ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Fake Closeness

Są książki, które czyta się dla fabuły oraz takie, które wchodzą pod skórę już od pierwszych stron, a ta historia zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. Już sam opis tej książki zapowiada emocjonalny rollercoaster pełen bólu, niedopowiedzeń i uczuć, które momentami aż przytłaczają. 𝑆𝑜𝑝ℎ𝑖𝑎 𝑖 𝐴𝑠ℎ𝑒𝑟 to bohaterowie dalecy od ideału. Pogubieni, zranieni i toksyczni na swój własny sposób, ale właśnie dlatego tak trudno oderwać od nich myśli oraz również przez to, odkąd skończyłam czytać „𝐹𝑎𝑘𝑒 𝑐𝑙𝑜𝑠𝑒𝑛𝑒𝑠𝑠”, nie jestem w stanie sięgnąć po kolejną książkę i modlę się by premiera drugiej części była jak najszybciej (pomińmy ten tyci szczegół, że od premiery tej pozycji nie minął nawet tydzień). „𝐹𝑎𝑘𝑒 𝑐𝑙𝑜𝑠𝑒𝑛𝑒𝑠𝑠” to opowieść o dwojgu młodych ludzi, którzy noszą w sobie więcej ran, niż chcieliby przyznać, a przeszłość nie pozwala im spokojnie oddychać. Już po samym zarysie fabuły widać, że książka stawia nie tylko na wątek romantyczny, ale także na psychologiczne tło bohaterów. Motyw układu, wzajemnej nienawiści i emocjonalnych konfliktów zapowiada historię pełną dramatów, trudnych wyborów i konsekwencji, od których nie będzie łatwo uciec. Jednakże co, jeżeli ta „nienawiść” to tylko przykrywka, by chronić osobę, na której zaczęło zależeć pewnemu chłopcu już lata temu? Co jak tajemnice zaczną wychodzić na światło dzienne, a zbliżający się skandal może spowodować ogromne straty? Nawet nie wiem, jak ująć w słowa to, co czuję... Z jednej strony wiem, że nie muszę się ograniczać i mogę rozpisywać się do woli, jednakże z drugiej równie mocno jestem świadoma tego, iż gdybym zaczęła rozwijać moje przemyślenia na temat bohaterów tej historii, to zamiast recenzji napisałabym kolejną książkę. Historia tej dwójki to zdecydowanie coś, czego potrzebowałam, a nawet o tym nie wiedziałam. Te wszystkie plot twisty w tej książce były nieziemskie i wręcz uzależniające, przez co teraz, zamiast przejmować się ostatecznymi ocenami, które mam wystawiane za dwa tygodnie, rozmyślam nad tym, jak bardzo 𝑃𝑜𝑠𝑝𝑜𝑙𝑖𝑡𝑒 jeszcze skrzywdzi tych bohaterów i czy przeżyję kolejny tom, dlatego z góry apeluję o dołączenie do książki bonu z wizytą u terapeuty. Ta książka totalnie trafiła w moje gusta czytelnicze i jedyne, do czego bym mogła się przyczepić to momenty, gdy Ash nie próżnował w słowach i mówił wszystko, co mu ślina na język przyniosła, tylko po to by Soph się przestraszyła i zaczęła normalnie jeść. Totalnie przepadłam dla relacji przyjacielskich, jakie się tu pojawiły i uważam, że Ash, Soph, Scar, Hay oraz książę cmentarzy powinni stworzyć razem paczkę przyjaciół (w której liderem byłby oczywiście Roman) i wspólnie gdzieś pojechać. Przecież taki obrót spraw byłby idealny do zacieśnienia więzi pomiędzy 𝑅𝑎𝑣𝑒𝑛𝑐𝑟𝑜𝑓𝑡𝑒𝑚, 𝑎 𝑊𝑒𝑑𝑛𝑒𝑠𝑑𝑎𝑦 𝐴𝑑𝑑𝑎𝑚𝑠 i nie wmówicie mi, że byłoby inaczej. Kto wie, może Hayden też w końcu skutecznie zdobyłby sympatię Scarlett, a jego starania nie poszłyby na marne? Podsumowując. Uważam, że ta książka jest godna przeczytania, dlatego bardzo ją wam polecam, jednakże ku przestrodze radzę najpierw zapoznać się z ostrzeżeniem, które znajduję się na 𝟺 𝑠𝑡𝑟𝑜𝑛𝑖𝑒, ponieważ jest to książka 𝟏𝟔+. 

