Recenzje
Akademia piłkarska #1. Gra się zaczyna
Tonąca w blasku jupiterów zielona murawa. Ogłuszająca wrzawa tysięcy kibiców. A w samym środku tego spektaklu on - piłkarz, bożyszcze tłumów, niebywały talent, człowiek, który może zawładnąć tłumem i ponieść go w euforii zwycięstwa. Bądź pogrążyć w rozpaczy porażki. Lecz nim stanie się królem murawy, nim świat oszaleje na jego punkcie, a konto zainkasuje miliony, musi przejść naprawdę trudną, długą drogę. I tylko nieliczni dotrą do tego wymarzonego punktu chwały. Leo był genialnym graczem w swojej niewielkiej, nieprofesjonalnej, amerykańskiej lidze. Cieszył się grą i uznaniem współzawodników i kibiców. Gdy podczas jednego z meczów wypatrzył go skaut Akademii piłkarskiej jednego z londyńskich klubów Leo nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Tak, chciał polecieć do Londynu i walczyć o swoje marzenia, ale wiedział też, że jest to niemal nierealne. A jednak pewnego dnia samotnie wchodzi na pokład samolotu, by zawalczyć o swoją przyszłość po drugiej stronie oceanu. „Gra się zaczyna” to pierwszy tom serii Akademia piłkarska T.Z. Laytona, która opisuje pobyt Leo w Akademii piłkarskiej. To porywająca opowieść o sile marzeń, o ciężkiej pracy, o wysiłku ponad siły, przełamywaniu własnych lęków i przekraczaniu własnych granic, o świadomości swoich błędów i braków, o samozaparciu i pokorze, o walce o siebie na wszystkich płaszczyznach. To też opowieść o tęsknocie, szukaniu swojego miejsca w grupie, relacjach. Autor w genialny sposób pokazuje, że sam talent i geniusz nie wystarczy by osiągnąć sukces. Miarą sukcesu jest świadomość swoich braków i praca nad ich niwelowaniem. Główny bohater przechodzi długą, trudną, bardzo bolesną i wyboistą drogę, aby stać się najlepszą wersją siebie. Zmienia się nie tylko jego technika i świadomość gry, ale przede wszystkim zmienia się on sam. To, co przede wszystkim ujęło mnie w tej powieści (poza świetną dynamiką i językiem, wyrazistymi i różnorodnymi bohaterami), to skupienie na porażkach, pokazanie upadków bohatera, podkreślenie, że nie zawsze wszystko jest proste, a czasami nawet ciężka praca nie gwarantuje wygranej. Leo nie jest zaprezentowany jako dziecko szczęścia, któremu los ściele u nóg same sukcesy. Leo ma wady, ma podstawowe braki, wątpi w siebie, upada, ale… wstaje. Autor w ogóle go nie oszczędza. I właśnie dlatego ta powieść jest tak dobra, tak trafna i tak potrzebna młodym ludziom. I crème de la crème - brak typowego szczęśliwego zakończenia! Wow! Długo marzyłam o książce, która nie będzie zakończona happy andem, którego wszyscy od początku się spodziewają. Co, więcej, gdyby nie fakt, że pojawiły się zapowiedzi kolejnych tomów, to śmiałabym przypuszczać w trakcie lektury, że Lea nie czeka żaden spektakularny sukces! Koniecznie podsuńcie ją swoim dzieciakom. Nawet jeśli nie są fanami piłki nożnej (ja jestem antyfanką, a zarwałam dla tej książki noc!), bo to powieść o wytrwałości i walce o marzenia, którą można przenieść na wiele aspektów życia, nie tylko ten sportowy.
