrał Sparthathlon (wyścig na dystansie 246 km Aten do Sparty) drugim człowiekiem na mecie, był Polak. Zacząłem składać klocki w jedną całość. I nagle olśniło mnie. Że to ten sam Polak, którego książkę opisującą podróż, którą odbył 4 lata później mam w domu. Wiecie jaka była różnica pomiędzy Scottem Jurkiem a tym Polakiem? Poza tym, że Scott wygrał w czasie 23h12 min z nieco ponad godzinną przewagą ? A taka, że Scott do Grecji przyleciał samolotem. A Polak....... przybiegł do Grecji. Z Polski. Nazywał się Piotr Kuryło. (na zdjęciu: podium Sparthathlonu z 2007 roku, w środku Scott, z prawej Piotr)

Ostatni Maraton.

Piotr Kuryło napisał książkę, która dokumentuje jego chyba najbardziej ekstremalną wyprawę o jakiej słyszałem: wyprawę biegiem dookoła świata. Póki nie zaczniemy próbować realnie zastanawiać się, co się z tym wiąże będzie trudno nam dostrzec ekstremalizm zadania.

Tym bardziej, że co chwila dobiegają do nas informacje o różnych wydaje się szalonych przedsięwzięciach choćby z tego roku, kiedy dwóch młodych ludzi postanowiło przebiec Polskę z Południa na Północ.

Piotr Kuryło to nie był człowiek zamożny, którego znudziło zarządzanie własną firmą, w związku z czym postanowił przy pomocy zgromadzonych środków finansowych zorganizować sobie wyprawę zapewniając sobie wszelkie możliwe bufory bezpieczeństwa. Wprost przeciwnie.

"Zimą 2010 roku miałem dosyć mojego biegania. Złożyły się na to trzy sprawy. Pierwszą było to, że po ośmiu latach, w ciągu których fanatycznie uprawiałem bieganie, moja rodzina zubożała materialnie."

To materialne zubożenie martwiło go tak bardzo, że postanowił rzucić bieganie. Ale przed tym - stwierdził, że wybierze się w jeden, ostatni bieg, bieg dookoła Świata. Zaplanował trasę - najpierw przez Europę do Portugalii. Tam samolotem do Nowego Jorku, biegiem przez Stany Zjednoczone, z Zachodniego Wybrzeża samolotem do Władywostoku i stamtąd biegiem do rodzinnego Augustowa. Ponieważ nie był człowiekiem zamożnym, to przyjął, że będzie nocował w namiocie, gdzieś przy drodze. Dostał trochę pieniędzy od sponsora, firmy Ślepsk, co pozwoliło między innymi kupić bilet z Lizbony do Nowego Jorku. Ponieważ nie chciał być zależny od mostów postanowił, że będzie szybciej jeśli będzie biegł z kajakiem na kółkach, który będzie ciągnął za sobą.

Po kilku dniach, po przebiegnięciu około 400km pisał tak:

"Nogi miałem coraz słabsze, forma spadała. Spodziewałem się tego, podczas moich wcześniejszych wypraw przechodziłem podobny kryzys. Taki stan trwał zwykle, pogłębiając się, mniej więcej do dziesiątego dnia biegu".

Czy gdybyście po 400km biegu czuli, że słabniecie, nie zawrócilibyście? Być może wytrzymali by to tylko jacyś ultrasi lub adventureowcy. Piotr oczywiście biegł dalej.

Książka nie jest pisana barwnym językiem. Myślę, że gdyby Piotr skontaktował się najpierw z Chrisem McDougalem lub dowolnym innym pisarzem powstałaby z tego ciekawsza literacko pozycja. A tak jest to po prostu dokumentacja jego drogi.

Bieganie (czy pływanie kajakiem) to tylko jedna trudność. Do tego dochodzą przydrożne noclegi w namiocie, warunki pogodowe, ludzie, zwierzęta oraz naprawy psującego się sprzętu (wózków, łatanie dętek, butów). Po około 1000km pisał:

"W Niemczech deszcz dał mi nieźle w kość. Po niedługim czasie takiego biegu w ciągłym deszczu wszystko miałem mokre. Nawet moja goreteksowa kurtka całkiem nasiąkła wodą. Ulewy minęły po jakimś tygodniu kiedy ja wbiegałem właśnie do Holandii."

Nie zawrócilibyście, musząc biec ciągle w deszczu, potem w deszczu rozstawiać namiot i nocować w namiocie przy drodze z perspektywą jeszcze 19 tys km przed wami?

Co ciekawe biegnąc przez bogatą Europę czy potem Stany, doznawał znacznie mniej pomocy i życzliwości od ludzi niż biegnąc przez Syberię, gdzie zatrzymywało się przy nim wielu ludzi.

Płynąc kajakiem w Hiszpanii musiał ewakuować się przed zbliżającym się wodospadem i stracił większość dobytku, który ze sobą ciągnął, wraz z baniakiem wody, która na suchych i wielkich hiszpańskich pustych przestrzeniach decydowała o życiu. Po około 3000 km pisał:

"Obudziłem się wycieńczony a podczas drogi osłabłem jeszcze bardziej. Mój organizm był zupełnie odwodniony. Sikałem ciemnobrązowym moczem. Powinienem pić zdecydowanie więcej wody. Ledwo stawiałem kolejne kroki. .........Następnego dnia czułem się gorzej. Mocz był już ciemnobrunatny a każdy krok wiązał się z ogromnym wysiłkiem. Późno w nocy dotarłem do większego miasta. ........Rano gdy starałem się poruszać palcami u rąk wykręcały się one i kurczyły. To dawał o sobie znać brak magnezu. Znalazłem jakieś centrum handlowe i poczekałem przed wejściem na jego otwarcie. Kupiłem kilka gorzkich czekolad oraz wodę i przed sklepem urządziłem sobie śniadanie......W kolejnym sklepie - tym razem sportowym - sprawiłem sobie dwie pary butów. W tych, które miałem na nogach nie dało się już biec. Kupiłem także taką wielką torbę na kółkach, bo kręgosłup nadwerężony dźwiganiem plecaka bolał strasznie".

