Recenzje
RozGROMić konkurencję. Sprawdzone w boju strategie dowodzenia, motywowania i zwyciężania
Często spotykanym modelem szefa, to taki pokrzykujący, głupi „trep”. Który na dodatek wie lepiej za wszystkich, zna się na wszystkim i ma monopol na wszystko. Nie zarządza zadaniami – każe je ślepo wykonywać. Jeśli jego koncepcja jest zła, za porażkę obwinia wszystkich podwładnych. W warunkach dowodzenia liniowego, taki dowódca zginie szybko sam lub straci wielu ludzi. Albo przy najbliższej okazji strzelą mu w plecy.
„Nie logika, ale emocje inspirują ludzi do działania. Nie biznesplan, a wizja” piszą w swojej książce Paulina i Roman Polko „Rozgromić konkurencję” wydaną właśnie przez One Press. To chyba pierwsza pozycja napisana przez polskich autorów, w której zestawiane jest doświadczenie wojskowe z praktyką leadershipu. Wpisuje się tym samym w ciekawą część fachowej literatury o zarządzaniu w ujęciu militarnym, do której należą tak świetne pozycje jak „Clausewitz o strategii” (doświadczenia Carla von Clausewitza, XIX wiecznego generała), „Sztuka wojny” Sun Tzu (w tym genialne opracowanie Gagliardiego „Sztuka wojny – sztuka marketingu”) czy też „Wojujący marketing” Ala Riesa i Jacka Trouta. Jednak książka Polków jest wyjątkowa. Uwzględnia współczesną wiedzę wojskową, doświadczenia generała Polko ze spotkań z menedżerami z ostatnich lat jak i jego doświadczenie w dowodzeniu, historię wojskowości czy uznane zasady zarządzania. W treść książki wplecione są ciekawe opowieści i anegdoty, ilustrujące drobne, acz istotne elementy kierowania operacyjnego. To pierwsza chyba na polskim rynku pozycja o zarządzaniu, napisana przez „zmechola”.
Polkowie definiują kluczowe elementy leadershipu, przekładając wiedzę i doświadczenie wojskowe na praktykę biznesu. Koncentrują się na istocie i roli lidera, współpracy zespołowej, kierowaniu w sytuacji kryzysowej i zmian (a wszak dowodzenie jest permanentną sytuacją kryzysu i zmian), determinacji i motywacji do działania, współdziałania, negocjacjach i różnych modelach zwycięstwa. Mamy również pełen opis szkolenia Rangersów. Ciekawą formą są podsumowania zatytułowane „do boju”.
Autorzy wiele miejsca poświęcają uniwersalnym wartościom i ich wpływowi na zarządzanie. W warunkach walki one zdają się być one decydujące. Pozwalają odróżnić prawdziwych żołnierzy od najemników. To ważna wskazówka, dla organizacji nastawionych na bezwzględne śrubowanie wyników finansowych i nie liczących się w żaden sposób ze swoimi ludźmi. To niejako wpisuje się w moje subiektywne przekonanie, że amerykański „model zarządzania oparty o nieograniczoną chciwość” został zdruzgotany w chwili upadku banku Lehman Brothers co było symbolicznym początkiem kryzysu finansowego 2007-2009.
U podstaw każdego, dobrze zarządzanego przedsiębiorstwa leży wizja i charyzma ich właścicieli. To zawsze jest źródło sukcesu lub porażki w wymiarze kierowania. Jednak jednym z problemów polskich firm jest nadal kierowanie nimi przez „spadochroniarzy”. Zjawisko doskonale opisał niemiecki dziennikarz Gunther Ogger w książce „Zera w garniturach”. „Spadochroniarze” wysyłani na stanowiska zarządzających i menedżerów wielu korporacji działających w Polsce (nierzadko na korporacyjną zsyłkę, gdyż nadal dla wielu Warszawa to nie Paryż, Londyn, Madryt czy Mediolan). Tutaj byli czy są nadal, odpowiedzialni głównie za swoiste „doglądanie inwentarza”, a nie twórcze rozwijanie rynku. Pełnili nierzadko też funkcję cerbera-zarządcy, który ma pilnować biznesu i wycisnąć z niego tyle ile się da, a nie twórczo rozwijać kompetencje polskiego zespołu. Brak wizji i koncentracja wyłącznie na wynikach sprzedaży dużych korporacji, owocuje często wychowaniem ułomnych, polskich menedżerów-cyborgów. Cóż z tego, że z listą znanych firm w cefauce. Niestety, szara rzeczywistość skrzeczy. Nadal w zaciszach sal konferencyjnych zarządów i rad nadzorczych, przez wiele korporacji postrzegani jesteśmy niczym duża, czterdziestomilionowa, wschodnia kolonia, która bardzo różni się od rozwiniętych krajów Unii Europejskiej.
