Recenzje
Crashed. W zderzeniu z miłością
Miłość i akceptacja potrafią roziskrzyć nawet najmroczniejsze zakamarki ludzkiej duszy, ukoić zszargane nerwy i pomóc w ustabilizowaniu rozmontowanego życia. Truizm to, ale warto go przytoczyć w odniesieniu do trzeciej części trylogii K. Bromberg.
Rylee poznaje Coltona. Oboje są totalnymi przeciwieństwami: ona – trzyma w ryzach własne życie, on – egocentryk skupiony na swej sportowej karierze, zmaga się z demonami z przeszłości. Połączy ich pożądanie, nad którym nie sposób zapanować. W trzeciej części „Crashed” ich uczucie przechodzi prawdziwą próbę. W obliczu walki o własne życie i zdrowie Rylee i Colton przekonują się, że potrzebują siebie nawzajem, by uczynić życie spełnionym. Dla Coltona jest to dodatkowo impuls, by zmierzyć się ze wspomnieniami traumatycznego dzieciństwa.
„Crashed. W zderzeniu z miłością” to napisana gawędziarskim stylem opowieść o namiętności, trudach budowania damsko-męskiej relacji i radzenia sobie z przeszłością, która nie pozwala dojrzeć teraźniejszości. To opowieść o zmianach, jakich dokonuje miłość. Amatorzy pikanterii w opisie nie będą zawiedzeni; książka obfituje w rozpalające wyobraźnię fragmenty będące soczystymi opisami porywów namiętności między bohaterami. Liczne dialogi nacechowane prozaizmami dodatkowo czynią z książki K. Bromberg doskonałe czytadło na ciepłe wiosenne wieczory.
Bromberg zadebiutowała trylogią „Crashed”. Prywatnie jest aktywną mamą trójki dzieci, wraz z rodziną mieszka w południowej Kaliforni.
Rylee poznaje Coltona. Oboje są totalnymi przeciwieństwami: ona – trzyma w ryzach własne życie, on – egocentryk skupiony na swej sportowej karierze, zmaga się z demonami z przeszłości. Połączy ich pożądanie, nad którym nie sposób zapanować. W trzeciej części „Crashed” ich uczucie przechodzi prawdziwą próbę. W obliczu walki o własne życie i zdrowie Rylee i Colton przekonują się, że potrzebują siebie nawzajem, by uczynić życie spełnionym. Dla Coltona jest to dodatkowo impuls, by zmierzyć się ze wspomnieniami traumatycznego dzieciństwa.
„Crashed. W zderzeniu z miłością” to napisana gawędziarskim stylem opowieść o namiętności, trudach budowania damsko-męskiej relacji i radzenia sobie z przeszłością, która nie pozwala dojrzeć teraźniejszości. To opowieść o zmianach, jakich dokonuje miłość. Amatorzy pikanterii w opisie nie będą zawiedzeni; książka obfituje w rozpalające wyobraźnię fragmenty będące soczystymi opisami porywów namiętności między bohaterami. Liczne dialogi nacechowane prozaizmami dodatkowo czynią z książki K. Bromberg doskonałe czytadło na ciepłe wiosenne wieczory.
Bromberg zadebiutowała trylogią „Crashed”. Prywatnie jest aktywną mamą trójki dzieci, wraz z rodziną mieszka w południowej Kaliforni.
Dominika Makowska
Fueled. Napędzani pożądaniem
Wow! Wow! i jeszcze raz wow! takiej książki się nie spodziewałam jak ta. Cała seria poruszyła mnie dogłębnie. Takich twardych i temperamentnych bohaterów dawno nie czytałam. Mimo, że są podobni do większości bohaterów romansów, tych polubiłam od początku. Rylee Thomas i Colton Donavan skradli moje ostatnie kilka dni i nie żałuję, ponieważ mimo podobieństw byli zupełnie inni.
Rylee dwa lata temu ulega wypadkowi wraz z swoim narzeczonym i nienarodzonym dzieckiem. Niestety wypadek zabiera Rylee i córkę i Maxa. Niedoszła teściowa cały czas obwinia dziewczynę o to co się stało, dzwoniąc dwa razy do roku i wylewając swój żal na dziewczynę. Borykając się z całym swoim życiem, Ry pomaga dzieciom skrzywdzonym przez los i pracuje nad wielkim projektem budowy nowych miejsc dla nich. Poukładana, mająca wszystko pod kontrolą z swoim szefem organizują wielki bal charytatywny, którego największą atrakcją ma być licytacja randki z kandydatką. Przed całą imprezą Raylee dogląda wszystkiego i przypomina sobie, że zapomniała tabliczek, które są w komórce. Idąc tam, natyka się na parę w intymnej sytuacji. Nie chcąc na siebie zwracać uwagi zakrada się do schowka, w którym zatrzaskuje się. Po wypadku ma straszną klaustrofobię, po spędzeniu kilku dni w uwięzionym samochodzie, wpada w panikę i osobą, która wybawią ją z opresji, jest zabójczo przystojny, zielono oki Colton. Arogancki, pewny siebie, nigdy nie dostający żadnej odmowy, biorący co chce i kiedy chce.
„Lecę do przodu i wpadam na stojącego twardo na przeciw mnie mężczyznę. Otaczam ramionami jego tors, a moje nogi uginają się niezgrabnie. Mężczyzna instynktownie wyciąga ręce i obejmuje mnie, przytrzymując moje ciało i absor- bując siłę, z jaką poleciałam do przodu. Spoglądam w górę, błyskawicznie rejestrując wystylizowany nieład czarnych włosów, ciemną skórę, nieznaczny cień zarostu … i jego oczy.Czuję przeskakującą iskrę — niemal namacalną — gdy trafiam wzrokiem w te ostrożne, półprzejrzyste zielone tęczówki, w których przez moment błyska zaskoczenie. Wpatrują się we mnie z takim zaintrygowaniem i intensywnością, że mnie to deprymuje, chociaż jednocześnie wyzwala instynktowną reakcję mojego ciała. Niby zwykła wymiana spojrzeń, a zalewają mnie dawno zapomniane pragnienia i potrzeby. Jakim cudem ten nieznanymi mężczyzna sprawia,że zapominam o panice i desperacji, które przed chwilą czułam? Niepotrzebnie przerywam kontakt wzrokowy i przenoszę spojrzenie na jego usta. Pełne, wyrzeźbione wargi są ściągnięte, gdy intensywnie mnie taksuje, po czym bardzo powoli rozszerzają się w krzywy, szelmowski uśmiech. Och, jak ja pragnę poczuć te usta na sobie — wszędzie i w każdym miejscu naraz… O czym ja, do diabła, myślę? Ten facet jest kompletnie poza moim zasięgiem. Jest całe lata świetlne wyżej ode mnie.”
