Recenzje
Motocykl po czterdziestce (zamiast kochanki)
„Motocykl po czterdziestce (zamiast kochanki)” to przewodnik nie tylko dla tych, którzy właśnie przechodzą kryzys wieku średniego. Autor tłumaczy, dlaczego warto posiadać motocykl, radzi jaką maszynę wybrać i jak poruszać się w skomplikowanym świecie motocyklowej nomenklatury.
Jarosław Gibas, z wykształcenia socjolog, z zamiłowania recenzent kulinarny, motocyklista i autor popularnego bloga bigbiker.pl, debiutował w 1995 roku powieścią „Gniazda aniołów”. Od tego czasu opublikował kilka książek, w tym poradniki „Pokonaj stres z Kaizen”, „Schudnij z Kaizen” i „Śląsk pełną gębą, czyli przewodnik po śląskich restauracjach”. „Motocykl po czterdziestce (zamiast kochanki)” to jego najnowsza pozycja – lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy noszą się z zamiarem zakupu motocykla. Gibas odsłania przed czytelnikami wszystkie tajniki motocyklizmu. I świetnie mu to wychodzi. Jako wieloletni publicysta, dziennikarz i bloger zawiłe kwestie tłumaczy w sposób żartobliwy i przystępny, jako motocyklista dzieli się praktycznymi wskazówkami na temat jazdy i wyboru maszyny odpowiedniej do naszych potrzeb, a jako były właściciel sklepu z odzieżą motocyklową wyjaśnia, gdzie kupować, na czym nie warto oszczędzać, a co jest jedynie marketingowym chwytem, niewartym wydawania pieniędzy. Przede wszystkim jednak jako zawodowy trener osobisty przekonująco wyjaśnia, czym jest motocyklizm, dlaczego nie warto rezygnować z pasji i jak poradzić sobie z ewentualnym brakiem entuzjazmu wśród domowników, którzy jej nie podzielają.
Książka „Motocykl po czterdziestce (zamiast kochanki)” to także przewodnik po motocyklowym świecie. Dowiemy się z niej, co znaczą określone symbole na kurtkach członków klubów motocyklowych, skąd wzięły się motocyklowe gangi, co jest największym obciachem, a także jakie filmy i książki uznawane są za najbardziej kultowe. Można jedynie żałować, że wydawca nie pokusił się o bogatszy materiał ilustracyjny, a niektóre zdjęcia opublikowane w książce mają słabą rozdzielczość, nosząc znamiona wyraźnej pikselozy. Poradnik dostępny jest za to również w wersji elektronicznej, jako e-book.
Jarosław Gibas, z wykształcenia socjolog, z zamiłowania recenzent kulinarny, motocyklista i autor popularnego bloga bigbiker.pl, debiutował w 1995 roku powieścią „Gniazda aniołów”. Od tego czasu opublikował kilka książek, w tym poradniki „Pokonaj stres z Kaizen”, „Schudnij z Kaizen” i „Śląsk pełną gębą, czyli przewodnik po śląskich restauracjach”. „Motocykl po czterdziestce (zamiast kochanki)” to jego najnowsza pozycja – lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy noszą się z zamiarem zakupu motocykla. Gibas odsłania przed czytelnikami wszystkie tajniki motocyklizmu. I świetnie mu to wychodzi. Jako wieloletni publicysta, dziennikarz i bloger zawiłe kwestie tłumaczy w sposób żartobliwy i przystępny, jako motocyklista dzieli się praktycznymi wskazówkami na temat jazdy i wyboru maszyny odpowiedniej do naszych potrzeb, a jako były właściciel sklepu z odzieżą motocyklową wyjaśnia, gdzie kupować, na czym nie warto oszczędzać, a co jest jedynie marketingowym chwytem, niewartym wydawania pieniędzy. Przede wszystkim jednak jako zawodowy trener osobisty przekonująco wyjaśnia, czym jest motocyklizm, dlaczego nie warto rezygnować z pasji i jak poradzić sobie z ewentualnym brakiem entuzjazmu wśród domowników, którzy jej nie podzielają.
