ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Może (morze) wróci

Jak długą drogę należy przebyć, by spełnić swoje marzenia? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna, ale w przypadku grupki pewnych dwudziestoletnich śmiałków brzmi: od Antarktydy do Alaski!

Sięgając po książkę opisującą przygodę życia grupki młodych żeglarzy nie do końca byłam pewna, czego się spodziewać. Ten typ prozy nigdy nie wzbudzał we mnie specjalnych uczuć, tym razem było jednak inaczej. Magnetyczna okładka prezentująca „Starego”, czyli jacht, na którym wybrali się w żeglugę nasi młodzi bohaterowie, ma w sobie to nieokreślone „coś”. Od samego początku wiadomo było, iż będzie to piękna opowieść o ich odważnym wyczynie. Jako najmłodsi Polacy w historii, opłynęli Amerykę Południową, a później, przez Horn, dotarli aż do Antarktydy. Po kilku latach tę historię o niezwykłej odwadze, ale też niejednokrotnie trudach, które należy pokonać, postanowiło opisać dwóch członków ekipy – Marcin Jamkowski i Jacek Wacławski. Oboje to ludzie sukcesu, bo tak mogą być określani ze względu na ich dokonania. Marcin jest m. in. niezależnym fotografem, filmowcem i dziennikarzem, współpracującymi z magazynami takimi, jak „National Geographic”, którego był też redaktorem naczelnym. Jacek poprowadził jacht na tę przeprawę, jako najmłodszy kapitan na świecie, dziś jest lekarzem kardiologii, osiągającym sukcesy także w wielu innych dziedzinach. Po skończonej lekturze coś mi mówi, że to właśnie ta „wyprawa życia”, odpowiedzialna jest za ich zdolność sięgania wyżej i wyżej, już w dorosłym życiu.

Książka „»Stary«, młodzi i morze” zawiera opis przeprawy, jakiej podjęli się ci młodzi ludzie, już od jej samych podstaw. Od pomysłu, przez zbieranie funduszy i żmudne przygotowania, aż do ekscytującej przygody. Jest to zarówno pochwała dla młodzieńczego optymizmu i ambicji, ale zarazem lekcja pokory i rezolutności. Mimo młodego wieku nasi bohaterowie nie pozwalali sobie na niepotrzebne szaleństwa czy ryzyko, co nie znaczy też, że zabrakło momentów, przy których adrenalina grała pierwsze skrzypce. Wiedzieli jednak, że nie ma miejsca na młodzieńczą głupotę podczas tak ważnej przygody, mogącej zmienić ich całe życie w ułamku sekundy. Podczas rocznej żeglugi jachtem młodzi poznawali bardzo ciekawych i zazwyczaj przyjaznych ludzi, mierzyli się ze swoimi słabościami. Weryfikowali teorię w praktyce. Uczyli się na błędach i nie poddawali podczas niepowodzeń. Cała historia jest bardzo motywująca, do tego zilustrowana pięknymi krajobrazami, przez co nawet jeśli jesteśmy typem kanapowca, zaczniemy mimowolnie puszczać wodze fantazji, zastanawiając się, co by było, gdybyśmy sami zdecydowali się na przygodę na tę skalę, czy nawet mniejszą.

Mimo bardzo wartościowych treści, przedstawionych w „»Stary«, młodzi i morze”, podczas czytania czułam spory niedosyt. Szkoda, że bohaterowie tej wyprawy, opisując ją, nie zdecydowali się skorzystać z pomocy kogoś bardziej doświadczonego w kunszcie literackim. Kogoś, kto pomógłby opisać ich wszystkie przeżycia, ubrać je w lepsze słowa, tworząc bardziej spójną treść, którą czytałoby się płynniej. Niestety, tutaj choć często przedstawione sytuacje bardzo mnie wciągały, to dość toporny język, czy brak narracji na odpowiednim poziomie, w wielu fragmentach znacznie odbierał mi przyjemność czytania, tej niezwykle ciekawej historii. Ciekawymi akcentami są fragmenty z pamiętnika kapitana i poniekąd żałuję, że większość, jeśli nawet nie całość tej historii, nie jest napisana w ten, lub bardziej sfabularyzowany, sposób.

