Recenzje
Canoandes. Na podbój kanionu Colca i górskich rzek obu Ameryk
Była to chyba najdłuższa, najowocniejsza i najsławniejsza wyprawa w dziejach nie tylko polskiego, lecz również światowego kajakarstwa górskiego. Zorganizowała ją grupa krakowskich studentów z Akademickiego Klubu Turystyki Kajakowej „Bystrze”. Trwała prawie trzy lata, w trakcie których jej uczestnicy pokonali blisko 100.000 tys. kilometrów, przepłynęli na kontynencie amerykańskim – od USA do Ziemi Ognistej w Argentynie – dziesiątki górskich rzek, w tym sporo po raz pierwszy odkrywając je dla tej dziedziny sportu. W tym peruwiańską rzekę Colca płynącą przez najgłębszy kanion na ziemi. Przeżyli mnóstwo autentycznych przygód życia, wielu z których nie wymyśliliby nawet zdolni scenarzyści. Trafili do Księgi Rekordów Guinnesa, zdobyli laury, rozsławili Polskę (w której ich wyczyn przez wiele lat był przemilczany ze względów politycznych) nie tylko w Peru, ale w świecie.
Później jeden z jej współorganizatorów, jako pierwszy człowiek i Polak przepłynął kajakiem Amazonkę na trasie blisko 7 tys. km od jej źródeł do ujścia do Atlantyku. Pozostali również nie spoczęli na laurach. O historii tej sławnej wyprawy można obecnie przeczytać – oraz obejrzeć z niej zdjęcia, w tym wiele fascynujących – w książce formatu albumowego wydanej przez Helion – „Bezdroża” w blisko 35 lat od chwili jej rozpoczęcia.
Dlaczego tak późno? O tym niżej. Książka ta jest świetnie napisaną relacją, ze wstępem późniejszego bohatera Amazonki Piotra Chmielińskiego, przez kierownika tamtej wyprawy od Meksyku do końca wyprawy, Andrzeja Piętowskiego. Zawiera także relacje autorstwa innego uczestnika drugiej części wyprawy Stefana Danielskiego. Oraz zakończenie pisującego już wcześniej na ten temat dziennikarza i podróżnika Dariusza Raczko.
Młodszym czytelnikom relacje te przypominają polskie realia na progu wybuchu społecznego buntu, którym było powstanie „Solidarności” oraz niewyobrażalne problemy, jakie trzeba było pokonać porywając się na zorganizowanie takiej wyprawy. Zaplanowanej na kilka miesięcy, zupełnie inaczej niż udało się ją zorganizować. Wspomnę tylko, że z Gdyni wyruszali z 25 tonami sprzętu, 21 kajakami i nowym samochodem ciężarowym Star 266 z przyczepą.
Przeszkodami były konflikty polityczne, a nawet zbroje w tamtym czasie w Ameryce Południowej i Środkowej, transportowe, wizowe, finansowe, z drowotne i wiele innych. Cel główny znalazł się jednak od początku w nazwie wyprawy: Canoandes. Kajakami po andyjskich rzekach. Uczestnicy – wyruszyło ich z kraju 11 – mieli już doświadczenie w pływaniu po trudnych, górskich rzekach Europy. Zafascynowała ich informacja o nieznanej bliżej rzece Colca płynącej kanionem w peruwiańskich Andach, ale przede wszystkim chcieli popływać po rzekach Argentyny.
Do której dotarli dopiero na końcu, już po największych sukcesach tej wyprawy. Rzekę Colca, którą poza ludźmi mieszkający nad i w jej pobliżu, po raz pierwszy zobaczył z góry w 1929 r. amerykański lotnik i główny fotograf Lotniczej Marynarki Peruwiańskiej Georg R. Johnson. A o jej istnieniu świat – powiedziane mocno na wyrost – dowiedział się w 1931 r. z artykułu hiszpańskiego profesora José Ariasa, który wraz ze szwajcarskim kolegą Maxem Weibelem dotarł pieszo do kanionu dokonując eksploracji jego fragmentu i robiąc zdjęcia.
Znacznie później okazało się, że rzeka ta wypływa z andyjskich zboczy na wysokości 4886 m i zmieniając kilkakrotnie nazwę oraz pokonując 388 km wpada do Pacyfiku jako najdłuższa peruwiańska do tego oceanu. W pobliżu przebiega zresztą dział wodny i rzeki, m.in. Amazonka – też w górnych odcinkach nosząca inne nazwy – po jego wschodniej stronie kierują swoje wody do Atlantyku. Przy czym Colca w najbardziej niedostępnym fragmencie płynie przez skalny jar nad którym górują szczyty Coropuna i Amato.
Zaś ściany tego kanionu wznoszą się na wysokość 4150 m po jednej i 3600 m pod drugiej stronie. Jest więc on najgłębszym kanionem świata, ponad dwukrotnie pod tym względem przewyższając sławny i uważany do niedawna za Numer Jeden, Wielki Kanion w USA. Ale to ustalono znacznie później. Problemy młodych polskich kajakarzy rozpoczęły się, po pokonaniu tych na lądzie związanych z organizacją tak niewyobrażalnego w ówczesnych warunkach przedsięwzięcia, już w Gdyni.
Najpierw odwołano rejs do Argentyny, bo wybuchła jej wojna z Chile. Gdy zdecydowali się płynąć do… Meksyku, przez kilka tygodniu skuta lodem była Zatoka Gdańska. To było zaledwie preludium. Nie zamierzam jednak relacjonować ich przygód. To trzeba przeczytać, zwłaszcza, że, jak już wspomniałem, zostało przeważnie świetnie napisane. Wspomnę tylko, że na drugą półkulę dotarli po pół roku. Eksplorowali górskie rzeki meksykańskie, kilka z nich pokonując jako pierwsi, pogłębiając kajakarskie doświadczenia oraz dokumentując to zdjęciami, opisami, a nawet przewodnikiem, za który otrzymali znaczną, jak na tamte czasy kwotę.
„Przezimowali” w USA zarabiając na sprzęt i dalszą drogę do wymarzonej Ziemi Ognistej. Pływali po rzekach USA, m.in. po Wielkim Kanionie. Wrócili do Meksyku, gdzie otrzymali ze sponsorującego ich m.in. studenckiego biura podróży „Almatur”, właściciela samochodu Star, nakaz powrotu do kraju. Ci, którzy nie byli obciążeni rodzinami, zdecydowali się kontynuować wyprawę w zmniejszonym składzie i własnym sumptem. Wybrali nowego szefa, znaleźli zrozumienie i pomoc polskich ambasad oraz mając już niebagatelny dorobek w eksploracji tamtejszych rzek, najpierw meksykańskiej, a później także niektórych innych krajów, instytucji i organizacji sportowych.