Książka „Motocykl po czterdziestce (zamiast kochanki)” to także przewodnik po motocyklowym świecie. Dowiemy się z niej, co znaczą określone symbole na kurtkach członków klubów motocyklowych, skąd wzięły się motocyklowe gangi, co jest największym obciachem, a także jakie filmy i książki uznawane są za najbardziej kultowe. Można jedynie żałować, że wydawca nie pokusił się o bogatszy materiał ilustracyjny, a niektóre zdjęcia opublikowane w książce mają słabą rozdzielczość, nosząc znamiona wyraźnej pikselozy. Poradnik dostępny jest za to również w wersji elektronicznej, jako e-book.
ZPR Media S.A. tzyl
Jedz i bądź piękna! Zdrowa dieta na każdą porę roku
Zajrzyj do dietetycznego skarbca z przepisami na cały rok!
- Zdrowe odżywianie, detoksykacja i dieta bezglutenowa, czyli jak działa Twój organizm.
- Jadłospisy od wiosny do zimy, czyli co warto uwzględnić w diecie w każdym sezonie.
- Produkty bezglutenowe, kwaso- i zasadotwórcze, czyli do czego przydają się ściągi.
Przepis Na Ogród Ekstra 08/2015
Pokusy i łakocie. Kochanie, jeszcze tu jestem!
"Kochanie, jeszcze tu jestem!" to trzecia i ostatnia część serii Pokusy i Łakocie autorstwa Tary Sivec. Poznajemy w niej losy Jenny oraz Drew. W poprzednich częściach poznaliśmy ich jaką najbardziej bezwstydną i sprośną parę oczywiście w dobrym słowa tego znaczeniu. Dla nich nie obcy był seks w różnych dziwnych miejscach, jak np: w hipermarketowej toalecie, w basenach u sąsiadów lub na ścieżce zdrowia w parku. Ale czy wszystko co dobre trwa wiecznie?
Jenny i Drew są małżeństwem z kilkuletnim stażem. Mają trzyletnią córkę oraz kilkumiesięcznego synka, a wszystkiego dopełniają pies i kot "morderca". Jak to niestety bywa w małżeństwach, pewnego dnia wszystko zaczyna się sypać. Jenny straciła całkowitą ochotę na seks, a winą za to można obarczyć wyłącznie Drew, który nic a nic nie pomaga żonie w obowiązkach domowych. Nie wspominając o dzieciach. Jenny zamiast o seksie myśli tylko o spaniu, a Drew już odchodzi od zmysłów jak rozpalić na nowo ogień w ich małżeństwie. Może pomoże zakup erotycznej huśtawki? No chyba, że Jenny pomyśli, że to huśtawka dla niej ale do usypiania ich synka… Czy uda im się ocalić związek? Może być ciężko gdyż na horyzoncie pojawi się młody seksowny sąsiad, który będzie wiedział jak odciążyć Jenny od licznych obowiązków.
W tej części również nie zabraknie nam niekontrolowanych wybuchów śmiechu ale znajdziemy w niej też wiele życiowych rad. Porusza ona problemy wielu małżeństw czy związków partnerskich. Nie jedna kobieta potrzebuje pomocy w domu, a mężowie „jakimś cudem” nigdy tego nie dostrzegają. Jenny jednak zawsze może liczyć na czworo swoich przyjaciół, którzy są równie szaleni jak ona i Drew, to kompani do tańca i do różańca. Pomogą zawsze w każdej sytuacji… no chyba, że Jenny poprosi któreś z nich by obejrzało jej muszelkę jak wygląda po porodzie (O czym mówię? Musicie przeczytać sami) Oczywiście wpadek znów będzie co niemiara: jak można pomylić konkurs na najszybszy wibrator z konkursem, kto szybciej dojdzie przy użyciu wibratora? Śmiech do łez nadal gwarantowany.
