ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Książeczka minimalisty. Prosty przewodnik szczęśliwego człowieka

Ta książka była po części jak objawienie. Przeczytałam to, co od dawna podejrzewałam i nie chciałam dopuścić do siebie. Bo: jeśli zdecyduję się być jeszcze bardziej minimalna, będę zmuszona wywalić pół mieszkania, pozbyć się wszystkich pięknych koszyków, kuferków i innych bibelotów, które owszem – są piękne, ale tak samo jak piękne, są też niepotrzebne. Że będzie za mało, za ascetycznie i idąc na całość: że nie zostanie mi nic.

A zaraz potem mnie olśniło.

Zostanie. I to dużo. To, co najważniejsze.

Normalne, że każdy się boi. Bo do rzeczy łatwo jest się przyzwyczaić, nawet jeśli stoją i zbierają kurz. Ale są. Przypominają o pewnych rzeczach, są sentymentalne, z czymś się kojarzą. Albo tak już wkomponowały się w codzienny widok, że żal wyrzucać.

Błąd, rzeczy warto wyrzucać. Miesiąc temu wywaliłam całą zawartość mojej szafy. Do worków na śmieci wpakowałam połowę jej zawartości. Nie chciałam ich wynosić na śmietnik – wolę oddać ubrania komuś, komu są potrzebne, na kogo pasują, rozdać znajomym. Po tygodniu smętnego widoku i zawalonego przedpokoju dałam sobie spokój. Wyniosłam wszystkie worki. Psuły mi spokój. To samo zrobiłam później z kuchnią: akcesoriami do stylizacji zdjęć, których nigdy w życiu nie użyłam (i nie użyję), przedmiotów pochowanych w pudłach, które od kilku lat nie widziały światła dziennego, nadmiarem sztućców, miskami, talerzami, podwójnymi cukiernicami (osobne cukierniczki do białego i brązowego cukru to bzdura), łopatkami do nabierania sałaty w kształcie słońca i chmurki, potrójnymi nożyczkami do cięcia ziół (w życiu nie używałam bardziej beznadziejnego gadżetu kuchennego). Z gazet powyrywałam tylko te przepisy, które mam zamiar wypróbować w ciągu najbliższego tygodnia. Farby arylowe w spray’u do pomalowania własnoręcznie zrobionej, turkusowej (w zamierzeniu) patery – out. I tak jej nigdy nie zrobię. Nie używam pater. Już prędzej kupię gotową, choć też nie wiem, na jaką okazję. Do kosza, do kosza, do kosza.

Dopiero później w ręce wpadła mi „Książeczka minimalisty”. I zrozumiałam, że moje porządki były tylko początkiem. Zmiana zaczyna się, przebiega i trwa głównie w głowie. Chodzi o nastawienie – eliminowanie rzeczy materialnych, żeby zrobić miejsce na przestrzeń, swobodę i poczucie, że nic mnie nie przytłacza i nie jest niepotrzebne. O skupienie się na działaniu, a nie na posiadaniu. Na kolekcjonowaniu doświadczeń, miłych chwil i niezapomnianych przeżyć zamiast na zbieraniu miliona ozdób, które ostatecznie zawsze lądują na a) regale, b) stoliku nocnym, c) komodzie. Nie, nigdy się nie przydadzą i zawsze będą wyglądały tak samo beznadziejnie.

Leo Babauta zwrócił jeszcze uwagę na jedną fajną rzecz: na planowanie. Chodzi nie tylko o posiadanie różnych rzeczy, ale też o organizowanie swojego czasu i podejście do swoich zobowiązań. Pomyślicie, że facet chyba upadł na głowę albo jest starzejącym się kawalerem. Nic z tych rzeczy: ma szóstkę dzieci, ogromny dom i żonę, która bynajmniej nie jest ascetyczną materialistką. Upraszczając swój grafik i – mówiąc już najbardziej wprost – wywalając z niego nadmiar rzeczy, zaczyna zwracać się uwagę na swoje prawdziwe potrzeby, zaczyna się robić to, co naprawdę się kocha. Jednocześnie normalnie pracując i zarabiając na utrzymanie.

