ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Frenemy. Przyjaciel czy wróg?

Erika chce się dostać na Stanford jednak potrzebuje do tego stypendium. Nie uczy się wybitnie, nie ma super osiągnięć ani niczego czym mogłaby się wyróżnić jednak pojawia się dla niej szansa. Nowa dyrektorka szkoły oferuje jej stypendium w zamian za "dowody zbrodni" jednego z uczniów. Kuszące, prawda? Zniszczyć komuś życie by osiągnąć swój cel... Wszystko zaczyna się komplikować kiedy Erika poznaje bliżej owego ucznia i stają się sobie bliscy. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak ocenić tę książkę. Niby jest ona ok, ale mam tyle zastrzeżeń wobec głównej bohaterki, że już więcej nie można mieć. Jest ona kreowana na stanowcza, zdecydowana, odważną, a tak naprawdę jest płytkim dzieciakiem żerującym o uwagę rodziców... Nie umniejszam temu problemowi natomiast ja chyba jestem za stara by czytać o tak absurdalnych zachowaniach jakie ona przedstawiała. Fabuła miała dobre i stałe tempo choć miałam problem z wciągnięciem się w tę historię. Z początku bohaterowie można powiedzieć, że się nienawidzą jednak ja bym tego tak nie określiła. To Erika z góry założyła okropne rzeczy o tym chłopaku i od początku traktowała go źle i z góry. Nagle po wiecznych docinkach stają się najlepszymi przyjaciółmi co mnie też zdziwiło kiedy dla "nowej psiapsi" w odstawkę poszedł przyjaciel trwający przy nim od dzieciństwa. No dobra, pierwsza miłość ma swoje prawa... Kolejnym minusem jest to, że fabuła opierała się na jednym wielkim kłamstwie co aż raziło w oczy. Dobrze, że chociaż na koniec Autorka rozwiązała tę sprawę szczerą rozmową. Tylko czy nastolatki do których skierowana jest ta historia to zrozumieją? Mam duże wątpliwości odnośnie tej lektury...

recenzje_na_kolkach Gałek Agnieszka

Lamine Yamal. Sportowi giganci

Książka przedstawia historię niezwykle młodego piłkarza, który bardzo szybko osiągnął sukcesy na europejskiej scenie i stał się jedną z najjaśniejszych postaci FC Barcelony. Opowieść koncentruje się na jego drodze z trudnego środowiska na piłkarski szczyt oraz na wyjątkowym talencie, który budzi podziw starszych kolegów z drużyny. To inspirująca historia o błyskawicznym rozwoju i spełnianiu marzeń, skierowana zwłaszcza do młodych fanów futbolu.