Tym oto akcentem żegnamy się z tą cudowną, prześmieszną serią, którą polecam Wam z czystym sumieniem. Jeżeli lubicie nietypowe poczucie humoru to te książki są dla Was idealne. Naprawdę nie można się od nich oderwać. Dajcie się namówić na Pokusy i Łakocie.
Jenny i Drew są małżeństwem z kilkuletnim stażem. Mają trzyletnią córkę oraz kilkumiesięcznego synka, a wszystkiego dopełniają pies i kot "morderca". Jak to niestety bywa w małżeństwach, pewnego dnia wszystko zaczyna się sypać. Jenny straciła całkowitą ochotę na seks, a winą za to można obarczyć wyłącznie Drew, który nic a nic nie pomaga żonie w obowiązkach domowych. Nie wspominając o dzieciach. Jenny zamiast o seksie myśli tylko o spaniu, a Drew już odchodzi od zmysłów jak rozpalić na nowo ogień w ich małżeństwie. Może pomoże zakup erotycznej huśtawki? No chyba, że Jenny pomyśli, że to huśtawka dla niej ale do usypiania ich synka… Czy uda im się ocalić związek? Może być ciężko gdyż na horyzoncie pojawi się młody seksowny sąsiad, który będzie wiedział jak odciążyć Jenny od licznych obowiązków.
W tej części również nie zabraknie nam niekontrolowanych wybuchów śmiechu ale znajdziemy w niej też wiele życiowych rad. Porusza ona problemy wielu małżeństw czy związków partnerskich. Nie jedna kobieta potrzebuje pomocy w domu, a mężowie „jakimś cudem” nigdy tego nie dostrzegają. Jenny jednak zawsze może liczyć na czworo swoich przyjaciół, którzy są równie szaleni jak ona i Drew, to kompani do tańca i do różańca. Pomogą zawsze w każdej sytuacji… no chyba, że Jenny poprosi któreś z nich by obejrzało jej muszelkę jak wygląda po porodzie (O czym mówię? Musicie przeczytać sami) Oczywiście wpadek znów będzie co niemiara: jak można pomylić konkurs na najszybszy wibrator z konkursem, kto szybciej dojdzie przy użyciu wibratora? Śmiech do łez nadal gwarantowany.
Tym oto akcentem żegnamy się z tą cudowną, prześmieszną serią, którą polecam Wam z czystym sumieniem. Jeżeli lubicie nietypowe poczucie humoru to te książki są dla Was idealne. Naprawdę nie można się od nich oderwać. Dajcie się namówić na Pokusy i Łakocie.
http://kobiecerecenzje365.blogspot.com/ Sylwia Stawska
Crashed. W zderzeniu z miłością
Mam nadzieję, że nie obrazicie się, jeśli już na wstępie Wam zdradzę, że jak na bajkę przystało, również ta opowieść kończy się happy endem...
Po nieudanym drugim tomie trylogii „Driven” z obawą, ale i nadzieją sięgałam po ostatnią część opowieści o Rylee i Coltonie. Liczyłam na to, że wszystkie dobre pomysły, które K. Bromberg miała na tę historię zostaną zawarte w „Crashed”. Na szczęście po klątwie „drugiego tomu” nie ma śladu, a ostatnia część tej historii umiliła mi 7-godzinną podróż pociągiem, bo wprost nie mogła się oderwać od czytania.