milabooks16 Labudda Kamila

Każdy z nas gra w inną grę. 9 typów osobowości i ukryte schematy, które nami rządzą

Dla wszystkich,którzy mają odwagę spojrzeć w swoje martwe punkty. Dla tych, którzy chcą zrozumieć siebie-lub swoich bliskich-znacznie głębiej. Dla rodziców, którzy nie chcą powielać rodzinnych wzorców." Kolejna psychologiczna propozycja, dzięki której można zrozumieć, jakim typem osobowości jest się w danym momencie życia. Treść zapozna nas z dojrzałą i niedojrzałą wersją danego typu, wskaże czynniki wpływające na dany typ. Co więcej w książce znajdziemy konkretne ćwiczenia i strategie, wspierające dojrzewanie typu osobowości i przerwanie automatyzmu działania, a także dowiemy się jak postępować z kimś bliskim będącym danym typem. 

_czytam_dzieciom Baścik Paulina

Lawendowe lata. Odkryj w sobie moc dojrzałości

„Lawendowe lata” to książka, która najpierw urzekła mnie tytułem i okładką, a później swoim wnętrzem. Dawno nie czytałam lektury tak spokojnej i kojącej. Autorka, @urszula_soltys zaprasza wszystkich (choć szczególnie kobiety) w wieku średnim (powiedzmy tak między 40 a 60 rokiem życia) do wspólnej refleksji nad tym okresem życia. Będzie tu o przemijającej (?) młodości i o starości, która może wzbudzać lęk. Lawenda pojawia się w tytule nie przez przypadek. Roślina ta zakwita dwa razy w roku- na wiosnę i jesienią. Dla autorki stanowi symbol dojrzałości- i my mamy dać sobie szansę, aby ponownie zakwitnąć. I tak krok po kroku, czy też jak to jest w rozdziałach miesiąc po miesiącu, psycholożka prowadzi nas poprzez kolejne zagadnienia, które pomogą nam osiągnąć ten piękny cel. Jest tu o odwadze, by żyć według własnych reguł, o akceptacji tego co już za nami, ale także o tym jak wspomagać swoje ciało i umysł, by służyły nam długie lata (a więc o ruchu, diecie czy ćwiczeniu pamięci). Sama coraz bardziej zbliżam się do magicznej granicy czterdziestu lat i przemyślenia charakterystyczne dla wieku średniego już i u mnie zaczynają się pojawiać. Ten poradnik zdecydowanie przypadł mi do gustu. Wiele rad wezmę sobie do serca, a i książkę zostawię na półce, aby móc do niej wrócić. Podoba mi się załączona lista „odniesienia i źródła wiedzy” obejmująca książki, filmy, artykuły, podcasty, piosenki czy wiersze- na pewno będę chciała po niektóre z nich sięgnąć. „Lawendowe lata. Odkryj w sobie moc dojrzałości” to poradnik, który może stać się wspaniałą inspiracją na dojrzałe życie.
Z_najwyzszej_polki Kawecka Anna