Pomogli też poznani przyjaciele spośród Polonusów i nie tylko. Ruszyli więc na południe przez skłócone, niektóre targane nawet wewnętrznymi walkami, kraje Ameryki Środkowej. Samochodem z przyczepą i amerykańską – czyli nie zawsze przyjazną tam rejestracją, polskimi „komunistycznymi” paszportami i plakatem z papieżem Janem Pawłem II na tyle samochodu. Opis tej drogi, to kolejne przygody, nie zawsze miłe, często zaskakujące. Np. na granicy meksykańsko – gwatemalskiej nie mogli znaleźć miasta znajdującego się na kupionej mapie, gdyż… nie istniało. Miała ona tylko… zmylić wrogów w trakcie ówczesnego konfliktu między tymi państwami.
Gdy chcieli wjechać do Hondurasu z 48-godzinnymi wizami tranzytowymi, które otrzymali w ambasadzie tego kraju w Meksyku na osobnych kartkach, a nie w paszportach, okazało się, że zgodę na wjazd „komunistów” może wydać tylko minister spraw zagranicznych, a jest sobota. Po czym następuje opis sceny, jak kapitanowi straży granicznej pokazują plakat z Janem Pawłem II i pytają: czy wie, kto to jest. A gdy potwierdza jako rzecz oczywistą, pada następne: czy on też jest komunistą? Bo my jesteśmy z tego samego kraju i miasta. I przejeżdżają.
W Hondurasie w nocy na ciemnej szosie jakiś samochód zajeżdża im drogę. Wygląda na napad bandycki, okazuje się, że to trochę trzęsący się ze strachu patrol policyjny, który poluje na dostawców broni dla „cotras” w Nikaragui. A w nocy kajaki wiezione na przyczepie wyglądały jak rakiety… Na granicy tejże Nikaragui próbowano skonfiskować im spodnie moro kupione w sklepie sportowym w USA, bo… nie wolno wwozić mundurów. To tylko parę „obrazków z podróży”. A nie brak wielu innych nie mniej ciekawych.
Pływania w dżungli wśród agresywnie nastawionych aligatorów i w pobliżu potężnych legwanów. Straceniu kajaka podczas kręcenia pokazowego, dla miejscowej TV, pokonywania nurtu. Transmitowanych przez inną TV pokazów na miejscowym stadionie miejskim „przewrotek” (eskimosek) kajaków z ochotnikami z tłumu. W Panamie uwagę zwraca świetna scena rozbijania biwaku w przejściu na stadion narodowy w stolicy, bo wieczorem nie mogli znaleźć innego miejsca. Chociaż i to było już zajęte przez jakiegoś miejscowego artystę, ale trochę się posunął.
Później w kraju tym okazało się, że słynna Droga Transamerykańska z Alaski do Ziemi Ognistej kończy się (wówczas) nieco za mostem nad Kanałem Panamskim. Dalej, do Ekwadoru, na jej dalszy odcinek, można dostać się tylko statkiem. I czekanie kilka tygodnie aż trafi się jakiś polski i zabierze…A jak już dowiózł, to bardzo poważne problemy z odprawą celną samochodu wobec zgubienia Carnet de passage. Więc czasie oczekiwania na potrzebny dokument przeznaczyli na wypady w góry na wulkany, do Amazonii i w Andy. W międzyczasie wybucha wojna ekwadorsko – peruwiańska i… jazda dalej w specjalnym konwoju dla cudzoziemców.
Dołączenie kolejnych uczestników, polskich żeglarzy mających mgliste pojęcie o kajakarstwie i kolejne problemy w Peru. Główna, chociaż nie najobszerniejsza część tej książki, to kronika pokonywania Kanionu Colca, napisana w oparciu o notatki robione na gorąco. Z mocno wyartykułowanymi emocjami związanymi z zamachem na Jana Pawła II w przededniu rozpoczęcia przez nich tego najważniejszego spływu. Krótkie, dynamiczne, a zarazem w wielu momentach dramatyczne opisy i relacje z wody. Szkoda, że autorzy i wydawca zastrzegli, iż rozpowszechnianie nawet fragmentu tej książki w jakiejkolwiek postaci jest zabronione, bo chętnie bym parę fragmentów zacytował…
Trudności pokonania tej rzeki przerosły bowiem wyobraźnię uczestników i zostało to ciekawie opisane. Groźny nurt, niezliczone bystrza, różnej wysokości wodospady, wiry wodne, skały, wpływające boczne rzeki i strumienie. Zimna woda – około 10ºC, do której wpadali wielokrotnie codziennie oraz przenikliwy zimny wiatr na dnie kanionu. Zniszczenia sprzętu m.in. strata kajaka, wioseł, rozdarcie pontonu którym płynęła większość uczestników. A przede wszystkim trudności ze znajdowaniem bezpiecznych miejsc na biwaki, jeszcze większe z wyżywieniem.
Założyli, że trasę pokonają w 7 dni i na wszelki wypadek zabrali jedzenia na 9. Okazało się, że pokonanie tylko I etapu zajęło im dni jedenaście. A cały spływ Colcą, z przerwą między jego dwoma etapami, trwał od 19 maja do 17 czerwca 1981 r. W końcówce I etapu już wręcz głodowali. Sytuacja zaś od początku była jasna: z tego kanionu można wydostać się tylko w jeden sposób – płynąc do przodu. Ostry nurt wody i wysokie niedostępne skały wykluczały inne warianty. Niektórzy musieli więc stoczyć walkę z chorobą, a wszyscy ze słabościami coraz bardziej wycieńczonych, poobijanych i pokaleczonych ciał.
Nareszcie znaleźli miejsce na postój przy jakiejś indiańskiej hacjendzie. Nad wodą, ale z wyjściem, chociaż długim i trudnym, w górę do cywilizacji. I nastąpiła kilkunastodniowa przerwa na zakup żywności, materiałów do naprawy sprzętu, regenerację organizmów. Są więc w tej książce opisy przeżyć zarówno tych, którzy poszli to załatwiać jak i biwakujących nad nurtem i pilnujących „dobytku”. Tych drugich z ciekawymi obserwacjami indiańskich sąsiadów, którzy ludzi białych widzieli po raz pierwszy. I to przybyłych wodą, brodatych – a oni nie mają bród i nie umieją pływać.
Po przerwie, naprawie sprzętu, zapewnienia sobie żywności na dalszą drogę, nastąpił drugi, niewiele łatwiejszy etap spływu. Z nową mapą wydaną przez Wojskowy Instytut Geograficzny w Limie, która okazała się „wytworem wyobraźni mającym niewiele wspólnego z rzeczywistością”. Wreszcie pokonanie ostatniego odcinka kanionu. Sukces! Ale nie koniec przygód. Coraz większy entuzjazm lokalnych mediów i władz, które zrozumiały, jaką szansę rozwoju turystyki w tym biednym regionie stwarza odpowiednio nagłośniony wyczyn Polaków.
W tym miejscu wspomnę za autorami, że National Geografic przez 10 lat blokował publikację rzetelnych informacji o tym sukcesie i kanionie Colca, gdyż „deprecjonowało to” Wielki Kanon Kolorado uważany przecież za najgłębszy na naszym globie. W rzeczywistości, jak się okazało, o przeszło połowę od niego płytszy. A przecież kowboje mają manię wielkości swojego kraju. Spotykały ich też i inne przykrości. M.in. próby opublikowania w gazetach Arequipy, bez zaznaczenia praw autorskich, dostarczonych im w dobrej wierze zdjęć z wyprawy i rysunków kanionu. Udało się wytargować za nie łącznie 39 tys. soli, czyli…97 dolarów.