Dziewczyna Caleba
Znam twórczość Weroniki Krzempek, chociaż bardziej z innych klimatów. Tym razem nie spodziewałam się, że będzie tu bardziej dramatycznie niż romantycznie - ale okazuje się, że w sumie wyszło to całkiem w porządku. Chociaż miejcie świadomość od samego początku, że nie jest tu tak słodko i cukierkowo, jak mogłoby się wydawać. "Dziewczyna Caleba" to dużo emocji - zwykle tych bolesnych, pełnych cierpienia i samotności. Weronika Krzempek nie oszczędzała swoich czytelników, zawarła na kartach historii wszystko, co tylko mogła. Dobrze się to czyta: po prostu. Widać, że dziewczyna ma talent pisarski - i trochę żałuję, że tak mało ma wydanych książek na koncie, bo zasługuje ona na to, by było o niej w Polsce głośniej. Tyle, że myślę sobie, że dużo lepiej wyszłaby, gdyby jednak trochę więcej optymizmu zawarła: chociaż pod koniec swojej opowieści. Historia, którą dziś recenzuję łamie serce. Czytelnik jest przez nią zmiażdżony emocjonalnie - szczególnie podczas zakończenia. Wychodzę z założenia, że dawno nie czytałam niczego tak mocnego pod kątem zakończenia - a jednocześnie żałuję, że się to tak rozwinęło, bo miałam trochę inne nadzieje co do tego wszystkiego. Brooke straciła swojego najlepszego przyjaciela - i swoją bratnią duszę. Trzy lata temu jego życie zostało brutalnie odebrane: Caleb się wykrwawił. W tym samym czasie z życia dziewczyny zniknął też Colton, brat Caleba - z którym Brooke potajemnie zaczęła się spotykać. Teraz życie bohaterki układa się trochę pod dyktando ojca, a ona sama od śmierci Caleba nie umie pozbierać się emocjonalnie i tylko nosi maskę, udając, że wszystko jest okej. Ale nie jest - szczególnie wtedy, gdy wraca w rodzinne strony, spotyka mamę zmarłego przyjaciela i odkrywa przy okazji, że Caleb zostawił w swoim pokoju listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Listę, którą teraz to Brooke chce zrealizować, aby w pewien sposób się pożegnać i zamknąć ten etap na stałe... Colton wychodzi z odwyku. Jego muzyczna kariera wisi na włosku, ale wychodzi na to, że mało się tym przejmuje, bo stracił sens życia. Od czasu, gdy brat umarł w jego rękach, a on sam usłyszał od swojego ojca, że zmarł nie ten syn, co powinien, nie jest już taki sam. Jego monotonię przerywa ponowne pojawienie się Brooke w jego życiu - chociaż trwało to tylko chwilę, a w międzyczasie ona uderzyła go torebką. Teraz już nie są w stanie przestać o sobie myśleć - a Colton zrobi wszystko, by zawieźć Brooke do Meksyku, na oglądanie motyli, chociaż nie ma zielonego pojęcia, że nie jest to jej marzenie... Kilkanaście tygodni we wspólnej podróży - co może pójść nie tak? "Dziewczyna Caleba" potrafi zachwycić, szczególnie warsztatem literackim, chociaż sam pomysł nie był jakoś bardzo rozbudowany. Fabuła momentami była dosyć prosta: aż zbyt prosta. Niemniej jednak czyta się tę książkę z zapartym tchem i nie da się od niej oderwać. Nie zdziwcie się, że ta książka nie ma trzystu stron. Miałaby, gdyby czcionka nie była takim drobnym maczkiem. Nie był to standardowy układ i druk, przez co moje oczy się trochę męczyły, szczególnie o szóstej rano, gdy akurat sobie wstałam, piłam kawę i ledwo co rozczytywałam maleńki druczek. Nie jest to jeszcze najgorszego rodzaju katastrofa, którą widziałam, ale ustalmy: lepiej byłoby dołożyć trochę stron, a zwiększyć komfort czytania. To powinien być jakiś odgórny wymóg, żeby nie zniechęcać ludzi do czytania: szczególnie naprawdę fajnych fabuł. "Dziewczyna Caleba" to pozycja, którą polecam - ale podkreślam, że kończy się ona w nieoczekiwany sposób, którego ja bym sobie dla niej nie zażyczyła. Nie zapowiada się także, żeby miała się pojawić jakaś kontynuacja. Weronika Krzempek wychodzi spoza schematów lekkiego young adult - dowalając czytelnikowi taką dawką dramatu, że już teraz wiem, że nie będzie to lektura dla wszystkich. Jeśli jednak macie ochotę przeczytać: sięgnijcie po ten tytuł! Przede wszystkim dobrze zaopiekowana część związana z emocjami sprawia, że czyta się tę powieść jednym tchem. Jeśli Weronika Krzempek wyda niebawem coś innego - pewnie z automatu sięgnę po kolejną premierę, bo myślę sobie, że drzemie w tej dziewczynie ogromny potencjał, który tylko należy rozwijać. Także pisz, pisz, droga autorko - i podbijaj serca czytelników, nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Tego życzę z całego serca - bo "Dziewczyna Caleba" to naprawdę kawał solidnej historii.
