1 2 3 ... 1539 > »

Podręcznik perswazji. Najskuteczniejsze metody przekonywania innych i świadomej ochrony przed manipulacją

Każdy z nas stara się wywierać wpływ na innych, każdy też tym wpływom ulega. Ale większość robi to nieświadomie, intuicyjnie albo - w najlepszym przypadku - nie do końca nad tym panując. Przeciętny człowiek nie ma świadomości, jak rozmawiać, co mówić, by wywołać u rozmówcy lub grupy pożądany skutek. No i jak chronić się przed presją czy naciskami innych (niekiedy bardzo zgubnymi)? Mateusz Grzesiak nie ma wątpliwości, że racjonalne podejmowanie decyzji to mit, ale perswazji i odporności na nią można się nauczyć - wystarczy stosować odpowiednie techniki. "Podręcznik perswazji" to książka stricte narzędziowa, zawierająca rozmaite ćwiczenia uczące argumentacji i aser-tywności. Bo ten, ?kto potrafi skutecznie i w określony z góry sposób wpłynąć na swego rozmówcę, będzie skuteczny, stanie się liderem oraz wygra w życiu zawodowym i osobistym" -uważa autor.

Gospoda pod Bocianem

Trzeba się solidnie zastanowić, zanim przeznaczymy na opał stare szpargały. To właśnie cenię u Drogi - jak już znajdzie stare pudło z bibelotami, musi się z tego urodzić jakaś historia. Tym razem trafia na zdjęcie Konstantego Bogosza. Od niego zaczyna, a tropy prowadzą aż do XIX wieku, do początków gospody zarządzanej przez kolejne pokolenia. Ciepła opowieść z tajemniczym zabójstwem w tle.

Biegając boso

Ostatnio polubiłam książki Amy Harmon. Amerykanka jest pisarką, nauczycielką, mówcą motywacyjnym, członkiem chóru, choć sama utrzymuje, że jest przede wszystkim żoną i mamą. Wychowywała się na wsi, nie miała telewizora, za to miała książki. Pisanie własnych historii było jej rozrywką, a dziś jest jej pracą. Biegając boso to jedna z jej pierwszych książek. Zapraszam na mały maraton uczuciowy.

Hozho’o to równowaga między ciałem, umysłem a duszą. (s. 108)

Nie bez powodu Josie Jo Jensen to nieśmiała trzynastolatka, która cztery lata wcześniej straciła matkę. Dziewczynka musiała szybko dorosnąć i zająć się domem, tatą i starszymi braćmi. Lubi czytać i grać, rozumie i kocha muzykę. Pewnego dnia w autobusie szkolnym zmuszona była usiąść przy osiemnastolatku. To Samuel Yazzie, półkrwi Indianin z plemienia Nawaho, mruk i odludek, mający pretensje do świata i odczuwający złość w głębi serca. W trakcie wspólnej jazdy zaczęli rozmawiać, czytać książki i dyskutować na ich temat, słuchali muzyki poważnej. Samuel zaczął odkrywać piękniejsze strony życia. Opowiada Josie legendy Indian Nawaho, zaś ona mu o swoich ulubionych kompozytorach. Odnalazły się bratnie dusze, stopniowo narodziła się niezwykła przyjaźń, a nawet coś więcej. Coś, do czego żadna ze stron nie chciała się przyznać, w końcu różnica pięciu lat była zbyt duża. Po szkole Sam wyjechał z Levah, by zrealizować swoje marzenia. Został żołnierzem piechoty morskiej. Po latach wraca do miasteczka jako dojrzały mężczyzna. Dla niego Josie niewiele się zmieniła, lecz teraz to ona potrzebuje wsparcia, akceptacji i rozmowy; tego, co kiedyś sama mu ofiarowała. A uczucie między nimi przetrwało i rozkwitło na nowo. Niektórzy powiedzą, że streściłam książkę, ale to wszystko znajduje się w blurbie. Najważniejsze wydarzenia zostały zasygnalizowane, jednak w tej powieści oprócz uczuć ważne są poruszane tematy. „Jesteśmy pępkiem Utah”, mawiają. (s. 5) Levan w stanie Utah to małe miasteczko, w którym wszyscy się znają i sobie pomagają. Sympatia i życzliwość mieszkańców, ich chęć niesienia pomocy innym jest czymś naturalnym jak oddychanie. Tu życie płynie spokojnie. Wiele opisów miejsc dokładnie odzwierciedla rzeczywistość, a to za sprawa faktu, że przez jakiś czas autorka mieszkała w tym „pięknym miasteczku, w którym żyją cudowni ludzie”. Bo muzyka jest „tym, czym żyję”. (s. 101)