A w tym momencie bohaterowie byli już bankrutami. Mieli w sumie 1 dolara i 96 centów amerykańskich. Przed sobą zaś ciągle w planach podróż do Ziemi Ognistej. Zrealizowali ją jednak – szczegóły w książce – napisali i wydali przewodnik w języku angielskim i hiszpańskim, doznali wielu zaszczytów, m.in. przyjęcia przez prezydenta Peru. Do kraju wracać mieli 20 grudnia 1981 roku. Tydzień wcześniej ogłoszono jednak w Polsce stan wojenny. Wzięli więc udział w protestach przeciwko niemu, znaleźli silne poparcie Peruwiańczyków, ale spotkali się z zagrożeniem ze strony bojówek tamtejszej partii komunistycznej.
Gdy w ambasadzie polskiej w Limie dowiedzieli się, że mają lecieć do Warszawy przez Moskwę – odmówili. Wyjechali do USA, gdyż już kończyła się im ważność wiz. I zostali, urządzając się głównie tam lub w Kanadzie. Stali się wrogami, ich sukces, o którym mówił i pisał cały turystyczny oraz sportowy świat, przemilczano. Chyba jako pierwszy w kraju napisał o tym wyczynie Ryszard Badowski w majowym numerze 1997 roku „Poznaj Świat”. Temat zaś stał się naprawdę u nas znany dopiero z okazji 20-lecia rozpoczęcia wyprawy Canoandes w 1999 roku. Następnie pojawił się w polskich przewodnikach po Peru.
Późniejsze losy uczestników tej wyprawy, a przede wszystkim zmiany jakie zaszły w kanionie i jego okolicach, opisane zostały w Zakończeniu. M.in. spotkanie wszystkich uczestników zdobycia kanionu Colca po 25 latach i kolejne wydarzenia. Na peruwiańskich mapach pojawiły się polskie nazwy. Obecnie przyjeżdża tam do 250 tys. turystów rocznie, chociaż tylko nieliczni schodzą na dno kanionu, nie mówiąc już o przepływaniu go. Zmieniła się infrastruktura, chociaż nie zawsze pozytywnie, bo wybudowano linie wysokiego napięcia, a przedsiębiorstwa wydobywcze działające w tamtym regionie myślą głównie o własnym interesie.
To kolejny, ciekawy fragment tej książki i historii. Na podkreślenie zasługują też zamieszczone w niej zdjęcia, w tym co najmniej kilka rewelacyjnych. Czytałem ją z tym większym zainteresowaniem i polecam to czytelnikom, gdyż byłem tam, chociaż nie przepłynąłem kanionu, nigdy bowiem nie uprawiałem kajakarstwa górskiego. Ale znam tamtejsze okolice, patrzyłem na to niezwykłe miejsce spod sławnego Cruz del Condor – Krzyża Kondorów mając te potężne ptaki krążące wysoko nad głową oraz polujące kilkaset metrów poniżej w głębi kanionu.
„Płytkiego” w tym miejscu, bo to początek jego przełomu – zaledwie 1300 metrów głębokości. Znam również Arequipę – główne miasto tej części Peru oraz jednego z głównych bohaterów tamtej wyprawy Jurka Majcherczyka, który później dokładniej badał ten kanion, jako pierwszy przepłynął cały od początku do końca i organizuje tam wyprawy innym.
Później jeden z jej współorganizatorów, jako pierwszy człowiek i Polak przepłynął kajakiem Amazonkę na trasie blisko 7 tys. km od jej źródeł do ujścia do Atlantyku. Pozostali również nie spoczęli na laurach. O historii tej sławnej wyprawy można obecnie przeczytać – oraz obejrzeć z niej zdjęcia, w tym wiele fascynujących – w książce formatu albumowego wydanej przez Helion – „Bezdroża” w blisko 35 lat od chwili jej rozpoczęcia.
Dlaczego tak późno? O tym niżej. Książka ta jest świetnie napisaną relacją, ze wstępem późniejszego bohatera Amazonki Piotra Chmielińskiego, przez kierownika tamtej wyprawy od Meksyku do końca wyprawy, Andrzeja Piętowskiego. Zawiera także relacje autorstwa innego uczestnika drugiej części wyprawy Stefana Danielskiego. Oraz zakończenie pisującego już wcześniej na ten temat dziennikarza i podróżnika Dariusza Raczko.
Młodszym czytelnikom relacje te przypominają polskie realia na progu wybuchu społecznego buntu, którym było powstanie „Solidarności” oraz niewyobrażalne problemy, jakie trzeba było pokonać porywając się na zorganizowanie takiej wyprawy. Zaplanowanej na kilka miesięcy, zupełnie inaczej niż udało się ją zorganizować. Wspomnę tylko, że z Gdyni wyruszali z 25 tonami sprzętu, 21 kajakami i nowym samochodem ciężarowym Star 266 z przyczepą.
Przeszkodami były konflikty polityczne, a nawet zbroje w tamtym czasie w Ameryce Południowej i Środkowej, transportowe, wizowe, finansowe, z drowotne i wiele innych. Cel główny znalazł się jednak od początku w nazwie wyprawy: Canoandes. Kajakami po andyjskich rzekach. Uczestnicy – wyruszyło ich z kraju 11 – mieli już doświadczenie w pływaniu po trudnych, górskich rzekach Europy. Zafascynowała ich informacja o nieznanej bliżej rzece Colca płynącej kanionem w peruwiańskich Andach, ale przede wszystkim chcieli popływać po rzekach Argentyny.
Do której dotarli dopiero na końcu, już po największych sukcesach tej wyprawy. Rzekę Colca, którą poza ludźmi mieszkający nad i w jej pobliżu, po raz pierwszy zobaczył z góry w 1929 r. amerykański lotnik i główny fotograf Lotniczej Marynarki Peruwiańskiej Georg R. Johnson. A o jej istnieniu świat – powiedziane mocno na wyrost – dowiedział się w 1931 r. z artykułu hiszpańskiego profesora José Ariasa, który wraz ze szwajcarskim kolegą Maxem Weibelem dotarł pieszo do kanionu dokonując eksploracji jego fragmentu i robiąc zdjęcia.
Znacznie później okazało się, że rzeka ta wypływa z andyjskich zboczy na wysokości 4886 m i zmieniając kilkakrotnie nazwę oraz pokonując 388 km wpada do Pacyfiku jako najdłuższa peruwiańska do tego oceanu. W pobliżu przebiega zresztą dział wodny i rzeki, m.in. Amazonka – też w górnych odcinkach nosząca inne nazwy – po jego wschodniej stronie kierują swoje wody do Atlantyku. Przy czym Colca w najbardziej niedostępnym fragmencie płynie przez skalny jar nad którym górują szczyty Coropuna i Amato.