Nieznajomy całuje ją i wtedy całe życie obydwojgu wywraca się do góry nogami. Odzyskawszy równowagę i świadomość tego co robi, dziewczyna odrywa się i pokazuje swój temperament. Zaczyna się ich gra słowna gdzie Ona mu odmawia a on zakłada się z nią, że jeszcze tego wieczoru umówi się z nim na randkę. Później okazuje się, że jedna z dziewczyn nie pojawiła się na licytacja i Ry musi ją zastąpić. Prezentując swoją osobę na scenie, nie jest w stanie widzieć publiczności, ani tego kto ją licytuje. Okazuje się później, że wylicytowano ją za 25 tyś i kto jak nie Colton wygrywa aukcję. Dziewczyna od początku nie może sobie skojarzyć, skąd zna jego twarz. Dopiero później uświadamia sobie, że jest to sławny kierowca rajdowy, mężczyzna pojawiający się co chwila z nową długonogą blondynką i gdzie w tym Ona? Brunetka, o bujnych kształtach z bliznami na ciele i w duszy. Po dwóch latach chowania się przed mężczyznami, pojawia się On, z swoim bagażem doświadczeń jeszcze bardziej popieprzonych niż ona. Na początku chcą ją tylko raz na jedną noc. Ostrzega ją od razu, że będzie to jedna noc, że wykorzysta i zostawi. Raylee robi wszystko kierując się sercem i pożądaniem do tego mężczyzny. Głos rozsądku pojawia się również szybko, ale potrafi po ucieczce, zatrzymać się i zawrócić. Codziennie boryka się w swojej pracy w dziećmi skrzywdzonymi przez swoich rodziców. Tutaj jednak ma styczność z dorosłym skrzywdzonym mężczyzną, który boi się swoich uczuć a przede wszystkim przed nikim się nigdy z niczego nie tłumaczył, ponieważ to on dyktował warunki i ustalał zasady.
Pierwszy tom widzimy oczami Raylee, jednak w dwóch pozostałych autorka dołożyła jeszcze wstawki od strony Coltona, co urzekło mnie jeszcze bardziej. To jak się czuł, jakie w nim targały emocje, jaka była jego wersja wszystkiego. To w jaki sposób autorka dobrała słowa do całości stworzyły bardzo mocną książkę, po którą na pewno sięgnę jeszcze raz. Intymnych sytuacji nie było dużo, jednak były bardzo namiętne i opisane bardzo pikantnie i zmysłowo. Przyjaciele bohaterów Haddie i Beckett również przedstawieni są z jak najlepszej strony i pomagają tym upartym dwojgu na połączenie siebie. Colton nie chce dopuścić do siebie Raylee, bo cały czas myśli, że jeśli on został skrzywdzony to sam potrafi tylko krzywdzić. Uważa, że Ry jest za bardzo święta i za bardzo dobra by mogła być z takim złym chłopcem jak on, i robi wszystko aby ją odtrącić i nie wywołać u siebie uczuć. Boi się wszystkiego jednak z drugiej strony uzależnił się od niej, zatracił i tak mocno pokochał, że nie mógł od niej odejść ani tym bardziej być z inną kobietą jak to cały czas robił.
„Nie sądzę, żeby jakakolwiek ilość czasu była wystarczająca na miłość do kogoś takiego jak Colton. To jeden z tych facetów, którzy pożerają każdą cząstkę ciebie. Sprawiają, że czujesz się dopełniona, chociaż wcześniej nawet nie wiedziałaś, że czegoś ci brakuje. Dają ci siłę i jednocześnie osłabiają. Potrafiłabym go tak kochać — tak, jak na to zasługuje — ale wiem, że nie będę miała do tego okazji […] podpowiada mi intuicja, wiem, że zostanę zniszczona, jeśli pozwolę sobie zakochać się w nim. A do tego nie mogę dopuścić. Jazda w górę byłaby naprawdę fajna, lecz zdruzgotanie po upadku mnie zniszczy.”
Ona jednak tak bardzo pokochała tego skrzywionego człowieka, że nie może z niego zrezygnować za żadne skarby, jego najlepszy przyjaciel, powiedział jej, w zaufaniu, że ma dać mu czas, być cierpliwa bo tylko ona jest jedynym kołem ratunkowym dla Donavana. Cierpliwie trawa u jego boku, czeka, daje mu czas na oswojenie się z nowymi rewelacjami w życiu, w tym, że ten człowiek dopiero teraz tak na prawdę zaczął żyć. Powoli otwiera się, wyjawia swoje mroczne sekrety, dlaczego jest takim człowiekiem jakim jest. Matka ćpunka, oddaje małego chłopca za działkę swojemu dilerowi, który każe małemu dziecku mówić „kocham cię” jak ten gwałci biednego chłopca, nic dziwnego, że nie chce się dopuścić do siebie takich uczuć, które wykorzystywano w dzieciństwie do zupełnie innych celów. Ona cierpliwie czeka, cierpi ale nie rezygnuje. Wszystkie sytuacje w jakich znajdują się główni bohaterowie, bardzo zbliża ich do siebie. Colton pokazuje swoją przemianę i romantyczną duszę, zrobi wszystko aby Ry była szczęśliwa. Tak jak pokochuje Raylee tak samo pokochuje jej chłopców z Domu. Staje się dla nich wzorem i idolem.
Wszystko jak wiadomo kończy się happy endem, ale warto przeczytać całą serię, całą przemianę Donavana, z boga seksu i panienek na jedną noc w pantoflarza i ułożonego człowieka. Jej „magiczna cipka” zawładnęła nim doszczętnie, wzięła jego jaja w ręce i było po nim. Książka pełna humoru, szczerości i jego mocnego języka jak najbardziej godna jest polecania. „Pamiętaj, cierpieć to odczuwać, odczuwać to żyć, a czy nie lepiej żyć?”
Rylee dwa lata temu ulega wypadkowi wraz z swoim narzeczonym i nienarodzonym dzieckiem. Niestety wypadek zabiera Rylee i córkę i Maxa. Niedoszła teściowa cały czas obwinia dziewczynę o to co się stało, dzwoniąc dwa razy do roku i wylewając swój żal na dziewczynę. Borykając się z całym swoim życiem, Ry pomaga dzieciom skrzywdzonym przez los i pracuje nad wielkim projektem budowy nowych miejsc dla nich. Poukładana, mająca wszystko pod kontrolą z swoim szefem organizują wielki bal charytatywny, którego największą atrakcją ma być licytacja randki z kandydatką. Przed całą imprezą Raylee dogląda wszystkiego i przypomina sobie, że zapomniała tabliczek, które są w komórce. Idąc tam, natyka się na parę w intymnej sytuacji. Nie chcąc na siebie zwracać uwagi zakrada się do schowka, w którym zatrzaskuje się. Po wypadku ma straszną klaustrofobię, po spędzeniu kilku dni w uwięzionym samochodzie, wpada w panikę i osobą, która wybawią ją z opresji, jest zabójczo przystojny, zielono oki Colton. Arogancki, pewny siebie, nigdy nie dostający żadnej odmowy, biorący co chce i kiedy chce.
„Lecę do przodu i wpadam na stojącego twardo na przeciw mnie mężczyznę. Otaczam ramionami jego tors, a moje nogi uginają się niezgrabnie. Mężczyzna instynktownie wyciąga ręce i obejmuje mnie, przytrzymując moje ciało i absor- bując siłę, z jaką poleciałam do przodu. Spoglądam w górę, błyskawicznie rejestrując wystylizowany nieład czarnych włosów, ciemną skórę, nieznaczny cień zarostu … i jego oczy.Czuję przeskakującą iskrę — niemal namacalną — gdy trafiam wzrokiem w te ostrożne, półprzejrzyste zielone tęczówki, w których przez moment błyska zaskoczenie. Wpatrują się we mnie z takim zaintrygowaniem i intensywnością, że mnie to deprymuje, chociaż jednocześnie wyzwala instynktowną reakcję mojego ciała. Niby zwykła wymiana spojrzeń, a zalewają mnie dawno zapomniane pragnienia i potrzeby. Jakim cudem ten nieznanymi mężczyzna sprawia,że zapominam o panice i desperacji, które przed chwilą czułam? Niepotrzebnie przerywam kontakt wzrokowy i przenoszę spojrzenie na jego usta. Pełne, wyrzeźbione wargi są ściągnięte, gdy intensywnie mnie taksuje, po czym bardzo powoli rozszerzają się w krzywy, szelmowski uśmiech. Och, jak ja pragnę poczuć te usta na sobie — wszędzie i w każdym miejscu naraz… O czym ja, do diabła, myślę? Ten facet jest kompletnie poza moim zasięgiem. Jest całe lata świetlne wyżej ode mnie.”