Od razu polubiłam Josie i wygląd jej pokoju. Jej fizyczna i intelektualna dojrzałość oraz delikatna natura wyróżniały ją spośród rówieśników. Razem z nią czytałam, dyskutowałam, a nawet się kłóciłam. Muzykę słyszałam tylko w myślach, zwłaszcza Dziewiątą Symfonię Beethovena. Rachmaninow, Mozart, Beethoven, Wagner, Chopin – to ich muzyka towarzyszy bohaterom i czytelnikowi w różnych momentach. Przydałaby się płyta z utworami, o których jest mowa w książce, wówczas odbiór powieści byłby pełniejszy, bardziej emocjonalny i uduchowiony. To muzyka w dużej mierze kreuje nastrój w literackim i tym rzeczywistym świecie. Tragedie stały się moją codziennością, więc nauczyłam się sobie z nimi radzić. (s. 194) Razem z Josie przeżywałam tragedie, które spadały na nią niczym gromy z jasnego nieba. Życie ciężko ją doświadczyło jako dziewczynkę i nastolatkę, a mimo to odważnie, na swój sposób walczyła z przeciwnościami losu. Stała się stałym i cichym elementem życia osób z jej otoczenia, troszczy się o bliskich. Tylko jednego nie mogłam zrozumieć do końca – jej bezinteresownego poświęcenia się dla innych, bezgranicznej lojalności…

Wcale nie muszę się starać o to, żeby ludzie mnie znali albo lubili. (s. 49)

Samuel mnie zaciekawił swoją tożsamością. Chłopak wyróżniał się wyglądem. Był mieszańcem – ojciec biały, matka z plemienia Nawaho. Nie był akceptowany przez żadną ze stron, nie miał domu. Nic dziwnego, że chronił swoją prywatność i był bardzo czuły na punkcie dumy. Opowiadane przez niego legendy Nawahów fascynują swoją kulturą, religią, spojrzeniem na świat; zabierają czytelnika w zupełnie inny wymiar. Podziwiałam dążenie Samuela do obranego celu, gdy robił wszystko, aby go osiągnąć.

Gdy zaczęłam czytać książkę, pomyślałam, że to młodzieżówka. Potem zmieniłam zdanie, że to obyczajówka, a może i romans. Prawda jest taka, że to pozornie lekka powieść o życiu w małym amerykańskim miasteczku, o znajomości dwojga mieszkańców i uczuciach kotłujących się w nich. Pozornie lekka, gdyż pod płaszczem codzienności kryją się dylematy i tragedie, elementy życia codziennego.

Chodzi o więzy krwi… (s. 111)

Tożsamość narodowa Samuela jest przyczynkiem do rozmowy o przynależności mieszańca do jednej z grup etnicznych. Samuel sam do końca nie wiedział, kim jest, do kogo przynależy. Jest rozdarty między dwoma światami, między „pragnieniem lepszego poznania kultury mojego taty a lojalnością w stosunku do mamy” (s. 133). Targają nim wewnętrzne rozterki, ale jest dumny ze swego dziedzictwa. Życie w rezerwacie znacznie różniło się od życia w Levah, dlatego Samuel sam musi wybrać drogę, które z jego dziedzictw będzie ważniejsze.

Bardzo chcę, żebyś mnie kochała, ponieważ ja kocham ciebie aż do bólu. (s. 326)

W jak niecodziennych warunkach może narodzić się przyjaźń i miłość, zapewne wiecie. Josie małymi krokami zdobywa zainteresowanie Samuela. Razem w szkolnym autobusie uczą się od siebie i siebie, odkrywają wspólny rytm, wspólną melodię. Jednak wisi nad nimi różnica wieku – pięć lat. To dużo! Ona zaczyna gimnazjum, a on kończy szkołę średnią. Skrywane uczucia ujawniają się na inne sposoby. A miłość raz jest, a raz jej nie ma, a jak jest, to ma różne oblicza. Stare uczucia przynoszą nowy ból… W powieści nie brakuje wzlotów i upadków, jednak życie nie stoi w miejscu i trzeba iść do przodu. Ważna jest też religia. Josie jest mormonką, lecz chodzi do lokalnego kościoła. Zadaje egzystencjalne pytania, zgłębia Biblię, przypowieści, legendy Nawahów. Zastanawia się nad wieloma rzeczami i analizuje je dogłębnie, a czytelnik wraz z nią.