A przed nim jeszcze 17 tys km. Nie zawrócilibyście?

Nie będę już opisywał kolejnych historii, zainteresowanym polecam książkę, którą wydało wydawnictwo Bezdroża. To nie jest książka, która zachęca do biegania. Nie ma tam nic zachęcającego. To jest książka dla tych, którzy już rozumieją, że bieganie może stać się uzależniające, może stać się biegoholizmem, Piotr postanowił wyleczyć je megadawką samego biegania. (jedyna przerwa jaką miał to był okres od 5.02.2011 do 26.03.2011, Polonia amerykańska przekonała go do przeczekania w USA najostrzejszego okresu zimy, na który natknąłby się w Rosji)

Każdy czytając tę książkę pewnie znajdzie dla siebie coś innego. Mi podobało się szczególnie swoiste posłannictwo, które czynił Piotr. Po drodze, zwłaszcza w Rosji otrzymywał od ludzi różne dary, na przykład kiełbasę. Potem tą sama kiełbasę darował komuś napotkanemu dalej. Na Syberii spotkał człowieka, który szedł szukać pracy do oddalonego o 300 km miasta. Ten człowiek nie był w stanie utrzymać tempa Piotra więc został, ale jakiś czas później, kiedy koło Piotra zatrzymał się jakiś mężczyzna oferując pomoc, Piotr poprosił aby ten pomógł człowiekowi, który idzie kilkanaście kilometrów wcześniej, jakiś czas potem mijał Piotra z pasażerem. Kilka tygodni potem stała przy drodze dziewczyna sprzedająca miód, na pustej drodze, przy hulającym wietrze. Miód kosztował 800 rubli, Piotrowi wydało się to za drogo, ale zrobiło mu się żal dziewczyny, zawrócił i kupił miód. Wieczorem tego dnia obcy mężczyzna wręczył Piotrowi 5000 rubli. "Kto rzuci za siebie znajdzie przed sobą" - pomyślał Piotr.

Książka nie epatuje jakimś megabohaterstwem, choć jestem pewien, że mogłaby, gdyby tylko przy jej pisaniu pomagał jakiś wprawny pisarz. Cała wyprawa ma w tle cel wyższy: "Dla pokoju" co mimo nie wątpię szczerych chęci autora wygląda trochę jak na siłę dorabiana ideologia. Piotr był biegoholikiem i to wystarcza, jako powód do biegania. Nie wątpię, że chęci Piotra były szczere ale sposób opisywania niezbyt fortunny. Nie znajdziecie tam także żadnych porad treningowych. Wszystko co możecie znaleźć, to podziw i szacunek dla tego jaką siłę miał w sobie ten człowiek.

Piotr rzucił bieganie. Rozmawiałem z jego żoną i rzeczywiście nie biega. Ale nie znaczy to, że nic nie robi. Właśnie .........płynie kajakiem pod prąd Wisły, wyruszył z Gdańska, płynie do źródeł Wisły pod hasłem "Zawsze pod Prąd" - ta akcją chce zwrócić uwagę na problemy ludzi niepełnosprawnych. W Niedzielę, 21 października dotrze do Warszawy. Będzie go można spotkać około 15:00 gdzieś w okolicy nadbrzeża przy Stadionie Narodowym, będziemy jeszcze o tym informować.
Bieganie.pl Adam Klein, 2012-10-19

Ostatni maraton

Ta historia wymaga specjalnego wstępu, wstępu i przeprosin.

Polacy potrafią dokonywać rzeczy niebywałych. W 1995 roku Marek Kamiński dotarł z kolegą na nartach do Bieguna Północnego: 770 km w 72 dni, do Bieguna Południowego już samotnie na nartach 1400 km w 53 dni. Mówiła wtedy o tym cała Polska. Bardziej niesamowite i niebezpieczne wydają się jednak być wyczyny Jerzego Kukuczki, który w latach '80tych XX wieku wspinał się w spektakularny sposób, wytyczał nowe trasy, w trudnych warunkach, jego nieoficjalny wyścig z Reinholdem Messnerem śledziła także cała Polska. Niezwykłe były też wyczyny Krzysztofa Baranowskiego, który samotnie jachtem opłynął Świat.

Z drugiej strony często chyba pasjonujemy się wyczynami kogoś spoza Polskim mimo, że na naszym podwórku porównywalne wyczyny też są osiągane. Zgodnie z przysłowiem: "cudze chwalicie swego nie znacie i sami nie wiecie co posiadacie".

To będzie właśnie historia takiego wyczynowca.

Wstęp

Przepraszam i ze wstydem przyznaję, że powinniśmy byli tę historię opisać już kilka lat temu. Zajmowały się nią nawet tzw media masowe, ale my, skupieni na tym nazwijmy to "mierzalnym wyczynie" zupełnie jej nie zauważaliśmy. Stukała już do nas kilkukrotnie. W 2008 roku ktoś opowiadał mi historię jakiegoś człowieka, który biegał dystanse tak kosmiczne, że wydawało mi się to jakąś ściemą. W 2010 roku, dostaliśmy maila od jakiegoś sponsora, który proponował patronowanie medialne pewnej abstrakcyjnej biegowej podróży. Chyba musiało to zostać wtedy zupełnie niezauważone, czy zlekceważone bo nie otrzymał od nas odpowiedzi (za co niedawno go przepraszałem). Kiedy w czerwcu 2012 zostaliśmy nawet patronem medialnym książki nie rozumiałem wielkości dzieła, które zostało dokonane. Sprawa wróciła do mnie dwa dni temu.