Z drugiej strony coraz więcej międzynarodowych korporacji kierowana jest przez Polaków którym zaufano . Ale pytanie pozostaje nadal aktualne. Czy i na ile, pozwala im się realizować twórczy i pozytywny proces zarządzania, polegający na rozwoju personalnym, budowaniu rynku czy innowacjom . Po drugiej stronie barykady, stoją ciekawe zasady zarządzania, wypracowywane przez lata, przez polskich liderów. Choćby prof. Andrzeja Bliklego i jego doświadczenie w procesach jakości czy słynna teoria motywacji oparta o „Twierdzenie o Marchewce” [patrz wyjaśnienie pod wpisem]. Nierzadko też słychać głosy, że Polak-Szarak-Przedsiębiorca, ze swoją kreatywnością, zapałem, kawaleryjską fantazją i przedsiębiorczością, może przenosić góry i zdobywać rynki. Byle tylko zapewnić mu normalne funkcjonowanie. I chociażby pod tym względem, książka Polków jest po prostu „swojska” . Oparta o postrzeganie według naszej ( a nie choćby amerykańskiej) mentalności. Na dodatek nie nafaszerowana niczym indyk na Święto Dziękczynienia, amerykańskimi „business success stories” podbijającymi świat.
Garść przemyśleń. Trochę zabrakło mi odniesień do realnych firm i sytuacji rynkowych. Ale jest tu wiele uzasadnionych opisów bitew historycznych i ich analiza. Tu Polkowie świetnie wykorzystują backround historii wojskowości, którą zawsze warto pokazywać w procesach zarządzania.
Kluczową różnicą wojska i i zarządzania, jest niewspółmierna cena porażki. Smak zwycięstwa w jednym i drugim przypadku wydaje się bardzo podobny. Ale w dowodzeniu ceną porażki jest własne życie, swoich ludzi, cywilów, odniesione rany, kalectwo. To również cena, jaką się płaci za zwycięstwo. W jakimkolwiek przedsiębiorstwie odniesienie się do porażek ma wymiar utraty pracy, psychicznych perturbacji, ale (poza przypadkami klinicznymi) nie jest to stadium zagrożenia życia. W przypadku dowodzenia, wiele procesów występuje ze szczególną siłą. Bardzo silna motywacja żołnierza (wykonanie zadania bojowego, nawet za cenę własnego życia) przekłada się na determinację, a ona z kolei pozwala im działać na granicy własnej wytrzymałości. W przypadku firmy, dążenie do sytuacji w której menedżerowie będą „umierać w biurze z palcami na klawiaturze”, na dodatek rekrutujący się z Generacji Y jest moim zdaniem mało realistyczne. Przedsiębiorstwa coraz rozpaczliwiej szukają sposobów motywowania i wyzwalania kreatywności swoich pracowników. Szczególnie te, które kiedyś hurraoptymistycznie uznały, że pieniądze są jedynym i najlepszym motywatorem. Kłania się ponownie „Twierdzenie o Marchewce”.
Autorzy w bardzo interesujący sposób pokazują mechanizmy motywacji oraz sporo miejsca poświęcają zjawisku „zwycięstwa”. To ciekawe przemyślenia, ponieważ w praktyce przedsiębiorstw o wiele więcej czasu przeznacza się na analizę porażek oraz szukania winnych, którzy mają spakować kartonik, niż analizie kryteriów i wartości odniesionych sukcesów. Czy firma odniosła pyrrusowe zwycięstwo ? Gdzie koszty znacznie przewyższyły zyski ? Czy upór i zwycięstwo drobnej batalii rynkowej, podyktowany wygórowaną ambicją jakiegoś menedżera, nie zadecydował o porażce całego projektu, produktu czy marki ? Warto przekładać konkretne historie i przykłady wojskowych doświadczeń gen. Polko na realny język biznesu. To zresztą ciekawy punkt wyjścia do dyskusji o zwycięstwie, jako określonej wartości.