Przy tego typu pozycji, nie sposób pominąć stron technicznych wydania, które jest absolutnie zachwycające. Piękny papier, wysokiej jakości zdjęcia, bogato ilustrujące całą wyprawę. Dodatkowo dołączono film, „W poszukiwaniu legendy”, który powstał na pokładzie „Starego”, podczas drugiej wyprawy. Ten niecodzienny dodatek do książki, jest bardzo ciekawym pomysłem, pozwalającym jeszcze raz przeżyć, wraz z ekipą jachtu, tą wspaniałą przygodę.

Choć nie obyło się bez minusów, to „»Stary«, młodzi i morze” jest niewątpliwie ciekawą lekturą, bardzo motywującą i optymistyczną. Idealna pozycja dla młodzieży, ludzi szukających aspiracji, czy pragnących zmiany w swoim życiu. Ekipa tych nieustraszonych dwudziestolatków udowadnia, że chęci i konsekwencja w swoich działaniach są kluczem do gwarantowanego sukcesu.
dlaLejdis.pl Joanna Złomańczuk, 2014-02-09

Everest. Góra Gór

Słyszeliście kiedyś o największej górze świata? Mowa tutaj oczywiście o Mount Everest, znanym także jako Czomolungma, Qomolangma lub Sagarmatha. Jest najwyższym szczytem Ziemi, ośmiotysięcznikiem położonym w Himalajach Wysokich, na granicy Nepalu i Chińskiej Republiki Ludowej. Znany przede wszystkim z tego, że tylko nielicznym udaje się ją zdobyć. A teraz pomyślmy o ludziach którzy mają marzenia i dążą do ich spełnienia. Dzięki tym dwóm aspektom powstała książka Moniki Witkowskiej pt. „Everest. Góra Gór". Autorka nie pisze o niej tylko dlatego, że owa góra jest jej marzeniem. Ona spełniła swoje marzenie i około pięćdziesiątego dnia swojej wyprawy jako trzydziesta ósma osoba pochodząca z Polski, a dziesiąta Polka ( licząc od 1978r.) zdobyła szczyt. Całą swoją opowieść o marzeniach, dążeniu do celu i wyprawie opisała w tej wspaniałej książce. Jestem miłośniczką gór, tak więc kiedy zobaczyłam sam tytuł „Everest. Góra Gór" wiedziałam, że muszę mieć tę pozycję!

Monika Witkowska to zapalona podróżniczka, która odwiedziła ponad 130 krajów na wszystkich kontynentach. Jest miłośniczką gór, nurkowania i sportów powietrznych, jednak jej hobby to przede wszystkim żeglarstwo - posiada stopień jachtowego sternika morskiego. Jak na razie jej najdłuższą eskapadą był półroczny rejs przez Ocean Spokojny, Kanał Panamski i Atlantyk na "Zawiszy Czarnym". Za największe swoje osiągnięcie żeglarskie uważa opłynięcie przylądka Horn na jachcie "Stary".

Z zawodu jest dziennikarką - pisze m.in. dla "National Geographic", "Voyage", "Obieżyświata", "Podróży", "Twojego Stylu", "Rzeczpospolitej" i "Gazety Wyborczej". Jest także autorką kilku przewodników oraz książek globtroterskich.

Jak widać, pani Monika to bardzo ciekawa postać. Z perspektywy książki uważam, że jest bardzo inteligentną, miłą, pozytywną, pomocną i przyjazną osobą! Już na początku utworu bardzo ją polubiłam. Przyczyniło się do tego wiele czynników, ale między innymi prosty język, który dobrze przemawia do czytelnika i sposób, w jaki się do niego zwraca. Muszę zaznaczyć też, że jest osobą skromną. Nie mówi o sobie jako o himalaistce, co bardzo mnie zaskoczyło, ale jako osobie, która po prostu się wspina i kocha góry. Na początku „Everest. Góry Gór" opisuje skąd wzięło się jej zamiłowanie do gór oraz różnych niebezpiecznych sportów. Opowiada także o swoim zawodzie, czym zajmowała się w przeszłości i jakie ma plany na przyszłość.

