Recenzje
Antychłopak
Zachęcam wszystkich 🔥do przeczytania poruszającej powieści pt. "Antychłopak" autorstwa Penelope Ward. ‼️Książka przeznaczona dla osób dorosłych‼️ Jak myślicie czy można pokonać demony przeszłości i pójść na przód? "Człowiek nie może stać się w pełni wolny, dopóki nie wybaczy sam sobie." „Czasem trzeba odejść, żeby móc oddychać.” Carys jest młodą piękną kobietą, w przeszłości była baletnicą, samotna matka wychowująca małą Sunny chorującą na Zespół Downa. Deacon jest przystojnym, z poczuciem humoru, czarującym młodym mężczyzną, jest projektantem gier. Nie chce się wiązać z nikim na stałe. Pewnej nocy wszystko się zmienia, gdy maleńka córeczka jego sąsiadki chorowała i głośno płakała. Postanowił zapukać do drzwi Carys, a na jego widok Sunny się uspokoiła i wkrótce zasnęła na jego rękach... Ta noc dużo zmieniła w życiu sąsiadów. Pomału stali się sobie coraz bliżsi. A ich przyjaźń pomału przeradza się w coś więcej... Czy będą w stanie utrzymać swoje uczucia? Jaki wpływ i konsekwencje na ich związek będzie mieć wypadek? Czy Carys wybaczy Deaconowi to, że ją zranił i da mu kolejną szansę? Czy ich historia ma szansę na happy end? "Zrobiło mi się smutno. Tak bardzo starałam się odsunąć od siebie te wspomnienia. Tęsknota za sceną i świadomość, że już nigdy nie wystąpię w profesjonalnym balecie, były dla mnie naprawdę bolesne" Fabuła powieści jest przepiękna, wciągająca, z nutą humoru. Ma w sobie cały wachlarz emocji. Autorka Penelope Ward doskonale pokazała nam w swojej powieści samotne macierzyństwo, chorobę, walkę z lękami i demonami przeszłości, a także miłość. Bardzo podobały mi kreacje bohaterów. A zakończenie przeczytałam ze łzami w oczach. Czytelnicy muszą stanąć przed ważnym pytaniem czy to prawda, że baśniowe zakończenia nie mogą zdarzyć się w prawdziwym świecie? Lektura skłania do pewnych przemyśleń. GWARANTUJĘ WAM KOCHANI, ŻE TA POZYCJA CZYTELNICZA ZOSTANIE W WASZYCH SERCACH NA DŁUŻSZEJ. HISTORIA IDEALNIE SPRAWDZI SIĘ NA ZIMOWE WIECZORY I WALENTYNKI. 🔥 Z CAŁEGO SERCA POLECAM TEN TYTUŁ. Subiektywna ocena książki to 10/10
Dziewczyna Caleba
Znam twórczość Weroniki Krzempek, chociaż bardziej z innych klimatów. Tym razem nie spodziewałam się, że będzie tu bardziej dramatycznie niż romantycznie - ale okazuje się, że w sumie wyszło to całkiem w porządku. Chociaż miejcie świadomość od samego początku, że nie jest tu tak słodko i cukierkowo, jak mogłoby się wydawać. "Dziewczyna Caleba" to dużo emocji - zwykle tych bolesnych, pełnych cierpienia i samotności. Weronika Krzempek nie oszczędzała swoich czytelników, zawarła na kartach historii wszystko, co tylko mogła. Dobrze się to czyta: po prostu. Widać, że dziewczyna ma talent pisarski - i trochę żałuję, że tak mało ma wydanych książek na koncie, bo zasługuje ona na to, by było o niej w Polsce głośniej. Tyle, że myślę sobie, że dużo lepiej wyszłaby, gdyby jednak trochę więcej optymizmu zawarła: chociaż pod koniec swojej opowieści. Historia, którą dziś recenzuję łamie serce. Czytelnik jest przez nią zmiażdżony emocjonalnie - szczególnie podczas zakończenia. Wychodzę z założenia, że dawno nie czytałam niczego tak mocnego pod kątem zakończenia - a jednocześnie żałuję, że się to tak rozwinęło, bo miałam trochę inne nadzieje co do tego wszystkiego. Brooke straciła swojego najlepszego przyjaciela - i swoją bratnią duszę. Trzy lata temu jego życie zostało brutalnie odebrane: Caleb się wykrwawił. W tym samym czasie z życia dziewczyny zniknął też Colton, brat Caleba - z którym Brooke potajemnie zaczęła się spotykać. Teraz życie bohaterki układa się trochę pod dyktando ojca, a ona sama od śmierci