Nasze uszy chcą słyszeć to, co ukrywają przed nimi oczy. (s. 73)

Powieść wypełniają dźwięki, literatura, przyjaźni i miłość oraz bieganie. Złożoność charakterów bohaterów oraz ich wierne przedstawienie przyciąga czytelnika. Amy Harmon wplotła do swej historii wiele. Poruszyła temat tożsamości narodowej, poszukiwania przyszłości, poświęcenia dla bliskich, dążenia do celu, pokonywania przeszkód, wspierania się; zapisała na kurs przyspieszonego dojrzewania; zaraziła pasją do muzyki i literatury; pokazała prawdziwą pomoc sąsiedzką i troskę; wplotła legendy Nawahów i rozmowy o religii; dodała szczyptę historii USA i ciekawostki o kompozytorach, a wszystko oplotła siłą przyjaźni i miłością. Zrobiła to w pięknym stylu, naturalnie i powstała ciepła i wzruszająca powieść, która czyta się sama. Dla wrażliwych osób przydadzą się chusteczki, a dla melomanów muzyka.

Biegając boso jak dla mnie to mądra obyczajówka z romansem, bardzo życiowa, poruszająca wiele ważnych tematów, pełna miłości i dojrzewania do niej. Dajcie się oczarować. Przekonajcie się, co drzemie w indiańskiej duszy Sama i muzycznej duszy Josie. Pobiegnijcie wraz z nimi, nawet truchtem.
W szponach literek, martucha180

Zakochane w psychopatach. Jak się uwolnić od niszczącego związku i odzyskać równowagę

Mówi się, że kobiety uwielbiają “samców alfa”. Uwielbiają mężczyzn, którzy wiedzą czego chcą, są władczy, ale w odpowiednich chwilach potrafią być opiekuńczy i oferują ramię do wypłakania się. Kobiety chcą czuć się bezpiecznie, a tacy mężczyźni oferują to poczucie. Sandra L. Brown jednak przestrzega przed takimi ludźmi. Z pozoru wspaniali partnerzy prawdziwe “ja” ukrywają pod maską dobroci, gdyż nie chcą, żeby kobieta zorientowała się, że tak naprawdę związała się z psychopatą…

Sandra L. Brown posiada tytuł magistra i jest wybitną amerykańską psychoterapeutką. Od lat zajmuje się patologią w związkach. Prowadzi badania, pisze książki i poradniki, ale najbardziej znana w środowisku jest z założenia instytutu The Institute for Relational Harm Reduction & Public Pathology Education. Prowadzi wiele warsztatów dla kobiet, które wyszły ze związku z zaburzonym mężczyzną i teraz same potrzebują pomocy. Sandra L. Brown jest orędowniczką pokrzywdzonych kobiet. Dzięki niej środowisko psychoterapeutyczne zainteresowało się byłymi partnerkami psychopatów; po wielu latach wreszcie zaczęto uważać, że im również należy się leczenie.

Autorka bardzo często odnosi się do stanu kobiet po wyjściu z związku z zaburzoną jednostką mianem “zespołu stresu pourazowego”. Można pomyśleć, że wyolbrzymia. Przecież wiele kobiet wiąże się z alkoholikami, manipulantami, damskimi bokserami, a po zerwaniu potrafią stanąć na nogi. Psychopaci to jednak o wiele bardziej skomplikowani ludzie. Potrafią doskonale się kryć za maską normalności, wprowadzając jednocześnie chaos we wcześniej poukładane życie kobiety sukcesu.

Sandra L. Brown dogłębnie opisuje działania psychopatycznego mężczyzny. Rozkłada jego charakter i mózg na czynniki pierwsze, które szczegółowo wyjaśnia. Czy wiedzieliście, że zaburzenia psychiki bywają genetyczne? Autorka wchodzi w mózg zaburzonej jednostki i wyłuszcza każdy szczegół, który może być zapowiedzią nieszczęścia.

Nie bez podstaw książka jest uznawana za swoisty poradnik dla kobiet, które chcą się uchronić od niebezpiecznych mężczyzn. Oprócz dogłębnego studium w książce znajdują się też fragmenty wypowiedzi kobiet, które zgłosiły się na leczenie w The Institute for Relational Harm Reduction & Public Pathology Education. Autorka wybrała te najbardziej wstrząsające. Czytając je czułam wielkie współczucie w stosunku do tych kobiet. Zostały wciągnięte w destrukcyjny wir, z którego uwolniły się dopiero gdy mężczyzna się nimi znudził.