Jednak nie przemawiają do mnie w ogóle rozdziały o minimalnym jedzeniu, minimalnym fitnessie i całkowitym wyeliminowaniu ze swojego użytku papieru.

Po kolei. Jedzenie. Rada autora jest prosta: jeść mniej. OK. I na tym może warto by było poprzestać. A tu jak na złość rozpęd: jedzmy mało, nieprzetworzone, a najlepiej surowe i niemięso. Winszuję, ale u mnie ten pomysł odpada. Za to świetnie sprawdzają się małe porcje i dobra jakość produktów. Zresztą nigdy nie wyobrażałam sobie zamieniać jakości na ilość, nie w kwestii jedzenia.

Druga sprawa – minimalny fitness. Zamiast ćwiczyć codziennie po godzinie lub dwóch można ćwiczyć raz w tygodniu po 15-20 minut, za to intensywnie. To teza autora, nie moja. Z całym szacunkiem, w ten sposób można co najwyżej nabawić się skurczu w nodze. Mam osobistego trenera w domu, mniej więcej orientuję się, na czym polega regularne ćwiczenie i jakie korzyści za sobą niesie. Owszem, każdy ruch jest ważny i potrzebny, nawet jeśli jest to szaleńczy bieg do autobusu raz na ruski rok. Ale w kwestii minimalnego fitnessu trochę się z Babautą rozmijamy.

I wreszcie sprawa papieru. Mogę niczego nie trzymać, ale regał z książkami muszę mieć. A nawet trzy, na których książki i tak już przestają się mieścić, więc pewnie za niedługo będzie czwarty. Nie potrafię zbierać zdjęć na CD i DVD, przepisy w zakładkach mi giną, nie pamiętam, do którego folderu wsadziłam ważną fakturę albo umowę, którą muszę odszukać na wczoraj. Nie potrafię notować kluczowych spraw w Wordzie, muszę mieć notes i milion kartek na zapiski. Nie prowadzę dziennika w sieci, tylko w zeszycie.

Podsumowując: pierwszą połową książki się zachwyciłam, drugą nieco rozczarowałam. Rozumiem też, że autor to mężczyzna, któremu do szczęścia potrzeba dwóch podkoszulków, jednych krótkich i jednych długich spodni oraz pary sportowych butów. Mnie nie. No po prostu… nie. Kobiety mają inne potrzeby i sam Babauta szczerze przyznaje przy końcu, że w pewnych kwestiach jest bezradny i nie rozumie na przykład, do czego jego żonie służy cała sterta kosmetyków, które stoją na półce w łazience.
bookmeacookie.blogspot.com 2014-07-30

Książeczka minimalisty. Prosty przewodnik szczęśliwego człowieka

Coraz częściej mylimy słowa mieć i być. Mamy, ale też chcemy mieć więcej i więcej. Nie liczy się jakość, lecz ilość. Taką presję wywiera na nas współczesny konsumpcjonizm. Posiadanie mniej jest prawie równoważne z byciem gorszym czy niezaradnym. Wyobraź sobie jednak, że zamiast nabywać rzeczy zaczniesz je wyrzucać. Czy robi ci się słabo na samą myśl o takim marnotrawstwie? W Książeczce Minimalisty Leo Babauta przedstawia filozofię, która na pierwszy rzut oka nie ma szans na przetrwanie w obecnych czasach. Uważaj jednak, bo po jej przeczytaniu możesz całkowicie zmienić podejście do posiadania rzeczy. Czy rzeczywiście mniej znaczy więcej?

Książeczka Minimalisty, jak sama nazwa wskazuje jest pozycją niewielką pod względem objętości, ale bogatą w aspekcie treści. Jej celem jest przedstawienie zasad minimalizmu i zastosowanie ich w różnych obszarach życia. Autor proponuje nam sposoby walki z bałaganem, przedstawia wskazówki urządzania mieszkania oraz miejsca pracy. Przekonuje, że wiele niepotrzebnych dokumentów, ale też pamiątek da się przenieść do przestrzeni wirtualnej. Jego minimalizm nie kończy się jednak na samym posiadaniu - jest filozofią, która dotyka wielu czynności, takich jak podróżowanie, ubieranie się, higiena osobista, aktywność fizyczna czy odżywianie. Leo Babauta porusza także temat dzieci oraz bliskich, którzy mogą być przeszkodą na drodze do minimalistycznego życia. Na końcu przedstawia często zadawane pytania i stara się na nie odpowiedzieć.