Książka jest dobrym studium sprawnego, operacyjnego zarządzania. Nie rewolucjonizuje rynku w sferze teorii, ale to przecież nie jest jej celem. Raczej o położenie ważnych akcentów, docenienie roli i wartości pojedynczego człowieka i zespołu, zrozumienie celów do jakich się dąży i po co się to robi. To po prostu bardzo dobra cegiełka wiedzy o profesjonalnym zarządzaniu operacyjnym.
Autorzy w charakterystyczny sposób podkreślają i potwierdzają podstawowe zasady zarządzania zespołami. Cytaty z części „Do boju” powinny zawisnąć w niejednej komórce marketingu czy sprzedaży. Szczególnie tych, którym sukces wymościł siedzisko i zapuścił korzenie, przyspawając ich do własnych stołków i usypiając synapsy. Warto ją choćby przeczytać dla ciekawej analizy procesów zmian, działaniu w kryzysie czy opanowaniu firmowego chaosu. Być może niektórym może wydawać się „mało pacyfistyczna”. Szczególnie tym, którzy mają alergiczny stosunek do wojska. Ale bez względu na czyjś światopogląd, kluczowe zasady sprawnego zarządzania tkwią u źródeł historii wojskowości od zarania dziejów i to jest absolutnie niezaprzeczalny fakt.
Polscy menedżerowie (w przeciwieństwie do azjatyckich) nie walczą za „królową, honor i ojczyznę”. Ich motywacje bywają często zgoła inne. I nie tylko o pieniądze tu chodzi. Wielu z nich nie widzi celu poświęcania się za organizację, głupkowatego szefa, produkt wciskany na siłę ciemnemu ludowi czy narzucone, bezmyślne, międzynarodowe procedury, przystające do naszych realiów jak pięść do nosa. Z drugiej strony zbyt wielu zarządzających nie potrafi docenić zatrudnianych przez siebie pasjonatów, „soli każdej organizacji„, którzy są w stanie wiele poświęcić, żeby realizować własne aspiracje pozafinansowe. Pasjonatów nierzadko gnębionych przez lanserskich przydupasów prezesa.
Brakuje mi w książce kobiet ! A one w coraz większym stopniu zajmują się kierowaniem. Gdzie podziała się Joanna d`Arc ? Miranda Priestly (rewelacyjny przypadek) ? Czy porucznik O`Neil z „G.I. Jane”. Że o Marusi, Lidce i Honoracie nie wspomnę :)
Cieszy też fakt, że gen. Polko nie lansuje ulubionej marki piwa i ukochanych adidasów jednostek specjalnych (vide „Snajper” H.E. Wasdin, S. Templin).
Polkowie odczarowują obraz trepowatego, „szwejowatego” wojska, malującego trawę na zielono, którego stereotyp jest silnie zakorzeniony w polskiej mentalności. Fakt, piszą o elitach, jakimi są jednostki specjalne. Ale podobnie jak w wojsku – menedżerowie również potrzebują elit i wzorców, do których można się odnieść. I za to autorom należy się szacunek, zarówno w środowiskach żołnierskich jak i menedżerskich.
Piszcie więcej, Polkowie. Warto Was czytać. Hooah :)
„Nie logika, ale emocje inspirują ludzi do działania. Nie biznesplan, a wizja” piszą w swojej książce Paulina i Roman Polko „Rozgromić konkurencję” wydaną właśnie przez One Press. To chyba pierwsza pozycja napisana przez polskich autorów, w której zestawiane jest doświadczenie wojskowe z praktyką leadershipu. Wpisuje się tym samym w ciekawą część fachowej literatury o zarządzaniu w ujęciu militarnym, do której należą tak świetne pozycje jak „Clausewitz o strategii” (doświadczenia Carla von Clausewitza, XIX wiecznego generała), „Sztuka wojny” Sun Tzu (w tym genialne opracowanie Gagliardiego „Sztuka wojny – sztuka marketingu”) czy też „Wojujący marketing” Ala Riesa i Jacka Trouta. Jednak książka Polków jest wyjątkowa. Uwzględnia współczesną wiedzę wojskową, doświadczenia generała Polko ze spotkań z menedżerami z ostatnich lat jak i jego doświadczenie w dowodzeniu, historię wojskowości czy uznane zasady zarządzania. W treść książki wplecione są ciekawe opowieści i anegdoty, ilustrujące drobne, acz istotne elementy kierowania operacyjnego. To pierwsza chyba na polskim rynku pozycja o zarządzaniu, napisana przez „zmechola”.