_.zaczyttanaa._ Helios Katarzyna

Muza rockmana

Są książki, które bierzesz do ręki z myślą, że dostaniesz lekką historię o romansie w świecie muzyki… a kończysz z głową pełną emocji, które wcale nie są takie lekkie, i z tym specyficznym uczuciem, że ta historia w jakiś sposób w Tobie została. Tak właśnie miałam z „Muza rockmana” Penelope Ward. Na początku wszystko wskazuje na to, że będzie to dość schematyczna historia - młoda dziewczyna i starszy, charyzmatyczny rockman, trasa koncertowa, napięcie, zakazana relacja. I tak, ten schemat tutaj jest widoczny. Ale im dalej w tę historię, tym bardziej widać, że to nie jest tylko opowieść o romansie. To historia o emocjach, które pojawiają się w najmniej odpowiednim momencie. O decyzjach, które podejmujemy pod wpływem strachu. I o tym, jak trudno jest odpuścić kogoś, kto w bardzo krótkim czasie staje się dla nas wszystkim. Jeśli chodzi o fabułę, to naprawdę mnie wciągnęła - głównie przez klimat. Motyw trasy koncertowej został tutaj pokazany w sposób, który bardzo działa na wyobraźnię. Ciągłe przemieszczanie się, życie w biegu, brak stabilności, intensywność codzienności - to wszystko tworzy idealne tło dla relacji, która sama w sobie jest niestabilna i pełna napięcia. Bardzo podobało mi się to, że historia nie opiera się tylko na jednej osi „poznali się i się zakochali”. Tutaj jest coś więcej - są próby powstrzymywania się, są momenty dystansu, są decyzje, które nie zawsze są logiczne, ale są bardzo ludzkie. I to właśnie sprawia, że ta fabuła wciąga. Jednocześnie mam wrażenie, że niektóre wątki mogłyby zostać zdecydowanie bardziej rozwinięte. Szczególnie sekret Emily - to element, który miał ogromny potencjał emocjonalny i fabularny, ale momentami był potraktowany zbyt powierzchownie. Brakowało mi głębszego wejścia w jej przeżycia, w to, co naprawdę czuje i dlaczego podejmuje takie, a nie inne decyzje. Czasami miałam też wrażenie, że niektóre momenty dzieją się zbyt szybko. Zdarzenia, które powinny mieć większy ciężar emocjonalny, pojawiają się i znikają, zanim zdążą naprawdę wybrzmieć. Przez to niektóre sceny, które mogłyby być bardzo mocne, były po prostu „dobre”, zamiast zapadających w pamięć.. Ogromnym atutem tej książki są dla mnie bohaterowie - chociaż i tutaj mam mieszane odczucia, co akurat uważam za plus. Emily to bohaterka, która jest bardzo ludzka. Nie jest idealna, nie zawsze podejmuje dobre decyzje, czasami działa impulsywnie i pod wpływem emocji. I właśnie to sprawia, że jest autentyczna. Były momenty, kiedy naprawdę ją rozumiałam i jej kibicowałam, ale były też takie, kiedy jej zachowanie mnie frustrowało. I to jest coś, co bardzo cenię - bo oznacza, że ta postać coś we mnie wywoływała. Tristan to z kolei bohater, który ma w sobie wszystko to, czego można oczekiwać od rockmana - charyzmę, pewność siebie, magnetyzm. Ale jednocześnie nie jest jednowymiarowy. Widać w nim emocje, widać jego zaangażowanie i to, że ta relacja nie jest dla niego tylko przelotną przygodą. Bardzo podobało mi się to, że autorka pokazała go nie tylko jako „gwiazdę”, ale też jako człowieka, który ma swoje uczucia i który musi mierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji. Relacja między nimi to zdecydowanie najmocniejszy punkt tej książki. Jest intensywna, momentami trudna, pełna napięcia i niedopowiedzeń. To nie jest historia, w której wszystko układa się idealnie - wręcz przeciwnie. I właśnie dzięki temu wydaje się bardziej prawdziwa. To, co szczególnie mi się podobało, to sposób, w jaki autorka buduje ich relację. Ona nie pojawia się nagle - rozwija się stopniowo, mimo prób jej powstrzymania. I to „mimo wszystko” jest tutaj bardzo dobrze wyczuwalne. Jeśli chodzi o styl Penelope Ward, to jest on bardzo przystępny i wciągający. To jedna z tych książek, które czyta się naprawdę szybko - język jest lekki, dialogi naturalne, a historia płynie bardzo płynnie. Z jednej strony to ogromny plus, bo książka wciąga i czyta się ją bez wysiłku. Z drugiej - momentami brakowało mi większej głębi, szczególnie w bardziej emocjonalnych fragmentach. Niektóre sceny aż prosiły się o to, żeby zostały bardziej rozbudowane, żeby można było je mocniej poczuć. Miałam też wrażenie, że tempo bywa nierówne - niektóre momenty są bardzo rozwinięte, a inne dzieją się zbyt szybko. Przez to odbiór emocji bywał trochę zaburzony. Mimo tych minusów uważam, że książka naprawdę dobrze spełnia swoją rolę jako emocjonalna historia o relacji, która nie powinna się wydarzyć, a jednak się wydarza. To nie jest książka idealna, ale ma w sobie coś, co sprawia, że chce się czytać dalej. Coś, co przyciąga i sprawia, że angażujesz się w tę historię, nawet jeśli widzisz jej niedoskonałości. Dlaczego polecam tę książkę? Bo to historia, która potrafi wciągnąć i wywołać emocje. Bo relacja między bohaterami jest intensywna i dobrze poprowadzona. Bo klimat świata muzyki dodaje jej charakteru i wyróżnia ją na tle innych romansów. Jeśli lubicie książki o zakazanych relacjach, o emocjach, które wymykają się spod kontroli i o bohaterach, którzy nie zawsze podejmują właściwe decyzje - „Muza rockmana” zdecydowanie jest czymś, po co warto sięgnąć. Dla mnie to była historia, która nie była perfekcyjna, ale była wystarczająco emocjonalna i angażująca, żeby zostać ze mną na dłużej. I właśnie za to cenię ją najbardziej. 🎸🖤