Dwa dni temu odbyło się spotkanie w Warszawie ze Scottem Jurkiem. Scott barwnie opowiadał o swojej biegowej karierze. Niestety dopiero po rozstaniu ze Scottem przypomniałem sobie, że w 2007 roku, kiedy Scott wygrał Sparthathlon (wyścig na dystansie 246 km Aten do Sparty) drugim człowiekiem na mecie, był Polak. Zacząłem składać klocki w jedną całość. I nagle olśniło mnie. Że to ten sam Polak, którego książkę opisującą podróż, którą odbył 4 lata później mam w domu. Wiecie jaka była różnica pomiędzy Scottem Jurkiem a tym Polakiem? Poza tym, że Scott wygrał w czasie 23h12 min z nieco ponad godzinną przewagą ? A taka, że Scott do Grecji przyleciał samolotem. A Polak....... przybiegł do Grecji. Z Polski. Nazywał się Piotr Kuryło. (na zdjęciu: podium Sparthathlonu z 2007 roku, w środku Scott, z prawej Piotr)

Ostatni Maraton.

Piotr Kuryło napisał książkę, która dokumentuje jego chyba najbardziej ekstremalną wyprawę o jakiej słyszałem: wyprawę biegiem dookoła świata. Póki nie zaczniemy próbować realnie zastanawiać się, co się z tym wiąże będzie trudno nam dostrzec ekstremalizm zadania.

Tym bardziej, że co chwila dobiegają do nas informacje o różnych wydaje się szalonych przedsięwzięciach choćby z tego roku, kiedy dwóch młodych ludzi postanowiło przebiec Polskę z Południa na Północ.

Piotr Kuryło to nie był człowiek zamożny, którego znudziło zarządzanie własną firmą, w związku z czym postanowił przy pomocy zgromadzonych środków finansowych zorganizować sobie wyprawę zapewniając sobie wszelkie możliwe bufory bezpieczeństwa. Wprost przeciwnie.

"Zimą 2010 roku miałem dosyć mojego biegania. Złożyły się na to trzy sprawy. Pierwszą było to, że po ośmiu latach, w ciągu których fanatycznie uprawiałem bieganie, moja rodzina zubożała materialnie."

To materialne zubożenie martwiło go tak bardzo, że postanowił rzucić bieganie. Ale przed tym - stwierdził, że wybierze się w jeden, ostatni bieg, bieg dookoła Świata. Zaplanował trasę - najpierw przez Europę do Portugalii. Tam samolotem do Nowego Jorku, biegiem przez Stany Zjednoczone, z Zachodniego Wybrzeża samolotem do Władywostoku i stamtąd biegiem do rodzinnego Augustowa. Ponieważ nie był człowiekiem zamożnym, to przyjął, że będzie nocował w namiocie, gdzieś przy drodze. Dostał trochę pieniędzy od sponsora, firmy Ślepsk, co pozwoliło między innymi kupić bilet z Lizbony do Nowego Jorku. Ponieważ nie chciał być zależny od mostów postanowił, że będzie szybciej jeśli będzie biegł z kajakiem na kółkach, który będzie ciągnął za sobą.

Po kilku dniach, po przebiegnięciu około 400km pisał tak:

"Nogi miałem coraz słabsze, forma spadała. Spodziewałem się tego, podczas moich wcześniejszych wypraw przechodziłem podobny kryzys. Taki stan trwał zwykle, pogłębiając się, mniej więcej do dziesiątego dnia biegu".

Czy gdybyście po 400km biegu czuli, że słabniecie, nie zawrócilibyście? Być może wytrzymali by to tylko jacyś ultrasi lub adventureowcy. Piotr oczywiście biegł dalej.

Książka nie jest pisana barwnym językiem. Myślę, że gdyby Piotr skontaktował się najpierw z Chrisem McDougalem lub dowolnym innym pisarzem powstałaby z tego ciekawsza literacko pozycja. A tak jest to po prostu dokumentacja jego drogi.

Bieganie (czy pływanie kajakiem) to tylko jedna trudność. Do tego dochodzą przydrożne noclegi w namiocie, warunki pogodowe, ludzie, zwierzęta oraz naprawy psującego się sprzętu (wózków, łatanie dętek, butów). Po około 1000km pisał:

"W Niemczech deszcz dał mi nieźle w kość. Po niedługim czasie takiego biegu w ciągłym deszczu wszystko miałem mokre. Nawet moja goreteksowa kurtka całkiem nasiąkła wodą. Ulewy minęły po jakimś tygodniu kiedy ja wbiegałem właśnie do Holandii."

Nie zawrócilibyście, musząc biec ciągle w deszczu, potem w deszczu rozstawiać namiot i nocować w namiocie przy drodze z perspektywą jeszcze 19 tys km przed wami?

Co ciekawe biegnąc przez bogatą Europę czy potem Stany, doznawał znacznie mniej pomocy i życzliwości od ludzi niż biegnąc przez Syberię, gdzie zatrzymywało się przy nim wielu ludzi.

Płynąc kajakiem w Hiszpanii musiał ewakuować się przed zbliżającym się wodospadem i stracił większość dobytku, który ze sobą ciągnął, wraz z baniakiem wody, która na suchych i wielkich hiszpańskich pustych przestrzeniach decydowała o życiu. Po około 3000 km pisał:

"Obudziłem się wycieńczony a podczas drogi osłabłem jeszcze bardziej. Mój organizm był zupełnie odwodniony. Sikałem ciemnobrązowym moczem. Powinienem pić zdecydowanie więcej wody. Ledwo stawiałem kolejne kroki. .........Następnego dnia czułem się gorzej. Mocz był już ciemnobrunatny a każdy krok wiązał się z ogromnym wysiłkiem. Późno w nocy dotarłem do większego miasta. ........Rano gdy starałem się poruszać palcami u rąk wykręcały się one i kurczyły. To dawał o sobie znać brak magnezu. Znalazłem jakieś centrum handlowe i poczekałem przed wejściem na jego otwarcie. Kupiłem kilka gorzkich czekolad oraz wodę i przed sklepem urządziłem sobie śniadanie......W kolejnym sklepie - tym razem sportowym - sprawiłem sobie dwie pary butów. W tych, które miałem na nogach nie dało się już biec. Kupiłem także taką wielką torbę na kółkach, bo kręgosłup nadwerężony dźwiganiem plecaka bolał strasznie".