Polkowie definiują kluczowe elementy leadershipu, przekładając wiedzę i doświadczenie wojskowe na praktykę biznesu. Koncentrują się na istocie i roli lidera, współpracy zespołowej, kierowaniu w sytuacji kryzysowej i zmian (a wszak dowodzenie jest permanentną sytuacją kryzysu i zmian), determinacji i motywacji do działania, współdziałania, negocjacjach i różnych modelach zwycięstwa. Mamy również pełen opis szkolenia Rangersów. Ciekawą formą są podsumowania zatytułowane „do boju”.
Autorzy wiele miejsca poświęcają uniwersalnym wartościom i ich wpływowi na zarządzanie. W warunkach walki one zdają się być one decydujące. Pozwalają odróżnić prawdziwych żołnierzy od najemników. To ważna wskazówka, dla organizacji nastawionych na bezwzględne śrubowanie wyników finansowych i nie liczących się w żaden sposób ze swoimi ludźmi. To niejako wpisuje się w moje subiektywne przekonanie, że amerykański „model zarządzania oparty o nieograniczoną chciwość” został zdruzgotany w chwili upadku banku Lehman Brothers co było symbolicznym początkiem kryzysu finansowego 2007-2009.
U podstaw każdego, dobrze zarządzanego przedsiębiorstwa leży wizja i charyzma ich właścicieli. To zawsze jest źródło sukcesu lub porażki w wymiarze kierowania. Jednak jednym z problemów polskich firm jest nadal kierowanie nimi przez „spadochroniarzy”. Zjawisko doskonale opisał niemiecki dziennikarz Gunther Ogger w książce „Zera w garniturach”. „Spadochroniarze” wysyłani na stanowiska zarządzających i menedżerów wielu korporacji działających w Polsce (nierzadko na korporacyjną zsyłkę, gdyż nadal dla wielu Warszawa to nie Paryż, Londyn, Madryt czy Mediolan). Tutaj byli czy są nadal, odpowiedzialni głównie za swoiste „doglądanie inwentarza”, a nie twórcze rozwijanie rynku. Pełnili nierzadko też funkcję cerbera-zarządcy, który ma pilnować biznesu i wycisnąć z niego tyle ile się da, a nie twórczo rozwijać kompetencje polskiego zespołu. Brak wizji i koncentracja wyłącznie na wynikach sprzedaży dużych korporacji, owocuje często wychowaniem ułomnych, polskich menedżerów-cyborgów. Cóż z tego, że z listą znanych firm w cefauce. Niestety, szara rzeczywistość skrzeczy. Nadal w zaciszach sal konferencyjnych zarządów i rad nadzorczych, przez wiele korporacji postrzegani jesteśmy niczym duża, czterdziestomilionowa, wschodnia kolonia, która bardzo różni się od rozwiniętych krajów Unii Europejskiej.
Z drugiej strony coraz więcej międzynarodowych korporacji kierowana jest przez Polaków którym zaufano . Ale pytanie pozostaje nadal aktualne. Czy i na ile, pozwala im się realizować twórczy i pozytywny proces zarządzania, polegający na rozwoju personalnym, budowaniu rynku czy innowacjom . Po drugiej stronie barykady, stoją ciekawe zasady zarządzania, wypracowywane przez lata, przez polskich liderów. Choćby prof. Andrzeja Bliklego i jego doświadczenie w procesach jakości czy słynna teoria motywacji oparta o „Twierdzenie o Marchewce” [patrz wyjaśnienie pod wpisem]. Nierzadko też słychać głosy, że Polak-Szarak-Przedsiębiorca, ze swoją kreatywnością, zapałem, kawaleryjską fantazją i przedsiębiorczością, może przenosić góry i zdobywać rynki. Byle tylko zapewnić mu normalne funkcjonowanie. I chociażby pod tym względem, książka Polków jest po prostu „swojska” . Oparta o postrzeganie według naszej ( a nie choćby amerykańskiej) mentalności. Na dodatek nie nafaszerowana niczym indyk na Święto Dziękczynienia, amerykańskimi „business success stories” podbijającymi świat.