Do wesela się zagoi
Bardzo lubię książki Ludki Skrzydlewskiej, nic więc dziwnego, że dałam się skusić i tej😁. "Do wesela się zagoi" to historia pełna ciepła, zrozumienia i uczucia. Liczyłam na coś innego, ale dostałam coś o wiele lepszego, historię uroczą na maxa, która wciąga od pierwszych stron. Sutton i Hugh ich znajomość zaczęłam się od nieszczęsnej szarlotki (szkoda takiego pysznego ciacha😅🤭), a potem jest coraz lepiej. Na początku wojna, ale im dalej tym coraz większe uczucia. Sutton jest samotną matką uroczej siedmiolatki, Susie. Dziewczynka choruje na cukrzycę typu pierwszego, musi być cały czas pod nadzorem. Susie jest przesłodka, wszędzie jej pełno i każdy ma do niej słabość. Zmiękczy nawet serce takiego gburka jakim jest Hugh. Dla Sutton szczęście córki jest najważniejsze, o siebie dba na samym końcu. Dla niej zrezygnowała z wielu rzeczy, ale nigdy nie żałowała. Ona jest najważniejsza. Jak w tym ich układzie odnajdzie się Hugh, który nieśmiało i niepewnie wkroczy na ich teren? Hugh, wielki pan prezes i gburek. Interakcje międzyludzkie to nie jego bajka, ograniczył je do minimum. Woli spędzać czas w swoim towarzystwie w ciszy i spokoju. Wszystko się zmienia jak poznaje Sutton i Susie. W ich towarzystwie czuje się pewnie i nie przeszkadza mu rumor im towarzyszący. Do innych wycofany i oziębły, dla nich okaże się wielkim wsparciem i cudownym towarzystwem. Będzie wspierał i pomagał. Ich wspólne przygotowywanie ślubu przyjaciół przerodzi się w coś pięknego. Tylko czy dadzą sobie szansę na szczęście? Sutton mimo, że ma rodziców i siostrę, zawsze może liczyć tylko na siebie. To ona musi być zawsze odpowiedziana i samowystarczalna. Nikomu nie odmawia pomocy. Daje sobą pomiatać rodzicom i wiecznie znosi ich bezpodstawną krytykę. Nie umie się bronić, woli cierpieć w ciszy, niż kogoś zranić. Ale ile tak można? Ile można siebie stawiać na końcu? Susie jest jej światełkiem, jej cudowną pełną życia córeczką, co z tego, że jej nie urodziła, jak kocha ją najmocniej na świecie. Zawsze będzie stawiać jej dobro na pierwszym miejscu. Jest cudowną matką. Hugh przepadnie dla dziewczynki i jej matki. Nie szukał miłości, a znalazł nawet dwie🤭. Oj dziewczyny czasami dadzą mu popalić, ale będzie je wspierał i tak. Dla nich zmieni swoje życie, dla nich warto. Uwielbiam tą historię. Pochłonęłam ją w dwa dni, inaczej się nie dało. Szarlotka i Dinozaur🥰🥰🥰, pasują do siebie idealnie, uzupełniają się pięknie, a Susie jest przesłodka🥰🥰🥰. Razem tworzą piękna rodzinkę 🥰🥰🥰. Gorąco polecam 🥰🥰🥰
Pocałunki zamiast słów. Vancouver Agitators: miłość na lodzie #1
