Recenzje
System Białoruś
Dziś już wiemy, że w sferze życzeń pozostaje myślenie, iż czas dyktatur skończył się wraz ze schyłkiem XX wieku. Wystarczy, że spojrzenie skierujemy na naszych wschodnich sąsiadów – Białoruś, gdzie reżim autorytarny od dwudziestu lat ma się dobrze, a nawet bardzo dobrze.
Aleksander Łukaszenka od 1994 roku nieprzerwanie rządzi krajem. Pan i władca, gospodarz i baćka (sam zresztą nadał sobie ten przydomek) Białorusi. Jest pan kimś ważniejszym od Boga – miał powiedzieć o nim gubernator obwodu brzeskiego Konstancin Sumar. Kult jednostki i polityczna unifikacja, tak dziś w skrócie wygląda prezydentura Łukaszenki. Jej szczegółową genezę i rozwój, ale też szeroki obraz współczesnej Białorusi funkcjonującej w cieniu prezydenta, przedstawia Andrzej Poczobut w książce System Białoruś.
Książka korespondenta Gazety Wyborczej, który na stałe mieszka w Grodnie, podzielona została na trzy zasadnicze części. Pierwsza z nich dotyczy postaci samego Łukaszenki. Przedstawia jego drogę do władzy, która wiodła od wyszydzanego i pogardzanego dziecka niezamężnej Kaciaryny Łukaszenki, przez szkoły, wojsko i partię, aż zatrzymała się w momencie w którym żaden urząd państwowy nie może obyć się bez wizerunku baćki. Determinacja, pewność siebie oraz wielkie zdolności adaptacyjne były i nadal pozostają wielkimi atutami prezydenta. Łukaszenko to zwolennik polityki prorosyjskiej, który na fali niepokoju po rozpadzie Związku Radzieckiego, zdołał uzyskać w pierwszych wyborach aż 80,34 proc. głosów. Polityczny mistrz, który doskonale potrafi wpasować się w gusta wyborców i który wszelki sprzeciw wobec siebie potrafi skutecznie zdusić w zarodku. Człowiek, który stworzył swój własny system zarządzania państwem oparty głównie na pomocy z zewnątrz, represji niepokornych i autorytaryzmie władzy.
Poczobut szczegółowo opisuje tę maszynerię wyróżniając jej trzy składowe: chleb, show, strach. A w tym wszystkim egzystują zwykli obywatele, zwykły człowiek (rozdział Życie w czasach dyktatury), który próbuje poradzić sobie z zastaną rzeczywistością. Dziennikarz prowadząc rozmowy ze zwolennikami, jak i przeciwnikami prezydenta, kreuje ciekawy obraz ludzi próbujących wyjaśnić casus dwudziestoletniej politycznej kariery Łukaszenki. I jak mówi jeden z bohaterów rozmowy: Każdy ma wybór. Dostosować się, walczyć, albo wyjechać. Żadna z tych propozycji nie wydaje się jednak do dość atrakcyjna.
Książka Poczobuta do dogłębne studium państwa autorytarnego. Autor, który na stałe mieszka na Białorusi, doskonale wie o czym pisze i punkt po punkcie obnaża system stworzony przez Łukaszenkę. W publikacji łatwo pogubić się wśród licznych nazwisk i dat. Trudno też skupić się na dość oschłej narracji. Szejnert i jej reporterskie środowisko przyzwyczaiło nas do narracji bliższej beletrystyce (pokusiło się o wprowadzenie do reportażu wątków fabularnych), co jednak nie ujmuje książce istotności. Bo System Białoruś to ważny i mądry tekst odsłaniający kulisy i nadużycia władzy. Warty uwagi, chociażby przez wzgląd na sąsiedztwo.
Aleksander Łukaszenka od 1994 roku nieprzerwanie rządzi krajem. Pan i władca, gospodarz i baćka (sam zresztą nadał sobie ten przydomek) Białorusi. Jest pan kimś ważniejszym od Boga – miał powiedzieć o nim gubernator obwodu brzeskiego Konstancin Sumar. Kult jednostki i polityczna unifikacja, tak dziś w skrócie wygląda prezydentura Łukaszenki. Jej szczegółową genezę i rozwój, ale też szeroki obraz współczesnej Białorusi funkcjonującej w cieniu prezydenta, przedstawia Andrzej Poczobut w książce System Białoruś.