Po raz kolejny zaznaczę, że ta seria nie jest odkrywcza, że schemat fabularny znamy wręcz do obrzydzenia, że bajka musi oczywiście doprowadzić do „i żyli długo i szczęśliwie”, ale jednak jest w tym ostatnim tomie coś niezwykłego, co sprawia, że naprawdę lekko i przyjemnie się to czyta. Oczywiście, wielbiciele ambitnej literatury nie będą chwalić się znajomym, że przeczytali taką książkę, w końcu zdecydowanie nie można jej zaliczyć to gatunku „wysokiej”, ale jednocześnie jestem przekonana, że dla wielu osób może to być po prostu miła wakacyjna lektura. „W zderzeniu z miłością” to niewątpliwie najbardziej dynamiczna, wielowątkowa część trylogii. Oczywiście Colton i Rylee są razem, nadal uprawiają wspaniały seks, jednak teraz bohaterka rzadziej jęczy, a częściej płacze z powodu emocji, które kłębią się w niej i w tym wspaniałym mężczyźnie, którego stara się zrozumieć. Nie brakuje znanych z wcześniejszej części wręcz śmiesznych, kiczowatych opisów zbliżeń, po kochankowie patrzą sobie głęboko w oczy, a ich dusze się łączą, jednak wielość innych wątków sprawia, że można wybaczyć Bromberg to nachalne epatowanie nieziemskim seksem, z którego zapamiętuje się przede wszystkim jęki.
Colton i Rylee już oficjalnie są parą, wszystko wokół nich wiedzą, że tę dwójkę łączy wyjątkowe uczucie. Jednak zanim wszystko dobrze się skończy muszą pokonać wiele trudności, które zgotował im los. Tragiczny wypadek Coltona podczas wyścigu, Tawny, która twierdzi, że to on jest ojcem jej dziecka, ciąża i poronienie Rylee, atak ze strony ojca Zandera, rozdrapywania wspomnień z dzieciństwa i szukanie matki-ćpunki... - Bromberg wystawiła uczucia swoich bohaterów na poważną próbę. Zdeterminowana kobieta musi udowodnić mężczyźnie swojego życia, że nie jest zepsuty i zły i ona kocha go pomimo wszystkiego, co w nim tkwi, a przerażony uczuciami mężczyzna musi na nowo zmierzyć się z demonami przeszłości, by uwolnić się od nich i przyjąć czyste i prawdziwe uczucie Rylee.
W „Driven. W zderzeniu z miłością” autorka nie tylko rzuca bohaterom kłody pod nogi, ale bawi się w psychologa starającego się zrozumieć, co dzieje się w głowach osób dotkniętych tragicznymi doświadczeniami. W podziękowaniach zawartych na końcu książki napisała, że wiele osób mających podobne przeżycia zapewniało ją, że bardzo dobrze opisała stan emocjonalny odczuwany po takich wydarzeniach. Nie przeczę, że faktycznie Bromberg starała się w bardzo empatyczny sposób podejść do wrażliwego tematu, jednak mam wątpliwości, czy faktycznie mężczyzna tak mocno poharatany przez życie, do tej pory odcinający się od wszelkich uczuć, zdobywałby się na tak emocjonalne wyznania jak czynił to Colton, wywołując tym łzy Rylee.
Trylogia „Driven” to książka, którą Bromberg pisała w pewnym sensie z czytelniczkami. Za pośrednictwem internetu dyskutowała z nimi, zastanawiała się nad poszczególnymi wątkami, omawiała niektóre pomysły. To świetne, że dziś autorzy mogą wchodzić w interakcję z odbiorcami, choć nie do końca jestem przekonana, czy powinni tak mocno kierować się ich sugestiami. Być może fakt, że „konsultantkami” Bromberg były głównie kobiety uwielbiające czytać o uczuciach i emocjach sprawił, że ostatnia część jest wręcz nimi przesycona, podobnie jak wcześniejsza aż ociekała jękami i orgazmami. Jednak mimo wielu niedoskonałości i tak polecam Wam tę książkę. Bajka, bo bajka, momentami nudna lub monotematyczna, trochę infantylna i kiczowata, ale czy na wakacjach musimy zaczytywać się tylko noblistami? A to naprawdę wciągająca opowieść, o ile zachowa się zdrowy dystans i nie będzie się wymagało od ukochanego mężczyzny, by prawił wyznania jak Colton Donovan, w końcu usidlony i przytrzymany za jaja bożyszcze tłumów kobiet.