Zaś ściany tego kanionu wznoszą się na wysokość 4150 m po jednej i 3600 m pod drugiej stronie. Jest więc on najgłębszym kanionem świata, ponad dwukrotnie pod tym względem przewyższając sławny i uważany do niedawna za Numer Jeden, Wielki Kanion w USA. Ale to ustalono znacznie później. Problemy młodych polskich kajakarzy rozpoczęły się, po pokonaniu tych na lądzie związanych z organizacją tak niewyobrażalnego w ówczesnych warunkach przedsięwzięcia, już w Gdyni.
Najpierw odwołano rejs do Argentyny, bo wybuchła jej wojna z Chile. Gdy zdecydowali się płynąć do… Meksyku, przez kilka tygodniu skuta lodem była Zatoka Gdańska. To było zaledwie preludium. Nie zamierzam jednak relacjonować ich przygód. To trzeba przeczytać, zwłaszcza, że, jak już wspomniałem, zostało przeważnie świetnie napisane. Wspomnę tylko, że na drugą półkulę dotarli po pół roku. Eksplorowali górskie rzeki meksykańskie, kilka z nich pokonując jako pierwsi, pogłębiając kajakarskie doświadczenia oraz dokumentując to zdjęciami, opisami, a nawet przewodnikiem, za który otrzymali znaczną, jak na tamte czasy kwotę.
„Przezimowali” w USA zarabiając na sprzęt i dalszą drogę do wymarzonej Ziemi Ognistej. Pływali po rzekach USA, m.in. po Wielkim Kanionie. Wrócili do Meksyku, gdzie otrzymali ze sponsorującego ich m.in. studenckiego biura podróży „Almatur”, właściciela samochodu Star, nakaz powrotu do kraju. Ci, którzy nie byli obciążeni rodzinami, zdecydowali się kontynuować wyprawę w zmniejszonym składzie i własnym sumptem. Wybrali nowego szefa, znaleźli zrozumienie i pomoc polskich ambasad oraz mając już niebagatelny dorobek w eksploracji tamtejszych rzek, najpierw meksykańskiej, a później także niektórych innych krajów, instytucji i organizacji sportowych.
Pomogli też poznani przyjaciele spośród Polonusów i nie tylko. Ruszyli więc na południe przez skłócone, niektóre targane nawet wewnętrznymi walkami, kraje Ameryki Środkowej. Samochodem z przyczepą i amerykańską – czyli nie zawsze przyjazną tam rejestracją, polskimi „komunistycznymi” paszportami i plakatem z papieżem Janem Pawłem II na tyle samochodu. Opis tej drogi, to kolejne przygody, nie zawsze miłe, często zaskakujące. Np. na granicy meksykańsko – gwatemalskiej nie mogli znaleźć miasta znajdującego się na kupionej mapie, gdyż… nie istniało. Miała ona tylko… zmylić wrogów w trakcie ówczesnego konfliktu między tymi państwami.
Gdy chcieli wjechać do Hondurasu z 48-godzinnymi wizami tranzytowymi, które otrzymali w ambasadzie tego kraju w Meksyku na osobnych kartkach, a nie w paszportach, okazało się, że zgodę na wjazd „komunistów” może wydać tylko minister spraw zagranicznych, a jest sobota. Po czym następuje opis sceny, jak kapitanowi straży granicznej pokazują plakat z Janem Pawłem II i pytają: czy wie, kto to jest. A gdy potwierdza jako rzecz oczywistą, pada następne: czy on też jest komunistą? Bo my jesteśmy z tego samego kraju i miasta. I przejeżdżają.
W Hondurasie w nocy na ciemnej szosie jakiś samochód zajeżdża im drogę. Wygląda na napad bandycki, okazuje się, że to trochę trzęsący się ze strachu patrol policyjny, który poluje na dostawców broni dla „cotras” w Nikaragui. A w nocy kajaki wiezione na przyczepie wyglądały jak rakiety… Na granicy tejże Nikaragui próbowano skonfiskować im spodnie moro kupione w sklepie sportowym w USA, bo… nie wolno wwozić mundurów. To tylko parę „obrazków z podróży”. A nie brak wielu innych nie mniej ciekawych.
Pływania w dżungli wśród agresywnie nastawionych aligatorów i w pobliżu potężnych legwanów. Straceniu kajaka podczas kręcenia pokazowego, dla miejscowej TV, pokonywania nurtu. Transmitowanych przez inną TV pokazów na miejscowym stadionie miejskim „przewrotek” (eskimosek) kajaków z ochotnikami z tłumu. W Panamie uwagę zwraca świetna scena rozbijania biwaku w przejściu na stadion narodowy w stolicy, bo wieczorem nie mogli znaleźć innego miejsca. Chociaż i to było już zajęte przez jakiegoś miejscowego artystę, ale trochę się posunął.
Później w kraju tym okazało się, że słynna Droga Transamerykańska z Alaski do Ziemi Ognistej kończy się (wówczas) nieco za mostem nad Kanałem Panamskim. Dalej, do Ekwadoru, na jej dalszy odcinek, można dostać się tylko statkiem. I czekanie kilka tygodnie aż trafi się jakiś polski i zabierze…A jak już dowiózł, to bardzo poważne problemy z odprawą celną samochodu wobec zgubienia Carnet de passage. Więc czasie oczekiwania na potrzebny dokument przeznaczyli na wypady w góry na wulkany, do Amazonii i w Andy. W międzyczasie wybucha wojna ekwadorsko – peruwiańska i… jazda dalej w specjalnym konwoju dla cudzoziemców.
Dołączenie kolejnych uczestników, polskich żeglarzy mających mgliste pojęcie o kajakarstwie i kolejne problemy w Peru. Główna, chociaż nie najobszerniejsza część tej książki, to kronika pokonywania Kanionu Colca, napisana w oparciu o notatki robione na gorąco. Z mocno wyartykułowanymi emocjami związanymi z zamachem na Jana Pawła II w przededniu rozpoczęcia przez nich tego najważniejszego spływu. Krótkie, dynamiczne, a zarazem w wielu momentach dramatyczne opisy i relacje z wody. Szkoda, że autorzy i wydawca zastrzegli, iż rozpowszechnianie nawet fragmentu tej książki w jakiejkolwiek postaci jest zabronione, bo chętnie bym parę fragmentów zacytował…
Trudności pokonania tej rzeki przerosły bowiem wyobraźnię uczestników i zostało to ciekawie opisane. Groźny nurt, niezliczone bystrza, różnej wysokości wodospady, wiry wodne, skały, wpływające boczne rzeki i strumienie. Zimna woda – około 10ºC, do której wpadali wielokrotnie codziennie oraz przenikliwy zimny wiatr na dnie kanionu. Zniszczenia sprzętu m.in. strata kajaka, wioseł, rozdarcie pontonu którym płynęła większość uczestników. A przede wszystkim trudności ze znajdowaniem bezpiecznych miejsc na biwaki, jeszcze większe z wyżywieniem.