A przed nim jeszcze 17 tys km. Nie zawrócilibyście?

Nie będę już opisywał kolejnych historii, zainteresowanym polecam książkę, którą wydało wydawnictwo Bezdroża. To nie jest książka, która zachęca do biegania. Nie ma tam nic zachęcającego. To jest książka dla tych, którzy już rozumieją, że bieganie może stać się uzależniające, może stać się biegoholizmem, Piotr postanowił wyleczyć je megadawką samego biegania. (jedyna przerwa jaką miał to był okres od 5.02.2011 do 26.03.2011, Polonia amerykańska przekonała go do przeczekania w USA najostrzejszego okresu zimy, na który natknąłby się w Rosji)

Każdy czytając tę książkę pewnie znajdzie dla siebie coś innego. Mi podobało się szczególnie swoiste posłannictwo, które czynił Piotr. Po drodze, zwłaszcza w Rosji otrzymywał od ludzi różne dary, na przykład kiełbasę. Potem tą sama kiełbasę darował komuś napotkanemu dalej. Na Syberii spotkał człowieka, który szedł szukać pracy do oddalonego o 300 km miasta. Ten człowiek nie był w stanie utrzymać tempa Piotra więc został, ale jakiś czas później, kiedy koło Piotra zatrzymał się jakiś mężczyzna oferując pomoc, Piotr poprosił aby ten pomógł człowiekowi, który idzie kilkanaście kilometrów wcześniej, jakiś czas potem mijał Piotra z pasażerem. Kilka tygodni potem stała przy drodze dziewczyna sprzedająca miód, na pustej drodze, przy hulającym wietrze. Miód kosztował 800 rubli, Piotrowi wydało się to za drogo, ale zrobiło mu się żal dziewczyny, zawrócił i kupił miód. Wieczorem tego dnia obcy mężczyzna wręczył Piotrowi 5000 rubli. "Kto rzuci za siebie znajdzie przed sobą" - pomyślał Piotr.

Książka nie epatuje jakimś megabohaterstwem, choć jestem pewien, że mogłaby, gdyby tylko przy jej pisaniu pomagał jakiś wprawny pisarz. Cała wyprawa ma w tle cel wyższy: "Dla pokoju" co mimo nie wątpię szczerych chęci autora wygląda trochę jak na siłę dorabiana ideologia. Piotr był biegoholikiem i to wystarcza, jako powód do biegania. Nie wątpię, że chęci Piotra były szczere ale sposób opisywania niezbyt fortunny. Nie znajdziecie tam także żadnych porad treningowych. Wszystko co możecie znaleźć, to podziw i szacunek dla tego jaką siłę miał w sobie ten człowiek.

Piotr rzucił bieganie. Rozmawiałem z jego żoną i rzeczywiście nie biega. Ale nie znaczy to, że nic nie robi. Właśnie .........płynie kajakiem pod prąd Wisły, wyruszył z Gdańska, płynie do źródeł Wisły pod hasłem "Zawsze pod Prąd" - ta akcją chce zwrócić uwagę na problemy ludzi niepełnosprawnych. W Niedzielę, 21 października dotrze do Warszawy. Będzie go można spotkać około 15:00 gdzieś w okolicy nadbrzeża przy Stadionie Narodowym, będziemy jeszcze o tym informować.
Bieganie.pl Adam Klein, 2012-10-19

Ostatni maraton

Pan Piotr Kuryło to polski maratończyk i ultramaratończyk, uczestnik Spartathlonu i Mistrzostw Polski w Biegu 24-godzinnym, który w roku 2010 zdecydował się, że czas zakończyć karierę sportowca. Postanowił on również, że przed ostatecznym odejściem trzeba zrobić coś dobrego i godnego zapamiętania. Tak zrodził się pomysł na obiegnięcie kuli ziemskiej w intencji pokoju na świecie, a książka "Ostatni maraton" jest relacją z tego jak przebiegła realizacja tego planu.

Przygotowania do wyprawy obejmowały sprowadzenie odpowiedniego sprzętu, znalezienie sponsorów, a także sporo ćwiczeń fizycznych. Po pokonaniu pierwszych trudności bieg rozpoczął się dnia 7.08.10 w Augustowie rodzinnym mieście p. Piotra. Trasę wyznaczono przez: Niemcy, Holandię, Belgię, Francję, Hiszpanię, Portugalię, USA, Rosję, Kazachstan, Łotwę, Litwę aby na koniec znów trafić do Polski. Kuryło był zmobilizowany i nie przejmował się ani warunkami atmosferycznymi, ani szkodami jakie taki bieg mógł spowodować w jego organizmie. Wyruszył samotnie i nie korzystał ze stałego wsparcia. Zdał się na boską opatrzność i dobroć ludzi, których po drodze spotykał.

Wyprawa p. Piotra wzbudziła wiele zainteresowania. W każdym z krajów, w których się znalazł, udzielał więc wywiadów, brał udział w konferencjach i z przyjemnością opowiadał innym jak ważny jest pokój na świecie. To właśnie ta wiara, ten szczytny cel były jego największą motywacją w cięższych chwilach. W prawdzie zdarzały się momenty, gdy ogarniały go lekkie wątpliwości, jednak wystarczyła modlitwa lub rozmowa z bliskimi, a jego entuzjazm znów osiągał wysoki stopień.