Czytając ten poradnik widać, że autorka jest specem w swojej dziedzinie. Z kartek bije ogrom wiedzy, uzupełniony wkładem dr Liane J. Leedom, która jest współautorką książki. Czemu więc jej nazwisko nie pojawiło się na okładce polskiego wydania - nie wiem. Trudno jest ocenić książkę pod względem stylistycznym, ponieważ ewidentnie jest to dzieło popularnonaukowe, a takowe rządzą się swoimi prawami. Mogę tylko powiedzieć, że już po kilku zdaniach widać, która z pań napisała dany rozdział. Dr Leedom ma bardziej lekki styl i nie bombarduje czytelnika naukowymi określeniami, co robi Brown. Rozdziały dr Leedom czyta się płynniej również dlatego, że jest w nich więcej sytuacji z życia wziętych, a mniej przysłowiowego “gdybania”.

“Zakochane w psychopatach” uświadomiły mi wiele rzeczy. Nauczyły mnie, że należy wystrzegać się najmniejszych przejawów niecodziennego zachowania. Przestrzegły mnie też, aby pomagać znajomym kobietom i dziewczynom kiedy uświadomimy sobie, że wpadły w sidła mężczyzny, który ma nieczyste intencje. Książka niestety rzuciła też ogromny dzień na współczesną literaturę kobiecą… Jeśli ją czytacie to na pewno od razu przyszło wam do głowy, o co chodzi. Mam tu na myśli wszędobylskich “samców alfa”, u których w większości można znaleźć wiele przejawów odchyleń od normy.
Sztukater.pl, Monika

Dopóki nie zjawiłaś się ty

Pamiętacie cudowną historię z "Dręczyciela", pierwszej części serii Penelope Douglas? Tej, w której nienawiść i złość równały się wielkim namiętnościom oraz niepodważalnej miłości? Dziś nadszedł czas na poznanie historii z perspektywy Jareda, chłopaka od którego wszystko się zaczęło.

Zazwyczaj nie jestem zwolenniczką czytania tych samych historii w dwóch różnych punktach widzenia, chyba że zamykamy to wszystko w jednym tomie. Muszę jednak przyznać, że trudno było mi się oprzeć i nie zdecydować na kontynuację książki oczami bohatera, który bardzo szybko trafił na moją listę ulubionych postaci. Zaryzykowałam zatem - i nie żałuję! Właściwie to bardzo się cieszę z dopełnienia wszystkich luk, o których do tej pory nawet nie miałam pojęcia.

Prawdę mówiąc, uważam że drugi tom wydarzeń z życia Tate i Jareda wypadł znacznie lepiej - jakby autorka przyłożyła większą wagę do znaczenia swojej opowieści, wyciągnęła z niej wszystko co możliwe i dołożyła - co zaskakujące - jeszcze więcej emocji. Dzięki temu historia tej dwójki odżyła na moich oczach, stała się konkretną, namacalną powieścią w której w pełni się odnalazłam i której nie miałam najmniejszej ochoty opuszczać.

Jared to bohater zagadka. Przynajmniej w pierwszym tomie pokazał się od strony tajemniczego chłopaka z którym nigdy nic nie wiadomo. Udowodnił jednak, że trudna przeszłość każdego potrafi przytłoczyć i w swojej aktualnej opowieści otwarcie ujawniał przed czytelnikiem emocje targające jego sercem od początku do samego końca znajomości z dziewczyną, która wiele dla niego znaczyła. Czytając historię tego bohatera widzimy jednak nie tylko to co czuł podczas spotkań z Tate, ale i jego zawiłe relacje rodzinne: z mamą, tatą i bratem, które w tym tomie zdecydowanie zyskały na wartości.

Łatwo można zaszufladkować człowieka, czego dowodem jest powyższa historia. Zabawa pozorami bywa zgubna, a niesprawiedliwe traktowanie kogoś tylko na zasadzie jego wymuszonego zachowania jest najgorszym co możemy zrobić. Autorka fantastycznie ujęła ten motyw pokazując jak skomplikowana jest ludzka osobowość i jak zawiły jest umysł człowieka - który czasami przyjmuje przeróżne czynniki obronne.

"Dopóki nie zjawiłaś się ty" to idealne uzupełnienie serii. Właściwie patrząc z perspektywy czasu uważam, że ta historia jest lepsza niż pierwsza część historii widziana oczami Tate. Tutaj wszystko jest intensywniejsze, bardziej dopracowane, rozwinięte w każdym wątku i szczególe. Oby więcej takich książek - głębokich, romantycznych i pełnych emocji, w których śmiało można zatracać się bez końca.
thievingbooks.blogspot.com, ELLIE MOORE (DEPRECATED)
1 2 3 ... 1539 > »