zaczytana.livia.bookstagram Kandulska Oliwia

Ostatni zachód słońca

„Ostatni Zachód Słońca” to książka, która opowiada historię Livii. Życie dziewczyny to koszmar i gdziekolwiek się pojawia, czuje na sobie negatywne spojrzenia. Każdy pamięta, że jest winna śmierci swoich własnych rodziców. To głównie przez jej skłonność do nałogów ona i jej brat zostali sierotami. Po ich stronie stała babcia i Lily, która jest ich przyjaciółką. Od niemal roku Livii udaje się zachowywać wstrzemięźliwość, ale przeszłość dalej daje o sobie znać i nie pozwala o sobie zapomnieć. Możliwe, że wybór studiów w innym mieście będzie dla dziewczyny szansą na nowy początek. Na pewno zmiana otoczenia jest jej potrzebna, ale o ile może zostawić wiele rzeczy za sobą, to przed sobą nie da się uciec. Livia musi pozbierać się na nowo i stawić czoła różnym wyzwaniom. Jedno z nich pojawia się w jej życiu wraz z tajemniczą kopertą. Jeśli Livia chce ocalić siebie i Jaydena, chłopaka, którego spotkała w nowym otoczeniu, będzie musiała zmierzyć się z tym, czego bardzo się obawia. Co do moich odczuć na temat tej książki, to były one pozytywne. Styl pisania był dla mnie bardzo lekki oraz przyjemny. Fabuła również mi się spodobała, w mojej opinii była ona świetna. Liczba stron była według mnie w porządku, biorąc pod uwagę to, że powstanie jeszcze kontynuacja. Te trzy rzeczy sprawiły, że w miarę sprawnie oraz szybko przebrnąłem przez tę książkę. W powieści było trochę ciężkich tematów, ale na szczęście nie przytłoczyły mnie zbytnio. Bohaterowie byli w porządku oraz ciekawi. Relacja Livii i Jaydena wydawała się autentyczna oraz była według mnie dobrze wykreowana. Końcówka mnie zaciekawiła i przez to jeszcze bardziej mam ochotę poznać kolejny tom tej serii. Chcę też dodać, że ta książka jest debiutem autorki i uważam, że to naprawdę bardzo udany debiut. To była moja pierwsza styczność z twórczością Martyny i na ten moment planuję sięgnąć po jej kolejne powieści, gdy zostaną wydane. Podsumowując: „Ostatni Zachód Słońca” to w mojej opinii bardzo udany debiut. Przyjemnie mi się go czytało oraz lubię głównych bohaterów i relacje pomiędzy nimi. Jeśli lubicie motywy tej powieści, książki, które potrafią zaciekawić od pierwszych stron, oraz macie ukończone 18 lat, to jestem w stanie polecić Wam tę powieść.