Po nieudanym drugim tomie trylogii „Driven” z obawą, ale i nadzieją sięgałam po ostatnią część opowieści o Rylee i Coltonie. Liczyłam na to, że wszystkie dobre pomysły, które K. Bromberg miała na tę historię zostaną zawarte w „Crashed”. Na szczęście po klątwie „drugiego tomu” nie ma śladu, a ostatnia część tej historii umiliła mi 7-godzinną podróż pociągiem, bo wprost nie mogła się oderwać od czytania.
Po raz kolejny zaznaczę, że ta seria nie jest odkrywcza, że schemat fabularny znamy wręcz do obrzydzenia, że bajka musi oczywiście doprowadzić do „i żyli długo i szczęśliwie”, ale jednak jest w tym ostatnim tomie coś niezwykłego, co sprawia, że naprawdę lekko i przyjemnie się to czyta. Oczywiście, wielbiciele ambitnej literatury nie będą chwalić się znajomym, że przeczytali taką książkę, w końcu zdecydowanie nie można jej zaliczyć to gatunku „wysokiej”, ale jednocześnie jestem przekonana, że dla wielu osób może to być po prostu miła wakacyjna lektura. „W zderzeniu z miłością” to niewątpliwie najbardziej dynamiczna, wielowątkowa część trylogii. Oczywiście Colton i Rylee są razem, nadal uprawiają wspaniały seks, jednak teraz bohaterka rzadziej jęczy, a częściej płacze z powodu emocji, które kłębią się w niej i w tym wspaniałym mężczyźnie, którego stara się zrozumieć. Nie brakuje znanych z wcześniejszej części wręcz śmiesznych, kiczowatych opisów zbliżeń, po kochankowie patrzą sobie głęboko w oczy, a ich dusze się łączą, jednak wielość innych wątków sprawia, że można wybaczyć Bromberg to nachalne epatowanie nieziemskim seksem, z którego zapamiętuje się przede wszystkim jęki.
Colton i Rylee już oficjalnie są parą, wszystko wokół nich wiedzą, że tę dwójkę łączy wyjątkowe uczucie. Jednak zanim wszystko dobrze się skończy muszą pokonać wiele trudności, które zgotował im los. Tragiczny wypadek Coltona podczas wyścigu, Tawny, która twierdzi, że to on jest ojcem jej dziecka, ciąża i poronienie Rylee, atak ze strony ojca Zandera, rozdrapywania wspomnień z dzieciństwa i szukanie matki-ćpunki... - Bromberg wystawiła uczucia swoich bohaterów na poważną próbę. Zdeterminowana kobieta musi udowodnić mężczyźnie swojego życia, że nie jest zepsuty i zły i ona kocha go pomimo wszystkiego, co w nim tkwi, a przerażony uczuciami mężczyzna musi na nowo zmierzyć się z demonami przeszłości, by uwolnić się od nich i przyjąć czyste i prawdziwe uczucie Rylee.
W „Driven. W zderzeniu z miłością” autorka nie tylko rzuca bohaterom kłody pod nogi, ale bawi się w psychologa starającego się zrozumieć, co dzieje się w głowach osób dotkniętych tragicznymi doświadczeniami. W podziękowaniach zawartych na końcu książki napisała, że wiele osób mających podobne przeżycia zapewniało ją, że bardzo dobrze opisała stan emocjonalny odczuwany po takich wydarzeniach. Nie przeczę, że faktycznie Bromberg starała się w bardzo empatyczny sposób podejść do wrażliwego tematu, jednak mam wątpliwości, czy faktycznie mężczyzna tak mocno poharatany przez życie, do tej pory odcinający się od wszelkich uczuć, zdobywałby się na tak emocjonalne wyznania jak czynił to Colton, wywołując tym łzy Rylee.