Książka korespondenta Gazety Wyborczej, który na stałe mieszka w Grodnie, podzielona została na trzy zasadnicze części. Pierwsza z nich dotyczy postaci samego Łukaszenki. Przedstawia jego drogę do władzy, która wiodła od wyszydzanego i pogardzanego dziecka niezamężnej Kaciaryny Łukaszenki, przez szkoły, wojsko i partię, aż zatrzymała się w momencie w którym żaden urząd państwowy nie może obyć się bez wizerunku baćki. Determinacja, pewność siebie oraz wielkie zdolności adaptacyjne były i nadal pozostają wielkimi atutami prezydenta. Łukaszenko to zwolennik polityki prorosyjskiej, który na fali niepokoju po rozpadzie Związku Radzieckiego, zdołał uzyskać w pierwszych wyborach aż 80,34 proc. głosów. Polityczny mistrz, który doskonale potrafi wpasować się w gusta wyborców i który wszelki sprzeciw wobec siebie potrafi skutecznie zdusić w zarodku. Człowiek, który stworzył swój własny system zarządzania państwem oparty głównie na pomocy z zewnątrz, represji niepokornych i autorytaryzmie władzy.
Poczobut szczegółowo opisuje tę maszynerię wyróżniając jej trzy składowe: chleb, show, strach. A w tym wszystkim egzystują zwykli obywatele, zwykły człowiek (rozdział Życie w czasach dyktatury), który próbuje poradzić sobie z zastaną rzeczywistością. Dziennikarz prowadząc rozmowy ze zwolennikami, jak i przeciwnikami prezydenta, kreuje ciekawy obraz ludzi próbujących wyjaśnić casus dwudziestoletniej politycznej kariery Łukaszenki. I jak mówi jeden z bohaterów rozmowy: Każdy ma wybór. Dostosować się, walczyć, albo wyjechać. Żadna z tych propozycji nie wydaje się jednak do dość atrakcyjna.
Książka Poczobuta do dogłębne studium państwa autorytarnego. Autor, który na stałe mieszka na Białorusi, doskonale wie o czym pisze i punkt po punkcie obnaża system stworzony przez Łukaszenkę. W publikacji łatwo pogubić się wśród licznych nazwisk i dat. Trudno też skupić się na dość oschłej narracji. Szejnert i jej reporterskie środowisko przyzwyczaiło nas do narracji bliższej beletrystyce (pokusiło się o wprowadzenie do reportażu wątków fabularnych), co jednak nie ujmuje książce istotności. Bo System Białoruś to ważny i mądry tekst odsłaniający kulisy i nadużycia władzy. Warty uwagi, chociażby przez wzgląd na sąsiedztwo.
Peron4.pl Monika Długa, 2014-01-21
Sztuka rynkologii
Recenzja książki „Sztuka rynkologii” mojego blogerskiego kumpla Jacka Kotarbińskiego wydaje się właściwie formalnością – hurra, Jacek napisał książkę, kupujcie wszyscy! Ale przyznam Wam, że mam z nią problem – wcale to „kupujcie wszyscy!” nie jest takie oczywiste. To nie jest taka książka i… hmm, nie wiem też czy jest to książka dla czytelników bloga Jacka :-)
Tytuły początkowych rozdziałów zapowiadają ciekawą zabawę słowem, którą znam z bloga Jacka – a tymczasem przez ponad 40 proc. (przepraszam, ale czytałem ją na Kindlu, nie wiem nawet ile ma stron) dostaję rozważania i wspominki o tym jak kształtował się i funkcjonuje dzisiejszy rynek marketingu. Jest to oczywiście ciekawy, długi wywód, spory rys historyczny z lepszymi i gorszymi momentami, w którym Jacek przedstawia cały proces kształtowania się świadomości pojęcia marketing, pokazuje że marketing to nie tylko oferta sprzedażowa, reklama i konwersja na sprzedaż ale cały ekosystem, powiązany na wielu poziomach z producentami, mediami, konsumentami. Ok, background mamy solidnie omówiony.