Autorka przybliża czytelnikowi dokładna wędrówkę do zdobycia szczytu świata. Począwszy od postanowienia, że wybiera się na Everest, poprzez zdobycia obozów, szczytu, aż do zakończenia wyprawy. Ogólny wygląd zdobycia góry można zobaczyć na jednej z pierwszych ilustracji, która znajdują się tuż za notka o autorce. Przedstawia rysunek Dachu Świata i punkty, którymi należy się kierować, by móc podziwiać z jego szczytu świat. Wszystkie szczegółowe informacje natomiast opisuje w książce. Dodatkowo, na każdej stronie przedstawione są autentyczne zdjęcia gór, w których przebywała pani Monika. W sumie, to nie tylko gór. Znajdują się na nich różne ciekawe rzeczy, które kobieta widziała podczas swojej wyprawy. Byli to między innymi ludzie zamieszkujący tamte tereny, zwierzęta, wspinacze, a przede wszystkim przyroda.

Stwierdzam z pełnym przekonaniem, że przez całą książkę czytelnikowi nic nie było obce. Autorka dzieliła się z nami absolutnie wszystkim! Przedstawiła swoich znajomych z ekipy, ludzi, których poznawała po drodze (a było ich wielu), ekwipunkiem, jaki zabierała w drogę, sposoby na aklimatyzację i wiele innych. Podczas czytania dowiedziałam się wielu nowych informacji na temat zdobywania gór. Co kilka stron pojawiały się kartki z czerwonymi marginesami, na których napisane były różne ciekawostki dotyczące podróży autorki lub samych Himalajów. Opowiadała też między innymi, jaki sprzęt jest najlepszy w takie wędrówki, jak długo w ogóle trwa taka wyprawa i co się podczas niej dzieje. Jak się okazuje, atmosfera w Himalajach jest bardzo zróżnicowana. Pewnego dnia ludzie cieszą się, że grupie udało się zdobyć szczyt, a drugiego dowiadują się, że zmarł młody człowiek... Autorka opowiada nam wiele historii, o których się dowiedziała podczas pobytu w tym niecodziennym miejscu. Przybliża także codzienne życie himalaistów, które, jak się przekonałam nie należy do tych najprostszych. Mówi o sposobach radzenia sobie z aklimatyzacją, myciem, a także jedzeniem. Jak się okazuje, to sama wyprawa jest bardzo kosztowna. Potrzebne jest nawet pozwolenie do wspinania się po Himalajach.

Książka daje wiele do myślenia. Między innymi pokazuje jak niebezpieczne mogą być nasze pasje. Być może brzmi to niecodziennie, ale tak właśnie jest. Wielokrotnie autorka wspominała o ofiarach, które pojawiały się co kilka dni przy zdobywaniu ośmiotysięczników. To może spotkać każdego, jak sama przyznała. Nie ważne czy ktoś ma najlepszy ekwipunek, czy może ten gorszy – choroba wysokościowa może przydarzyć się każdemu. Równie dobrze może pojawić się lawina, czy inny przykry przypadek. Ludzie umierają także z wycieńczenia. Podczas czytania spotkałam się ze zdaniem „usiadł i po prostu zmarł". „Everest. Góra Gór" to nie tylko opowieść o zdobywaniu Dachu Świata, ale także przypomnienie, jak kruche jest ludzkie życie. Pani Monice nie było obojętne zachowanie wobec grupy, a także innych wspinaczy. Jestem pewna, że gdyby zdarzyło się coś złego jednemu z jej przyjaciół, to pierwsza pobiegłaby mu z pomocą. Muszę zaznaczyć, że przeżywała każdą ofiarę.

Ogromnie podoba mi się zakończenie utworu. Autorka wspomina w nim o Evereście, który tak naprawdę ma każdy z nas. Nie chcę spolerować, tak więc dowiecie się o nim czytając epilog.