Książkę czyta się bardzo szybko, ale nie o to chodzi. Jest ona wspaniałym źródłem refleksji nad wszechogarniającym nas materializmem. Momentami bywa także kontrowersyjna. Przykładami są rady, aby książki i gazety kupować w wersji elektronicznej, a pamiątkom zrobić zdjęcie i je wyrzucić. Uważam jednak, że sama istota poruszanego problemu jest godna uwagi. Doświadczanie świata i bycie w nim – to prawdy znane od zarania dziejów. Dlaczego zakopaliśmy je głęboko pod stertą posiadanych rzeczy? Książeczka Minimalisty jest pozycją, którą naprawdę warto przeczytać.
niedzielnatworczosc.blogspot.com Joanna Niedziela, 2014-07-26

Social media to ściema

Przeglądając katalogi książek w dziale „Marketing” zauważyłem jeden tytuł, który przykuł moją uwagę Social Media to ściema. Spodziewałem się rozżalonego autora, który będzie wskazywał kolejną spiskową teorię dziejów albo książkę traktującą o niczym z chwytliwym tytułem. Jednak nic z tego. Książka jest skierowana do takich jak ja – ciągle zabieganych przedsiębiorców, którzy nie mają czasu na nic. W prostych i dosadnych słowach autor wskazuje, że takim bezmyślnym postępowaniem zasilamy kieszenie specom od ściemy. Ta książka masakruje (popularne ostatnio słowo) postrzeganie Social Media. Słowa kluczowe, które czytałem na milionach różnych wpisów guru marketingu – „zaangażowanie” i „świadomość” – są skrytykowane od góry do dołu, i to w dosadnych słowach.

Nie znałem autora – teraz już go znam. Mam nawet jego numer telefonu (podał w książce). Jak wielu z nas pracował w marketingu. Jak wielu z nas wierzył w moc mediów społecznościowych i jak wielu z nas nieźle się na tym przejechał. Tyle że jak niewielu z nas zdał sobie z tego sprawę i nie daje dalej się już nabrać na ściemę. Co więcej – teraz staje się starszym bratem, który przestrzega przed mechanizmem nabierania się na kłamstwa marketingowe. Niestety wielu z nas nadal się nabiera i będzie nabierać dopóki nie stanie się coś, co rozwali nasze życie albo budżet.
Autor boleśnie odczuł czym jest ściema marketingowa, wcześniej uczestnicząc w przemyśle tworzenia tejże ściemy. Pokazuje również na konkretnym przykładzie jak wybić się na ściemie i jak ją wypromować.
Podstawowa teza autora jest bardzo prosta – cała rzeczywistość mediów społecznościowych jest stworzona w celu zarobku wielkich korporacji, a małe firmy mogą jedynie na tym stracić.

Książka została podzielona na cztery części. W pierwszej przekonamy się dlaczego media społecznościowe to ściema. W drugiej autor wyjaśnia w jaki sposób ściema zdobyła taką pozycję (oraz kto jest za to odpowiedzialny). Z trzeciej dowiemy się jak ściema rozpowszechnia się w internecie, tak abyśmy potrafili ją dostrzec w naturalnych warunkach i zadać jej kres.
Część czwarta prezentuje reguły marketingu, które naprawdę działają.

Jeśli chcesz się dowiedzieć co to jest „łańcuch ekonomii bazującej na dupkach” i dlaczego jej ogniwami są: cyberhipsterzy, media technologiczne i marketingowcy, analitycy, korporacje, media głównego nurtu, my, znowu media głównego nurtu, to musisz zajrzeć do książki.

