ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Obudzone pragnienia

Miałam już okazję poznać twórczość Sylvii June Day i bardzo przyjemnie wspominam czas, który spędziłam na lekturze jej książek. Właśnie dlatego nie mogłam przejść obojętnie wobec niedawno wydanej pozycji o wymownym tytule „Obudzone pragnienia”. Przenosimy się do XIX-wiecznej Anglii. Główną bohaterką jest Jessika, młoda arystokratka, która wychowywała się w czasach, gdzie trzeba było podporządkować się wyśrubowanym zasadom, normom i sztywnej etykiecie. Rola kobiety jest jasna i prosta, więc nasza bohaterka musi jej sprostać. Chowa skrzętnie swoje rozbudzone pragnienia i za wszelką cenę chce być przykładną damą i dobrą żoną. Ale spychane w głąb nadzieje i potrzeby wychodzą na jaw, gdy zostaje wdową i trafia na pokład statku. To właśnie tam spotyka przystojnego Alistaira, dżentelmena, którego w przeszłości widziała w krępującej sytuacji. To wydarzenie odcisnęło na niej niezatarte wspomnienie i rzutowało na dalsze losy. Teraz, w jego ramionach, ze snu budzi się dzikie pożądanie i stłamszone fantazje. Czasami od marzeń do rzeczywistości krótka droga, więc uważaj czego sobie życzysz... Kolejna niesamowicie gorąca książka pisarki! Czas i miejsce akcji dobrano genialne a duch epoki autorka oddała ze szczegółami i wszelkimi niuansami. Do tego warto wspomnieć o stylizowanym na dawne czasy języku i lekkim stylu, które robią niemałe wrażenie. Nie musicie też obawiać się wulgarnych scen, bowiem historia tętni erotyzmem i zmysłowością na dobrym poziomie. Oczywiście jest to romans historyczny, jednak seks nie będzie jedynym wątkiem, wokół którego będzie się wszystko kręcić. Pisarka postarała się o dobrą kreację pierwszoplanowych bohaterów i uwzględniła targające nimi wątpliwości, emocje i oczekiwania względem siebie i przyszłości. Jeżeli liczycie na namiętną i pikantną opowieść, to koniecznie musicie sięgnąć po „Obudzone pragnienia”!
kasandra-85.blogspot.com 2013-10-16

Obudzone pragnienia

Miałam już okazję poznać twórczość Sylvii June Day i bardzo przyjemnie wspominam czas, który spędziłam na lekturze jej książek. Właśnie dlatego nie mogłam przejść obojętnie wobec niedawno wydanej pozycji o wymownym tytule „Obudzone pragnienia”. Przenosimy się do XIX-wiecznej Anglii. Główną bohaterką jest Jessika, młoda arystokratka, która wychowywała się w czasach, gdzie trzeba było podporządkować się wyśrubowanym zasadom, normom i sztywnej etykiecie. Rola kobiety jest jasna i prosta, więc nasza bohaterka musi jej sprostać. Chowa skrzętnie swoje rozbudzone pragnienia i za wszelką cenę chce być przykładną damą i dobrą żoną. Ale spychane w głąb nadzieje i potrzeby wychodzą na jaw, gdy zostaje wdową i trafia na pokład statku. To właśnie tam spotyka przystojnego Alistaira, dżentelmena, którego w przeszłości widziała w krępującej sytuacji. To wydarzenie odcisnęło na niej niezatarte wspomnienie i rzutowało na dalsze losy. Teraz, w jego ramionach, ze snu budzi się dzikie pożądanie i stłamszone fantazje. Czasami od marzeń do rzeczywistości krótka droga, więc uważaj czego sobie życzysz... Kolejna niesamowicie gorąca książka pisarki! Czas i miejsce akcji dobrano genialne a duch epoki autorka oddała ze szczegółami i wszelkimi niuansami. Do tego warto wspomnieć o stylizowanym na dawne czasy języku i lekkim stylu, które robią niemałe wrażenie. Nie musicie też obawiać się wulgarnych scen, bowiem historia tętni erotyzmem i zmysłowością na dobrym poziomie. Oczywiście jest to romans historyczny, jednak seks nie będzie jedynym wątkiem, wokół którego będzie się wszystko kręcić. Pisarka postarała się o dobrą kreację pierwszoplanowych bohaterów i uwzględniła targające nimi wątpliwości, emocje i oczekiwania względem siebie i przyszłości. Jeżeli liczycie na namiętną i pikantną opowieść, to koniecznie musicie sięgnąć po „Obudzone pragnienia”!
kasandra-85.blogspot.com 2013-10-16