Nieznajomy całuje ją i wtedy całe życie obydwojgu wywraca się do góry nogami. Odzyskawszy równowagę i świadomość tego co robi, dziewczyna odrywa się i pokazuje swój temperament. Zaczyna się ich gra słowna gdzie Ona mu odmawia a on zakłada się z nią, że jeszcze tego wieczoru umówi się z nim na randkę. Później okazuje się, że jedna z dziewczyn nie pojawiła się na licytacja i Ry musi ją zastąpić. Prezentując swoją osobę na scenie, nie jest w stanie widzieć publiczności, ani tego kto ją licytuje. Okazuje się później, że wylicytowano ją za 25 tyś i kto jak nie Colton wygrywa aukcję. Dziewczyna od początku nie może sobie skojarzyć, skąd zna jego twarz. Dopiero później uświadamia sobie, że jest to sławny kierowca rajdowy, mężczyzna pojawiający się co chwila z nową długonogą blondynką i gdzie w tym Ona? Brunetka, o bujnych kształtach z bliznami na ciele i w duszy. Po dwóch latach chowania się przed mężczyznami, pojawia się On, z swoim bagażem doświadczeń jeszcze bardziej popieprzonych niż ona. Na początku chcą ją tylko raz na jedną noc. Ostrzega ją od razu, że będzie to jedna noc, że wykorzysta i zostawi. Raylee robi wszystko kierując się sercem i pożądaniem do tego mężczyzny. Głos rozsądku pojawia się również szybko, ale potrafi po ucieczce, zatrzymać się i zawrócić. Codziennie boryka się w swojej pracy w dziećmi skrzywdzonymi przez swoich rodziców. Tutaj jednak ma styczność z dorosłym skrzywdzonym mężczyzną, który boi się swoich uczuć a przede wszystkim przed nikim się nigdy z niczego nie tłumaczył, ponieważ to on dyktował warunki i ustalał zasady.
Pierwszy tom widzimy oczami Raylee, jednak w dwóch pozostałych autorka dołożyła jeszcze wstawki od strony Coltona, co urzekło mnie jeszcze bardziej. To jak się czuł, jakie w nim targały emocje, jaka była jego wersja wszystkiego. To w jaki sposób autorka dobrała słowa do całości stworzyły bardzo mocną książkę, po którą na pewno sięgnę jeszcze raz. Intymnych sytuacji nie było dużo, jednak były bardzo namiętne i opisane bardzo pikantnie i zmysłowo. Przyjaciele bohaterów Haddie i Beckett również przedstawieni są z jak najlepszej strony i pomagają tym upartym dwojgu na połączenie siebie. Colton nie chce dopuścić do siebie Raylee, bo cały czas myśli, że jeśli on został skrzywdzony to sam potrafi tylko krzywdzić. Uważa, że Ry jest za bardzo święta i za bardzo dobra by mogła być z takim złym chłopcem jak on, i robi wszystko aby ją odtrącić i nie wywołać u siebie uczuć. Boi się wszystkiego jednak z drugiej strony uzależnił się od niej, zatracił i tak mocno pokochał, że nie mógł od niej odejść ani tym bardziej być z inną kobietą jak to cały czas robił.
„Nie sądzę, żeby jakakolwiek ilość czasu była wystarczająca na miłość do kogoś takiego jak Colton. To jeden z tych facetów, którzy pożerają każdą cząstkę ciebie. Sprawiają, że czujesz się dopełniona, chociaż wcześniej nawet nie wiedziałaś, że czegoś ci brakuje. Dają ci siłę i jednocześnie osłabiają. Potrafiłabym go tak kochać — tak, jak na to zasługuje — ale wiem, że nie będę miała do tego okazji […] podpowiada mi intuicja, wiem, że zostanę zniszczona, jeśli pozwolę sobie zakochać się w nim. A do tego nie mogę dopuścić. Jazda w górę byłaby naprawdę fajna, lecz zdruzgotanie po upadku mnie zniszczy.”
Ona jednak tak bardzo pokochała tego skrzywionego człowieka, że nie może z niego zrezygnować za żadne skarby, jego najlepszy przyjaciel, powiedział jej, w zaufaniu, że ma dać mu czas, być cierpliwa bo tylko ona jest jedynym kołem ratunkowym dla Donavana. Cierpliwie trawa u jego boku, czeka, daje mu czas na oswojenie się z nowymi rewelacjami w życiu, w tym, że ten człowiek dopiero teraz tak na prawdę zaczął żyć. Powoli otwiera się, wyjawia swoje mroczne sekrety, dlaczego jest takim człowiekiem jakim jest. Matka ćpunka, oddaje małego chłopca za działkę swojemu dilerowi, który każe małemu dziecku mówić „kocham cię” jak ten gwałci biednego chłopca, nic dziwnego, że nie chce się dopuścić do siebie takich uczuć, które wykorzystywano w dzieciństwie do zupełnie innych celów. Ona cierpliwie czeka, cierpi ale nie rezygnuje. Wszystkie sytuacje w jakich znajdują się główni bohaterowie, bardzo zbliża ich do siebie. Colton pokazuje swoją przemianę i romantyczną duszę, zrobi wszystko aby Ry była szczęśliwa. Tak jak pokochuje Raylee tak samo pokochuje jej chłopców z Domu. Staje się dla nich wzorem i idolem.
Wszystko jak wiadomo kończy się happy endem, ale warto przeczytać całą serię, całą przemianę Donavana, z boga seksu i panienek na jedną noc w pantoflarza i ułożonego człowieka. Jej „magiczna cipka” zawładnęła nim doszczętnie, wzięła jego jaja w ręce i było po nim. Książka pełna humoru, szczerości i jego mocnego języka jak najbardziej godna jest polecania. „Pamiętaj, cierpieć to odczuwać, odczuwać to żyć, a czy nie lepiej żyć?”
Przyjemne.pl Przyjemne.pl
Go global! Wywiady z twórcami polskich firm, które zdobyły rynki międzynarodowe
Lekcje polskiej przedsiębiorczości na przykładach
Mówi się, żeby nie oceniać książki po okładce. Jednak nierzadko to właśnie okładka decyduje o tym, czy przeczytamy książkę. Tak było i w przypadku lektury ‘Go Global Wywiady z twórcami polskich firm, które zdobyły rynki międzynarodowe’ profesora Krzysztofa Rybińskiego. Na okładce w naszych barwach narodowych został przedstawiony nie orzeł, a kogut. Na pierwszy rzut oka wybór wydawał się obrazoburczy. Zamiast szlachetnego, odważnego, walecznego ptaka, symbolu walki o niepodległość - ptak z przydomowej zagrody. Warto jednak wiedzieć, że kogut jest symbolem siły witalnej, zdrowia, pomyślności i odwagi, a jednocześnie walki i ostrzegania przed złem.