Książkę polecam przede wszystkim miłośnikom gór – tym doświadczonym i mniej. Lektura ta jest wspaniałą przygodą, jaką przeżywa czytelnik wraz z autorką podróżując po szczycie Dachu Świata. Tym, którzy mają w planach zdobycie Everestu przyda się ten poradnik. Dowiecie się jaki ekwipunek będzie najlepszy w Waszym przypadku, jakie koszta będziecie musieli ponieść oraz jakich ludzi możecie spotkać na swojej drodze. Autorka przybliży Wam trasę, którą będziecie mieli do pokonania, opowie o niebezpieczeństwach ale także o radości, jaka spotka Was na szczycie. Poznacie wiele ciekawostek, statystyk oraz sławnych Himalaistów, o których będzie mowa.
Sztukater.pl Anath

Kamyki w brzuchu

Dziecięca zazdrość. O starszego brata, o młodszą siostrę. O to, że on ma, a ja nie. O to, że jej wolno, a mnie nie pozwalają. O zbyt długi uścisk mamy, zbyt wiele uwagi taty. O wszystko. Nasz bohater nie ma wprawdzie rodzeństwa, ale nie wychowuje się sam. Jego rodzice co rusz przygarniają innych chłopców, tworząc dla nich rodzinę zastępczą.

"Pamiętam Marcusa. Przez niego przesiedziałem dwie godziny na drzewie. Pamiętam złego Marcusa, który podkładał pod dywan w moim pokoju pinezki szpicem do góry"[1].

Obecnie zamiast Marcusa jest Robert.

"Moja Mama mówi o sobie, że jest szczególnie dobra i właśnie dlatego bierze na wychowanie dzieci, których matki i ojcowie nie są tak dobrzy albo walczą ze sobą, chociaż głęboko w środku są dobrymi ludźmi"[2].

Robert ma złych rodziców. I dwanaście lat, prawie trzynaście. Może więc siedzieć z przodu samochodu. Później chodzić spać. Robert lubi chmury. Jest grzeczniejszy, bardziej dojrzały, właściwie niemal dorosły. W odczuciu małego bohatera, nowy lokator jest dla niego zagrożeniem. Jakby to on był rodzonym synem Mamy, jakby to jego kochała bardziej.

Akcja poruszającej powieści Jona Bauera "Kamyki w brzuchu" toczy się dwutorowo. Dorosły mężczyzna wraca do swego rodzinnego domu, by zaopiekować się matką. Chora na raka mózgu kobieta niknie w oczach, ledwie mówi, wymaga stałej kontroli. Powrót do niej to także powrót do wspomnień, nie najlepszych, nie najpiękniejszych. Żal syna do matki jest wyraźny. Chłopiec mógłby mieć takie szczęśliwe dzieciństwo, gdyby to na nim skupiła się cała uwaga rodziców, gdyby nie musiał się dzielić ich miłością z dziećmi, które przewijały się przez ich dom. "Kiedy pojawiają się dzieci, wszystko psują. Mama i Tata strasznie się dla nich starają, a one prawie nigdy nie są wdzięczne, prawie nigdy nie odwzajemniają miłości. A ja kocham Mamę i Tatę i jestem im wdzięczny, więc nie rozumiem, dlaczego po prostu nie przestaną wpuszczać do domu niemiłych ludzi"[3]. Poznajemy więc zarówno teraźniejszość (zmagania z chorobą matki i wspomnieniami), jak i przeszłość (nierówna walka z zazdrością i poczuciem osamotnienia) bohatera.

Zazdrość pojawia się od pierwszych chwil, od momentu, w którym Robert przekroczył próg domu. Towarzyszyła jej nienawiść. "Jego nienawidzę najbardziej. A jeszcze bardziej nienawidzę jego rodziców za to, że byli źli, bo gdyby byli dobrzy, tak jak moja Mama, to nie musiałbym się nią dzielić"[4]. Mimo upływu czasu, negatywne emocje nie znikają. Będą towarzyszyć bohaterowi także jako dorosłemu mężczyźnie i nie znikną nawet wtedy, gdy Roberta już nie będzie. Agresję wzbudza w nim wszystko to, co przywołuje obrazy z dzieciństwa. Wyładowuje się na matce, na obcym mężczyźnie, demoluje studio, w którym przed laty fotograf próbował uwiecznić rodzinne szczęście. Poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, żal, złość, nienawiść - taka kumulacja negatywnych uczuć ma niesamowitą siłę niszczącą. Emocje, przez wiele lat przechowywane w sercu i pamięci, znajdują ujście. Ze wspomnień wyłania się dramatyczna historia. Co jeszcze wydarzyło się przed dwudziestoma laty, że bohater wciąż nie potrafi uporać się z przeszłością?


Nie lubisz reklam? Chcesz pomóc BiblioNETce?
Zostañ naszym opiekunem!