"Stary", młodzi i morze. Od Antarktydy do Alaski. Wyprawa wokół obu Ameryk

To humorystyczna opowieść o grupie 20-latków, którzy opłynęli przylądek Horn i dotarli do Antarktydy, a kilka lat później przepłynęli legendarne Przejście Północno-Zachodnie jako najmłodsi żeglarze na świecie, na dodatek w rekordowym czasie.
PODRÓŻE 2013-11-01

System Białoruś

O Białorusi wiemy mniej więcej tyle – rządzi nią „ostatni dyktator Europy” i panuje tam straszliwy zamordyzm. Niewiele więcej. Dzięki książce Andrzeja Poczobuta – dziennikarza i opozycjonisty możemy się przekonać, skąd się wziął Łukaszenka i jak zdobył absolutną władzę na Białorusi.

Wiedza przeciętnego Polaka o początkach rządów Alaksandra Łukaszenki jest nadzwyczaj mizerna. A historia tego byłego komsomolca i dyrektora sowchozu to prawdziwy polityczny thriller z nieopisaną ambicją i nie przebieraniem w środkach w tle. Poczobut krok po kroku śledzi jego karierę od niespełnionego aparatczyka, przez nikomu nieznanego deputowanego Rady Najwyższej Republiki Białoruś po gwiazdę białoruskiej polityki i wreszcie niepodzielnie panującego prezydenta.

Autor pokazuje Łukaszenkę jako człowieka o niezwykłym instynkcie politycznym, arcydemagoga, który w przeciwieństwie do swoich przeciwników rozumiał nastroje społeczne i umiał je umiejętnie wykorzystać. Kiedy po pierwszym zachłyśnięciu się wolnością wśród Białorusinów narastało rozczarowanie niepodległością jak mało kto potrafił tak zagrać na społecznych emocjach wypowiadając walkę z korupcją i głosząc hasła powrotu do idei Związku Radzieckiego. Kiedy bardziej wytrawni politycy – postkomunistyczny premier Wiaczasłau Kiebicz i lider największej partii opozycyjnej Zianon Pazniak tracili siły na wzajemne przepychanki, Łukaszenka potrafił rozegrać ich spory z korzyścią dla siebie, sukcesywnie rosnąc w siłę. Jednocześnie przez długi czas parlamentarni wyjadacze traktowali go jako niegroźnego „wujek ze wsi”. Ta ignorancja miała ich potem zgubić, kiedy Alaksadr Ryhorowicz został już prezydentem i zaczął swoją wendetę połączoną z umacnianiem autorytarnej władzy.

Książka imponuje mrówczą pracą wykonaną przez Poczobuta, który przytacza dziesiątki mniej lub bardziej znanych faktów oraz cytatów z najważniejszych postaci białoruskiej sceny politycznej, do których udało się dotrzeć autorowi. Nic jednak lepiej nie ilustruje sytuacji za naszą wschodnią granicą niż barwne i często nieprzemyślane wypowiedzi samego Łukaszenki, które Poczobut obficie przytacza. Dzięki temu wszystkiemu ta w gruncie rzeczy niezbyt obszerna praca (raptem 250 stron) staje się najbardziej wyczerpującą pozycją wśród dostępnych w Polsce prac poświęconych Białorusi i jej przywódcy, która pozwala łatwo zrozumieć, jakie żywioły doprowadziły Łukaszenkę do władzy i jak udało mu się ją utrzymać.
se.pl Tomasz Walczak

System Białoruś

Białoruś dla jednych to państwo, o którym wiadomo właściwie tyle, że rządzi nim twardą ręką nieprzerwanie od kilkunastu lat Aleksander Łukaszenko. Oprócz tego można dodać, że jest to duży, nierentowny kołchoz utrzymujący się jedynie dzięki wsparciu finansowemu ze strony Rosji.

Ewentualnie określić republikę jeszcze jako pole ziemniaków, podlewane samogonem, będące ostoją słowiańskości.
I wszystko to będzie prawdą, choć żadne z tych stwierdzeń nie będzie zawierało w sobie sedna tego, czym jest Republika Białorusi. Klucz do odpowiedzi na to pytanie kryje się w debiucie książkowym wieloletniego korespondenta Gazety Wyborczej z Grodna, Andrzeja Poczobuta.