Garść przemyśleń. Trochę zabrakło mi odniesień do realnych firm i sytuacji rynkowych. Ale jest tu wiele uzasadnionych opisów bitew historycznych i ich analiza. Tu Polkowie świetnie wykorzystują backround historii wojskowości, którą zawsze warto pokazywać w procesach zarządzania.
Kluczową różnicą wojska i i zarządzania, jest niewspółmierna cena porażki. Smak zwycięstwa w jednym i drugim przypadku wydaje się bardzo podobny. Ale w dowodzeniu ceną porażki jest własne życie, swoich ludzi, cywilów, odniesione rany, kalectwo. To również cena, jaką się płaci za zwycięstwo. W jakimkolwiek przedsiębiorstwie odniesienie się do porażek ma wymiar utraty pracy, psychicznych perturbacji, ale (poza przypadkami klinicznymi) nie jest to stadium zagrożenia życia. W przypadku dowodzenia, wiele procesów występuje ze szczególną siłą. Bardzo silna motywacja żołnierza (wykonanie zadania bojowego, nawet za cenę własnego życia) przekłada się na determinację, a ona z kolei pozwala im działać na granicy własnej wytrzymałości. W przypadku firmy, dążenie do sytuacji w której menedżerowie będą „umierać w biurze z palcami na klawiaturze”, na dodatek rekrutujący się z Generacji Y jest moim zdaniem mało realistyczne. Przedsiębiorstwa coraz rozpaczliwiej szukają sposobów motywowania i wyzwalania kreatywności swoich pracowników. Szczególnie te, które kiedyś hurraoptymistycznie uznały, że pieniądze są jedynym i najlepszym motywatorem. Kłania się ponownie „Twierdzenie o Marchewce”.
Autorzy w bardzo interesujący sposób pokazują mechanizmy motywacji oraz sporo miejsca poświęcają zjawisku „zwycięstwa”. To ciekawe przemyślenia, ponieważ w praktyce przedsiębiorstw o wiele więcej czasu przeznacza się na analizę porażek oraz szukania winnych, którzy mają spakować kartonik, niż analizie kryteriów i wartości odniesionych sukcesów. Czy firma odniosła pyrrusowe zwycięstwo ? Gdzie koszty znacznie przewyższyły zyski ? Czy upór i zwycięstwo drobnej batalii rynkowej, podyktowany wygórowaną ambicją jakiegoś menedżera, nie zadecydował o porażce całego projektu, produktu czy marki ? Warto przekładać konkretne historie i przykłady wojskowych doświadczeń gen. Polko na realny język biznesu. To zresztą ciekawy punkt wyjścia do dyskusji o zwycięstwie, jako określonej wartości.
Książka jest dobrym studium sprawnego, operacyjnego zarządzania. Nie rewolucjonizuje rynku w sferze teorii, ale to przecież nie jest jej celem. Raczej o położenie ważnych akcentów, docenienie roli i wartości pojedynczego człowieka i zespołu, zrozumienie celów do jakich się dąży i po co się to robi. To po prostu bardzo dobra cegiełka wiedzy o profesjonalnym zarządzaniu operacyjnym.
Autorzy w charakterystyczny sposób podkreślają i potwierdzają podstawowe zasady zarządzania zespołami. Cytaty z części „Do boju” powinny zawisnąć w niejednej komórce marketingu czy sprzedaży. Szczególnie tych, którym sukces wymościł siedzisko i zapuścił korzenie, przyspawając ich do własnych stołków i usypiając synapsy. Warto ją choćby przeczytać dla ciekawej analizy procesów zmian, działaniu w kryzysie czy opanowaniu firmowego chaosu. Być może niektórym może wydawać się „mało pacyfistyczna”. Szczególnie tym, którzy mają alergiczny stosunek do wojska. Ale bez względu na czyjś światopogląd, kluczowe zasady sprawnego zarządzania tkwią u źródeł historii wojskowości od zarania dziejów i to jest absolutnie niezaprzeczalny fakt.
Polscy menedżerowie (w przeciwieństwie do azjatyckich) nie walczą za „królową, honor i ojczyznę”. Ich motywacje bywają często zgoła inne. I nie tylko o pieniądze tu chodzi. Wielu z nich nie widzi celu poświęcania się za organizację, głupkowatego szefa, produkt wciskany na siłę ciemnemu ludowi czy narzucone, bezmyślne, międzynarodowe procedury, przystające do naszych realiów jak pięść do nosa. Z drugiej strony zbyt wielu zarządzających nie potrafi docenić zatrudnianych przez siebie pasjonatów, „soli każdej organizacji„, którzy są w stanie wiele poświęcić, żeby realizować własne aspiracje pozafinansowe. Pasjonatów nierzadko gnębionych przez lanserskich przydupasów prezesa.