Caleba nie umie pozbierać się emocjonalnie i tylko nosi maskę, udając, że wszystko jest okej. Ale nie jest - szczególnie wtedy, gdy wraca w rodzinne strony, spotyka mamę zmarłego przyjaciela i odkrywa przy okazji, że Caleb zostawił w swoim pokoju listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Listę, którą teraz to Brooke chce zrealizować, aby w pewien sposób się pożegnać i zamknąć ten etap na stałe... Colton wychodzi z odwyku. Jego muzyczna kariera wisi na włosku, ale wychodzi na to, że mało się tym przejmuje, bo stracił sens życia. Od czasu, gdy brat umarł w jego rękach, a on sam usłyszał od swojego ojca, że zmarł nie ten syn, co powinien, nie jest już taki sam. Jego monotonię przerywa ponowne pojawienie się Brooke w jego życiu - chociaż trwało to tylko chwilę, a w międzyczasie ona uderzyła go torebką. Teraz już nie są w stanie przestać o sobie myśleć - a Colton zrobi wszystko, by zawieźć Brooke do Meksyku, na oglądanie motyli, chociaż nie ma zielonego pojęcia, że nie jest to jej marzenie... Kilkanaście tygodni we wspólnej podróży - co może pójść nie tak? "Dziewczyna Caleba" potrafi zachwycić, szczególnie warsztatem literackim, chociaż sam pomysł nie był jakoś bardzo rozbudowany. Fabuła momentami była dosyć prosta: aż zbyt prosta. Niemniej jednak czyta się tę książkę z zapartym tchem i nie da się od niej oderwać. Nie zdziwcie się, że ta książka nie ma trzystu stron. Miałaby, gdyby czcionka nie była takim drobnym maczkiem. Nie był to standardowy układ i druk, przez co moje oczy się trochę męczyły, szczególnie o szóstej rano, gdy akurat sobie wstałam, piłam kawę i ledwo co rozczytywałam maleńki druczek. Nie jest to jeszcze najgorszego rodzaju katastrofa, którą widziałam, ale ustalmy: lepiej byłoby dołożyć trochę stron, a zwiększyć komfort czytania. To powinien być jakiś odgórny wymóg, żeby nie zniechęcać ludzi do czytania: szczególnie naprawdę fajnych fabuł. "Dziewczyna Caleba" to pozycja, którą polecam - ale podkreślam, że kończy się ona w nieoczekiwany sposób, którego ja bym sobie dla niej nie zażyczyła. Nie zapowiada się także, żeby miała się pojawić jakaś kontynuacja. Weronika Krzempek wychodzi spoza schematów lekkiego young adult - dowalając czytelnikowi taką dawką dramatu, że już teraz wiem, że nie będzie to lektura dla wszystkich. Jeśli jednak macie ochotę przeczytać: sięgnijcie po ten tytuł! Przede wszystkim dobrze zaopiekowana część związana z emocjami sprawia, że czyta się tę powieść jednym tchem. Jeśli Weronika Krzempek wyda niebawem coś innego - pewnie z automatu sięgnę po kolejną premierę, bo myślę sobie, że drzemie w tej dziewczynie ogromny potencjał, który tylko należy rozwijać. Także pisz, pisz, droga autorko - i podbijaj serca czytelników, nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Tego życzę z całego serca - bo "Dziewczyna Caleba" to naprawdę kawał solidnej historii.
Kalendarz Create Yourself 2026
KALENDARZ CREATE YOURSELF 2026 Autor: Mateusz Grzesiak Wydawnictwo: Onepress Wydawnictwo Helion Od ponad miesiąca korzystam z tego kalendarza i szczerze mówiąc, nie miałam lepszego. Każdy dzień zaplanowany po ostanią godzinę, motywujące cytaty, wyraziste strony, które pomagają w planowaniu. Każdy dzień i miesiąc okaże się Twoim i nic Cię nie zaskoczy. W tym kalendarzu możemy zapisać wszystko, nasze plany, cele, rzeczy do zrobienia. Plansza miesięczna pomaga w zobaczeniu z perspektywy miesiąca co się działo dzień po dniu i co możemy ewentualnie zmienić w naszym trybie dnia. Twarda oprawa, wklejka, która przyciąga wzrok, kalendarz obok którego nie można przejść obojętnie. Idealny towarzysz na owocne 365 dni. Gorąco polecam.