Książkę czytałam w szczególnym momencie, bo w przededniu pierwszej tury wyborów prezydenckich. Kampania prezydencka różniła się od poprzednich tym, że kładziono w niej duży nacisk na patriotyzm gospodarczy. Autor książki, profesor Krzysztof Rybiński, pokazuje, że patriotyzm gospodarczy polega nie tylko na wyborze wyrobów i usług z Polski. Jego przejawem jest także, a może przede wszystkim, dążenie do zapewnienia rozwoju polskim przedsiębiorstwom przez poszukiwanie nowych rynków zbytu, budowanie zaufania do polskich marek i patentowanie naszych wynalazków.
Prof. Krzysztof Rybiński jest postacią nietuzinkową. Niebanalne spojrzenie autora na rzeczywistość oraz lekkość mówienia o zagadnieniach gospodarczych sprawiają, że tekst
z łatwością może przeczytać także czytelnik niezaznajomiony z teoriami ekonomicznymi. Prof. Rybiński rozpoczął swoją karierę jako informatyk w Japonii, potem był głównym ekonomistą kilku banków, wiceprezesem NBP, członkiem Komisji Nadzoru Finansowego, partnerem w globalnej firmie doradczej i członkiem wielu rad nadzorczych. Był także konsultantem Banku Światowego. Jako komentator jest znany z wygłaszania kontrowersyjnych poglądów. Jednak dla przedstawionych na łamach książki twórców polskich firm pozostawia szerokie pole do wygłoszenia swoich opinii, a sam występuje jedynie w roli rzecznika osób ciekawych tego, jak „robi się globalny biznes”.
Zaproszenie do wywiadu przyjęło 11 właścicieli lub zarządzających polskimi przedsiębiorstwami, m. in. Getin Holding, KGHM, LPP, MASPEX, SOLARIS. Każdy z wywiadów to właściwie relacja ze spotkania z indywidualnością rodzimej przedsiębiorczości, spotkania, na które z pewnością w codziennym życiu większość z nas nie miałaby możliwości.
„Go Global” to nie tylko zbiór wywiadów. Właściwie jest to zbiór opowiadań o tym, jak spełniają się marzenia. Ale też o tym, jak zmieniła się Polska w przeciągu ostatnich 25 lat. I być może właśnie ten wymiar książki jest najciekawszy. Starsi czytelnicy będą mogli skonfrontować własną pamięć o początkach przedsiębiorczości po ’89 roku i przemianach, jakim podlegała w ostatnich latach. Dla młodszych być może interesująca będzie możliwość zobaczenia, że polskie firmy miały wiele cech „start up-ów”, na długo przed tym nim powstał Facebook.
To co sprawia, że książka może być interesująca dla każdego przedsiębiorcy, niezależnie od poziomu jego doświadczenia, to jej zanurzenie w polskiej rzeczywistości. Biznesu nie można nauczyć się z książek, tym bardziej książek przeniesionych z rynku amerykańskiego. Natomiast można skorzystać z doświadczenia i rad polskich przedsiębiorców, którzy na własnej skórze przekonali się co to znaczy przekształcić spółkę przyjaciół ze studiów w firmę o ponad krajowym zasięgu.
Sadzę, że lektura „Go Global” może okazać się wartościowa nie tylko dla tych, którzy rozważają ekspansję poza granice kraju. Mogą oni wykorzystać książkę jako wartościowy podręcznik zarządzania, w którym odnajdą wskazówki na temat tego, jak rekrutować pracowników, jak ich motywować, jak przerywać nieudane projekty, jak uczyć się na błędach i jakie lekcje wyciągać z porażek. Uważam, że właśnie szczere relacje na temat niepowodzeń i wyjścia z nich okażą się dla czytelników, niekoniecznie przedsiębiorców, najbardziej inspirujące.
Dla mnie książka jest też opowieścią o samych przedsiębiorcach. Opowieścią o tym, że pierwszy zarobiony milion nie jest efektem kradzieży, a ciężkiej pracy. Opowieścią o utalentowanych ludziach, którzy potrafią wykorzystać szansę i zbieg okoliczności tam, gdzie inni ich nie widzą. O ludziach, którzy są skromni, pokorni i potrafią się uczyć, ponieważ mają świadomość, że nie wiedzą wszystkiego. O przywództwie i dorastaniu do niego. O odpowiedzialności za pracowników i za swoją społeczność. Jest to także książka o ludziach, którzy mają szerokie perspektywy i którzy potrafią trafnie diagnozować różne bolączki naszego kraju. Dlatego spotkania z twórcami Polski w wydaniu „Go Global” powinny stać się ciekawą lekturą nie tylko dla przedsiębiorców, ale i dla polityków, samorządowców, akademików oraz wszystkich, którzy dopiero decydują jaką pójść w życiu drogą.
Kampania prezydencka się zakończyła, Polacy dokonali wyboru na kolejne lata. Jestem jednak głęboko przekonana, że o tym w jakiej Polsce żyjemy przesądzają również, a może przede wszystkim polscy przedsiębiorcy. Prof. Rybiński złożył im taką dedykację „Książkę dedykuje wspaniałym polskim przedsiębiorcom. To dzięki nim Polakom żyje się coraz lepiej”. A ja dodam od siebie, że być może dziś bardziej nam jest potrzebny gospodarczy kogut, od szlachetnego orła.
Danuta Kędzierska - Pełnomocnik ds. CSR w firmie TÜV Rheinland Polska Sp. z o.o., Audytor odpowiedzialności społecznej wg SA8000, BSCI, SEDEX oraz kodeksów dostawców. Reprezentuje TÜV Rheinland Polska Sp. z o.o. w pracach Polskiego Komitetu Normalizacyjnego KT 305 ds. Społecznej Odpowiedzialności oraz w działającej przy Ministerstwie Gospodarki Grupie roboczej do spraw upowszechniania i edukacji CSR. Recenzentka polskiego tłumaczenia normy SA8000.
Mówi się, żeby nie oceniać książki po okładce. Jednak nierzadko to właśnie okładka decyduje o tym, czy przeczytamy książkę. Tak było i w przypadku lektury ‘Go Global Wywiady z twórcami polskich firm, które zdobyły rynki międzynarodowe’ profesora Krzysztofa Rybińskiego. Na okładce w naszych barwach narodowych został przedstawiony nie orzeł, a kogut. Na pierwszy rzut oka wybór wydawał się obrazoburczy. Zamiast szlachetnego, odważnego, walecznego ptaka, symbolu walki o niepodległość - ptak z przydomowej zagrody. Warto jednak wiedzieć, że kogut jest symbolem siły witalnej, zdrowia, pomyślności i odwagi, a jednocześnie walki i ostrzegania przed złem.
Książkę czytałam w szczególnym momencie, bo w przededniu pierwszej tury wyborów prezydenckich. Kampania prezydencka różniła się od poprzednich tym, że kładziono w niej duży nacisk na patriotyzm gospodarczy. Autor książki, profesor Krzysztof Rybiński, pokazuje, że patriotyzm gospodarczy polega nie tylko na wyborze wyrobów i usług z Polski. Jego przejawem jest także, a może przede wszystkim, dążenie do zapewnienia rozwoju polskim przedsiębiorstwom przez poszukiwanie nowych rynków zbytu, budowanie zaufania do polskich marek i patentowanie naszych wynalazków.