Autor niezwykle dosadnie wypowiada się na temat marketingu w mediach społecznościowych: wyjaśnia, że marketing jest „uszczęśliwianiem babci”. Obala mit, który sugeruje, że wystarczy użyć wielkiej szóstki platform społecznościowych (Facebook, Twitter, Foursquare, LinkedIn, YouTube i Tumblr), a rozwiążą się wszystkie problemy.
Internet dla niego „jest pełen osób podobnych do Twoich kolegów ze szkoły średniej: powierzchownych, aroganckich, szybko wyciągających wnioski, szybko obwiniających i bezczelnych”. Analizuje też kilka innych „sukcesów” w mediach społecznościowych. Przykładem jest fenomen Justina Biebera, gdzie autor wskazuje że tak naprawdę to znajomości, a nie Youtube wylansowały kanadyjską gwiazdę.

Książka, która jest pisana przez nowojorczyka, nie będzie w 100% użyteczna dla osoby, która w Nowym Jorku nie mieszka lub nie prowadzi działalności. Sam autor to udowadnia. Dlatego czasem można czuć się lekko zagubionym, gdy są wymieniane nazwiska różnych guru marketingu w USA, o których nikt w Polsce nie słyszał czy nawiązania do footballu amerykańskiego. Dla czytelników „analitycznych” jest w książce coś, co odpowie na wszelkie pytania – ponad 30 stron przypisów wyjaśniających kontekst, środowisko marketingowców USA oraz masa odnośników do konkretnych witryn, o których autor wspomina.

O całym zgiełku wokół mediów społecznościowych autor pisze tak:

„W trakcie gorączki złota rzadko bogacą się ludzie, którzy go szukają, a częściej ci, którzy sprzedają szufle”.

Książka Mendelsona jest w stanie sama się obronić. Nie trzeba opakowywać w ściemę marketingową jej treści. Wystarczy kilka cytatów:

„Ludzie, którzy mają rzetelną wiedzę na temat mediów społecznościowych, ich demografii i ich użyteczności, nie wejdą do pokoju i nie obwieszczą, że powinieneś wrzucać dwa posty dziennie na Facebooku, mieć konto na Twitterze, publikować filmy na YouTubie i często meldować się na Foursquarze. Jeśli ktoś tak twierdzi, to ściemnia”.

„Media społecznościowe to marnowanie pieniędzy. Tak samo większość akcji marketingowych. Media społecznościowe nie działają, a co więcej, nie istnieją w żadnym realnym znaczeniu”.

„Przekazanie masom do rąk środków produkcji bez zaoferowania im jakichkolwiek praw własności do efektów ich pracy [Web 2.0] stanowi niewiarygodnie skuteczny mechanizm zbierania ekonomicznych plonów darmowej pracy wkładanej przez bardzo wielu i przekazywania ich w ręce bardzo niewielu”.

„Skoro więc reagujemy w internecie na to, co zobaczyliśmy poza nim, a korporacje kontrolujące platformy czerpią korzyści z naszej pracy, znaleźliśmy się w tym samym miejscu, w którym byliśmy przed pojawieniem się sieci. Nic nam to nie dało, a kompanie zarabiają na umieszczaniu reklam obok naszych materiałów i przechwytują cały ruch i zainteresowanie, które powinno trafić na nasze strony internetowe“.

„Świadomość” i “zaangażowanie”, stosowane przez czempionów mediów społecznościowych, są pustymi słowami. To pozbawione znaczenia miary wymyślone przez marketingowców.

„Liczba wyświetleń artykułów w The Huffington Poście pisanych przez nie-celebrytów jest podobna do liczby odsłon większości materiałów wrzuconych na YouTube i oscyluje w pobliżu zera”.

„O ile nie masz w ofercie czegoś do sprzedania znajomym zza oceanem, nie ma dla Ciebie znaczenia, czy Cię lubią, czy nie, gdy próbujesz każdego miesiąca zarobić na opłaty”.

„Facebook prowadzi skomplikowaną grę w kubki, ponieważ niemal cały dochód tej korporacji pochodzi z ogłupiania ludzi i wmawiania im, że reklamy w serwisie są skuteczne, nawet jeśli najwyraźniej nie są”.