Pocałunki zamiast słów. Vancouver Agitators: miłość na lodzie #1
„Pocałunki zamiast słów” to przyjemna, lekka i urocza historia, którą czytało mi się w zawrotnym tempie. Sporo tu dialogów i scen grupowych, ale to Winnie i Pacey grają pierwsze skrzypce i to wokół nich kręci się cała fabuła tej książki. Winnie trafia do domku pięciu hokeistów przez zrządzenie losu. Po trudnych przeżyciach nie planowała żadnego związku, jednak poznanie Paceya szybko wszystko zmienia. To on pokazuje jej, jak może wyglądać prawdziwa bliskość i miłość, a ona zaczyna wierzyć, że spotkała właściwego mężczyznę. Historia opowiedziana jest w narracji pierwszoosobowej, co bardzo lubię szczególnie przy tak dużej liczbie bohaterów. Dzięki temu łatwo było mi się odnaleźć, choć większość wątków i tak skupia się na relacji Winnie i Paceya. Ich relacja rozwija się powoli, mamy więc klasyczny slow burn, który uwielbiam. Tutaj jednak został on pokazany w dość specyficzny sposób. Bohaterowie są dorosłymi ludźmi, pracują i zarabiają na życie, a mimo to przez całą książkę miałam wrażenie, że czytam młodzieżówkę. Dialogi, myśli i zachowania postaci często brzmiały bardzo dziecinnie, momentami jakby zatrzymali się na etapie szkolnych lat. To sprawiało, że wiele rzeczy zwyczajnie mi zgrzytało i trudno było mi się z nimi w pełni utożsamić. Same dialogi są żartobliwe, co jest dużym plusem, ale bywały też zbyt niewinne i grzeczne. Bohaterowie często rozmawiają o błahostkach, które niewiele wnoszą do fabuły. A że dialogów jest tu naprawdę sporo i są one dość rozbudowane, część z nich sprawiała wrażenie jedynie zapychaczy, takich miłych w odbiorze, ale niekoniecznie potrzebnych. Mimo wielu zalet historia jest bardzo przewidywalna. Od początku wiadomo, dokąd to wszystko zmierza. Nie ma tu większych zaskoczeń, trudnych decyzji ani momentów, w których naprawdę obawiałabym się o los bohaterów. Choć Winnie i Pacey mają za sobą trudną przeszłość i własne rany, całość utrzymana jest w jednym, lekko żartobliwym tonie, zaledwie z kilkoma drobnymi spięciami. Pojawiają się również sceny spicy, jednak one także sprawiają wrażenie bardzo niewinnych, niemal jak pierwsze doświadczenia bohaterów, mimo że według fabuły nie są oni nowicjuszami. Nie do końca wiedziałam, jak to odbierać, dlatego czasem czułam lekki zgrzyt. Na plus zdecydowanie zasługuje pióro autorki, które jest lekkie, przyjemne i bardzo wciągające. Meghan Quinn potrafi stworzyć pełnowymiarową historię z wieloma bohaterami drugoplanowymi, którzy dodają jej energii. Choć jest to romans sportowy, sportu jest tu naprawdę mało. Poza faktem, że bohaterowie są hokeistami, niewiele znajdziemy scen stricte sportowych, co dla fanów tego gatunku może być rozczarowujące, jednak mnie to wcale nie przeszkadzało. Finalnie bardzo dobrze czytało mi się opowieść o pięciu hokeistach, którzy zaszyli się w domku w górach Kanady i pewnej burzowej nocy postanowili przygarnąć zabłąkaną dziewczynę. To historia, która daje pozytywne wibracje i czyta się ją z przyjemnością, jednak bez większych emocjonalnych turbulencji, ale za to lekko i komfortowo.
Mały człowiek, wielka sprawa. Odpowiedzi na 100 pytań, które zadaje sobie każdy rodzic
W świecie pełnym sprzecznych porad rodzicielskich „Mały człowiek, wielka sprawa” jest książką, która zamiast oceniać, naprawdę wspiera. „Mały człowiek, wielka sprawa” to poradnik, który czyta się z prawdziwą przyjemnością, bez poczucia oceniania, presji czy narzucania jedynej „słusznej” drogi. Autorka pisze prostym, bardzo przystępnym językiem i prowadzi czytelnika przez codzienne rodzicielskie wyzwania na konkretnych sytuacjach i dialogach. Dzięki temu przeczytana teoria może przełożyć się na naszą praktykę. To książka, która nie moralizuje, ale zaprasza do refleksji nad emocjami dziecka, ale też nad naszymi własnymi reakcjami, przekonaniami i granicami. Czytając ten poradnik można poczuć wsparcie i zrozumienie (hej nie tylko ja mam z tym problem- takie myśli krążyły mi po głowie czytając niektóre rozdziały!) Książka porządkuje chaos, który często towarzyszy wychowaniu dzieci. Myślę, że każdy rodzic znajdzie tu coś dla siebie, jeśli tylko będzie chciał zatrzymać się i wyciągnąć z tej lektury własne wnioski. Jeszcze raz warto podkreślić, że to nie jest poradnik „idealnego rodzica”, to książka dla prawdziwych, zmęczonych, czasem zagubionych dorosłych. Właśnie dlatego tak bardzo ją polecam. Przeczytałam ją z ogromną przyjemnością i spokojem, jaki zostaje po dobrej rozmowie, wymianie myśli z rodzicami, którzy przeżyli, doświadczyli takich samych trudności.