"Kamyki w brzuchu" to jedna z tych historii, które emocjonalnym ładunkiem uderzają w przeponę czytelnika, odbierając mu oddech. Ośmiolatek, spragniony całej uwagi rodziców, nie potrafi sobie poradzić z zazdrością, z obecnością w domu "konkurenta". Niejednokrotnie podkreśla, że sam czuje się jak przybrane dziecko, jakby to on był tym dodatkowym lokatorem, na dodatek niechcianym. Ileż w tym chłopcu żalu, złości! Ile myśli, które wzbudzają niepokój. Ile smutku. Paczki z podarkami urodzinowymi dla Roberta wydają mu się zbyt wielkie jak "na siatkę z prezentami dla kogoś, kto nawet nie jest ich synem"[5]. "Jeśli się tego wystarczająco pragnie można ukraść życzenie urodzinowe osobie, która zdmuchuje świeczki. Życzę sobie w myślach, żeby Robert umarł"[6]. Przechodzą mnie dreszcze. Jak bardzo trzeba czuć się samotnym, odrzuconym, by dopuścić do siebie takie myśli? Osamotny - mówi o sobie chłopiec. Po latach nie jest już taki pewny, czy rodzice faktycznie go zaniedbywali, czy też to niczym nieuzasadniona zazdrość była (i jest!) powodem frustracji. Wciąż jednak jest samotny, nie potrafi stworzyć trwałej relacji z innymi ludźmi.

Mały, a później już całkiem dorosły narrator opowiada swoją historię niezwykle przejmująco. Jego emocje się udzielają, niepokój czytelnika rośnie tym bardziej, im więcej bohater zdradza ze swej przeszłości.

Gdy zamyka się tę książkę, wszędzie zapada cisza. Nawet mucha nie bzyczy, wcale nie dlatego, że jesień, że chłodno, więc niemrawo porusza się po parapecie. Powieść Jona Bauera to emocjonalny nokaut, to powieść brutalnie szczera, boleśnie prawdziwa. Po jej odłożeniu każdy dźwięk wydaje się nie na miejscu. Cisza zapewnia odpowiednie tło do rozmyślań. A jest o czym myśleć, to pewne. Autor postawił bohaterów w niezwykle trudnej sytuacji. Małżeństwo chce pomóc dzieciom z trudnych rodzin, zapewnić im dach nad głową, odrobinę czułości, uwagi, dać poczucie bezpieczeństwa, pomóc w miarę bezboleśnie przejść przez dzieciństwo, przygotować do dorosłego życia. To piękne i godne podziwu. Z drugiej strony jest jednak mały chłopiec, który nie rozumie, dlaczego obcy dzieciak skupia na sobie uwagę JEGO mamy, JEGO taty. Może to zwykła dziecięca zazdrość, silniejsza, niż gdyby "ten drugi" był rodzonym bratem, co usprawiedliwiałoby zainteresowanie nim rodziców, a może faktycznie opiekunowie za bardzo starali się stworzyć rodzinę dla przygarniętego chłopca, zaniedbując przy tym własnego syna?

Nie znam odpowiedzi i nie potrafię ocenić bohaterów. Wiem natomiast jedno: "Kamyki w brzuchu" Jona Bauera to przejmująca historia, wspaniały wgląd w dziecięcą psychikę, powieść, która gwarantuje intensywność przeżyć. Nie da się potraktować jej obojętnie. Po takim nokaucie czytelnik łatwo się nie podniesie.

"Nie wiem co jest prawdą: ich zaniedbanie czy moja zazdrość. Co faktycznie miało miejsce? Czy tylko moja zazdrość, czy również zaniedbanie?"[7]
BiblioNETka.pl AnnRK

Lifehacker. Jak żyć i pracować z głową. Wydanie III

Czujesz, że jesteś mało produktywny? Że tracisz czas – a właściwie nie tyle tracisz, co źle organizujesz, a on Ci ucieka przez palce? Masz dłuuugą listę to-do, ale nie ma kiedy jej wykonywać? Marzysz o inbox-zero i całkowicie czystej skrzynce odbiorczej swojego maila? Pewnie tak. Ale… jak wygodnie i sprawnie ułatwić sobie funkcjonowanie?