W pierwszych chwilach czułem się trochę zawiedziony, wiele z tych historii znałem – ale to może właśnie mój błąd w ocenie tej książki, wynikających z ładnych paru lat obserwacji rynku, czytania i pisania o nim – częściej muszę ustawiać się w roli „świeżego” czytelnika. Szkoda, że mając 15-16 lat nie trafiłem na taką książkę i wiedzy o marketingu musiałem szukać nieco po omacku, bo dla kogoś kto chce wiązać swoje życie z marketingiem, to swego rodzaju „oprowadzenie” po mieście marketingu jest bardzo istotne. Jacek oprowadza więc przez dzielnice mniej lub bardziej oddalone w historii, pokazuje szyldy takich marek jak Wedel, Blikle, polski Harods czyli Dom Braci Jabłowskich, Prusakolep, Frugo, Always, Teletombola czy… Czterej Pancerni :-)
Ciekawych miejsc w tym specyficznym „mieście” po którym oprowadza nas autor jest sporo, przejdziemy przez ważne place – kamienie milowe jak i po prostu interesujące zaułki w historii marketingu – dowiemy się kto zapłacił Pelemu aby w 1970 roku, tuż przed meczem o mistrzostwo świata odrobinę dłużej niż normalnie zawiązał na boisku sznurowadło swojego buta, jak pewien producent okularów wykorzystał wypadek w kopalni w Chile (ten, w którym 33 górników przez kilka tygodni był uwięzionych pod ziemią) czy też w jaki sposób producent pasty do zębów zwiększył sprzedaż swojego produktu. Mając takie, szerokie pojęcia o procesach marketingowych mamy też okazję zdobywać wiedzę w tej fascynującej dziedzinie nie tylko narzędziowo (5 sposobów na skuteczne kampanie mailingowe) ale sami obserwować świat, właśnie pod kątem mechanizmów, które stosują producenci, handlowcy czy agencje reklamowe.
W książce Jacek stara się odpowiedzieć na pytanie dlaczego słowo „marketing”, „marketingowiec” jest dzisiaj tak negatywnie postrzegane czy to przez pryzmat sprzedawców kołder z lam czy cudownych garnków czy też innych mistrzów manipulacji.
Prawie dwa lata temu odbyliśmy na ten temat rozmowę
W książce znajdziecie rozdział poświęcony sześciu kręgom marketingu i nie są to żadne sprzedażowe czary-mary czy definicje wymyślane przez pseudoekspertów od tanich szkoleń – to obszary gdzie pojęcie marketing występuje – ten fragment dał mi odpowiedź dlaczego ludzie zajmujący się marketingiem nie zawsze się rozumieją – funkcjonują w różnych kręgach – poziomach zastosowania marketingu. Podobnie ważną częścią tej książki są rozważania o ludziach marketingu, ich kompetencjach i sposobach zdobywania doświadczenia – 22 kluczowe kompetencje marketera pokazuje jak szeroka jest to dziedzina wiedzy i ile trzeba sobie przyswoić aby nazywać się marketerem.
Trochę o kompetencjach, zdobywaniu wiedzy dyskutowaliśmy na jednym z mediafunLAB-ów, w panelu którego Jacek Kotarbiński był jednym z uczestników.
Książka nie skupia się oczywiście tylko na historycznych opowiastkach (chociaż obowiązkowe opowieści o Tomaszu Edisonie, Michaelu Jordanie, Disneyu czy J.K Rrowling musiały się znaleźć – wrr, ile razy je już czytałem). Kiedy dochodzimy do czasów współczesnych dostajemy rozważania o marketingu w kontekście współczesnych mediów, internetu, serwisów społecznościowych – przykładów i nawiązań jest całkiem sporo, niektóre sprzed paru miesięcy, o niektórych rozpisywaliśmy się na naszych blogach poświęconych marketingowi. Zresztą parę stron również jest poświęconych blogo i vlogosferze – próby klasyfikacji blogerów czy opisania relacji marka-bloger – Ci którzy znają temat z blogowych z dyskusji czy bloga Jacka raczej jednak niczego nowego nie doświadczą.