Brakuje mi w książce kobiet ! A one w coraz większym stopniu zajmują się kierowaniem. Gdzie podziała się Joanna d`Arc ? Miranda Priestly (rewelacyjny przypadek) ? Czy porucznik O`Neil z „G.I. Jane”. Że o Marusi, Lidce i Honoracie nie wspomnę :)
Cieszy też fakt, że gen. Polko nie lansuje ulubionej marki piwa i ukochanych adidasów jednostek specjalnych (vide „Snajper” H.E. Wasdin, S. Templin).
Polkowie odczarowują obraz trepowatego, „szwejowatego” wojska, malującego trawę na zielono, którego stereotyp jest silnie zakorzeniony w polskiej mentalności. Fakt, piszą o elitach, jakimi są jednostki specjalne. Ale podobnie jak w wojsku – menedżerowie również potrzebują elit i wzorców, do których można się odnieść. I za to autorom należy się szacunek, zarówno w środowiskach żołnierskich jak i menedżerskich.
Piszcie więcej, Polkowie. Warto Was czytać. Hooah :)
kotarbinski.wordpress.com 2012-01-18
Tajniki wystąpień publicznych. 101 porad dla prezenterów
Wpadła mi w ręce książka Tajniki wystąpień publicznych. 101 porad dla prezenterów. To praktyczny przewodnik po świecie wystąpień publicznych i prezentacji w zgrabnej, kompaktowej formie napisany przez Łukasza Dąbrowskiego, trenera i konsultanta w firmie House of Skills.
Porady, niektóre bardzo krótkie, inne obszerne, odnoszą się przede wszystkim do treści wystąpienia, tworzenia narracji, formy i interakcji prelegenta z odbiorcami. A także do technicznych drobiazgów, które potrafią mocno dokuczyć prelegentowi, gdy odczuje na własnej skórze, co to znaczy złośliwość rzeczy martwych; martwych w tym sensie, że gdy zawiodą, to nie działają (kto przeżył to na swojej skórze, wiec o co chodzi).
Całość podana konkretnie i zwięźle, bo jak zaznacza autor, pisząc poradnik wykorzystywał wiedzę i doświadczenie całego zespołu swojej firmy. A jako, że jest miłośnikiem konferencji TED, również one są dla niego źródłem inspiracji. Stąd też często za ilustracje służą mu konkretne TEDowe wystąpienia, do których obejrzenia w internecie wtedy odsyła.
Porad jest aż 101, gdyż nie ma jednej sztuczki, zabiegu czy techniki, która buduje dobrą czy złą prezentację. To wiele szczegółów decyduje o ostatecznym efekcie. (…) nawet najdoskonalsza treść sama się nie obroni. Potrzeba formy. Formy, która umożliwia zbudowanie relacji z publicznością (…)
Przy każdej poradzie część praktyczna z miejscem przeznaczonym na notatki, gdzie autor zachęca czytelników do pracy, prowadzenia obserwacji, tworzenia notatek, zapisków jak np. przy poradzie nr 44.: Mów poprawnie i po polsku.
Przez tydzień zapisuj wszelkie błędy językowe, jakie usłyszysz w trakcie prezentacji. Do wszystkich znajdź ich poprawne językowo odpowiedniki.
Samym slajdom poświęca zaledwie kilka uwag, ale to dobre uwagi jak porada nr 98.: zamiast tekstu używaj obrazu do ilustrowania przesłań czy porada nr 99.: nie daj nad sobą zapanować slajdom. No chyba, że masz naprawdę fajne slajdy ;-) …
I w ten sposób nieuchronnie docieramy do konkluzji, którą warto przypominać przy każdej okazji: niezależnie od tego czy występując pokazujesz slajdy czy nie, i tak najważniejsza jest twoja opowieść, własny pomysł na jej przekazanie, kontakt z odbiorcami i osobiste zaangażowanie.