Za pomocą lifehacków. Innymi słowy – prostych „sztuczek”, działań, które pomogą usprawnić różne czynności, przyspieszyć ich wykonywanie bądź pomogą nam się zorganizować. Począwszy od ogarnięcia stert papierów na biurku w porządny system korespondencji i materiałów, poprzez zrobienie małymi kroczkami porządku na mailu (zwłaszcza z niechcianym spamem), nie zapominając o zblokowaniu sobie witryn będących pożeraczami czasu (Kwejki, Demotywatory i inne tego typu, na które zaglądamy, choć właściwie nie mamy konkretnego powodu).

„Lifehacker. Jak żyć i pracować z głową. Wydanie III” to książka, której nie trzeba czytać od deski do deski. Można otworzyć ją w dowolnym, interesującym nas miejscu i zaznajomić się tylko i wyłącznie z lekturą tematu, który nas dotyczy – jak np. porządek na mailu. Dzięki temu każdy, nawet już uznający swoje życie za poukładane, może czerpać z tej publikacji pełnymi garściami, jeszcze bardziej udoskonalając i „hakując” własne życie.

Napisana w przystępny sposób pozwala dotrzeć do każdego. Do mnie, do Ciebie, do Ciebie też! ;) Polecam :)
3telnik.pl Przemek, 2014-02-04

Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg

Nicholas Carr ostrzega: internet niszczy pamięć, zmniejsza nasze zdolności poznawcze, ogranicza koncentrację i zniechęca do refleksji. A to dopiero początek. Kiedy Google stworzy sztuczną inteligencję, będziemy niepotrzebni, a kultura umrze.

Autorem artykułu „Czy Google nas ogłupia?”, który ukazał się w Atlantic Monthly w 2008 roku, był Nicholas Carr, dziennikarz, publicysta, redaktor Harvard Business Review, guru technologii, który spróbował – opierając się na dość wątłych wówczas przesłankach naukowych - ocenić, jak zmienia się mózg człowieka pod wpływem uporczywego korzystania z Internetu. Tekst wywołał wiele dyskusji i stał się punktem wyjścia do książki „Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg”, której polskie wydanie właśnie ukazało się nakładem wydawnictwa Helion – One press.

Rzecz jest tyleż ciekawa, co momentami przerażająca. Zaledwie jedna czwarta, może jedna trzecia książki poświęcona jest tytułowemu zagadnieniu, reszta to rozważania na temat kultury słowa, druku, zmian cywilizacyjnych, sztucznej inteligencji i wielu innych tematów, po których Carr porusza się zręcznie i ciekawie.

Jego główne przesłanie to: Internet ma negatywny wpływ na nasze zdolności poznawcze, zmniejsza koncentrację i zdolność do refleksji. Carr opisuje dowody naukowe na potwierdzenie tej tezy, ale co najmniej równie przekonywujące jest doświadczenie czytelnika, który zapewne ma podobne wrażenie, że im więcej korzysta z internetu, tym bardziej rosną jego kłopoty z koncentracją, źle mu się czyta dłuższe teksty i w ogóle jakby się stał nieco mniej refleksyjny...

Nicholas Carr też ma trochę kłopotów z koncentracją… na tytułowym temacie. Popatrzmy bowiem na kolejne rozdziały książki. Zaczyna się wstępem z nawiązaniem do Mc Luhana (lata 60. XX wieku) i przejęcia władzy nad człowiekiem przez ówczesne media elektroniczne – telefon, radio, telewizję i kino. Teraz oczywiście władzę przejął komputer - bardzo ładna jest pointa wstępu: „Ekran komputera (…) jest naszym sługą – tak bardzo uniżonym, że nietaktem byłoby wspomnieć, że jest także naszym władcą”. Pierwszy rozdział zaczyna się od do dziś poruszającej sceny z „Odysei kosmicznej 2001” śmierci superkomputera Hal, któremu bohater filmu Bowman metodycznie odłącza kolejne obwody. „Dave, mój umysł błądzi” – mówi HAL z rozpaczą - „Czuję to, czuję”. „Ja też to czuję - przerywa Carr. Od kilku lat mam nieprzyjemne wrażenie, że ktoś (lub coś) majstruje przy moim mózgu”.