Podsumowując: książka powinna być obowiązkową pozycją dla wszystkich, którzy myślą, że ich firmy muszą być w mediach społecznościowych, którzy płacą duże pieniądze agencjom obsługujących ich konta, którzy myślą, że dzięki internetowi zarobią. Autor nie patyczkuje się „z poprawnością”, piszę w bardzo przystępny lecz niekiedy dość stanowczy sposób. Co ważne, cała książka jest gęsto usiana odnośnikami do innych źródeł, wywiadów czy komentarzy, dzięki czemu możemy zweryfikować informacje i pogłębić wiedzę. Ta książka to kubeł zimnej wody na hiperentuzjastów, którzy ciągle dają się nabierać na nowe ściemy marketingowe. Być może tego właśnie trzeba.
moznaprzeczytac.pl Piotr, 2014-07-26

Doktryna jakości. Rzecz o skutecznym zarządzaniu

Książki na temat optymalizacji i zarządzania firmą bądź zespołem można z grubsza podzielić na dwie grupy – teoretyczne i praktyczne. Te pierwsze zawierają świetne rady, nie rzadko z logicznym wywodem ich skuteczności. Natomiast druga grupa, to pomysły już zrealizowane, wdrożone i często przez lata coraz bardziej dopracowywane. Uniwersalność teoretycznych metod ściera się z realizacjami praktycznymi, które działają tylko pewnych okolicznościach – każda grupa ma swoich zwolenników jak i oponentów. Doktryna jakości Andrzeja Jacka Blikle to właśnie hybryda obu tych grup. Są tu porady jak zarządzać, a powstały one na podstawie 20 lat prowadzenia przez autora rodzinnej firmy w Warszawie. Mamy więc równocześnie poradnik, studium przypadku, zbiór narzędzi oraz obszerny komentarz na temat pewnej filozofii zarządzania jakością poprzez wprowadzenie metody TQM (Total Quality Management).
Andrzej J. Blikle oprócz tego, że jest uzdolnionym przedsiębiorcą i dyplomowanym mistrzem cukierniczym, posiada również stopień profesora matematyki w zakresie matematycznych podstaw informatyki. Jest również członkiem Europejskiej Akademii Nauk oraz pracownikiem Polskiej Akademii Nauk. Prowadzenie firmy cukierniczej A. Blikle rozpoczął w roku 1990, czyli w czasach gdy po latach radzieckiego socjalizmu polski rynek dopiero zaczynał działać w kapitalizmie. Ze względu na dość słaby lub zbyt kosztowny dostęp do materiałów na temat zarządzania w tamtych czasach, autor postanowił zdobytą na rozmaitych kursach wiedzę przekazywać swoim kierownikom w formie wykładów – w końcu od wielu lat był nauczycielem akademickim. Notatki z tych wykładów stały się (wtedy nieintencjonalnie) początkiem większego projektu, jakim było napisanie recenzowanej właśnie książki. Blikle swoją wiedzę i inspirację czerpał od najlepszych – zaczynając od pierwszego nauczyciela TQM, Jima Murray’a, po światowe autorytety w zakresie kontroli jakości – Williama E. Deming’a czy też Waltera A. Shewhart’a

Książka skupia się na metodzie zarządzania kompleksową jakością – TQM. Jak wyjaśnia sam autor nie jest to kolejna technika menadżerska jakich mnóstwo możemy spotkać w ostatnich latach. TQM to dość nowa filozofia zarządzania. Aby ją zrozumieć i opanować należy najpierw zmierzyć się z pewnymi utartymi schematami, które autor wraz tokiem książki ostatecznie zalicza do mitów. Dla przykładu należy porzucić przekonanie, że to nagroda jest główną motywacja, a kreatywność ma wyzwalać współzawodnictwo. Podobnie jest z samą strukturą firmy, która wcale nie musi być hierarchiczna, a menadżer nie jest tylko od wydawania poleceń i kontrolowania pracowników.