Założyli, że trasę pokonają w 7 dni i na wszelki wypadek zabrali jedzenia na 9. Okazało się, że pokonanie tylko I etapu zajęło im dni jedenaście. A cały spływ Colcą, z przerwą między jego dwoma etapami, trwał od 19 maja do 17 czerwca 1981 r. W końcówce I etapu już wręcz głodowali. Sytuacja zaś od początku była jasna: z tego kanionu można wydostać się tylko w jeden sposób – płynąc do przodu. Ostry nurt wody i wysokie niedostępne skały wykluczały inne warianty. Niektórzy musieli więc stoczyć walkę z chorobą, a wszyscy ze słabościami coraz bardziej wycieńczonych, poobijanych i pokaleczonych ciał.
Nareszcie znaleźli miejsce na postój przy jakiejś indiańskiej hacjendzie. Nad wodą, ale z wyjściem, chociaż długim i trudnym, w górę do cywilizacji. I nastąpiła kilkunastodniowa przerwa na zakup żywności, materiałów do naprawy sprzętu, regenerację organizmów. Są więc w tej książce opisy przeżyć zarówno tych, którzy poszli to załatwiać jak i biwakujących nad nurtem i pilnujących „dobytku”. Tych drugich z ciekawymi obserwacjami indiańskich sąsiadów, którzy ludzi białych widzieli po raz pierwszy. I to przybyłych wodą, brodatych – a oni nie mają bród i nie umieją pływać.
Po przerwie, naprawie sprzętu, zapewnienia sobie żywności na dalszą drogę, nastąpił drugi, niewiele łatwiejszy etap spływu. Z nową mapą wydaną przez Wojskowy Instytut Geograficzny w Limie, która okazała się „wytworem wyobraźni mającym niewiele wspólnego z rzeczywistością”. Wreszcie pokonanie ostatniego odcinka kanionu. Sukces! Ale nie koniec przygód. Coraz większy entuzjazm lokalnych mediów i władz, które zrozumiały, jaką szansę rozwoju turystyki w tym biednym regionie stwarza odpowiednio nagłośniony wyczyn Polaków.
W tym miejscu wspomnę za autorami, że National Geografic przez 10 lat blokował publikację rzetelnych informacji o tym sukcesie i kanionie Colca, gdyż „deprecjonowało to” Wielki Kanon Kolorado uważany przecież za najgłębszy na naszym globie. W rzeczywistości, jak się okazało, o przeszło połowę od niego płytszy. A przecież kowboje mają manię wielkości swojego kraju. Spotykały ich też i inne przykrości. M.in. próby opublikowania w gazetach Arequipy, bez zaznaczenia praw autorskich, dostarczonych im w dobrej wierze zdjęć z wyprawy i rysunków kanionu. Udało się wytargować za nie łącznie 39 tys. soli, czyli…97 dolarów.
A w tym momencie bohaterowie byli już bankrutami. Mieli w sumie 1 dolara i 96 centów amerykańskich. Przed sobą zaś ciągle w planach podróż do Ziemi Ognistej. Zrealizowali ją jednak – szczegóły w książce – napisali i wydali przewodnik w języku angielskim i hiszpańskim, doznali wielu zaszczytów, m.in. przyjęcia przez prezydenta Peru. Do kraju wracać mieli 20 grudnia 1981 roku. Tydzień wcześniej ogłoszono jednak w Polsce stan wojenny. Wzięli więc udział w protestach przeciwko niemu, znaleźli silne poparcie Peruwiańczyków, ale spotkali się z zagrożeniem ze strony bojówek tamtejszej partii komunistycznej.
Gdy w ambasadzie polskiej w Limie dowiedzieli się, że mają lecieć do Warszawy przez Moskwę – odmówili. Wyjechali do USA, gdyż już kończyła się im ważność wiz. I zostali, urządzając się głównie tam lub w Kanadzie. Stali się wrogami, ich sukces, o którym mówił i pisał cały turystyczny oraz sportowy świat, przemilczano. Chyba jako pierwszy w kraju napisał o tym wyczynie Ryszard Badowski w majowym numerze 1997 roku „Poznaj Świat”. Temat zaś stał się naprawdę u nas znany dopiero z okazji 20-lecia rozpoczęcia wyprawy Canoandes w 1999 roku. Następnie pojawił się w polskich przewodnikach po Peru.
Późniejsze losy uczestników tej wyprawy, a przede wszystkim zmiany jakie zaszły w kanionie i jego okolicach, opisane zostały w Zakończeniu. M.in. spotkanie wszystkich uczestników zdobycia kanionu Colca po 25 latach i kolejne wydarzenia. Na peruwiańskich mapach pojawiły się polskie nazwy. Obecnie przyjeżdża tam do 250 tys. turystów rocznie, chociaż tylko nieliczni schodzą na dno kanionu, nie mówiąc już o przepływaniu go. Zmieniła się infrastruktura, chociaż nie zawsze pozytywnie, bo wybudowano linie wysokiego napięcia, a przedsiębiorstwa wydobywcze działające w tamtym regionie myślą głównie o własnym interesie.
To kolejny, ciekawy fragment tej książki i historii. Na podkreślenie zasługują też zamieszczone w niej zdjęcia, w tym co najmniej kilka rewelacyjnych. Czytałem ją z tym większym zainteresowaniem i polecam to czytelnikom, gdyż byłem tam, chociaż nie przepłynąłem kanionu, nigdy bowiem nie uprawiałem kajakarstwa górskiego. Ale znam tamtejsze okolice, patrzyłem na to niezwykłe miejsce spod sławnego Cruz del Condor – Krzyża Kondorów mając te potężne ptaki krążące wysoko nad głową oraz polujące kilkaset metrów poniżej w głębi kanionu.
„Płytkiego” w tym miejscu, bo to początek jego przełomu – zaledwie 1300 metrów głębokości. Znam również Arequipę – główne miasto tej części Peru oraz jednego z głównych bohaterów tamtej wyprawy Jurka Majcherczyka, który później dokładniej badał ten kanion, jako pierwszy przepłynął cały od początku do końca i organizuje tam wyprawy innym.
GLOBTROTER INFO Cezary Rudziński, 2013-04-10
Może (morze) wróci
Wielu wędrowców poznających świat szlakami dalekimi od masowej turystyki zagląda nad brzegi największego jeziora świata. Kiedyś największego, bo po najgłupszych eksperymentach gospodarczych, jakie na trwale pokaleczyły ziemię, Jezioro Aralskie znika. Jest bolesnym dowodem bezmyślności człowieka, któremu zdaje się, że jest w stanie bezkarnie zmieniać nurty rzek i przekształcać pustynię w złotonośne pola bawełny. Człowiek jest w stanie to zrobić, ale nie bezkarnie.