I nie tylko on ma takie odczucia. Rozdział wypełniają opowieści naukowców i intelektualistów, którzy mają samoświadomość, jak internet zmienia ich zachowania i sposób myślenia. Drugi rozdział zaczyna się od Fryderyka Nietschego, który tracił wzrok, i jego zdolność do pracy uratował wynalazek maszyny do pisania, jednakże maszyna zmieniła też jego sposób pisania. W tym samym rozdziale mamy także wykład na temat historii badań mózgu i koncepcji jego funkcjonowania, a przede wszystkim na temat plastyczności mózgu, czyli zmian pod wpływem otoczenia, w reakcji na nasze doświadczenia i zachowania.

Potem mamy rozdział o naszych zdolnościach poznawczych i dojrzewaniu intelektualnym, które przebiega według tego samego scenariusza, jak kiedyś uczono się tworzyć mapy. Mapa nie tylko informuje, ale jest też wyrazem sposobu myślenia i widzenia. Dalej - zegar i pomiar czasu, który zmienił postrzeganie samych siebie. Mapa i zegar to technologie intelektualne – jak pisze Carr – narzędzia, którymi posługujemy się, aby zwiększać lub wspierać nasze władze umysłowe. W tej kategorii znajduje się i suwak logarytmiczny, i maszyna do pisania, książka i gazeta, a także komputer i internet.

W dalszej części książki mamy fragment o tym jak mózg człowieka, który umie czytać i pisać różni się od mózgu analfabety i opowieść o historii czytania i pisania. Dzięki temu w czwartym rozdziale autor pisze z kolei o historii książki, i o tym jak zmieniła kulturę oralną w kulturę słowa pisanego i jaki był w tym udział wynalazku druku.

Carr, ma szerokie spojrzenie i sięga głęboko w przeszłość. Ma też oryginalne skojarzenia i po prostu ciekawie opisuje wydawałoby się dość powszechnie znane wydarzenia i ludzi. Te stare historie są co najmniej równie ciekawe i wciągające jak rozdziały bardziej nam współczesne, na przykład na temat wpływu komputerów i internetu, blogów czy mediów społecznościowych na stare media, rynek książki, ale i styl pisania i komunikacji.

Na 145 stronie zaczyna się rozdział pt. „Mózg żonglera” – ten który miał być całą książką, o tym jak internet zmienia mózg i jakie są wyniki badań na ten temat. A także o tym jak przestajemy czytać, a tylko wybiórczo poszukujemy informacji, przebiegamy teksty i strony internetowe. „To przebieganie – konstatuje Carr - które niegdyś stanowiło środek do osiągnięcia celu oraz sposób wychwycenia informacji wymagających głębszej analizy – staje się celem samym w sobie, naszym ulubionym sposobem zbierania różnego rodzaju informacji i ich interpretowania”. Ale może coś dostajemy w zamian? Jest mało dowodów empirycznych, ale są, że sposób korzystania z internetu wzmacnia te funkcje mózgu, które wiążą się z określonego typu „szybkimi ścieżkami” rozwiazywania problemów, zwłaszcza dotyczących dostrzegania powtarzalnych wzorców w gąszczu danych. Być może wzrastają nieznacznie zdolności naszej pamięci roboczej. Być może stajemy się bardziej wielozadaniowi – a taki jest Internet ze swoimi linkami, twitterami, rss-ami itd. Jednak jest pewne, że „zdolność wykonywania szeregu czynności naraz działa w istocie na szkodę naszej kreatywności i naszej zdolności do głębokiej refleksji”.

Naukowiec Michael Merzenich stawia jeszcze bardziej przygnębiającą diagnozę – pisze Carr. - Gdy wykonujemy on-line wiele zadań naraz „ćwiczymy nasz mózg, aby zwracał uwagę na bzdety”. Konsekwencje tego procesu dla naszego życia intelektualnego mogą się okazać „śmiertelne”. Zdaniem Carra sieć ułatwia nam osiąganie bieżących celów dzięki bogactwie informacji, ale pomniejsza „zdolność do konstruowania we własnym umyśle licznych i niepowtarzalnych połączeń, z których wyrasta wyjątkowa inteligencja”.