Trylogia „Driven” to książka, którą Bromberg pisała w pewnym sensie z czytelniczkami. Za pośrednictwem internetu dyskutowała z nimi, zastanawiała się nad poszczególnymi wątkami, omawiała niektóre pomysły. To świetne, że dziś autorzy mogą wchodzić w interakcję z odbiorcami, choć nie do końca jestem przekonana, czy powinni tak mocno kierować się ich sugestiami. Być może fakt, że „konsultantkami” Bromberg były głównie kobiety uwielbiające czytać o uczuciach i emocjach sprawił, że ostatnia część jest wręcz nimi przesycona, podobnie jak wcześniejsza aż ociekała jękami i orgazmami. Jednak mimo wielu niedoskonałości i tak polecam Wam tę książkę. Bajka, bo bajka, momentami nudna lub monotematyczna, trochę infantylna i kiczowata, ale czy na wakacjach musimy zaczytywać się tylko noblistami? A to naprawdę wciągająca opowieść, o ile zachowa się zdrowy dystans i nie będzie się wymagało od ukochanego mężczyzny, by prawił wyznania jak Colton Donovan, w końcu usidlony i przytrzymany za jaja bożyszcze tłumów kobiet.
dlaLejdis.pl Michalina Guzikowska
W drodze do wyzdrowienia. Jak pomóc sobie w walce z poważną chorobą
Źle się czujesz. Ale nie masz czasu, więc odwlekasz wizytę u lekarza, potem badania. W końcu, kiedy Twoje samopoczucie pogarsza się, a tłumaczenie tego „zmęczeniem”, „stresem”, „pracą” czy „pogodą” nie przekonuje już nawet Ciebie, udajesz się na badania, konsultujesz je z lekarzem, potem kolejne badania i konsultacje… Wreszcie otrzymujesz odpowiedź. Choroba. Masz pustkę w głowie i miękkie nogi. Co dalej?
(…) To sprawia, że musisz się zatrzymać, nie myśląc o terminach, projektach, i innych, bardzo ważnych sprawach. Teraz bardzo ważna sprawa to Ty – właśnie nadszedł czas, żebyś to zrozumiał.
Autorka książki W drodze do wyzdrowienia… nie snuje wizji cudownego ozdrowienia, nie nęci prostą i skuteczną metodą leczenia, dającą 100% szans na wyleczenie, nie obiecuje, że wszystko będzie dobrze. Alicja Grzesiak mówi coś innego:
Masz wsparcie i miłość bliskich, ale wobec choroby jesteś sam. Teraz wyłącznie od Ciebie zależy Twoja przyszłość. Możesz ją oddać w ręce obcych ludzi, możesz sam wziać za nią odpowiedzialność (…)
Te słowa przytłaczają, ale zaraz potem przynoszą ulgę.
Autorka zaprasza do rozszerzenia procesu zdrowienia – nie neguje medycyny. Ona po prostu mówi, że poza oddaniem się w ręce najlepszych specjalistów jest coś jeszcze, co można zrobić. Można wziąć odpowiedzialność. Za swoje przekonania, myśli, emocje, działania – związane z chorobą, ale nie tylko. One mają wpływ na ciało – autorka przytacza szereg badań, które tego jednoznacznie dowodzą. Oto jeden z wielu przykładów.
Przeprowadzono eksperyment dotyczący migreny. Pacjentów podzielono na trzy grupy. Jednym powiedziano, że lek ma słabe działania uboczne, drugim – średnie, trzecim – że ma bardzo silne działanie uboczne. Okazało się, że działanie leku o słabych działaniach ubocznych, który podano wszystkim, w poszczególnych grupach było dokładnie takie, jak oznajmiono pacjentom i jakiego oczekiwali. Nasze myśli mogą sprawić, że zachorujemy!
W książce znajdziesz także podobne wyniki dotyczące innych chorób (m. in. depresji, nowotworu czy choroby Parkinsona).