Prof. Krzysztof Rybiński jest postacią nietuzinkową. Niebanalne spojrzenie autora na rzeczywistość oraz lekkość mówienia o zagadnieniach gospodarczych sprawiają, że tekst
z łatwością może przeczytać także czytelnik niezaznajomiony z teoriami ekonomicznymi. Prof. Rybiński rozpoczął swoją karierę jako informatyk w Japonii, potem był głównym ekonomistą kilku banków, wiceprezesem NBP, członkiem Komisji Nadzoru Finansowego, partnerem w globalnej firmie doradczej i członkiem wielu rad nadzorczych. Był także konsultantem Banku Światowego. Jako komentator jest znany z wygłaszania kontrowersyjnych poglądów. Jednak dla przedstawionych na łamach książki twórców polskich firm pozostawia szerokie pole do wygłoszenia swoich opinii, a sam występuje jedynie w roli rzecznika osób ciekawych tego, jak „robi się globalny biznes”.
Zaproszenie do wywiadu przyjęło 11 właścicieli lub zarządzających polskimi przedsiębiorstwami, m. in. Getin Holding, KGHM, LPP, MASPEX, SOLARIS. Każdy z wywiadów to właściwie relacja ze spotkania z indywidualnością rodzimej przedsiębiorczości, spotkania, na które z pewnością w codziennym życiu większość z nas nie miałaby możliwości.
„Go Global” to nie tylko zbiór wywiadów. Właściwie jest to zbiór opowiadań o tym, jak spełniają się marzenia. Ale też o tym, jak zmieniła się Polska w przeciągu ostatnich 25 lat. I być może właśnie ten wymiar książki jest najciekawszy. Starsi czytelnicy będą mogli skonfrontować własną pamięć o początkach przedsiębiorczości po ’89 roku i przemianach, jakim podlegała w ostatnich latach. Dla młodszych być może interesująca będzie możliwość zobaczenia, że polskie firmy miały wiele cech „start up-ów”, na długo przed tym nim powstał Facebook.
To co sprawia, że książka może być interesująca dla każdego przedsiębiorcy, niezależnie od poziomu jego doświadczenia, to jej zanurzenie w polskiej rzeczywistości. Biznesu nie można nauczyć się z książek, tym bardziej książek przeniesionych z rynku amerykańskiego. Natomiast można skorzystać z doświadczenia i rad polskich przedsiębiorców, którzy na własnej skórze przekonali się co to znaczy przekształcić spółkę przyjaciół ze studiów w firmę o ponad krajowym zasięgu.
Sadzę, że lektura „Go Global” może okazać się wartościowa nie tylko dla tych, którzy rozważają ekspansję poza granice kraju. Mogą oni wykorzystać książkę jako wartościowy podręcznik zarządzania, w którym odnajdą wskazówki na temat tego, jak rekrutować pracowników, jak ich motywować, jak przerywać nieudane projekty, jak uczyć się na błędach i jakie lekcje wyciągać z porażek. Uważam, że właśnie szczere relacje na temat niepowodzeń i wyjścia z nich okażą się dla czytelników, niekoniecznie przedsiębiorców, najbardziej inspirujące.
Dla mnie książka jest też opowieścią o samych przedsiębiorcach. Opowieścią o tym, że pierwszy zarobiony milion nie jest efektem kradzieży, a ciężkiej pracy. Opowieścią o utalentowanych ludziach, którzy potrafią wykorzystać szansę i zbieg okoliczności tam, gdzie inni ich nie widzą. O ludziach, którzy są skromni, pokorni i potrafią się uczyć, ponieważ mają świadomość, że nie wiedzą wszystkiego. O przywództwie i dorastaniu do niego. O odpowiedzialności za pracowników i za swoją społeczność. Jest to także książka o ludziach, którzy mają szerokie perspektywy i którzy potrafią trafnie diagnozować różne bolączki naszego kraju. Dlatego spotkania z twórcami Polski w wydaniu „Go Global” powinny stać się ciekawą lekturą nie tylko dla przedsiębiorców, ale i dla polityków, samorządowców, akademików oraz wszystkich, którzy dopiero decydują jaką pójść w życiu drogą.
Kampania prezydencka się zakończyła, Polacy dokonali wyboru na kolejne lata. Jestem jednak głęboko przekonana, że o tym w jakiej Polsce żyjemy przesądzają również, a może przede wszystkim polscy przedsiębiorcy. Prof. Rybiński złożył im taką dedykację „Książkę dedykuje wspaniałym polskim przedsiębiorcom. To dzięki nim Polakom żyje się coraz lepiej”. A ja dodam od siebie, że być może dziś bardziej nam jest potrzebny gospodarczy kogut, od szlachetnego orła.
Danuta Kędzierska - Pełnomocnik ds. CSR w firmie TÜV Rheinland Polska Sp. z o.o., Audytor odpowiedzialności społecznej wg SA8000, BSCI, SEDEX oraz kodeksów dostawców. Reprezentuje TÜV Rheinland Polska Sp. z o.o. w pracach Polskiego Komitetu Normalizacyjnego KT 305 ds. Społecznej Odpowiedzialności oraz w działającej przy Ministerstwie Gospodarki Grupie roboczej do spraw upowszechniania i edukacji CSR. Recenzentka polskiego tłumaczenia normy SA8000.
TÜV Rheinland Polska Sp. z o.o Danuta Kędzierska
Bez glutenu. Bez wyrzeczeń. Natchnione przepisy dla bezglutenowców, wegetarian i całej reszty świata
Osoby, które miały już w swych dłoniach Wydanie I „Dziennika diety” mogą już wiedzieć czego się spodziewać po Wydaniu II, który co do zasady nie różni się za bardzo od swego poprzednika.
Zasada spisywania tego co się zjadło pozostaje taka sama. Jest miejsce na opis tego co się spożyło, jak również przeznaczono kilka stron na notatki.
Na początku książki znajdują się wzmianka o tym jak prowadzić dziennik oraz kilka ogólnych informacji związanych z masą ciała, m. in. o współczynniku BMI. W środku „Dziennika” odnaleźć można wiadomości o różnych „superproduktach”, trik dnia, zamiennik jak również cytat tygodnia czy informacje o zadaniach do wykonania.
Publikacja jest kolorowa z miejscem na różne zapiski, w końcu to swoisty dziennik. Do tego kartki wydają się lepiej złączone niż w wydaniu pierwszym.
Pozycja pomocna może być zarazem dla tych, którzy pragną zmienić coś w swojej diecie i na przykład schudnąć, ale również dla tych, którzy chcą się przyjrzeć swoim nawykom żywieniowym. Słyszałam wiele pochlebnych opinii o tej metodzie (prowadzenie dziennika i stosowanie się do tutaj zamieszczonych uwag). Podobno też może być on (dziennik) stosowany do różnorodnych „diet”. Tak czy inaczej jest to ciekawa propozycja, która może pomóc lepiej nam zrozumieć i ułatwić spostrzeżenie co jemy, ile i jak.
Pozdrawiam serdecznie
Zasada spisywania tego co się zjadło pozostaje taka sama. Jest miejsce na opis tego co się spożyło, jak również przeznaczono kilka stron na notatki.