Rzeczywistość w kraju Łukaszenki pachnie groteską i stąd może o Białorusi mówi się zazwyczaj z przymrużeniem oka. Zapomina się przy tym, że ten prawie dziesięciomilionowy kraj wbrew pozorom nie stanowi prymitywnego organizmu państwowego, nie jest też przybocznym przedsiębiorstwem rolnym Federacji Rosyjskiej. Dzięki bezwzględnej, momentami wręcz wulgarnej i jednocześnie sprytnej grze politycznej jednego człowieka Białoruś to właśnie system. System oparty o szereg czynników nieznanych zachodniej opinii publicznej. I tenże właśnie „System Białoruś” opisuje dziennikarz z Grodna, pozwalając poznać sposób funkcjonowania tegoż systemu i choć trochę go pojąć. Bo o zrozumieniu tu nie może być mowy, lecz wina w tym wypadku nie leży po stronie autora, lecz tkwi w specyfice naszego wschodniego sąsiada.

Andrzej Poczobut szczegółowo, bez pominięcia żadnego ważnego wątku relacjonuje proces powstawania „Systemu Białoruś”. Począwszy od opisu kariery Aleksandra Łukaszenki, poprzez wypunktowanie słabości opozycji, analizę ideologii (jej braku?) płynącej z Mińska, kończąc na scharakteryzowaniu związków białoruskiego biznesu z władzą oraz relacji prezydenta z Kremlem, przypominających sinusoidę. Wszystko to podane jest czytelnikowi z uwzględnieniem chronologii, bez zbędnej faktografii, w przystępny, choć momentami zbyt formalny sposób. Z drugiej strony taka forma jest uzasadniona, w przypadku gdy trzeba dokonać streszczenia żywotu prezydenta, uwzględniając historyczny kontekst jego marszu po władzę. A bez tego książka pozbawiona byłaby szkieletu.

Łukaszenka oczywiście jest głównym bohaterem książki i to wokół jego osoby skupiona jest uwaga autora. Z „Systemu Białoruś” dowiadujemy się nie tylko o początkach kariery prezydenta Białorusi, jako nauczyciela i przewodniczącego kołchozu, ale także o jego życiu prywatnym. Możemy przeczytać również o tym, jak w krótkim czasie, dzięki bezkompromisowości, baćka odsunął od życia politycznego nie tylko swoich przeciwników, ale i tych, którzy razem z nim doszli na szczyt władzy. I tu niestety kryje się jeden z minusów tej książki. Opisy parlamentarnych gier i zawiłych zależności politycznych są żmudne, przepełnione nazwiskami, momentami ich drobiazgowość męczy czytelnika. Ponadto niektóre wnioski z nich wysuwane są wtórne. Tezy głoszone przez autora czytelnik zainteresowany Białorusią mógł już przeczytać zarówno w polskiej biografii Łukaszenki napisanej przez Michała Kacewicza, jak i książce „Białoruś- kartofle i dżinsy”, autorstwa Małgorzaty Nocuń i Andrzeja Brzezieckiego. Nie oznacza to oczywiście, że Poczobut nie powinien już opisywać tych sytuacji, które wzięli na warsztat wyżej wymienieni autorzy, byłoby to absurdalne oskarżenie. Rzecz w tym, że można było liczyć, tym bardziej że wydania te od „Systemu Białoruś” dzieli sześć lat, na podejście do pewnych kwestii z innej, świeżej perspektywy.

Atutem „Systemu Białoruś”, którego brakuje w innych, podobnych pozycjach, jest ostatni rozdział książki, w którym autor schodzi z pozycji jedynego obserwatora sytuacji na Białorusi. Poczobut oddaje głos obywatelom tego kraju, wśród których znajdują się m.in. biznesmen, emerytka, pracownik fizyczny i DJ, tworząc w ten sposób przekrój społeczeństwa, w którym są zarówno przeciwnicy obecnej władzy jak i zwolennicy. Konsultacja, jakiej dokonał Poczobut z opinią publiczną daje nam lepszy, bardziej obiektywny obraz społeczeństwa zza Bugu. Czytelnik ma dzięki temu bezpośrednią styczność z obywatelami Białorusi i ich opinią na temat sytuacji na Białorusi.