No i wracamy do pytania. Dla kogo jest ta książka. Jeśli jesteś wiernym czytelnikiem bloga Jacka – to pewnie niekoniecznie jest to książka dla Ciebie (chyba, że się mylę, poprawcie mnie). Jeśli odkryłeś jego bloga niedawno, nie znasz Kotarbińskiego z konferencji, dyskusji, wywiadów a zajmujesz się marketingiem – z pewnością warto sięgnąć po „Sztukę rynkologii”. Również warto ją przeczytać jeśli w marketingu stawiasz pierwsze kroki – obycie z tym pojęciem, procesem jego ewolucji ułatwi ci odkryć pasję w zdobywaniu kolejnych poziomów wiedzy tej fascynującej i ciągle zmieniającej się dziedziny. Warto ją również przeczytać jeśli słowo „marketing” kojarzy Wam się negatywnie – szkoda, że motywację Jacka do napisania książki znalazłem dopiero na końcu :-) „w debacie publicznej słowo „marketing” dosięgło swoistego poziomu dna. Kiedy tarzało się w mule, piszczało i miało obłęd w oczach – podniosłem, wytarłem, pocieszyłem, przytuliłem i napisałem tę książkę.”
Hmm, tytułowa „rynkologia” nie pojawiła się w tej recenzji ani razu… a przecież w książce to pojęcie pojawia się bardzo często… nie wiem dlaczego :-)
Tytuły początkowych rozdziałów zapowiadają ciekawą zabawę słowem, którą znam z bloga Jacka – a tymczasem przez ponad 40 proc. (przepraszam, ale czytałem ją na Kindlu, nie wiem nawet ile ma stron) dostaję rozważania i wspominki o tym jak kształtował się i funkcjonuje dzisiejszy rynek marketingu. Jest to oczywiście ciekawy, długi wywód, spory rys historyczny z lepszymi i gorszymi momentami, w którym Jacek przedstawia cały proces kształtowania się świadomości pojęcia marketing, pokazuje że marketing to nie tylko oferta sprzedażowa, reklama i konwersja na sprzedaż ale cały ekosystem, powiązany na wielu poziomach z producentami, mediami, konsumentami. Ok, background mamy solidnie omówiony.
W pierwszych chwilach czułem się trochę zawiedziony, wiele z tych historii znałem – ale to może właśnie mój błąd w ocenie tej książki, wynikających z ładnych paru lat obserwacji rynku, czytania i pisania o nim – częściej muszę ustawiać się w roli „świeżego” czytelnika. Szkoda, że mając 15-16 lat nie trafiłem na taką książkę i wiedzy o marketingu musiałem szukać nieco po omacku, bo dla kogoś kto chce wiązać swoje życie z marketingiem, to swego rodzaju „oprowadzenie” po mieście marketingu jest bardzo istotne. Jacek oprowadza więc przez dzielnice mniej lub bardziej oddalone w historii, pokazuje szyldy takich marek jak Wedel, Blikle, polski Harods czyli Dom Braci Jabłowskich, Prusakolep, Frugo, Always, Teletombola czy… Czterej Pancerni :-)
Ciekawych miejsc w tym specyficznym „mieście” po którym oprowadza nas autor jest sporo, przejdziemy przez ważne place – kamienie milowe jak i po prostu interesujące zaułki w historii marketingu – dowiemy się kto zapłacił Pelemu aby w 1970 roku, tuż przed meczem o mistrzostwo świata odrobinę dłużej niż normalnie zawiązał na boisku sznurowadło swojego buta, jak pewien producent okularów wykorzystał wypadek w kopalni w Chile (ten, w którym 33 górników przez kilka tygodni był uwięzionych pod ziemią) czy też w jaki sposób producent pasty do zębów zwiększył sprzedaż swojego produktu. Mając takie, szerokie pojęcia o procesach marketingowych mamy też okazję zdobywać wiedzę w tej fascynującej dziedzinie nie tylko narzędziowo (5 sposobów na skuteczne kampanie mailingowe) ale sami obserwować świat, właśnie pod kątem mechanizmów, które stosują producenci, handlowcy czy agencje reklamowe.