Relacja z wyprawy do Uzbekistanu, środkowoazjatyckiej satrapii z radzieckim rodowodem nie zapowiadała się najlepiej. Autor, człowiek o talentach wielu, nie znając języka (tu: rosyjskiego) z dużą beztroską potraktował swą podróż. Jednak niemal z każdym rozdziałem rośnie szacunek do jego inteligencji, rzeczowości opisu, spostrzegawczości godnej najlepszych reporterów oraz fachowości. Będąc z wykształcenia architektem, zwracał uwagę w opisie i znakomitych fotografiach na detale, które zwyczajny wędrowiec zignoruje. Książka opowiada o wędrówce po ciekawych uzbeckich zakątkach (m.in. Samarkanda, Buchara, Chiwa). Aral jest „bohaterem" opisu ledwie dwudniowej wycieczki setki kilometrów w głąb pustyni, jednak wrażenie tego czasu spędzonego nad wysychającym morzem wywiera w Czytelniku efekt głęboko poruszający.
Autor, mimo pozornie „luzackiej" konwencji, przygotował się do podróży solidnie, czemu dał wyraz w rozdziałach gęstych od informacji, przybliżających polskiemu Czytelnikowi podstawową wiedzę na temat Uzbekistanu, jego dziejów i współczesności, a także stosunku do Polaków, religii i życia codziennego. Rysunki własne i liczne własne fotografie czynią z tego reportażu swoisty, subiektywny diariusz podróży po środkowoazjatyckich bezdrożach. Spora dawka humoru, sprawny język i dynamiczna narracja czynią z książki atrakcyjnego partnera w lekturze, zaś aktualne informacje związane z planowaną podróżą do Uzbekistanu pomogą w fachowym jej przygotowaniu.
Relacja z wyprawy do Uzbekistanu, środkowoazjatyckiej satrapii z radzieckim rodowodem nie zapowiadała się najlepiej. Autor, człowiek o talentach wielu, nie znając języka (tu: rosyjskiego) z dużą beztroską potraktował swą podróż. Jednak niemal z każdym rozdziałem rośnie szacunek do jego inteligencji, rzeczowości opisu, spostrzegawczości godnej najlepszych reporterów oraz fachowości. Będąc z wykształcenia architektem, zwracał uwagę w opisie i znakomitych fotografiach na detale, które zwyczajny wędrowiec zignoruje. Książka opowiada o wędrówce po ciekawych uzbeckich zakątkach (m.in. Samarkanda, Buchara, Chiwa). Aral jest „bohaterem" opisu ledwie dwudniowej wycieczki setki kilometrów w głąb pustyni, jednak wrażenie tego czasu spędzonego nad wysychającym morzem wywiera w Czytelniku efekt głęboko poruszający.
Autor, mimo pozornie „luzackiej" konwencji, przygotował się do podróży solidnie, czemu dał wyraz w rozdziałach gęstych od informacji, przybliżających polskiemu Czytelnikowi podstawową wiedzę na temat Uzbekistanu, jego dziejów i współczesności, a także stosunku do Polaków, religii i życia codziennego. Rysunki własne i liczne własne fotografie czynią z tego reportażu swoisty, subiektywny diariusz podróży po środkowoazjatyckich bezdrożach. Spora dawka humoru, sprawny język i dynamiczna narracja czynią z książki atrakcyjnego partnera w lekturze, zaś aktualne informacje związane z planowaną podróżą do Uzbekistanu pomogą w fachowym jej przygotowaniu.
Tygodnik Angora Ł. AZIK, 2013-04-28
Może (morze) wróci
Na tę książkę czekałam z ogromną niecierpliwością, od momentu gdy wysłuchałam prelekcji Barta Sabeli, na Festiwalu Slajdów Podróżniczych w Katowicach.
Ilość wrażeń i emocji, jakie towarzyszyły mi podczas lektury, były tak potężne, że właściwie chciałabym zakończyć moją recenzję w tym momencie i poprosić każdego z Was o przeczytanie wyjątkowej pozycji jaką jest „Może morze wróci”.
(…) mija tydzień (…)
Spoglądam na jedną z piękniej wydanych książek podróżniczych jakie czytałam do tej pory (opracowanie graficzne, papier, odcienie, zdjęcia w całkowitej harmonii z tematyką) i mam wyrzuty sumienia, że nadal nie udało mi się napisać recenzji.
W odpowiedzi trafiam na niedzielną audycję radiową z Bartkiem Sabelą!
Ponownie przenoszę się do Uzbekistanu- dźwięki, krajobrazy, smak soli, pomieszany z ziarenkami piasku w moich ustach.
Momenty śmieszne, wzruszające, spotkania z wyjątkowymi ludźmi, widoki, które trudno objąć wyobraźnią, ale także świadectwo ludzkiej pychy, władzy i gwałtu dokonywanego na przyrodzie.
Podążam w kierunku morza Aralskiego, niejako zapominając o celu podróży, rozsmakowuję się w języku, narracji- zagłuszając w sobie intuicyjne przeczucie katastrofy.
To nie jest typowa książka podróżnicza, po lekturze której rozpiera nas energia i chęć by ruszyć w drogę, a zasypiając przed oczami miga nam kalejdoskop kolorowych stop klatek.
Zarówno po obejrzeniu pokazu na Festiwalu, jak i po lekturze, słowa więzną w gardle.
Książkę trudno odłożyć na półkę, a w notesie odhaczyć, jako „przeczytaną”.
Gigantyczne plantacje bawełny, niemal na środku pustyni, bezmyślne łamanie wszelkich zasad przy budowie kanałów nawadniających, w efekcie przyzwolenie na to, by większość wody wyparowała, a morze oddalało się od swych brzegów, od ludzi, od życia.
Ta książka jest poruszająca, potworna, porażająca.
Wytrąca z komfortu psychicznego, każe inaczej spojrzeć na znoszony tiszert, który mamy ochotę wyrzucić, wymienić na nowy.
Tak jak nie wyobrażam sobie roku 2012 bez „Tysiąca szklanek herbaty”, tak roku 2013 nie wyobrażam sobie bez refleksji nad tym czy „Morze może wróci”.
„Morze. Jest coś dziwnego w tym spotkaniu. Jakbym widział przed sobą ogromne, piękne, konające zwierzę, wieloryba lub słonia. Już nic nie można zrobić, można tylko spojrzeć mu w oczy.
Coś chrupnęło mi pod nogami- to muszelki. Takie niewielkie, wszystkie takie same, białe, dość zwykłe. Ale za to jaka ilość. Tony. Leżą wszędzie dookoła na pomarańczowym piasku. Gdzieniegdzie między nimi szczątki innych żyjątek. Przez kilka metrów idę po samych muszlach. Potem ciemnopomarańczowy kolor przechodzi w biały. Sól. Sama sól. Gruba pokrywa twardej soli. Gdy zbliżam się do wody, sól robi się coraz bardziej miękka, by w końcu przerodzić się z błotne grzęzawisko. Nie da się iść., Ciekawe, że zawsze, kiedy jest się nad morzem czy jeziorem, ma się ochotę dotknąć wody, choćby zanurzyć w niej rękę czy stopę. Zdejmuję buty, ściągam koszulkę. Patrzę na leżące na solnej skorupie ubrania, rzuca mi się w oczy metka z durnym w tych okolicznościach napisem „100% bawełny”. Tak, faktycznie… 100%”. (str.195)
Ilość wrażeń i emocji, jakie towarzyszyły mi podczas lektury, były tak potężne, że właściwie chciałabym zakończyć moją recenzję w tym momencie i poprosić każdego z Was o przeczytanie wyjątkowej pozycji jaką jest „Może morze wróci”.