Mimo paru drobnych mankamentów „System Białoruś”, jest ważną i potrzebną pozycją. Po pierwsze wciąż, jako społeczeństwo polskie, za mało wiemy o Białorusi. Po drugie, nawet jeśli już coś wiemy, to jest to obraz skrzywiony nie zawsze rzetelnym i oddającym tamtejsze realia przekazem medialnym. Książka, która na dniach ukaże się nakładem wydawnictwa Editio naszą wiedzę nie tylko prostuje, ale i uzupełnia. Dlatego jest to pozycja godna polecenia, a jeśli dodatkowo czyjeś zainteresowania oscylują wokół haseł: polityka i wschód, to „System Białoruś” musi przeczytać obowiązkowo.
mojeopinie.pl Michał Marciniak, 2013-10-21

System Białoruś

Trochę o tym zapominamy. „Jednak wystarczy przejechać jakieś 200 km na wschód od Warszawy i wchodzi się w zupełnie inny wymiar – do kraju, gdzie wybory są fałszowane, gdzie niszczy się niezależne media, a liderów opozycji zamyka się w więzieniu” – pisze w swojej książce „System Białoruś” Andrzej Poczobut, mieszkający w Grodnie korespondent „Gazety Wyborczej” na Białorusi. Książka ma się ukazać 23 października br.

Andrzej, jak mało kto zna „System Białoruś”. Od lat doświadcza go na własnej skórze. Piszę to w chwili, gdy on siedzi w gabinecie nr 34 sądu rejonowego w Grodnie. Zaproszono go tam, bo upłynęły właśnie dwa lata od chwili, gdy został skazany na trzy lata więzienia (w zawieszeniu na dwa). Zanim go skazano odsiedział 91 dni. Jego przestępstwo polegało na tym, że w swoich tekstach w „GW” i w Internecie nie wyrażał nabożnego stosunku do prezydenta Łukaszenki, tylko pisał o nim „dyktator”. Teraz w sądzie mają ocenić, czy Andrzej podczas zawieszenia kary zachowywał się dobrze i można go pozostawić na wolności, czy jednak należy go zamknąć w więzieniu, bo jest groźnym przestępcą. Na Białorusi procedura taka dotyczy wszystkich, którym się kończą zawiasy.

Nie mam złudzeń, że decyzja będzie zależała od tego, co przez te dwa lata Andrzej robił i pisał. A robił, to co do niego należało, czyli przekazywał nam, co na Białorusi widzi na własne oczy. Andrzej wie, że jest równie możliwe, iż wróci dziś do domu na kolację jako ten, który odbył już karę, ale może też trafić do celi więziennej, żeby jeszcze w niej rok odsiedzieć. Umówiliśmy się jednak na wieczór na rozmowę. „Mam nadzieję, że do usłyszenia” - napisał.

Jak to możliwe, że w Europie, w XXI w. ludzie nie wiedzą, czy nie trafią za chwilę do więzienia, sądy wydają wyroki na telefon, niezależne media są zastraszane i niszczone, a państwowe liżą nogi władzy? Andrzej właśnie ten fenomen stara się wytłumaczyć w „Systemie Białoruś”.

W pierwszej części książki z detalami opisuje historię Aleksandra Łukaszenki. A historia to niezwykła: „Jak w przypadku każdego mitycznego bohatera, dokładne miejsce i czas urodzenia Aleksandra Łukaszenki są nieznane”. Bo raz twierdzi, że urodził się 30 sierpnia, innym razem, że 31 sierpnia, ale zawsze podaje ten sam rok – 1954. Andrzej przypomina, jak podczas spotkania z weteranami II wojny światowej Łukaszenka zapewniał, że jego ojciec zginął na wojnie. Zapomniał pewnie, że wojna skończyła się w 1945 roku.

Jednak Łukaszenka w książce Andrzeja to wcale nie jest kołchozowy przygłup, ale wyrachowany, bezwzględny hipokryta, który przebył drogę od wiejskiego komunistycznego aparatczyka do prezydenta Białorusi. Andrzej opisuje, że gdy mu się opłacało, cieszył się z rozpadu Związku Radzieckiego, ale kiedy tylko wiatr się zmienił, bo Białorusini zaczęli mieć dość chaosu i biedy po upadku ZSRR, zaczął głosić konieczność odbudowania Kraju Rad. Ludzie mu uwierzyli, gdy stanął na czele komisji tropiącej korupcję wśród urzędników i polityków. Nic wielkiego Łukaszenka nie wytropił, ale tak głośno krzyczał, że słychać go było na całej Białorusi. Potem, wielu z tych, których wytropił, włos z głowy nie spadł, bo tak się opłacało Łukaszence. Tacy ludzie, którzy mieli brud za paznokciami byli mu właśnie potrzebni – miał na nich haki, więc wiedzieli, że w przypadku najmniejszej nielojalności, ich los będzie marny.