Na początku książki znajdują się wzmianka o tym jak prowadzić dziennik oraz kilka ogólnych informacji związanych z masą ciała, m. in. o współczynniku BMI. W środku „Dziennika” odnaleźć można wiadomości o różnych „superproduktach”, trik dnia, zamiennik jak również cytat tygodnia czy informacje o zadaniach do wykonania.
Publikacja jest kolorowa z miejscem na różne zapiski, w końcu to swoisty dziennik. Do tego kartki wydają się lepiej złączone niż w wydaniu pierwszym.
Pozycja pomocna może być zarazem dla tych, którzy pragną zmienić coś w swojej diecie i na przykład schudnąć, ale również dla tych, którzy chcą się przyjrzeć swoim nawykom żywieniowym. Słyszałam wiele pochlebnych opinii o tej metodzie (prowadzenie dziennika i stosowanie się do tutaj zamieszczonych uwag). Podobno też może być on (dziennik) stosowany do różnorodnych „diet”. Tak czy inaczej jest to ciekawa propozycja, która może pomóc lepiej nam zrozumieć i ułatwić spostrzeżenie co jemy, ile i jak.
Pozdrawiam serdecznie
swiatairi.blogspot.com Airi
Piękna papryczka uwodzi kształtem. Zamień kilogramy na zabójczą pewność siebie. Wydanie II rozszerzone
Jeśli szukacie poradnika, który pomoże Wam zrzucić zbędne kilogramy, wysmuklić i nieco wyrzeźbić sylwetkę, a przy tym zmotywuje i wprawi w dobry nastrój – a wszystko to „Z GŁOWĄ!” – obwieszczam, iż Wasze poszukiwania mogą już wreszcie dobiec końca. Bowiem właśnie znalazłam „motywator dietetyczno-treningowy ze szczyptą zdrowego dystansu” Edyty Draus – pozycję niemalże idealną.
Pełna nazwa tej publikacji to: „Piękna papryczka uwodzi kształtem. Zamień kilogramy na zabójczą pewność siebie”. I jak sugeruje tytuł, każdy, kto po nią sięgnie, może spodziewać się potężnej dawki motywacji nie tylko do odchudzania, ale przede wszystkim – do budowania pozytywnej samooceny. A wszystko to w wersji bardzo „niegrzecznej”, bowiem „papryczka” Edyty to co najmniej odmiana „chilli”!
A więc będzie naprawdę ostro.
Bowiem tym, co z pewnością odróżnia „motywator” Edyty Draus od innych tego typu pozycji, jest właśnie ów specyficzny, oryginalny styl autorki. Cięty, pieprzny język; mieszanka ostrego poczucia humoru z ironią; inteligentny i bezlitosny jak brzytwa ogląd rzeczywistości… to jej znaki rozpoznawcze. Bądź pewna, że autorka przejrzy wszystkie Twoje wymówki i bezlitośnie Ci je wytknie. Oczywiście wszystko po to, by Cię zmotywować. Niczym coach prowokatywny. O ile te elementy stylu autorki jak najbardziej przypadły mi do gustu (bez nich ten poradnik nie byłby już tak „papryczkowy”!), to jest w nim też coś, co może drażnić. Aby to zilustrować, przytoczę fragment wstępu:
„Idź z postępem. Dzióbek, brzuszek, kilka fotek. Koniecznie na instagram i fejs wrzuć je potem. Ja lubię, Ty lubisz, on zaraz polubi. Ona nienawidzi, kiedy Twoje nogi widzi. W międzyczasie spis na blogu o szmince, szpilkach i o czworonogu. Wybierz, dodaj, opublikuj. Nie panikuj. Rzut oka na statystyki. Wdech, wydech. Spoko folołersów. Wróć. Masz nowych lajkersów. Przeleć ich i swoje ulubione, dodaj do znajomych, wymień się plikami, udostępnij, dołącz, ściągnij apkę, bezdomnego psa uratuj, poczatuj, a jak jeszcze będzie marnie, zajrzyj, kto na skajpie. Na koniec wyślij parę mejli w sprawie pracy, a jak bateria wytrzyma – zamów coś do zjedzenia” (s. 15).
Styl autorki pełny jest takich spolszczonych anglicyzmów, skrótów myślowych, luźnych skojarzeń i rymowanek („Że grube uda, a co, jeśli się uda?”), bywa, że niegramatycznych, a czasem nawet trudnych do rozszyfrowania. Można je uznać za przejaw oryginalności czy „wyluzowanego” podejścia, ale wyobrażam sobie, że starszym Czytelniczkom tego typu elementy mogą się wydać dziwne, sztuczne i utrudnić odbiór treści. Ale to tylko drobna uwaga, nawet nie zarzut – bo domyślam się, że grupą docelową tej publikacji są odbiorcy młodzi i z poczuciem humoru.
A więc wróćmy do bezsprzecznie mocnych stron tej publikacji, których nie brakuje. Jestem pełna podziwu dla Edyty Draus za to, jak wiele wiedzy zawarła w swojej publikacji oraz za lekki sposób, w jaki to zrobiła. Indeks glikemiczny, pH i zakwaszenie, dieta zgodna z grupą krwi, dieta niełączenia, gluten i laktoza, witaminy i suplementy, rola snu… Każde z tych modnych i kontrowersyjnych zagadnień zostało ujęte i krótko wyjaśnione – przystępnie, bez zanudzania fizjologią i biochemią, w sposób barwny i humorystyczny. Ale zagadnienia związane ze sposobem odżywiania się to tylko połowa objętości tej publikacji – druga połowa poświęcona została aktywności fizycznej. W tej części Czytelnik znajdzie krótkie omówienie poszczególnych rodzajów sportu oraz dokładniejszą charakterystykę różnych opcji treningowych (np. trening typu cardio, interwałowy, siłowy itd.) – ze wskazaniami kto, w jakim celu i jak powinien jest stosować. Ta część zawiera także dużą dawkę ćwiczeń siłowych – szczegółowo opisanych oraz zilustrowanych licznym zdjęciami ćwiczącej autorki. Na końcu zamieszczono też skrócony „plan treningowy”. Muszę przyznać, iż udało się Pani Edycie odczarować mit ćwiczeń siłowych i przekonać mnie, że tego typu trening naprawdę jest ważny i potrzebny. Jedyny minus – z pewnym zawodem stwierdziłam, że niemal wszystkie proponowane przez autorkę ćwiczenia (a na pewno zdecydowana większość) wymagają zastosowania specjalistycznego sprzętu, a więc zapisania się na siłownię.