„Pocałunki zamiast słów” to przyjemna, lekka i urocza historia, którą czytało mi się w zawrotnym tempie. Sporo tu dialogów i scen grupowych, ale to Winnie i Pacey grają pierwsze skrzypce i to wokół nich kręci się cała fabuła tej książki. Winnie trafia do domku pięciu hokeistów przez zrządzenie losu. Po trudnych przeżyciach nie planowała żadnego związku, jednak poznanie Paceya szybko wszystko zmienia. To on pokazuje jej, jak może wyglądać prawdziwa bliskość i miłość, a ona zaczyna wierzyć, że spotkała właściwego mężczyznę. Historia opowiedziana jest w narracji pierwszoosobowej, co bardzo lubię szczególnie przy tak dużej liczbie bohaterów. Dzięki temu łatwo było mi się odnaleźć, choć większość wątków i tak skupia się na relacji Winnie i Paceya. Ich relacja rozwija się powoli, mamy więc klasyczny slow burn, który uwielbiam. Tutaj jednak został on pokazany w dość specyficzny sposób. Bohaterowie są dorosłymi ludźmi, pracują i zarabiają na życie, a mimo to przez całą książkę miałam wrażenie, że czytam młodzieżówkę. Dialogi, myśli i zachowania postaci często brzmiały bardzo dziecinnie, momentami jakby zatrzymali się na etapie szkolnych lat. To sprawiało, że wiele rzeczy zwyczajnie mi zgrzytało i trudno było mi się z nimi w pełni utożsamić. Same dialogi są żartobliwe, co jest dużym plusem, ale bywały też zbyt niewinne i grzeczne. Bohaterowie często rozmawiają o błahostkach, które niewiele wnoszą do fabuły. A że dialogów jest tu naprawdę sporo i są one dość rozbudowane, część z nich sprawiała wrażenie jedynie zapychaczy, takich miłych w odbiorze, ale niekoniecznie potrzebnych. Mimo wielu zalet historia jest bardzo przewidywalna. Od początku wiadomo, dokąd to wszystko zmierza. Nie ma tu większych zaskoczeń, trudnych decyzji ani momentów, w których naprawdę obawiałabym się o los bohaterów. Choć Winnie i Pacey mają za sobą trudną przeszłość i własne rany, całość utrzymana jest w jednym, lekko żartobliwym tonie, zaledwie z kilkoma drobnymi spięciami. Pojawiają się również sceny spicy, jednak one także sprawiają wrażenie bardzo niewinnych, niemal jak pierwsze doświadczenia bohaterów, mimo że według fabuły nie są oni nowicjuszami. Nie do końca wiedziałam, jak to odbierać, dlatego czasem czułam lekki zgrzyt. Na plus zdecydowanie zasługuje pióro autorki, które jest lekkie, przyjemne i bardzo wciągające. Meghan Quinn potrafi stworzyć pełnowymiarową historię z wieloma bohaterami drugoplanowymi, którzy dodają jej energii. Choć jest to romans sportowy, sportu jest tu naprawdę mało. Poza faktem, że bohaterowie są hokeistami, niewiele znajdziemy scen stricte sportowych, co dla fanów tego gatunku może być rozczarowujące, jednak mnie to wcale nie przeszkadzało. Finalnie bardzo dobrze czytało mi się opowieść o pięciu hokeistach, którzy zaszyli się w domku w górach Kanady i pewnej burzowej nocy postanowili przygarnąć zabłąkaną dziewczynę. To historia, która daje pozytywne wibracje i czyta się ją z przyjemnością, jednak bez większych emocjonalnych turbulencji, ale za to lekko i komfortowo.
Bunt komórek. O faktach, mitach i zagadkach raka
Czy nowotwory zawsze trzeba leczyć? 💊 Czy rak zawsze jest śmiertelny? I jak wygląda jego leczenie? 🩺 __ Dzięki książce „Bunt komórek” lepiej zrozumiecie to co wiadomo - i czego jeszcze nie odkryto - na temat biologii raka, zapobieganiu mu i leczeniu. Autor obala niektóre mity związane z tą chorobą i tłumaczy jak podchodzić do raka z większą nadzieją i mniejszym lękiem 💁🏼