Porady, niektóre bardzo krótkie, inne obszerne, odnoszą się przede wszystkim do treści wystąpienia, tworzenia narracji, formy i interakcji prelegenta z odbiorcami. A także do technicznych drobiazgów, które potrafią mocno dokuczyć prelegentowi, gdy odczuje na własnej skórze, co to znaczy złośliwość rzeczy martwych; martwych w tym sensie, że gdy zawiodą, to nie działają (kto przeżył to na swojej skórze, wiec o co chodzi).
Całość podana konkretnie i zwięźle, bo jak zaznacza autor, pisząc poradnik wykorzystywał wiedzę i doświadczenie całego zespołu swojej firmy. A jako, że jest miłośnikiem konferencji TED, również one są dla niego źródłem inspiracji. Stąd też często za ilustracje służą mu konkretne TEDowe wystąpienia, do których obejrzenia w internecie wtedy odsyła.
Porad jest aż 101, gdyż nie ma jednej sztuczki, zabiegu czy techniki, która buduje dobrą czy złą prezentację. To wiele szczegółów decyduje o ostatecznym efekcie. (…) nawet najdoskonalsza treść sama się nie obroni. Potrzeba formy. Formy, która umożliwia zbudowanie relacji z publicznością (…)
Przy każdej poradzie część praktyczna z miejscem przeznaczonym na notatki, gdzie autor zachęca czytelników do pracy, prowadzenia obserwacji, tworzenia notatek, zapisków jak np. przy poradzie nr 44.: Mów poprawnie i po polsku.
Przez tydzień zapisuj wszelkie błędy językowe, jakie usłyszysz w trakcie prezentacji. Do wszystkich znajdź ich poprawne językowo odpowiedniki.
Samym slajdom poświęca zaledwie kilka uwag, ale to dobre uwagi jak porada nr 98.: zamiast tekstu używaj obrazu do ilustrowania przesłań czy porada nr 99.: nie daj nad sobą zapanować slajdom. No chyba, że masz naprawdę fajne slajdy ;-) …
I w ten sposób nieuchronnie docieramy do konkluzji, którą warto przypominać przy każdej okazji: niezależnie od tego czy występując pokazujesz slajdy czy nie, i tak najważniejsza jest twoja opowieść, własny pomysł na jej przekazanie, kontakt z odbiorcami i osobiste zaangażowanie.
marekscibior.pl 2011-12-29
Psychologia tłumu. Studium powszechnego umysłu
"O tym czy coś jest poprawne czy nie, decydujemy poprzez odwołanie się do tego, co myślą na dany temat inni ludzie. Kiedy wielu ludzi coś robi, to zazwyczaj jest to postępowanie właściwe. Ta cecha społecznego dowodu słuszności stanowi zarówno o jej sile, jak i słabości"
Ostatnio w moje ręce wpadła książka: Psychologia Tłumu. Studium Powszechnego Umysłu. Gustava Le Bona. Okładka sugeruje, że w środku można będzie poczytać o owczym pędzie, o bezsensownym i bezmyślnym podążaniu ludzi za niezrozumiałymi ideami, o ludzkiej głupocie. Okazuje się, że tym razem pierwsze wrażenie nie jest mylące, bo w książce można znaleźć wiele ciekawych smaczków.
Szukając odniesień do giełdy możemy się trochę rozczarować, gdyż autor bezpośrednio nie porusza tego tematu, jest za to dużo ciekawych informacji z zakresu lekkiej psychologii. Kilka kwestii, które zwróciły moją uwagę:
Jak łatwo oszukać ludzki mózg?
Jak to możliwe, że matka rozpoznaje swoje dziecko po śmiertelnym wypadku, nawet rodzina i znajomi potwierdzają, że ciało należy do jakiejś konkretnej osoby, po czym kilka tygodni później ta sama osoba się odnajduje w innym miejscu zupełnie żywa?
Dlaczego przynależność do tłumu odbiera nam ok. 40 od naszego IQ?
Gdy czujemy się częścią większej grupy, ubywa nam wielu cech, które posiadamy jako jednostka. Przestajemy patrzeć krytycznie. Wszelkie idee albo 100% przyjmujemy, albo 100% odrzucamy. Jesteśmy niezdolni do kompromisów.
Dzieci kłamią nawet, gdy mówią prawdę.
Dzieci nigdy nie powinny być brane na świadków w sądzie, gdyż czasem one same nie wiedzą kiedy kłamią. Dlaczego tak jest?