W książce Jacek stara się odpowiedzieć na pytanie dlaczego słowo „marketing”, „marketingowiec” jest dzisiaj tak negatywnie postrzegane czy to przez pryzmat sprzedawców kołder z lam czy cudownych garnków czy też innych mistrzów manipulacji.
Prawie dwa lata temu odbyliśmy na ten temat rozmowę
W książce znajdziecie rozdział poświęcony sześciu kręgom marketingu i nie są to żadne sprzedażowe czary-mary czy definicje wymyślane przez pseudoekspertów od tanich szkoleń – to obszary gdzie pojęcie marketing występuje – ten fragment dał mi odpowiedź dlaczego ludzie zajmujący się marketingiem nie zawsze się rozumieją – funkcjonują w różnych kręgach – poziomach zastosowania marketingu. Podobnie ważną częścią tej książki są rozważania o ludziach marketingu, ich kompetencjach i sposobach zdobywania doświadczenia – 22 kluczowe kompetencje marketera pokazuje jak szeroka jest to dziedzina wiedzy i ile trzeba sobie przyswoić aby nazywać się marketerem.
Trochę o kompetencjach, zdobywaniu wiedzy dyskutowaliśmy na jednym z mediafunLAB-ów, w panelu którego Jacek Kotarbiński był jednym z uczestników.
Książka nie skupia się oczywiście tylko na historycznych opowiastkach (chociaż obowiązkowe opowieści o Tomaszu Edisonie, Michaelu Jordanie, Disneyu czy J.K Rrowling musiały się znaleźć – wrr, ile razy je już czytałem). Kiedy dochodzimy do czasów współczesnych dostajemy rozważania o marketingu w kontekście współczesnych mediów, internetu, serwisów społecznościowych – przykładów i nawiązań jest całkiem sporo, niektóre sprzed paru miesięcy, o niektórych rozpisywaliśmy się na naszych blogach poświęconych marketingowi. Zresztą parę stron również jest poświęconych blogo i vlogosferze – próby klasyfikacji blogerów czy opisania relacji marka-bloger – Ci którzy znają temat z blogowych z dyskusji czy bloga Jacka raczej jednak niczego nowego nie doświadczą.
No i wracamy do pytania. Dla kogo jest ta książka. Jeśli jesteś wiernym czytelnikiem bloga Jacka – to pewnie niekoniecznie jest to książka dla Ciebie (chyba, że się mylę, poprawcie mnie). Jeśli odkryłeś jego bloga niedawno, nie znasz Kotarbińskiego z konferencji, dyskusji, wywiadów a zajmujesz się marketingiem – z pewnością warto sięgnąć po „Sztukę rynkologii”. Również warto ją przeczytać jeśli w marketingu stawiasz pierwsze kroki – obycie z tym pojęciem, procesem jego ewolucji ułatwi ci odkryć pasję w zdobywaniu kolejnych poziomów wiedzy tej fascynującej i ciągle zmieniającej się dziedziny. Warto ją również przeczytać jeśli słowo „marketing” kojarzy Wam się negatywnie – szkoda, że motywację Jacka do napisania książki znalazłem dopiero na końcu :-) „w debacie publicznej słowo „marketing” dosięgło swoistego poziomu dna. Kiedy tarzało się w mule, piszczało i miało obłęd w oczach – podniosłem, wytarłem, pocieszyłem, przytuliłem i napisałem tę książkę.”