Alicja Grzesiak zapewnia, że to myśli przejmują władzę nad biologią i wyjaśnia, jak ten proces zachodzi: Myśl, że coś pójdzie nie tak, sprawia, że pojawia się hormon stresu, który przedostaje się do krwiobiegu, tym samym do komórek, hamując ich aktywność, co (…) osłabia układ odpornościowy. Hormony stresu powodują, że ciało zaczyna gromadzić energię, więc zatrzymuje rozwój, a układ immunologiczny przestaje działać. A ponieważ kontrola nad własnymi myślami jest możliwa, wynika z tego coś niezwykle ważnego: masz wybór. I chyba to jest najważniejsze przesłanie tej książki. Bo odnosi się nie tylko do kontekstu poważnej choroby, ale również innych trudności.
Książka Alicji Grzesiak nie jest przeznaczona wyłącznie dla osób zmagających się z ciężkimi chorobami i ich bliskich. Warto, aby sięgnął po nią właściwie każdy. Książka jest napisana w formie dialogu autorki z klientem, co pozwala na chwilę „wejść w buty” osoby chorej, utożsamić się z nią i być może poczuć jej emocje, obawy, strach, wątpliwości.
Książkę można przeczytać i odłożyć. Ja tak zrobiłam. Ale jednocześnie zostałam z poczuciem, że jest w niej dużo więcej treści, wskazówek, ćwiczeń do wykorzystania, niż aktualnie potrzebuję. Dlatego okleiłam ją mnóstwem fiszek i będę do poszczególnych fragmentów wracać zarówno w kontekście pracy terapeutycznej czy warsztatowej, jak i w kontekście własnego rozwoju. Odłożyłam ją raczej „na potem”, niż „na zawsze”.
Ale jest też inny sposób wykorzystania książki. I choć (teraz) tego nie zrobiłam, to jestem przekonana, że warto. Z łatwością można dostrzec zawaty w książce plan działania, albo nadać jej status towarzysza czy przewodnika. I postępować zgodnie z nim – nie tylko czytać i chłonąć bardzo przystępnie przedstawione informacje na temat neurobiologii zmiany czy warunkowania immunologicznego, ale także zanurzyć się w doświadczaniu poprzez podążanie za proponowanymi ćwiczeniami dotyczącymi między innymi: refleksji nad własnymi przekonaniami na temt choroby przy okazji poszukiwania odpowiedzi na szereg pytań stawianych przez autorkę, pracy nad umacnianiem poczucia własnej wartości, medytacji, poszukiwania sensu i nowych znaczeń, wizualizacji, mierzenia się z wewnętrznym sabotażystą, pielęgnowaniem nadziei itd. To wymagałoby więcej wysiłku, czasu, uwagi i otwartości na te doświadczenia, ale też gotowości do znoszenia frustracji i ponoszenia porażek – bo przecież wielu z tych aktywności wcale nie tak łatwo się nauczyć!
Decyzja należy do Ciebie, czytelniku. Masz wybór.
(…) To sprawia, że musisz się zatrzymać, nie myśląc o terminach, projektach, i innych, bardzo ważnych sprawach. Teraz bardzo ważna sprawa to Ty – właśnie nadszedł czas, żebyś to zrozumiał.
Autorka książki W drodze do wyzdrowienia… nie snuje wizji cudownego ozdrowienia, nie nęci prostą i skuteczną metodą leczenia, dającą 100% szans na wyleczenie, nie obiecuje, że wszystko będzie dobrze. Alicja Grzesiak mówi coś innego:
Masz wsparcie i miłość bliskich, ale wobec choroby jesteś sam. Teraz wyłącznie od Ciebie zależy Twoja przyszłość. Możesz ją oddać w ręce obcych ludzi, możesz sam wziać za nią odpowiedzialność (…)
Te słowa przytłaczają, ale zaraz potem przynoszą ulgę.
Autorka zaprasza do rozszerzenia procesu zdrowienia – nie neguje medycyny. Ona po prostu mówi, że poza oddaniem się w ręce najlepszych specjalistów jest coś jeszcze, co można zrobić. Można wziąć odpowiedzialność. Za swoje przekonania, myśli, emocje, działania – związane z chorobą, ale nie tylko. One mają wpływ na ciało – autorka przytacza szereg badań, które tego jednoznacznie dowodzą. Oto jeden z wielu przykładów.