(…) mija tydzień (…)
Spoglądam na jedną z piękniej wydanych książek podróżniczych jakie czytałam do tej pory (opracowanie graficzne, papier, odcienie, zdjęcia w całkowitej harmonii z tematyką) i mam wyrzuty sumienia, że nadal nie udało mi się napisać recenzji.
W odpowiedzi trafiam na niedzielną audycję radiową z Bartkiem Sabelą!
Ponownie przenoszę się do Uzbekistanu- dźwięki, krajobrazy, smak soli, pomieszany z ziarenkami piasku w moich ustach.
Momenty śmieszne, wzruszające, spotkania z wyjątkowymi ludźmi, widoki, które trudno objąć wyobraźnią, ale także świadectwo ludzkiej pychy, władzy i gwałtu dokonywanego na przyrodzie.
Podążam w kierunku morza Aralskiego, niejako zapominając o celu podróży, rozsmakowuję się w języku, narracji- zagłuszając w sobie intuicyjne przeczucie katastrofy.
To nie jest typowa książka podróżnicza, po lekturze której rozpiera nas energia i chęć by ruszyć w drogę, a zasypiając przed oczami miga nam kalejdoskop kolorowych stop klatek.
Zarówno po obejrzeniu pokazu na Festiwalu, jak i po lekturze, słowa więzną w gardle.
Książkę trudno odłożyć na półkę, a w notesie odhaczyć, jako „przeczytaną”.
Gigantyczne plantacje bawełny, niemal na środku pustyni, bezmyślne łamanie wszelkich zasad przy budowie kanałów nawadniających, w efekcie przyzwolenie na to, by większość wody wyparowała, a morze oddalało się od swych brzegów, od ludzi, od życia.
Ta książka jest poruszająca, potworna, porażająca.
Wytrąca z komfortu psychicznego, każe inaczej spojrzeć na znoszony tiszert, który mamy ochotę wyrzucić, wymienić na nowy.
Tak jak nie wyobrażam sobie roku 2012 bez „Tysiąca szklanek herbaty”, tak roku 2013 nie wyobrażam sobie bez refleksji nad tym czy „Morze może wróci”.
„Morze. Jest coś dziwnego w tym spotkaniu. Jakbym widział przed sobą ogromne, piękne, konające zwierzę, wieloryba lub słonia. Już nic nie można zrobić, można tylko spojrzeć mu w oczy.
Coś chrupnęło mi pod nogami- to muszelki. Takie niewielkie, wszystkie takie same, białe, dość zwykłe. Ale za to jaka ilość. Tony. Leżą wszędzie dookoła na pomarańczowym piasku. Gdzieniegdzie między nimi szczątki innych żyjątek. Przez kilka metrów idę po samych muszlach. Potem ciemnopomarańczowy kolor przechodzi w biały. Sól. Sama sól. Gruba pokrywa twardej soli. Gdy zbliżam się do wody, sól robi się coraz bardziej miękka, by w końcu przerodzić się z błotne grzęzawisko. Nie da się iść., Ciekawe, że zawsze, kiedy jest się nad morzem czy jeziorem, ma się ochotę dotknąć wody, choćby zanurzyć w niej rękę czy stopę. Zdejmuję buty, ściągam koszulkę. Patrzę na leżące na solnej skorupie ubrania, rzuca mi się w oczy metka z durnym w tych okolicznościach napisem „100% bawełny”. Tak, faktycznie… 100%”. (str.195)
http://mumagstravellers.blogspot.com/ 2013-04-15
Droga do wewnętrznej równowagi, czyli jak wyluzować i pozbyć się stresu. Wydanie II
To już drugie wydanie tej popularnej książki, która jest nie tylko poradnikiem, ale przede wszystkim praktycznym przewodnikiem po wewnętrznych mapach ludzkiego umysłu.
To książka, która zmienia nas już w trakcie czytania. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że jest pisana językiem, który w żywy i bezpośredni sposób za pomocą metafor i poetycznych obrazów oddziałuje na wyobraźnię czytelnika i kontaktuje Cię z Twoim wnętrzem. Po drugie dlatego, że ćwiczenia zaproponowane przez autorów są wyjaśnione i opisane w elegancki i prosty sposób. I co najważniejsze - działają! A co jeszcze ważniejsze - masz ochotę je zrobić.
Na czym polega ta magia?
Agnieszka Ornatowska i Bogusław Stępień krok po kroku podają skuteczny sposób na uciszenie wewnętrznego krytyka i zabierają Cię w najważniejszą podróż życia - do Twojego wnętrza oraz dają przestrzeń na to, aby wyciszyć się i odnaleźć spokój.
To w Tobie jest siła, to w sobie znajdziesz uczucia, które dodają skrzydeł, to Ty masz klucz do siebie i do swoich skarbów. Jak go odnaleźć?
To proste - przeczytaj tę książkę!
To książka, która zmienia nas już w trakcie czytania. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że jest pisana językiem, który w żywy i bezpośredni sposób za pomocą metafor i poetycznych obrazów oddziałuje na wyobraźnię czytelnika i kontaktuje Cię z Twoim wnętrzem. Po drugie dlatego, że ćwiczenia zaproponowane przez autorów są wyjaśnione i opisane w elegancki i prosty sposób. I co najważniejsze - działają! A co jeszcze ważniejsze - masz ochotę je zrobić.
Na czym polega ta magia?
Agnieszka Ornatowska i Bogusław Stępień krok po kroku podają skuteczny sposób na uciszenie wewnętrznego krytyka i zabierają Cię w najważniejszą podróż życia - do Twojego wnętrza oraz dają przestrzeń na to, aby wyciszyć się i odnaleźć spokój.
To w Tobie jest siła, to w sobie znajdziesz uczucia, które dodają skrzydeł, to Ty masz klucz do siebie i do swoich skarbów. Jak go odnaleźć?
To proste - przeczytaj tę książkę!
dojrzewalnia.pl Magdalena Przybysz, 2013-04-10
Gotowanie dla geeków. Nauka stosowana, niezłe sztuczki i wyżerka
"Gotowanie dla geeków" autorstwa Jeffa Pottera to nie jest książka kucharska, to książka z ogromnym zasobem wiedzy na temat gotowania. Wiedzy zarówno dla osób początkujących, jak i tych bardziej zaawansowanych, bo wiadomości w niej zawarte są nie tylko potrzebne do rozpoczęcia gotowania, ale także ułatwią, podpowiedzą, urozmaicą sztukę gotowania, dla tych, którzy wiedzą co w trawie, a raczej kuchni, piszczy.