W trakcie czytania o kolejnych etapach podróży pana Piotra bardzo mocno odczuwa się, jak istotną rolę odgrywa dla niego religia. Wielokrotnie powtarza on bowiem różne modlitwy, oddaje się pod opiekę opatrzności, a nawet mówi obcym ludziom: "Dżizus Chrystus maj God, Dżizus Chrystus maj hart forewer"

Wielokrotnie podczas podróży błogosławi on ludziom, którzy bezinteresownie mu pomagają. Szczególnie mocno przeżywa on także 3 prezenty, które dostaje: Biblię, różaniec i zwykły kubek z ciepłym napojem. Są one dla niego symbolem miłości do bliźniego i tego, że na świecie jest wielu dobrych ludzi.

Co się jednak tyczy moich uczuć w trakcie czytania, to mimo iż sama jestem wierząca, to ciągłe podkreślanie jak ważny jest Bóg i wiara w niego, momentami mnie irytowało. Z książki, która miała być relacją z podróży, robiła się bowiem emocjonalno-religijna gadanina, a nie tego oczekiwałam. Zdziwiło mnie również, że autor na swej trasie spotykał praktycznie samych dobrych ludzi i nie spotkało go prawie nic złego. Wydaje mi się to trochę podejrzane, zwłaszcza, że znał on jedynie j. rosyjski i j.polski, a przecież przemieszczał się również przez inne państwa i powinien mieć większe problemy chociażby z komunikacją! Nie wiem więc czy sytuacje w których był on zagrożony, chory czy po prostu zły, zostały wycięte/pominięte aby książka była śliczna, piękna i udowadniająca, że siła wyższa czuwa? Czy może autentycznie pan Kuryło miał aż tyle szczęścia w trakcie swojej wyprawy?

Sama relacja jest dość krótka bo cała książeczka ma zaledwie 176 str z czego przynajmniej 36 stron to zdjęcia. Nie ukrywam, że są one miłym dodatkiem do tej historii, jednak nie wiem czemu Pan Kuryło się na nich w ogóle nie uśmiecha! Rozumiem, że można być zmęczonym, że podróż może doskwierać i nie zawsze ma się ochotę na uśmiech. Jednakowoż jeżeli cały czas się podkreśla, że Bóg nas kocha i się nami opiekuje, że musimy dbać o to, by na ziemi był pokój, to wypadałoby żeby pokazać, że to co robimy sprawia nam radość i przyjemność, że spełniamy swoje marzenie. Z drugiej strony jeżeli na zdjęciach widać, że jest ciężko to warto by było o tym trochę więcej napisać, aby całość była spójna i konsekwentna.

Książki nie mogę ocenić w kategoriach warto/ nie warto przeczytać. Jeżeli kogoś interesuje postać pana Kuryło, bieganie i nie przeszkadza mu spora dawka odniesień do duchowości, to może po nią sięgnąć. Dla mnie nie była to jednak bardzo wybitna ani wartościowa lektura. Podziwiam Pana Piotra za pomysł i wprowadzenie go w czyn, a także za szczytną intencję, jednak kariery pisarskiej mu niestety nie przewiduję.
jarken.blogspot.com Jarka

Ostatni maraton

Pan Piotr Kuryło to polski maratończyk i ultramaratończyk, uczestnik Spartathlonu i Mistrzostw Polski w Biegu 24-godzinnym, który w roku 2010 zdecydował się, że czas zakończyć karierę sportowca. Postanowił on również, że przed ostatecznym odejściem trzeba zrobić coś dobrego i godnego zapamiętania. Tak zrodził się pomysł na obiegnięcie kuli ziemskiej w intencji pokoju na świecie, a książka "Ostatni maraton" jest relacją z tego jak przebiegła realizacja tego planu.

Przygotowania do wyprawy obejmowały sprowadzenie odpowiedniego sprzętu, znalezienie sponsorów, a także sporo ćwiczeń fizycznych. Po pokonaniu pierwszych trudności bieg rozpoczął się dnia 7.08.10 w Augustowie rodzinnym mieście p. Piotra. Trasę wyznaczono przez: Niemcy, Holandię, Belgię, Francję, Hiszpanię, Portugalię, USA, Rosję, Kazachstan, Łotwę, Litwę aby na koniec znów trafić do Polski. Kuryło był zmobilizowany i nie przejmował się ani warunkami atmosferycznymi, ani szkodami jakie taki bieg mógł spowodować w jego organizmie. Wyruszył samotnie i nie korzystał ze stałego wsparcia. Zdał się na boską opatrzność i dobroć ludzi, których po drodze spotykał.

Wyprawa p. Piotra wzbudziła wiele zainteresowania. W każdym z krajów, w których się znalazł, udzielał więc wywiadów, brał udział w konferencjach i z przyjemnością opowiadał innym jak ważny jest pokój na świecie. To właśnie ta wiara, ten szczytny cel były jego największą motywacją w cięższych chwilach. W prawdzie zdarzały się momenty, gdy ogarniały go lekkie wątpliwości, jednak wystarczyła modlitwa lub rozmowa z bliskimi, a jego entuzjazm znów osiągał wysoki stopień.

W trakcie czytania o kolejnych etapach podróży pana Piotra bardzo mocno odczuwa się, jak istotną rolę odgrywa dla niego religia. Wielokrotnie powtarza on bowiem różne modlitwy, oddaje się pod opiekę opatrzności, a nawet mówi obcym ludziom: "Dżizus Chrystus maj God, Dżizus Chrystus maj hart forewer"

Wielokrotnie podczas podróży błogosławi on ludziom, którzy bezinteresownie mu pomagają. Szczególnie mocno przeżywa on także 3 prezenty, które dostaje: Biblię, różaniec i zwykły kubek z ciepłym napojem. Są one dla niego symbolem miłości do bliźniego i tego, że na świecie jest wielu dobrych ludzi.