Doktryna jakości zawiera logicznie poukładaną informację dotyczącą wprowadzania rozwiązań związanych z kompleksowym zarządzaniem jakością. W dużym skrócie – zaczynamy od najważniejszego, podstawowego zagadnienia – budowania zespołu i jego motywowania. Poświęcono też uwagę na temat relacji partnerskich na linii menadżer-pracownicy. Jak słusznie zauważa autor, bez umiejętności w jaki sposób motywować zespół i jak angażować się w jego budowę, wdrożenie TQM jest niemożliwie. Kolejnym zagadnieniem jest komunikacja wewnątrz zespołu. Tutaj autor nie tylko jasno przestawia miejsce i funkcję menadżera, czy też lidera, łamiąc wcześniej utarte schematy tego stanowiska. Dostajemy także wiedzę na temat jak budować relację miedzy samymi członkami zespołu. Następnie przechodzimy do bardziej zaawansowanych zagadnień czyli narzędzi dla TQM. Zaczynamy od procesów losowych. Autor, mimo swojej profesury z matematyki nie zarzuca Czytelnika ciężkimi teoriami i wzorami. Wręcz przeciwnie, nie zakłada rozległej wiedzy ze statystki matematycznej i stara się całą problematykę zawrzeć w prosty oraz intuicyjny sposób. Dodatkowo treść jest uzupełniona w wykresy i przykłady ułatwiające zrozumienie rozmaitych procesów. Poznajemy m.in. karty kontrolne Shewharta, jakie błędy możemy popełnić analizując procesy „na oko” czy też na jakie zaburzenia (jawne i ukryte) możemy trafić podczas analizy wspomnianych procesów. W dalszym toku książki zostaje rozważony model hierarchiczny przedsiębiorstwa wraz z jego zaletami i wadami. Podając przykład modelu Deminga autor przedstawia alternatywę dla modelu hierarchicznego, co jest kolejnym łamaniem utartego schematu. Model ten stanowi wprowadzenie do bardziej rozbudowanych technik poruszanych w książce. W ten sposób poznajemy tajniki zarządzania procesowego i jakie zalety ta metoda wnosi w obiegu informacji. Dowiemy się także czym są koła jakości i jakimi narzędziami się posługują. Na zakończenie autor wybiega w przyszłość i prognozuje (na podstawie dość solidnych spostrzeżeń), w jakim kierunku będą zachodzić zmiany w zarządzaniu firmą. I także w tym przypadku autor wykazuje się nie tylko nadzwyczajną intuicją, ale także ogromną wiedzą i umiejętnością łączenia faktów.

Doktryna jakości jest ukłonem w stronę traktowania każdego członka zespołu jako jednostki, a nie trybu w maszynie. Bezwzględnie rozprawia się podejściem wiecznej rywalizacji i przedstawia lepsze metody motywacji niż przysłowiowe „kij i marchewka”. Nie jest to jednak całkowicie „humanistyczne” podejście do zarządzania. Za skutecznością TQM stoi także statystyka i aparat matematyczny wypracowany przez lata. Na uwagę zasługuje też fakt, że przez całą książkę autor nie tylko wymienia możliwe rozwiązania i narzędzia, ale przedstawia w sposób bardzo prosty mechanizmy ich działania. Czytelnik nie tylko zna, ale także rozumie dlaczego używa się taką, a nie inną metodę oraz jaki jest zakres jej stosowalności. Obszerna bibliografia nie tylko uwiarygodnia tę publikację, ale także daje czytelnikowi możliwość pogłębienia wiedzy, zwłaszcza że znakomita część wymienionej literatury jest w języku polskim.