Hmm, tytułowa „rynkologia” nie pojawiła się w tej recenzji ani razu… a przecież w książce to pojęcie pojawia się bardzo często… nie wiem dlaczego :-)
blog.mediafun.pl MediaFun, 2014-01-22
Zapomnij o pieniądzach i bogać się
Bob Proctor - autor międzynarodowego bestsellera „Urodziłeś się bogaty" (Onepress 2013) - tym razem zachęca nas do... zapomnienia. Zapomnienia o pieniądzach i... bogacenia się. Przewrotne, ale intrygujące!
Zwłaszcza, jeśli na końcu tej drogi mają spełnić się nasze marzenia o zdobyciu prawdziwej fortuny. Autor książki odkrywa przed nami sekrety budowania bogactwa. Nie ma tu co prawda „złotych myśli" o tym, jak zarobić milion w miesiąc, ale otrzymujemy realistyczne strategie, pozwalające porzucić błędne wzorce myślenia na rzecz tych, które mogą przynieść realny zysk. Przygotowani na wielką zmianę, zapinamy pasy - bo to ostra jazda! - i z książką w ręku udajemy się w pełną przygód finansowych podróż, która może odmienić nasze podejście do pieniędzy.
Zwłaszcza, jeśli na końcu tej drogi mają spełnić się nasze marzenia o zdobyciu prawdziwej fortuny. Autor książki odkrywa przed nami sekrety budowania bogactwa. Nie ma tu co prawda „złotych myśli" o tym, jak zarobić milion w miesiąc, ale otrzymujemy realistyczne strategie, pozwalające porzucić błędne wzorce myślenia na rzecz tych, które mogą przynieść realny zysk. Przygotowani na wielką zmianę, zapinamy pasy - bo to ostra jazda! - i z książką w ręku udajemy się w pełną przygód finansowych podróż, która może odmienić nasze podejście do pieniędzy.
POLSKA - DZIENNIK ŁÓDZKI .N, 2014-01-20
Zarabiaj tyle, ile jesteś wart. Zmaksymalizuj swoje przychody już teraz
Książka Briana Tracy'ego z nieznoszącym sprzeciwu podtytułem „Zmaksymalizuj swoje przychody już teraz" kierowana jest do tych, którym nie odpowiada to, jak wygląda ich dotychczasowe życie, a przede wszystkim niepogodzeni są z tym, ile zarabiają. Jednak - według autora -jest tylko jedna osoba, która może to zmienić - TY. I nie ma co zwalać winy za stan swojego konta na rodziców, którzy nie dopilnowali tego byśmy do odpowiednich szkół uczęszczali i już za młodu odpowiednich ludzi poznawali. Nie ma co narzekać na typ wykształcenia, szefa, firmę, branżę, konkurencję, a tym bardziej na stan krajowej gospodarki. Trzeba wziąć pod uwagę, że przecież w Twoim otoczeniu są setki ludzi, którzy mieli takie same problemy i byli tak samo ograniczani jak TY, a teraz zarabiają dużo więcej i prowadzą lepsze życie. Pora więc - po lekturze tej książki - stanąć oko w oko z prawdą i wziąć odpowiedzialność za swoje dotychczasowe życie i zarobki. Nie odkrywając prochu, wystarczy zastosować na własny użytek praktyczne i sprawdzone strategie, metody i techniki, by zacząć zarabiać tyle, ile jesteś wart.
POLSKA - DZIENNIK ŁÓDZKI .N, 2014-01-20
Barszcz ukraiński
Pierwsza tendencja to skupianie się na polskim dziedzictwie pozostałym za wschodnią granicą. Drugi, bardzo rozpowszechniony nurt, obejmuje teksty, w których reportażyści poszukują patologii, nędzy i brudu (patrz artykuły o Ukrainie Hugo-Badera, czy też - mimo prób zaprzeczania temu - książka Ziemowita Szczerka „Przyjdzie Mordor i nas zje”).