Następny rozdział - „Świątynia Google” – poświęcony jest tayloryzmowi (od tego samego Taylora, który badał czas wykonywania operacji i zautomatyzował pracę robotników) jaki wyszukiwarka zaprowadza w pracy umysłu robiąc wszystko, by zwiększyć wydajność procesu wymiany informacji. Praca informatyków Google jest przykładem zastosowania taylorowskiego podejścia do zarządzania i organizacji pracy w przemyśle wiedzy – konstatuje autor.

Ale to jeszcze nie wszystko. Google w istocie dąży - i nie ukrywa tego - do zaprojektowania i wyprodukowania sztucznej inteligencji. Frapująca powieść o tej firmie wydała mi się w książce najbardziej przerażająca, bardziej niż nieszczęsne zmiany w mózgu, jakie wprowadza internet. Kilka cytatów z wypowiedzi Larry Page’a i Sergieya Brina przyprawia o dreszcze, podobnie jak podsumowanie Carra. „Ich proste założenie - pisze Carr - że byłoby nam wszystkim lepiej gdyby nasze mózgi były wspierane, a nawet zastępowane przez sztuczną inteligencję, jest równie niepokojące, co wymowne. Podkreśla bowiem wytrwałość i upór, z jakimi Google trzyma się swojego taylorowskiego przekonania, że inteligencja stanowi rezultat mechanicznych procesów, serii poszczególnych kroków, które można wyodrębnić, zmierzyć i zoptymalizować”.

Za szczególnie ciekawą można uznać na przykład cytowaną przez Carra relację wnikliwego obserwatora z siedziby Google – Googleplex: „Panująca tam przytulna atmosfera była niemal przytłaczająca. Radosne golden retrievery skakały powoli przez wodę tryskającą ze zraszaczy na trawnikach. Ludzie machali do siebie i się uśmiechali. Wszędzie leżały jakieś zabawki. Nagle zacząłem podejrzewać, że jakieś niewyobrażalne zło czai się gdzieś w ciemnych zakamarkach. Jeżeli sam szatan miałby przyjść na ziemię, jakie lepsze miejsce mógłby sobie wybrać jako kryjówkę?”.

Kolejny rozdział - poświęcony naszej pamięci i zastępowaniu jej przez sieć, też kończy się dość ponuro: „Kultura jest czymś więcej niż tylko zbiorem tego co Google określa mianem „światowe zasoby informacji”. Jest czymś więcej niż to, co da się zredukować do kodu dwójkowego i załadować do sieci. Kultura aby żyć, musi być bezustannie odnawiana w umysłach przedstawicieli każdego pokolenia. Jeśli wydobędziemy pamięć z własnego wnętrza i przekażemy na zewnątrz, to nasza kultura umrze”.

Tak jak dyskusja po artykule w „Atlantic monthly” była bardzo ożywiona i pełna kontrowersji, tak i recenzje książki są mocno mieszane, choć negatywnych jest znacznie mniej. Zarzut, który warto poważnie potraktować, dotyczy generalizacji we wnioskach. „Tymczasem nasze podporządkowanie internetowi czy komputerom jest pewnym wyborem” – pisał jeden z recenzentów. Ktoś inny złośliwie dodał: „nie mogę się zdecydować, czy nie mogę się skoncentrować na tej książce dlatego, że internet tak zmienił mój mózg, czy dlatego, że argumenty autora po prostu nie są spójne. Biorąc pod uwagę, że przy ostatnio przeczytanych dwóch książkach non-fiction nie miałem problemów z koncentracją – chyba to drugie”. Oby krytyk miał rację, ale chyba nie ma.

Książka Carra ma dwie pointy. Pierwsza dotyczy - jak i początek – „Odysei kosmicznej 2001”. Najbardziej ludzki jest w niej komputer HAL, ludzie zaś upodobnili się do maszyn. „Jest to istota mrocznego proroctwa Kubricka” – pisze autor. Drugą pointę stanowi ostatni rozdzialik „Literatura uzupełniająca”. „Książka ta dotyka wielu tematów. Czytelnikowi, który chciałby bliżej się z nimi zapoznać, polecam poniższe książki”, po czym następuje lista około 50 pozycji. Czy ktoś je przeczyta?

Cóż, ja książkę Carra czytałem chyba ze trzy tygodnie. Ciągle mi coś przeszkadzało.
Portal Edukacji Ekonomicznej Piotr Aleksandrowicz, 2014-02-04