zaczytany.mati Giezek Mateusz

Piekielne miejsce

Są takie książki, które zaczynają się jak obietnica terapii: cisza, natura, nowe życie, oddech. I są takie, które już na pierwszych stronach powinny mieć dopisek: „jeśli wierzysz w spokój, to lepiej usiądź”. „Piekielne miejsce” Anny Wolf należy do tej drugiej kategorii - i robi to z uśmiechem kogoś, kto doskonale wie, że zaraz rozwali ci emocje jak domek z kart. Bo tak, Samantha Baker robi to, co każda rozsądna kobieta po serii życiowych katastrof: pakuje walizki, odcina się od FBI, przeszłości, błędów i emocjonalnego bagna, które ciągnie się za nią jak cień po nieudanej relacji. Montana ma być jej resetem. Nowym początkiem. Tlenem. Tylko że w świecie Anny Wolf „nowy początek” to bardzo eleganckie określenie na „zaraz zacznie się coś jeszcze gorszego”. Na początku jest prawie sielankowo. Cisza, przestrzeń, konie, małe miasteczko, które wygląda jak miejsce, gdzie największym problemem powinno być to, że ktoś źle zaparkował pick-upa. I właśnie wtedy włącza mi się lampka ostrzegawcza: skoro jest tak spokojnie, to znaczy, że zaraz ktoś tu odpali emocjonalną bombę. I nie myliłam się ani trochę. Bo „Piekielne miejsce” to nie jest historia o ucieczce. To historia o tym, że przeszłość ma wyjątkowy talent do znajdowania ludzi, którzy bardzo chcą się zgubić. Samantha może zmienić adres, stan i całe otoczenie, ale nie zmieni faktu, że w środku nadal nosi wszystko to, przed czym próbuje uciec. A to „wszystko” ma imię, twarz i - niestety - bardzo dobry timing. Patrick. Ten człowiek to osobna kategoria problemów. To nie jest bohater, którego się „lubi”. To jest bohater, którego się analizuje, przeklina, a potem i tak czyta dalej, bo coś w nim działa jak emocjonalny narkotyk. Ich relacja z Sam to nie jest romans - to pole minowe, na którym każde słowo może być detonatorem. Przyciąganie i odpychanie? To brzmi zbyt delikatnie. Oni się orbitują, zderzają i rozwalają sobie nawzajem spokój z chirurgiczną precyzją. I najlepsze jest to, że to działa. Bo Wolf ma tę bezczelną umiejętność pisania relacji, które są jednocześnie toksyczne i magnetyczne. Takie, na które patrzysz i myślisz: „nie, absolutnie nie”, a po trzech stronach: „okej, ale jeszcze chwilę”. I zanim się zorientujesz, jesteś po uszy w tej historii, kibicując ludziom, którzy powinni najpierw iść na terapię, a dopiero potem do siebie. Ale żeby nie było - to nie jest tylko romans z problemami. To jest historia, która ma w sobie coś znacznie cięższego. Duszny klimat, napięcie, które wisi w powietrzu jak burza przed uderzeniem, i to nieustanne poczucie, że coś jest nie tak. Że to miasteczko nie jest tak niewinne, jak wygląda. Że ludzie wiedzą więcej, niż mówią. A przeszłość Sam nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa - ona dopiero się rozkręca. Wątek kryminalny wchodzi tu cicho, ale robi dokładnie to, co powinien: rozwala poczucie bezpieczeństwa. I nagle okazuje się, że to, co miało być ucieczką, jest tylko kolejnym etapem gry, w której stawką jest coś znacznie większego niż spokój ducha. Styl Anny Wolf? Dalej ten sam, który uzależnia. Lekki, dynamiczny, z dialogami, które mają więcej napięcia niż niejedna scena akcji. To ten typ pisania, przez który mówisz „jeszcze jeden rozdział”, a potem orientujesz się, że właśnie zaczynasz kolejny. I kolejny. I jeszcze jeden, bo przecież teraz to już nie możesz przerwać. I humor - czarny, złośliwy, momentami wręcz bezczelny. Taki, który pojawia się dokładnie wtedy, kiedy sytuacja powinna być śmiertelnie poważna. I właśnie dlatego działa. Bo życie też tak wygląda - najpierw dramat, potem śmiech, a na końcu zdanie: „serio, to się właśnie wydarzyło?”. Samantha to bohaterka, która nie jest idealna - i dzięki temu jest świetna. Popełnia błędy, podejmuje decyzje, które potrafią doprowadzić do szału, ale jednocześnie ma w sobie coś, co sprawia, że chcesz dla niej dobrze. Nawet jeśli ona sama robi wszystko, żeby to „dobrze” skutecznie sabotować. A zakończenie? Powiedzmy sobie szczerze - Anna Wolf nie jest typem autorki, która daje czytelnikowi spokojnie zamknąć książkę i iść spać. Ona raczej rzuca cię w ścianę emocji i mówi: „radź sobie”. I ty siedzisz, patrzysz w sufit i zastanawiasz się, czy możesz się jeszcze na nią obrazić, skoro i tak wiesz, że przeczytasz wszystko, co napisze. „Piekielne miejsce” to książka, która udaje, że daje oddech, a tak naprawdę tylko sprawdza, jak długo wytrzymasz bez powietrza. To historia o ucieczce, która nigdy nie jest ucieczką, o uczuciach, które nie znają granic i o tym, że czasem największym zagrożeniem nie są ludzie z przeszłości… tylko ci, których nie potrafisz z niej wyrzucić. Jeśli więc liczysz na spokój - nie tutaj. Ale jeśli masz ochotę na emocjonalny chaos, napięcie, które wchodzi pod skórę, i historię, która zostawia cię z myślą „co ja właśnie przeczytałam i czemu było to takie dobre?” - to witaj. W piekielnym miejscu. Zaskakująco ciężko się z niego wychodzi.

z_milosci_do_bookow Kuryło Katarzyna