Sięgając po „Papryczkę…” Edyty Draus warto być świadomym, że pozycja ta nie jest poradnikiem z cyklu „30 dni do życiowej metamorfozy”, wręcz przeciwnie – autorka mówi wprost, że niczego nie obiecuje i… zaleca realizm. Nie jest też poradnikiem typu „krok po kroku”, w którym autor prowadzi czytelnika za rękę, od samego początku do końca procesu. Pani Draus nie ma dla Ciebie listy celów do wyboru, ani gotowego planu dietetyczno-treningowego, którego bezwzględne stosowanie zagwarantuje Ci upragniony sukces. Nie ma nawet… proponowanego jadłospisu (a troszkę szkoda, bo skrócony jadłospis, np. na tydzień mógłby się przydać). Ta autorka wybrała inną opcję – postawiła siebie w roli bardziej przyjaciółki, aniżeli nauczyciela czy trenera. Przyjaciółki, która kiedyś również borykała się z rozmaitymi problemami – niesatysfakcjonującą sylwetką, dolegliwościami zdrowotnymi, kompleksami i brakiem motywacji – ale wszystkie je pokonała swoją determinacją, dochodząc do swojego sukcesu samodzielnie, krok po kroku. Nie wypowiada się z pozycji autorytetu, „oświeconego guru” diety czy fitnessu. Pokornie przyznaje, że sama także ciągle jest w tym procesie zmiany, bo… on nigdy się nie kończy. Czasem też sama błądzi. Dlatego też nie ma dla nikogo gotowych recept na idealną wagę, sylwetkę i samopoczucie. Każdy organizm jest inny, a jego potrzeby zmieniają się w czasie, dlatego też to, co działało wczoraj, może nie sprawdzać się dzisiaj. Nic nie zastąpi samodzielnej edukacji, eksperymentowania, zdrowego rozsądku, wsłuchiwania się w swoje ciało i… odrobiny dystansu do tego wszystkiego. Wydaje mi się, że tak właśnie mogłabym podsumować przesłanie poradnika Edyty Draus.
Trzeba przyznać, że Pani Edyta potrafi zbudować prawdziwie bliską, przyjacielską relację z Czytelniczką i jest w tej roli bardzo przekonująca. Jak sama pisze o sobie, natura raczej nie obdarzyła jej „genami szybkiego metabolizmu i zabójczej sylwetki”, wręcz przeciwnie. Co więcej, nigdy nie była „typem sportowca” (z zwodu jest artystką-grafikiem) – na zdrowe odżywianie i regularną, intensywną aktywność fizyczną zdecydowała się dopiero w wieku dorosłym, a mimo to osiągnęła na tym polu znaczące sukcesy (jest dwukrotną wicemistrzynią Polski w fitness sylwetkowym). Można powiedzieć, że swoim przykładem świadczy o tym, że na zmianę naprawdę nigdy nie jest za późno (a dowód te zmiany, przekonujący, stanowią jej liczne zdjęcia, zawarte w książce). Z racji swoich wieloletnich doświadczeń i drogi „od amatora do profesjonalisty”, autorka zna wszystkie możliwe zakręty i pułapki, jakie może napotkać początkujący. Odchudzasz się, a mimo to waga nie spada? Być może spożywasz za dużo produktów węglowodanowych. Dużo trenujesz i jesteś ciągle zmęczona? Być może nadmiar białka w Twojej diecie doprowadził do zakwaszenia organizmu. A może, mimo zdrowego odżywiania, coś z Twoim zdrowiem i samopoczuciem nadal jest nie tak? Lepiej zainteresuj się dietą zgodną z grupą krwi – radzi autorka. Znów – nie ma gotowych rad, a raczej pewne drogowskazy, za którymi możesz podążyć, ale nie musisz. I co ważne, autorka niczego nie narzuca, wręcz przeciwnie – stara się pokazać, że do celu mogą prowadzić różne drogi, a tylko do Ciebie zależy, na którą się zdecydujesz. Przykład? Możesz być intensywnie trenującym wegetarianinem, którego podstawę żywieniową stanowią węglowodany. Ale możesz równie dobrze zdecydować się na dietą niskowęglowodanową i… w obu przypadkach odnieść sukces.
Na sam koniec, warto jeszcze wspomnieć o pięknym wydaniu recenzowanej publikacji – kredowym papierze, mnóstwie zdjęć w doskonałej jakości, przejrzystym układzie treści, wygodnej do czytania czcionce. Kolejny plus, który sprawia, że ten poradnik może stać się zarówno Waszym przyjacielem, osobistym trenerem i motywatorem (który zechcecie mieć zawsze pod ręką), jak i doskonałym pomysłem na prezent.
Bez cienia wątpliwości polecam „Papryczkę…” Edyty Draus wszystkim kobietom, które chcą coś zmienić w swoim życiu, a nie wiedzą, od czego zacząć. Kobietom, które czują się zbyt przytłoczone rozmaitymi dietami i opcjami treningowymi. Tym, które ciągle szukają kolejnej diety „cud”, kolejnej pigułki „cud”. I wszystkim, którzy mają dość nudnych (jak przysłowiowe flaki z olejem) poradników.
„Cuda się zdarzają. Brzydkie kaczątka zamieniają się w łabędzie, kopciuszki w księżniczki, tylko ropuchy jakoś rzadziej w książąt z bajki. W realu zmiany nie następują jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale zawsze wtedy, kiedy jesteś na nie gotowa.
A Ty – czy jesteś gotowa na zmianę?” (z okładki)
Pełna nazwa tej publikacji to: „Piękna papryczka uwodzi kształtem. Zamień kilogramy na zabójczą pewność siebie”. I jak sugeruje tytuł, każdy, kto po nią sięgnie, może spodziewać się potężnej dawki motywacji nie tylko do odchudzania, ale przede wszystkim – do budowania pozytywnej samooceny. A wszystko to w wersji bardzo „niegrzecznej”, bowiem „papryczka” Edyty to co najmniej odmiana „chilli”!
A więc będzie naprawdę ostro.
Bowiem tym, co z pewnością odróżnia „motywator” Edyty Draus od innych tego typu pozycji, jest właśnie ów specyficzny, oryginalny styl autorki. Cięty, pieprzny język; mieszanka ostrego poczucia humoru z ironią; inteligentny i bezlitosny jak brzytwa ogląd rzeczywistości… to jej znaki rozpoznawcze. Bądź pewna, że autorka przejrzy wszystkie Twoje wymówki i bezlitośnie Ci je wytknie. Oczywiście wszystko po to, by Cię zmotywować. Niczym coach prowokatywny. O ile te elementy stylu autorki jak najbardziej przypadły mi do gustu (bez nich ten poradnik nie byłby już tak „papryczkowy”!), to jest w nim też coś, co może drażnić. Aby to zilustrować, przytoczę fragment wstępu:
„Idź z postępem. Dzióbek, brzuszek, kilka fotek. Koniecznie na instagram i fejs wrzuć je potem. Ja lubię, Ty lubisz, on zaraz polubi. Ona nienawidzi, kiedy Twoje nogi widzi. W międzyczasie spis na blogu o szmince, szpilkach i o czworonogu. Wybierz, dodaj, opublikuj. Nie panikuj. Rzut oka na statystyki. Wdech, wydech. Spoko folołersów. Wróć. Masz nowych lajkersów. Przeleć ich i swoje ulubione, dodaj do znajomych, wymień się plikami, udostępnij, dołącz, ściągnij apkę, bezdomnego psa uratuj, poczatuj, a jak jeszcze będzie marnie, zajrzyj, kto na skajpie. Na koniec wyślij parę mejli w sprawie pracy, a jak bateria wytrzyma – zamów coś do zjedzenia” (s. 15).
Styl autorki pełny jest takich spolszczonych anglicyzmów, skrótów myślowych, luźnych skojarzeń i rymowanek („Że grube uda, a co, jeśli się uda?”), bywa, że niegramatycznych, a czasem nawet trudnych do rozszyfrowania. Można je uznać za przejaw oryginalności czy „wyluzowanego” podejścia, ale wyobrażam sobie, że starszym Czytelniczkom tego typu elementy mogą się wydać dziwne, sztuczne i utrudnić odbiór treści. Ale to tylko drobna uwaga, nawet nie zarzut – bo domyślam się, że grupą docelową tej publikacji są odbiorcy młodzi i z poczuciem humoru.