Co się jednak tyczy moich uczuć w trakcie czytania, to mimo iż sama jestem wierząca, to ciągłe podkreślanie jak ważny jest Bóg i wiara w niego, momentami mnie irytowało. Z książki, która miała być relacją z podróży, robiła się bowiem emocjonalno-religijna gadanina, a nie tego oczekiwałam. Zdziwiło mnie również, że autor na swej trasie spotykał praktycznie samych dobrych ludzi i nie spotkało go prawie nic złego. Wydaje mi się to trochę podejrzane, zwłaszcza, że znał on jedynie j. rosyjski i j.polski, a przecież przemieszczał się również przez inne państwa i powinien mieć większe problemy chociażby z komunikacją! Nie wiem więc czy sytuacje w których był on zagrożony, chory czy po prostu zły, zostały wycięte/pominięte aby książka była śliczna, piękna i udowadniająca, że siła wyższa czuwa? Czy może autentycznie pan Kuryło miał aż tyle szczęścia w trakcie swojej wyprawy?

Sama relacja jest dość krótka bo cała książeczka ma zaledwie 176 str z czego przynajmniej 36 stron to zdjęcia. Nie ukrywam, że są one miłym dodatkiem do tej historii, jednak nie wiem czemu Pan Kuryło się na nich w ogóle nie uśmiecha! Rozumiem, że można być zmęczonym, że podróż może doskwierać i nie zawsze ma się ochotę na uśmiech. Jednakowoż jeżeli cały czas się podkreśla, że Bóg nas kocha i się nami opiekuje, że musimy dbać o to, by na ziemi był pokój, to wypadałoby żeby pokazać, że to co robimy sprawia nam radość i przyjemność, że spełniamy swoje marzenie. Z drugiej strony jeżeli na zdjęciach widać, że jest ciężko to warto by było o tym trochę więcej napisać, aby całość była spójna i konsekwentna.

Książki nie mogę ocenić w kategoriach warto/ nie warto przeczytać. Jeżeli kogoś interesuje postać pana Kuryło, bieganie i nie przeszkadza mu spora dawka odniesień do duchowości, to może po nią sięgnąć. Dla mnie nie była to jednak bardzo wybitna ani wartościowa lektura. Podziwiam Pana Piotra za pomysł i wprowadzenie go w czyn, a także za szczytną intencję, jednak kariery pisarskiej mu niestety nie przewiduję.
jarken.blogspot.com Jarka

Wałkowanie Ameryki

Książka „Wałkowanie Ameryki” wzbudzała we mnie w równym stopniu ciekawość, jak i rezerwę. Tytułowe wałkowanie, kojarzyło mi się z czymś żmudnym, może nudnym, dodatkowo wiedziałam, że nie będzie to książka podróżnicza.
A więc jaka?
W trakcie lektury, która- z ogromnej ciekawości zajęła mi tylko jeden dzień- zastanawiałam się jak określiłabym jej zawartość. Wymyśliłam, że jest to najciekawszy podręcznik socjologiczny, jaki przyszło mi czytać. Zanim zaczęłam, ktoś powiedział, że w książce jest dużo statystyk- to sprawiło, że lekturę odkładałam w czasie- ale dawno, a może nigdy, nie czytałam z ciekawością takiego nagromadzenia statystyk. Forma, w jakiej autor prezentuje nam omawiane zagadnienia (min. religia, edukacja, odżywianie, posiadanie broni, pojęcie wolności) jest przystępna, choć nie pozbawiona głębokiej analizy i odwołania do przeprowadzonych badań.
W trakcie lektury nie raz będziemy się zastanawiać, czy Stany Zjednoczone to „światowe supermocarstwo czy kolos na glinianych nogach? Ostoja wolności i demokracji, czy dżungla, gdzie przybysze sami wymierzają sprawiedliwość? Przystań dla imigrantów czy miejsce, gdzie przybysze z zagranicy są obywatelami drugiej kategorii? Neutralne światopoglądowo państwo czy kraj fanatyków religijnych? Jakie naprawdę są Stany Zjednoczone? I jacy są Amerykanie? Inteligentni, życzliwi, otwarci, bezpośredni i optymistyczni? A może niedouczeni, zarozumiali, ograniczeni, nietolerancyjni, aroganccy? Otwarci na świat czy zaściankowi? Pewni siebie czy zakompleksieni?”

Jeśli ktoś oczekuje jednoznacznej odpowiedzi, to się rozczaruje. Runie wiele naszych stereotypów, niejednokrotnie będziemy przecierać oczy ze zdumienia- sądząc, że mamy do czynienia z błędem drukarskim (zwłaszcza czytając rozdziały: „Wolność gwarantowana”, „Sam się obronię”, czy „Raj dla bogów”). Po 300 stronach będziemy wiedzieć sporo więcej, ale nadal nie będziemy w stanie odpowiedzieć jednoznacznie na pytania dotyczące Ameryki.

Bo Ameryka taka właśnie jest- wielowymiarowa i trochę mniej oczywista niż nam się wydaje.
Doskonała książka. Porywająca, wzbudzająca ciekawość, zaskoczenie i refleksję o wiele głębszą, niż tylko: Odwiedzić, czy nie odwiedzić miejsce, które ktoś określił mianem- „brzydkiego kraju, który koniecznie trzeba zobaczyć” …
A najlepiej chyba- przeczytać tę książkę i skonfrontować to wybierając się do Stanów:)
http://mumagstravellers.blogspot.com/ 2012-10-22