Jednak zacznę od początku, czyli tytułu. Skąd w nim i dlaczego znaleźli się geekowie? Ku wyjaśnieniu mianem geeka określa się osobę, która w swoich zainteresowaniach wykracza poza pole wiedzy podstawowej, która szuka ponadprzeciętnych informacji i drąży temat (jest to określenie głównie stosowane do ludzi związanych z informatyką, ale okazuje się, że w innych dziedzinach też się sprawdza). Geek to innymi słowy maniak, i w tym przypadku jest to maniak kuchenny, dla którego w gotowaniu oprócz walorów smakowych potrawy i potrzeby zaspokojenia głodu ważne jest rozłożenie gotowania na czynniki pierwsze: co, dlaczego i w jakim celu? Również szukanie nowych rozwiązań i nowych pomysłów.
Tym właśnie jest niniejsza publikacja. To zbiór mnóstwa wskazówek i sekretów dotyczących gotowania. Nie zabrakło w niej też przepisów, ale jak to zostało podkreślone we wstępie, służą one zobrazowaniu i uzupełnieniu kwestii naukowych, choć są też zwykłymi przepisami na proste i smaczne dania na przykład: bułeczki śniadaniowe, napój imbirowo-cytrynowy, grillowane „frytki” ze słodkich ziemniaków, sałatka z arbuza i fety, gazpacho, ryba pieczona w soli czy ciasto dyniowe. (To akurat te, które mi wpadły w oko i które z chęcią wypróbuję, ale jest też kilkadziesiąt innych). Myślę, że przepisy zadowolą gusta przeróżnych osób.
Poza tym w książce znajdziemy około 20 wywiadów ze znawcami w swoich dziedzinach, obejmujące szeroką tematykę, począwszy od rozmowy na temat pizzy, poprzez kuchnię molekularną, kończąc na kwestii profesjonalnego sprzętu do restauracji. Wywiady są doskonałym urozmaiceniem i chwilą wytchnienia podczas lektury.
Na deser najważniejsze, czyli mniej więcej jakie informacje znajdziemy w „Gotowaniu dla geeków”: wyposażenie i organizacja kuchni, narzędzia i składniki, wskazówki dotyczące przechowywania żywności, fizjologia smaku i zapachu, zagadnienia dotyczące obróbki termicznej, metody napowietrzania potraw, świat chemii, czyli dodatki do żywności... i to naprawdę jest wierzchołek góry lodowej :)
Choć w książce nie brakuje fachowych terminów, i na pierwszy rzut oka poruszane kwestie mogą wydać się skomplikowane, to muszę przyznać, że czyta się ją z zapartym tchem. Każda strona i każda kolejna informacja zaskakują i sprawiają, że chce się więcej i więcej (jak głosi hasło z okładki: Apetyt rośnie w miarę czytania – z czym w przypadku tej publikacji zgadzam się w stu procentach). Ponieważ książka z założenia skierowana jest do informatyków i przez informatyka została napisana to nie brakuje w niej porównań do tej dziedziny, i choć początkowo może to drażnić, to później można się do tego przyzwyczaić, a nawet uznać za ciekawy sposób przedstawienia wiedzy.
Publikacja została wydana w bardzo prosty sposób, czarno-biała kolorystyka, tabelki, zdjęcia, wykresy, wyróżnienia, choć niewyszukane to bardzo przyjemne w odbiorze, a ponieważ tej wyjątkowej wiedzy jest aż 400 stron, to ważne, żeby dobrze się ją odbierało – i tak jest w tym przypadku.
Mogę ręczyć, że czasu spędzonego z tą książką nie uznacie za stracony.
Jednak zacznę od początku, czyli tytułu. Skąd w nim i dlaczego znaleźli się geekowie? Ku wyjaśnieniu mianem geeka określa się osobę, która w swoich zainteresowaniach wykracza poza pole wiedzy podstawowej, która szuka ponadprzeciętnych informacji i drąży temat (jest to określenie głównie stosowane do ludzi związanych z informatyką, ale okazuje się, że w innych dziedzinach też się sprawdza). Geek to innymi słowy maniak, i w tym przypadku jest to maniak kuchenny, dla którego w gotowaniu oprócz walorów smakowych potrawy i potrzeby zaspokojenia głodu ważne jest rozłożenie gotowania na czynniki pierwsze: co, dlaczego i w jakim celu? Również szukanie nowych rozwiązań i nowych pomysłów.
Tym właśnie jest niniejsza publikacja. To zbiór mnóstwa wskazówek i sekretów dotyczących gotowania. Nie zabrakło w niej też przepisów, ale jak to zostało podkreślone we wstępie, służą one zobrazowaniu i uzupełnieniu kwestii naukowych, choć są też zwykłymi przepisami na proste i smaczne dania na przykład: bułeczki śniadaniowe, napój imbirowo-cytrynowy, grillowane „frytki” ze słodkich ziemniaków, sałatka z arbuza i fety, gazpacho, ryba pieczona w soli czy ciasto dyniowe. (To akurat te, które mi wpadły w oko i które z chęcią wypróbuję, ale jest też kilkadziesiąt innych). Myślę, że przepisy zadowolą gusta przeróżnych osób.
Poza tym w książce znajdziemy około 20 wywiadów ze znawcami w swoich dziedzinach, obejmujące szeroką tematykę, począwszy od rozmowy na temat pizzy, poprzez kuchnię molekularną, kończąc na kwestii profesjonalnego sprzętu do restauracji. Wywiady są doskonałym urozmaiceniem i chwilą wytchnienia podczas lektury.
Na deser najważniejsze, czyli mniej więcej jakie informacje znajdziemy w „Gotowaniu dla geeków”: wyposażenie i organizacja kuchni, narzędzia i składniki, wskazówki dotyczące przechowywania żywności, fizjologia smaku i zapachu, zagadnienia dotyczące obróbki termicznej, metody napowietrzania potraw, świat chemii, czyli dodatki do żywności... i to naprawdę jest wierzchołek góry lodowej :)
Choć w książce nie brakuje fachowych terminów, i na pierwszy rzut oka poruszane kwestie mogą wydać się skomplikowane, to muszę przyznać, że czyta się ją z zapartym tchem. Każda strona i każda kolejna informacja zaskakują i sprawiają, że chce się więcej i więcej (jak głosi hasło z okładki: Apetyt rośnie w miarę czytania – z czym w przypadku tej publikacji zgadzam się w stu procentach). Ponieważ książka z założenia skierowana jest do informatyków i przez informatyka została napisana to nie brakuje w niej porównań do tej dziedziny, i choć początkowo może to drażnić, to później można się do tego przyzwyczaić, a nawet uznać za ciekawy sposób przedstawienia wiedzy.
Publikacja została wydana w bardzo prosty sposób, czarno-biała kolorystyka, tabelki, zdjęcia, wykresy, wyróżnienia, choć niewyszukane to bardzo przyjemne w odbiorze, a ponieważ tej wyjątkowej wiedzy jest aż 400 stron, to ważne, żeby dobrze się ją odbierało – i tak jest w tym przypadku.
Mogę ręczyć, że czasu spędzonego z tą książką nie uznacie za stracony.
chiliczywanilia.blogspot.com Dominika, 2013-04-16