A więc wróćmy do bezsprzecznie mocnych stron tej publikacji, których nie brakuje. Jestem pełna podziwu dla Edyty Draus za to, jak wiele wiedzy zawarła w swojej publikacji oraz za lekki sposób, w jaki to zrobiła. Indeks glikemiczny, pH i zakwaszenie, dieta zgodna z grupą krwi, dieta niełączenia, gluten i laktoza, witaminy i suplementy, rola snu… Każde z tych modnych i kontrowersyjnych zagadnień zostało ujęte i krótko wyjaśnione – przystępnie, bez zanudzania fizjologią i biochemią, w sposób barwny i humorystyczny. Ale zagadnienia związane ze sposobem odżywiania się to tylko połowa objętości tej publikacji – druga połowa poświęcona została aktywności fizycznej. W tej części Czytelnik znajdzie krótkie omówienie poszczególnych rodzajów sportu oraz dokładniejszą charakterystykę różnych opcji treningowych (np. trening typu cardio, interwałowy, siłowy itd.) – ze wskazaniami kto, w jakim celu i jak powinien jest stosować. Ta część zawiera także dużą dawkę ćwiczeń siłowych – szczegółowo opisanych oraz zilustrowanych licznym zdjęciami ćwiczącej autorki. Na końcu zamieszczono też skrócony „plan treningowy”. Muszę przyznać, iż udało się Pani Edycie odczarować mit ćwiczeń siłowych i przekonać mnie, że tego typu trening naprawdę jest ważny i potrzebny. Jedyny minus – z pewnym zawodem stwierdziłam, że niemal wszystkie proponowane przez autorkę ćwiczenia (a na pewno zdecydowana większość) wymagają zastosowania specjalistycznego sprzętu, a więc zapisania się na siłownię.
Sięgając po „Papryczkę…” Edyty Draus warto być świadomym, że pozycja ta nie jest poradnikiem z cyklu „30 dni do życiowej metamorfozy”, wręcz przeciwnie – autorka mówi wprost, że niczego nie obiecuje i… zaleca realizm. Nie jest też poradnikiem typu „krok po kroku”, w którym autor prowadzi czytelnika za rękę, od samego początku do końca procesu. Pani Draus nie ma dla Ciebie listy celów do wyboru, ani gotowego planu dietetyczno-treningowego, którego bezwzględne stosowanie zagwarantuje Ci upragniony sukces. Nie ma nawet… proponowanego jadłospisu (a troszkę szkoda, bo skrócony jadłospis, np. na tydzień mógłby się przydać). Ta autorka wybrała inną opcję – postawiła siebie w roli bardziej przyjaciółki, aniżeli nauczyciela czy trenera. Przyjaciółki, która kiedyś również borykała się z rozmaitymi problemami – niesatysfakcjonującą sylwetką, dolegliwościami zdrowotnymi, kompleksami i brakiem motywacji – ale wszystkie je pokonała swoją determinacją, dochodząc do swojego sukcesu samodzielnie, krok po kroku. Nie wypowiada się z pozycji autorytetu, „oświeconego guru” diety czy fitnessu. Pokornie przyznaje, że sama także ciągle jest w tym procesie zmiany, bo… on nigdy się nie kończy. Czasem też sama błądzi. Dlatego też nie ma dla nikogo gotowych recept na idealną wagę, sylwetkę i samopoczucie. Każdy organizm jest inny, a jego potrzeby zmieniają się w czasie, dlatego też to, co działało wczoraj, może nie sprawdzać się dzisiaj. Nic nie zastąpi samodzielnej edukacji, eksperymentowania, zdrowego rozsądku, wsłuchiwania się w swoje ciało i… odrobiny dystansu do tego wszystkiego. Wydaje mi się, że tak właśnie mogłabym podsumować przesłanie poradnika Edyty Draus.
Trzeba przyznać, że Pani Edyta potrafi zbudować prawdziwie bliską, przyjacielską relację z Czytelniczką i jest w tej roli bardzo przekonująca. Jak sama pisze o sobie, natura raczej nie obdarzyła jej „genami szybkiego metabolizmu i zabójczej sylwetki”, wręcz przeciwnie. Co więcej, nigdy nie była „typem sportowca” (z zwodu jest artystką-grafikiem) – na zdrowe odżywianie i regularną, intensywną aktywność fizyczną zdecydowała się dopiero w wieku dorosłym, a mimo to osiągnęła na tym polu znaczące sukcesy (jest dwukrotną wicemistrzynią Polski w fitness sylwetkowym). Można powiedzieć, że swoim przykładem świadczy o tym, że na zmianę naprawdę nigdy nie jest za późno (a dowód te zmiany, przekonujący, stanowią jej liczne zdjęcia, zawarte w książce). Z racji swoich wieloletnich doświadczeń i drogi „od amatora do profesjonalisty”, autorka zna wszystkie możliwe zakręty i pułapki, jakie może napotkać początkujący. Odchudzasz się, a mimo to waga nie spada? Być może spożywasz za dużo produktów węglowodanowych. Dużo trenujesz i jesteś ciągle zmęczona? Być może nadmiar białka w Twojej diecie doprowadził do zakwaszenia organizmu. A może, mimo zdrowego odżywiania, coś z Twoim zdrowiem i samopoczuciem nadal jest nie tak? Lepiej zainteresuj się dietą zgodną z grupą krwi – radzi autorka. Znów – nie ma gotowych rad, a raczej pewne drogowskazy, za którymi możesz podążyć, ale nie musisz. I co ważne, autorka niczego nie narzuca, wręcz przeciwnie – stara się pokazać, że do celu mogą prowadzić różne drogi, a tylko do Ciebie zależy, na którą się zdecydujesz. Przykład? Możesz być intensywnie trenującym wegetarianinem, którego podstawę żywieniową stanowią węglowodany. Ale możesz równie dobrze zdecydować się na dietą niskowęglowodanową i… w obu przypadkach odnieść sukces.
Na sam koniec, warto jeszcze wspomnieć o pięknym wydaniu recenzowanej publikacji – kredowym papierze, mnóstwie zdjęć w doskonałej jakości, przejrzystym układzie treści, wygodnej do czytania czcionce. Kolejny plus, który sprawia, że ten poradnik może stać się zarówno Waszym przyjacielem, osobistym trenerem i motywatorem (który zechcecie mieć zawsze pod ręką), jak i doskonałym pomysłem na prezent.
Bez cienia wątpliwości polecam „Papryczkę…” Edyty Draus wszystkim kobietom, które chcą coś zmienić w swoim życiu, a nie wiedzą, od czego zacząć. Kobietom, które czują się zbyt przytłoczone rozmaitymi dietami i opcjami treningowymi. Tym, które ciągle szukają kolejnej diety „cud”, kolejnej pigułki „cud”. I wszystkim, którzy mają dość nudnych (jak przysłowiowe flaki z olejem) poradników.
„Cuda się zdarzają. Brzydkie kaczątka zamieniają się w łabędzie, kopciuszki w księżniczki, tylko ropuchy jakoś rzadziej w książąt z bajki. W realu zmiany nie następują jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale zawsze wtedy, kiedy jesteś na nie gotowa.
A Ty – czy jesteś gotowa na zmianę?” (z okładki)
moznaprzeczytac.pl MN