Wałkowanie Ameryki

Kiedyś dawno, dawno temu, za górami, za lasami i jednym oceanem, pewna rozczarowana europejskim zepsuciem, hipokryzją i nepotyzmem wróżka, postanowiła stworzyć całkiem nowe społeczeństwo. Państwo, w którym każdy człowiek będzie równy wobec prawa, gdzie dobrobyt będzie gościł w każdym domostwie, a religia stanie się indywidualną sprawą każdego obywatela. Czy to czary i magia legły u podstaw USA? Czy może jednak opowieść o dzielnym Krzysztofie Kolumbie i jeszcze dzielniejszych angielskich pielgrzymach jest tą właściwą opowieścią eksplikującą powstanie Stanów Zjednoczonych Ameryki? Sprawę przesądziły ostatecznie źródła historyczne i za prawdziwą uważa się wersję drugą, lecz fakt pozostaje faktem – kraj Jerzego Waszyngtona jest (prawie) zrealizowanym marzeniem o prawdziwie demokratycznej społeczności. Itaką południowoamerykańskich, azjatyckich, afrykańskich a także europejskich imigrantów. Marek Wałkuski, wieloletni korespondent Polskiego Radia, który ma to szczęście (tak, tak mówimy o szczęściu i to podwójnym, bo przecież wiza w przypadku obywatela Polski to jeszcze kwestia przypadku) mieszkać i żyć w Ameryce. A życie to z wielkim optymizmem i zapałem opisał w swojej książce „Wałkowanie Ameryki”. W publikacji po którą zaprawdę warto sięgnąć jeśli: byłeś lub wybierasz się do Stanów, jeśli kochasz lub nienawidzisz Stany lub po prostu lubisz literackie podróże z sporą dawką niebagatelnego humoru (właściwe podkreślić!).

Książka Wałkuskiego to kompendium wiedzy o współczesnej Ameryce. W trzynastu rozdziałach autor porusza najważniejsze kwestie dotyczące Stanów, m.in. prawo do posiadania broni, relacje rasowe, trudności językowe tego wieloetnicznego państwa, prawo do wolności wypowiedzi i wyznania, a nawet idee muzyki Country. Na kartach książki znalazło się także miejsce na szeroko pojętą tematykę polską – od polish jokes, przez Puławskiego do Brzezińskiego. Od Kwaśniewskiego do Sikorskiego. Reporter sporo miejsca poświęca przede wszystkim jednak przeciętnemu Amerykaninowi. Statystyka zdaje się być głównym jego orężem w literackich zmaganiach:

„W typowym [amerykańskim – M.D.] domu znajdują się zwykle dwie łazienki. Amerykanin spędza w nich średnio pół godziny dziennie, z czego około 10 minut poświęca na kąpiel. Większość Amerykanów sika pod prysznicem, a tylko co piąty śpiewa. Po załatwieniu potrzeb fizjologicznych przeciętny Joe składa papier toaletowy zamiast go zgniatać”.

Przeciętny Amerykanin w oczach polskiego korespondenta to osoba nad wyraz uczynna, bezinteresowna, tolerancyjna i wierząca. Wiara jednakże nie jest monolityczna, lecz wręcz przeciwnie – wielkim i trudnym do skategoryzowania pojęciem. Bo oprócz religijnych pewniaków, takich jak katolicyzm, protestantyzm, czy islam, w Stanach można znaleźć także wyznawców Kościoła Eutanazji, którego głównym założeniem jest idea, że na świecie jest zbyt wiele ludzi i dlatego warto poddać się eutanazji… Lub przyjemniej – kościół, którym główną doktryną jest pozytywna seksualność. Ale nie ważne w co się wierzy (co ciekawe wszystkie – nawet najbardziej kontrowersyjne religie mają prawo bytu i nikt za oceanem nie nazwie ich sektą), ważny jest już jest sam akt wiary. Ludziom niewierzącym po prostu się nie ufa. Dlatego każdy urzędujący i przyszły prezydent Stanów kończy swoje przemówienie słowami „Boże, pobłogosław Stany Zjednoczone Ameryki”.

Wałkuski na kartach swojego reportażu przekonuje, że to właśnie idee protestantyzmu były główną składową sukcesu Ameryki, a w szczególności zaś zasada predestynacji. Ponieważ Amerykanie cenią sukces i poważają tych, którym się powiodło, spełnianie dobrych uczynków, wspomniana już wyżej bezinteresowna pomoc, altruizm jest dowodem na to, że to właśnie nas Bóg wybrał. Naszym szczęściem dzielimy się z innymi. Powodzenie w życiu jest dowodem wyjątkowości, co za tym idzie ideologiczna podstawa takiego myślenia dała bardzo mocne fundamenty współczesnemu kapitalizmowi. Jednak prosperita kraju Baracka Obamy ma również drugą, bardzo mocną podstawę – pierwszą poprawkę do amerykańskiej konstytucji, która oprócz gwarancji wolności słowa daje przeciętnemu obywatelowi także możliwość ochrony przed prześladowaniem ze strony władzy. Indywidualne podejście do każdego obywatela, świadomość własnej wartości, to bardzo mocne i rzetelne argumenty, które, jak słusznie zauważa autor, dają Stanom realną przewagę nad Chinami. Kapitalizm z uwzględnienia odrębności każdego ludzkiego bytu, zdaniem Wałkuskiego, lepiej się sprawdza.

W „Wałkowaniu Ameryki” ciekawostka goni ciekawostkę. Czasami czytelnikowi brakuje aż tchu. Nadmiar informacji po kilku stronach zaczyna być nużący, lecz po kilku głębokich oddechach (lub filiżance dobrej kawy) czytelnik znów z wielką rozkoszą sięga po książkę. I choć korespondent Polskiego Radia z bezkrytycznym optymizmem podchodzi do wszystkiego co amerykańskie (jak chociażby moderowanie komentarzy na stronie internetowej „New York Times’a”, co dla mnie osobiście jest sprawą dość kontrowersyjną) to trudno odmówić mu racji, że w kraju Hemingway’a można się zakochać. Zakochać się i to się po uszy. A dobra wróżka – no cóż – może i dla mnie również wyczaruje kiedyś wizę. Trzymam mocno kciuki.
lekturyreportera.pl Monika Długa

Wałkowanie Ameryki (twarda oprawa)