Przeprowadzono eksperyment dotyczący migreny. Pacjentów podzielono na trzy grupy. Jednym powiedziano, że lek ma słabe działania uboczne, drugim – średnie, trzecim – że ma bardzo silne działanie uboczne. Okazało się, że działanie leku o słabych działaniach ubocznych, który podano wszystkim, w poszczególnych grupach było dokładnie takie, jak oznajmiono pacjentom i jakiego oczekiwali. Nasze myśli mogą sprawić, że zachorujemy!
W książce znajdziesz także podobne wyniki dotyczące innych chorób (m. in. depresji, nowotworu czy choroby Parkinsona).
Alicja Grzesiak zapewnia, że to myśli przejmują władzę nad biologią i wyjaśnia, jak ten proces zachodzi: Myśl, że coś pójdzie nie tak, sprawia, że pojawia się hormon stresu, który przedostaje się do krwiobiegu, tym samym do komórek, hamując ich aktywność, co (…) osłabia układ odpornościowy. Hormony stresu powodują, że ciało zaczyna gromadzić energię, więc zatrzymuje rozwój, a układ immunologiczny przestaje działać. A ponieważ kontrola nad własnymi myślami jest możliwa, wynika z tego coś niezwykle ważnego: masz wybór. I chyba to jest najważniejsze przesłanie tej książki. Bo odnosi się nie tylko do kontekstu poważnej choroby, ale również innych trudności.
Książka Alicji Grzesiak nie jest przeznaczona wyłącznie dla osób zmagających się z ciężkimi chorobami i ich bliskich. Warto, aby sięgnął po nią właściwie każdy. Książka jest napisana w formie dialogu autorki z klientem, co pozwala na chwilę „wejść w buty” osoby chorej, utożsamić się z nią i być może poczuć jej emocje, obawy, strach, wątpliwości.
Książkę można przeczytać i odłożyć. Ja tak zrobiłam. Ale jednocześnie zostałam z poczuciem, że jest w niej dużo więcej treści, wskazówek, ćwiczeń do wykorzystania, niż aktualnie potrzebuję. Dlatego okleiłam ją mnóstwem fiszek i będę do poszczególnych fragmentów wracać zarówno w kontekście pracy terapeutycznej czy warsztatowej, jak i w kontekście własnego rozwoju. Odłożyłam ją raczej „na potem”, niż „na zawsze”.
Ale jest też inny sposób wykorzystania książki. I choć (teraz) tego nie zrobiłam, to jestem przekonana, że warto. Z łatwością można dostrzec zawaty w książce plan działania, albo nadać jej status towarzysza czy przewodnika. I postępować zgodnie z nim – nie tylko czytać i chłonąć bardzo przystępnie przedstawione informacje na temat neurobiologii zmiany czy warunkowania immunologicznego, ale także zanurzyć się w doświadczaniu poprzez podążanie za proponowanymi ćwiczeniami dotyczącymi między innymi: refleksji nad własnymi przekonaniami na temt choroby przy okazji poszukiwania odpowiedzi na szereg pytań stawianych przez autorkę, pracy nad umacnianiem poczucia własnej wartości, medytacji, poszukiwania sensu i nowych znaczeń, wizualizacji, mierzenia się z wewnętrznym sabotażystą, pielęgnowaniem nadziei itd. To wymagałoby więcej wysiłku, czasu, uwagi i otwartości na te doświadczenia, ale też gotowości do znoszenia frustracji i ponoszenia porażek – bo przecież wielu z tych aktywności wcale nie tak łatwo się nauczyć!
Decyzja należy do Ciebie, czytelniku. Masz wybór.
Opsychologii.pl - Porta i centrum praktyków psychologii Katarzyna Rawska