Doktryna jakości jest adresowana nie tylko do menadżerów, którzy chcą podnieść jakość swojej oferty lub nadrobić zaległości w wiedzy względem konkurencji, która wdrożyła już podobne metody. Myślę że skorzysta z tej książki każda osoba, która pracuje z zespołem, właściciele firm lub początkujący przedsiębiorcy. Nie jest istotne jaka to branża, ponieważ zarządzanie jakością to metoda uniwersalna – jest wdrażana nie tylko w firmach produkcyjnych czy usługowych, ale także w administracji rządowej, organizacjach pozarządowych, wojsku, służbie zdrowia czy szkolnictwie. Jest to wyczerpujące kompendium, sprawdzone na Polskim rynku przez 20 lat, nie tylko na firmie autora, ale też na innych przedsiębiorstwach. Myślę, że lektura ta zasługuje na miano wybitnej jak nie obowiązkowej w tym temacie. Zwłaszcza jeżeli Czytelnik poznał już metody takie jak Lean czy 6σ. Nawet jeżeli nie do końca zgadzamy się z podejściem TQM, warto poznać rzeczowe argumenty i konkretne przykłady jakimi posługuje się autor, zanim wyrobi się na ten temat zdanie.

Dodatkowo, dla zainteresowanych zarządzaniem i kontrolą jakości, Andrzej Blikle, prowadzi stronę moznainaczej.com.pl na której można znaleźć m.in. materiały i dokładne zagadnienia zamieszczone w książce, jak i zaproszenie do darmowych szkoleń i spotkań w których również bierze udział.
moznaprzeczytac.pl 2014-07-25

Książeczka minimalisty. Prosty przewodnik szczęśliwego człowieka

Książeczka minimalisty. Prosty przewodnik szczęśliwego człowieka Leo Babauty to poradnik o tym, co zrobić by być zwyczajnie szczęśliwszym. I jak przystało na książkę o minimalizmie całą wiedzę, którą chciał przekazać autor, udało się zmieścić na stu stronach.

Leo Babauta jest autorem bloga zenhabits.net Pisze tam o minimalizmie i o swoich zwyczajach. Teksty, które trafiły do polskiego wydania, pochodzą m.in. z jego bloga.

Książka jest serią wskazówek, które pomagają wprowadzić minimalizm w różne obszary życia. Babauta tak definiuje życie minimalne:

"To życie pozbawione zbytku, w którym nie brak miejsca na to, co naprawdę daje radość. (…) Minimalista przyjmuje postawę umiłowania tego, by mieć mniej. Uznaje estetykę skromności i zadowala się tym, czego naprawdę potrzebuje i co naprawdę daje mu szczęście."

Podstawowe zasady minimalizmu można zawrzeć w pięciu punktach:

1. zrezygnuj z rzeczy niepotrzebnych
2. skup się na tym, co jest dla ciebie najważniejsze i co daje ci szczęście
3. nadaj znaczenia temu, co robisz/co zatrzymujesz
4. wypełnij swoje życia radością
5. nanoś poprawki (zawsze można poprawić, ulepszyć swoje życie)

Trzeba podkreślić, że minimalista nie jest pustelnikiem czy ascetą. Nie chodzi o to, by pozbyć się wszystkiego czy nie korzystać z cywilizacyjnych zdobyczy. Ale nie wszystko jest nam potrzebne. Do takich rzeczy autor zalicza np. samochód, mięso, czy duży dom. Babauta uczy czytelników w swojej książce umiejętności planowania dnia i bycia asertywnym. A także wielu innych przydatnych rzeczy – jak utrzymać porządek na biurku, jak unikać bałaganu, jak robić zakupy, jak planować spotkania etc.

Fragmenty książki przeplatane są cytatami z różnych osób, np. znaleźć można taki: „Nie trzymajcie w domach nic, co nie jest użyteczne lub piękne” (William Morris). Wyszło dość pretensjonalnie. Ma się wrażenie jakby wypowiedzi dotyczące prostoty czy minimalizmu były poutykane tu i ówdzie, bo dzięki temu będzie mądrzej. To nie jest dobra droga. Ale to już kwestia gustu. W każdym razie Książeczka minimalisty jest ciekawą propozycją dla każdego, kto ma dość konsumpcjonizmu i pragnie choć odrobinę zmienić swoje nawyki. Za pomocą dość łatwych trików i małymi krokami można osiągnąć w efekcie lepsze, bardziej satysfakcjonujące życie. No i porządek i uznanie partnera (to w moim przypadku).
zaginamrogi.pl Pola, 2014-07-25