Kiedyś dawno, dawno temu, za górami, za lasami i jednym oceanem, pewna rozczarowana europejskim zepsuciem, hipokryzją i nepotyzmem wróżka, postanowiła stworzyć całkiem nowe społeczeństwo. Państwo, w którym każdy człowiek będzie równy wobec prawa, gdzie dobrobyt będzie gościł w każdym domostwie, a religia stanie się indywidualną sprawą każdego obywatela. Czy to czary i magia legły u podstaw USA? Czy może jednak opowieść o dzielnym Krzysztofie Kolumbie i jeszcze dzielniejszych angielskich pielgrzymach jest tą właściwą opowieścią eksplikującą powstanie Stanów Zjednoczonych Ameryki? Sprawę przesądziły ostatecznie źródła historyczne i za prawdziwą uważa się wersję drugą, lecz fakt pozostaje faktem – kraj Jerzego Waszyngtona jest (prawie) zrealizowanym marzeniem o prawdziwie demokratycznej społeczności. Itaką południowoamerykańskich, azjatyckich, afrykańskich a także europejskich imigrantów. Marek Wałkuski, wieloletni korespondent Polskiego Radia, który ma to szczęście (tak, tak mówimy o szczęściu i to podwójnym, bo przecież wiza w przypadku obywatela Polski to jeszcze kwestia przypadku) mieszkać i żyć w Ameryce. A życie to z wielkim optymizmem i zapałem opisał w swojej książce „Wałkowanie Ameryki”. W publikacji po którą zaprawdę warto sięgnąć jeśli: byłeś lub wybierasz się do Stanów, jeśli kochasz lub nienawidzisz Stany lub po prostu lubisz literackie podróże z sporą dawką niebagatelnego humoru (właściwe podkreślić!).

Książka Wałkuskiego to kompendium wiedzy o współczesnej Ameryce. W trzynastu rozdziałach autor porusza najważniejsze kwestie dotyczące Stanów, m.in. prawo do posiadania broni, relacje rasowe, trudności językowe tego wieloetnicznego państwa, prawo do wolności wypowiedzi i wyznania, a nawet idee muzyki Country. Na kartach książki znalazło się także miejsce na szeroko pojętą tematykę polską – od polish jokes, przez Puławskiego do Brzezińskiego. Od Kwaśniewskiego do Sikorskiego. Reporter sporo miejsca poświęca przede wszystkim jednak przeciętnemu Amerykaninowi. Statystyka zdaje się być głównym jego orężem w literackich zmaganiach:

„W typowym [amerykańskim – M.D.] domu znajdują się zwykle dwie łazienki. Amerykanin spędza w nich średnio pół godziny dziennie, z czego około 10 minut poświęca na kąpiel. Większość Amerykanów sika pod prysznicem, a tylko co piąty śpiewa. Po załatwieniu potrzeb fizjologicznych przeciętny Joe składa papier toaletowy zamiast go zgniatać”.

Przeciętny Amerykanin w oczach polskiego korespondenta to osoba nad wyraz uczynna, bezinteresowna, tolerancyjna i wierząca. Wiara jednakże nie jest monolityczna, lecz wręcz przeciwnie – wielkim i trudnym do skategoryzowania pojęciem. Bo oprócz religijnych pewniaków, takich jak katolicyzm, protestantyzm, czy islam, w Stanach można znaleźć także wyznawców Kościoła Eutanazji, którego głównym założeniem jest idea, że na świecie jest zbyt wiele ludzi i dlatego warto poddać się eutanazji… Lub przyjemniej – kościół, którym główną doktryną jest pozytywna seksualność. Ale nie ważne w co się wierzy (co ciekawe wszystkie – nawet najbardziej kontrowersyjne religie mają prawo bytu i nikt za oceanem nie nazwie ich sektą), ważny jest już jest sam akt wiary. Ludziom niewierzącym po prostu się nie ufa. Dlatego każdy urzędujący i przyszły prezydent Stanów kończy swoje przemówienie słowami „Boże, pobłogosław Stany Zjednoczone Ameryki”.

Wałkuski na kartach swojego reportażu przekonuje, że to właśnie idee protestantyzmu były główną składową sukcesu Ameryki, a w szczególności zaś zasada predestynacji. Ponieważ Amerykanie cenią sukces i poważają tych, którym się powiodło, spełnianie dobrych uczynków, wspomniana już wyżej bezinteresowna pomoc, altruizm jest dowodem na to, że to właśnie nas Bóg wybrał. Naszym szczęściem dzielimy się z innymi. Powodzenie w życiu jest dowodem wyjątkowości, co za tym idzie ideologiczna podstawa takiego myślenia dała bardzo mocne fundamenty współczesnemu kapitalizmowi. Jednak prosperita kraju Baracka Obamy ma również drugą, bardzo mocną podstawę – pierwszą poprawkę do amerykańskiej konstytucji, która oprócz gwarancji wolności słowa daje przeciętnemu obywatelowi także możliwość ochrony przed prześladowaniem ze strony władzy. Indywidualne podejście do każdego obywatela, świadomość własnej wartości, to bardzo mocne i rzetelne argumenty, które, jak słusznie zauważa autor, dają Stanom realną przewagę nad Chinami. Kapitalizm z uwzględnienia odrębności każdego ludzkiego bytu, zdaniem Wałkuskiego, lepiej się sprawdza.

W „Wałkowaniu Ameryki” ciekawostka goni ciekawostkę. Czasami czytelnikowi brakuje aż tchu. Nadmiar informacji po kilku stronach zaczyna być nużący, lecz po kilku głębokich oddechach (lub filiżance dobrej kawy) czytelnik znów z wielką rozkoszą sięga po książkę. I choć korespondent Polskiego Radia z bezkrytycznym optymizmem podchodzi do wszystkiego co amerykańskie (jak chociażby moderowanie komentarzy na stronie internetowej „New York Times’a”, co dla mnie osobiście jest sprawą dość kontrowersyjną) to trudno odmówić mu racji, że w kraju Hemingway’a można się zakochać. Zakochać się i to się po uszy. A dobra wróżka – no cóż – może i dla mnie również wyczaruje kiedyś wizę. Trzymam mocno kciuki.
lekturyreportera.pl Monika Długa