Przyszły dyktator miał tę przewagę nad swoimi politycznymi przeciwnikami, że stawiał wszystko na jedną kartę, tak by ani sobie ani swoimi współpracownikom nie zostawiać wyjścia awaryjnego. Mieli do wyboru: przeć do władzy, nie zwracając uwagi na metody, jakimi się posługują, albo wylądować w więzieniu.

Z Łukaszenki wcześniej się na Białorusi śmiano. Jednak gdy został prezydentem w 1994 roku nagle nie było do śmiechu nawet jego dotychczasowym zwolennikom i współpracownikom. Łukaszenka niszczył ich bez mrugnięcia okiem, gdy tylko uznawał, że odniesie z tego korzyść.

Oczywiście niszczył też tych, którzy mu się sprzeciwiali. Nimi zajmowało się specjalne komando, po spotkaniu z którym przepadali bez wieści. Nie zapomniał zmienić konstytucji, w której wszystkie organy władzy podporządkował sobie i zniósł zasadę, że na Białorusi prezydentem można być tylko przez dwie kadencje.

Poczobut pisze, że tytułowy „System Białoruś” opiera się na trzech filarach: chlebie, show i strachu. Chleb to gwarancja, że jeżeli nie będziesz się wychylał, to pensję - co prawda niezbyt wysoką – co miesiąc dostaniesz. Twój status materialny zależy oczywiście od władzy, gdyż 80 proc. białoruskiej gospodarki jest w jej rękach. Najwięcej chleba dostają oligarchowie. Ale w przypadku najmniejszego nieposłuszeństwa jest to chleb więzienny. Show to propagandowe przedstawienia telewizyjne dla narodu, podczas których wąsaty dyktator łączy się na przykład ze studia telewizyjnego z urzędnikami i beszta ich za nieefektywną pracę, albo twierdzi, że niczym Bóg załatwił im odpowiednią pogodę na żniwa. W show nie mogą przeszkadzać niezależne media, które zostały zmarginalizowane i często narzucają sobie autocenzurę.

Ci, którym to wszystko się nie podoba, mają się bać. „Strach czują więc nie tylko zwykli Białorusini, strach oblatuje również notabli, przedstawicieli służb specjalnych oraz… samego Łukaszenkę. Od początku swoich rządów konsekwentnie wzmacnia swoją ochronę. Przejazd prezydenta Białorusi jest dziś nie lada wydarzeniem – snajperzy na dachach, zamknięte okiennice, zablokowany ruch w mieście, funkcjonariusze służb specjalnych w cywilnych strojach wzdłuż trasy przejazdu. (…) Czasami dbałość o ochronę Łukaszenki jest wręcz zabawna. Przyjazd Łukaszenki do jakiegoś miasta bądź rejonu poprzedza okresowa konfiskata broni palnej wszystkich myśliwych z danego regionu” – opowiada w książce Andrzej.

Rzeczywistość, którą opisuje dziennikarz nie jest wesoła. W jego książce opowiadają o niej nie tylko politycy i dziennikarze, ale też nauczyciel, biznesmen, emerytka, opozycjonista, Siarhiej, który mieszka na wsi i DJ. Ale udało mu się nie popadać w patos. Wręcz przeciwnie, przytacza kawały, jakie Białorusini opowiadali sobie przez 19 lat rządów Łukaszenki. Na przykład taki: W ramach demokratyzacji, modernizacji i cyfryzacji na Białorusi wprowadzono głosowanie przez Internet. Ten, kto chce zagłosować na Łukaszenkę, musi wejść na stronę Łukaszenka.ZA. Ten, kto wejdzie na stronę Łukaszenka.PRZECIW, zostaje przekierowany na witrynę KGB.BY. Tam szybko mu tłumaczą, jak trafić na stronę Łukaszenka.ZA.

Właśnie się dowiedziałem, że białoruski sąd tym razem przekierował Andrzeja do domu, a nie do więzienia. Chwilę porozmawialiśmy, słyszałem, że się cieszy, głosy radości słyszałem też w tle.

„System Białoruś” przypomina, że to wszystko dzieje się tak blisko nas.
PRESS Mariusz Kowalczyk