Jeśli Pogorzelski od razu przyznaje się do tego, że nie będzie pisał o nostalgii Kresów, to początkowo wydaje się, że będzie, tak jak wielu polskich reportażystów, szukał na Ukrainie skrajności, zniekształcając realny obraz tego kraju. Może się tak wydawać po pasażu z wstępu do książki: „Jeżeli na Ukrainie mamy bogactwo, to aż bolą od niego oczy; jeżeli rock, to pełen emocji; jeżeli patriotyzm, to w skrajnym nacjonalistycznym wydaniu (…) jeżeli kobietę to porażająco piękną”. Na szczęście jest to zagranie pod publiczkę (bo chyba tego chce od wielu książek o Ukrainie wielu czytelników).
W „Barszczu ukraińskim” bowiem nie ma „hardkorowych ruskich historii” (cytat ze Szczerka). Znajdziemy tam natomiast rzetelną i lekko napisaną prezentację ukraińskich realiów – mediów, popkultury, podejścia do religii, pozycji kobiet. Autor nie jest oczywiście przy tym bezkrytyczny – nie zamyka oczu na totalną ukraińską korupcję, czy też oligarchiczny system rządów. Pogorzelski opisuje także problemy związane z postrzeganiem przez Ukraińców historii i języka (jednak nie stawiając ich na pierwszym miejscu, jak robi to niesłusznie wielu publicystów). Co ważne, w książce wybrano dobry punkt obserwacyjny. Centrum opisu w "Barszczu..." jest Kijów – miasto, gdzie dziś rzeczywiście bije serce Ukrainy. Dzięki temu możemy usłyszeć głosy ekspertów innych niż zwykle – szczególnie takich, którzy nie używają zużytego i dezaktualizującego się schematu „Lwów-Donieck, wschód-zachód.”.
Pogorzelski opisuje Ukrainę jako normalne państwo - ciekawe, mające swoją specyfikę, swoje patologie, ale i odnoszące swoje sukcesy. Dlatego też „Barszcz ukraiński” może być dobrym przewodnikiem po tym kraju, szczególnie dla osób, które dopiero zaczynają przygodę jego poznawania.
Jeśli Pogorzelski od razu przyznaje się do tego, że nie będzie pisał o nostalgii Kresów, to początkowo wydaje się, że będzie, tak jak wielu polskich reportażystów, szukał na Ukrainie skrajności, zniekształcając realny obraz tego kraju. Może się tak wydawać po pasażu z wstępu do książki: „Jeżeli na Ukrainie mamy bogactwo, to aż bolą od niego oczy; jeżeli rock, to pełen emocji; jeżeli patriotyzm, to w skrajnym nacjonalistycznym wydaniu (…) jeżeli kobietę to porażająco piękną”. Na szczęście jest to zagranie pod publiczkę (bo chyba tego chce od wielu książek o Ukrainie wielu czytelników).
W „Barszczu ukraińskim” bowiem nie ma „hardkorowych ruskich historii” (cytat ze Szczerka). Znajdziemy tam natomiast rzetelną i lekko napisaną prezentację ukraińskich realiów – mediów, popkultury, podejścia do religii, pozycji kobiet. Autor nie jest oczywiście przy tym bezkrytyczny – nie zamyka oczu na totalną ukraińską korupcję, czy też oligarchiczny system rządów. Pogorzelski opisuje także problemy związane z postrzeganiem przez Ukraińców historii i języka (jednak nie stawiając ich na pierwszym miejscu, jak robi to niesłusznie wielu publicystów). Co ważne, w książce wybrano dobry punkt obserwacyjny. Centrum opisu w "Barszczu..." jest Kijów – miasto, gdzie dziś rzeczywiście bije serce Ukrainy. Dzięki temu możemy usłyszeć głosy ekspertów innych niż zwykle – szczególnie takich, którzy nie używają zużytego i dezaktualizującego się schematu „Lwów-Donieck, wschód-zachód.”.
Pogorzelski opisuje Ukrainę jako normalne państwo - ciekawe, mające swoją specyfikę, swoje patologie, ale i odnoszące swoje sukcesy. Dlatego też „Barszcz ukraiński” może być dobrym przewodnikiem po tym kraju, szczególnie dla osób, które dopiero zaczynają przygodę jego poznawania.
porteuropa.eu Maciej Piotrowski, 2014-01-19