Muza rockmana

Lubię książki Penelope Ward - myślę sobie, że są idealne na odstresowanie, bo chociaż zwykle nie wbijają w fotel i nie zapadają jakoś głęboko w pamięć, to warto podkreślić, że zwykle są fenomenalnie napisane i zwykle jest jakiś plot twist, wokół którego buduje się całość fabuły. Tak było i tym razem. "Muza rockmana" opowiada o Emily, która poszukuje pewnego sensu i drogi w swoim życiu, przez co trafia na rozmowę o pracę do bycia pomocą w trasie dosyć znanego rockowego zespołu - o którym ona nie wie praktycznie nic, nawet nie jest w stanie przypomnieć sobie, jak wyglądają muzycy. I pech chce, że od razu wpada na jednego z nich... w toalecie, tuż po tym, jak ma wrażenie, że zawaliła rozmowę. Osobą, na którą wtedy wpada jest Tristan - starszy od niej o jakieś piętnaście lat - który jest głównym wokalistą i który czuje przyjemne orzeźwienie, że ktoś nie traktuje go jak wielkiej gwiazdy, a raczej jak normalnego człowieka, więc decyduje on - w sumie za rekrutera - że to właśnie Emily będzie im towarzyszyć w podróży po Ameryce. To nie tak, że od razu dochodzi do jakiegoś romansu - raczej do powolnego poznawania się. I - co pragnę z dumą podkreślić - Penelope Ward nie poszła w taki stereotyp, żeby tytułową "muzą rockmana" była właśnie Emily - ale myślę sobie, że warto ten wątek zgłębić samemu, bo jest on na tyle ciekawy i fajnie opisany, że właściwie akcja najbardziej nabiera tempa, gdy są już położone wszystkie karty na stół. Myślę sobie, że ta autorka ma fajne książki - ale uwierzcie mi, że zaczynam uważać, że motyw różnicy wieku to w przypadku "Muza rockmana" najmniejszy pikuś, jeśli chodzi o potencjalne powody, dla których Emily i Tristan nie powinni być razem: mimo chemii która ich łączy i tego, że naprawdę nie ma tu żadnej przemocy czy toksyczności (bo to mogłoby się wydawać najbardziej oczywistym red flagiem). Oj, jak odkryjecie całą prawdę, którą tu autorka przemyciła, to będziecie pod wrażeniem! Niemniej jednak dodam, że do połowy ta powieść mi się po prostu i najzwyczajniej w świecie dłużyła. Dopiero później, gdy sprawy zaczęły przybierać nietypowy obrót - bo nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek czytała takie połączenie wątków - to dynamika zrobiła się na tyle szalona, że czytałam z wypiekami na twarzy, by dowiedzieć się, jak sytuacja się dalej rozwinie i jak tam się to wszystko ułoży. Trochę narzekam na mały druk i minimalne marginesy - bo jednak nie jest to najbardziej komfortowy układ do czytania w papierze - a już definitywnie w późniejszych porach, gdy oczy są już zmęczone. Niemniej jednak sama historia przedstawiona w "Muza rockmana" wynagradza na tyle, że jeśli tylko macie ochotę na zapoznanie się z tym nietypowym romansem, to powinniście bez wątpienia dać szansę tej pozycji. Jestem ciekawa czym jeszcze zaskoczy nas ta pisarka, bo bez wątpienia będę chciała dalej sięgać po książki jej autorstwa. Mimo że znam pisarzy, których książki czyta mi się lepiej, to Penelope Ward zawsze będzie mi się kojarzyła z takim guilty pleasure i z automatyczną poprawą humoru. Podsumowując: jestem na "tak", chociaż nie jest to najlepsza książka, jaką przeczytałam w kwietniu!
Książkowir Gałęziowska Dominika

Muza rockmana

Dziś przychodzę do Was z opinią książki Penelope Ward, czyli autorki, której książki znam i lubię. Pisze ona gorące romanse i na ogół, podobają mi się jej książki. "Muza rockmana" jednak jakoś do mnie nie przemówiła. Nie wiem dlaczego, ale uważam ją za jedną z najsłabszych z dotychczas przeczytanych. I nie chodzi mi tu o motyw różnicy wieku, jaki tu znalazłam, bo on mi akurat nie przeszkadzał. Emily to dwudziestodwuletnia, która splotem różnego rodzaju okoliczności, zostaje zatrudniona, jako asystentka jednej z bardziej znanych kapel rockowych. On to Tristan, trzydziestoośmioletni wokalista grupy. Ich relacja rozwija się powoli, podczas czteromiesięcznej trasy koncertowej zespołu. Tylko czy mogą sobie na nią pozwolić? Czy są wobec całkiem szczerzy? No cóż... Mnie jakoś nie porwała ta opowieść. Momentami się nudziłam. Chyba trochę zabrakło mi tu emocji. Jakoś nie czułam tego rozwijającego się związku, nie był dla mnie prawdziwy. Jest to opowieść o trudnych przeżyciach, stracie i przeszłości, która jest bolesna i pełna ran. Ale też o chorobie i strachu przed przeszłością. Nie ma w niej zbyt wiele erotyki, co dla mnie akurat jest jej zaletą. Nie jest to zła książka, o czym świadczy pozytywne opinie, ale jak dla mnie, nie była aż taka ciekawa, jak inne książki autorki. A czy czytać czy nie, sami zdecydujcie.
W biblioteczce Renaty Kozłowska Renata