Ogólnie książka ciekawie wpasowuje się w myśl, że aby odnieść sukces nie możesz podążać za innymi, bo wtedy będziesz tylko ich marną imitacją. Musisz przetrzeć swoją własną ścieżkę i zostać na niej liderem.
Ostatnio w moje ręce wpadła książka: Psychologia Tłumu. Studium Powszechnego Umysłu. Gustava Le Bona. Okładka sugeruje, że w środku można będzie poczytać o owczym pędzie, o bezsensownym i bezmyślnym podążaniu ludzi za niezrozumiałymi ideami, o ludzkiej głupocie. Okazuje się, że tym razem pierwsze wrażenie nie jest mylące, bo w książce można znaleźć wiele ciekawych smaczków.
Szukając odniesień do giełdy możemy się trochę rozczarować, gdyż autor bezpośrednio nie porusza tego tematu, jest za to dużo ciekawych informacji z zakresu lekkiej psychologii. Kilka kwestii, które zwróciły moją uwagę:
Jak łatwo oszukać ludzki mózg?
Jak to możliwe, że matka rozpoznaje swoje dziecko po śmiertelnym wypadku, nawet rodzina i znajomi potwierdzają, że ciało należy do jakiejś konkretnej osoby, po czym kilka tygodni później ta sama osoba się odnajduje w innym miejscu zupełnie żywa?
Dlaczego przynależność do tłumu odbiera nam ok. 40 od naszego IQ?
Gdy czujemy się częścią większej grupy, ubywa nam wielu cech, które posiadamy jako jednostka. Przestajemy patrzeć krytycznie. Wszelkie idee albo 100% przyjmujemy, albo 100% odrzucamy. Jesteśmy niezdolni do kompromisów.
Dzieci kłamią nawet, gdy mówią prawdę.
Dzieci nigdy nie powinny być brane na świadków w sądzie, gdyż czasem one same nie wiedzą kiedy kłamią. Dlaczego tak jest?
Ogólnie książka ciekawie wpasowuje się w myśl, że aby odnieść sukces nie możesz podążać za innymi, bo wtedy będziesz tylko ich marną imitacją. Musisz przetrzeć swoją własną ścieżkę i zostać na niej liderem.
10-procent-rocznie.blogspot.com Filon, 2012-01-11
Sennik. Zagadki snów. Poradnik bez kantów. Wydanie II
Ile razy budziłeś się rano zlany potem lub odczuwałeś niedosyt, bo przerwał się przyjemny sen? Potem przez resztę dnia rozmyślałeś o tym, co mogły oznaczać śnione sytuacje. Od dziś to się zmieni – oto przewodnik po świecie naszych marzeń sennych, a więc również po naszej podświadomości. Pozwala odczytać sens ukryty w pozornie najbardziej absurdalnych snach, ujawnić nasze lęki i pragnienia, często skrywane przed światem i sobą samym. Autorka wykazuje się przy tłumaczeniu symboliki sennej dużą wiedzą psychologiczną. Uczy, jak programować i kontrolować treść naszych snów. Nawiązuje do badań Zygmunta Freuda i Karla Junga. Uczy rozpoznawania snów proroczych, ujawnia tajniki telepatii i snów uzdrawiających.
Dzięki tej książce nauczyłam się odczytywać ukryte znaczenie swych snów, a tym samym odkryłam nieuświadomione dotąd meandry własnej psychiki. Interesujące jest to, że pewne motywy i symbole w nich zawarte powtarzają się i dzięki lekturze tego przewodnika już wiem, dlaczego.
Zaskoczyły mnie niektóre interpretacje snów, nie wiedziałam np., że sny o śmierci zwiastują jakieś zmiany w naszym życiu.
Dowiedziałam się też, czym sny pozacielesne, poznałam związki między reinkarnacją i telepatią. Publikację zamyka bardzo przydatny słownik snów, który w porządku alfabetycznym ujmuje i wyjaśnia najczęstsze tematy i symbole senne.
Zachęcam do lektury tego przewodnika, nie tylko po pełnej skomplikowanych marzeń sennych nocy. Ta książka pozwala zrozumieć abstrakcyjny język snów i porządkuje nasze myśli, dotychczas blokowane przez brak usystematyzowanej wiedzy na ten temat. Teraz możemy ją posiąść – dzięki tej cennej i praktycznej publikacji, która powinna znaleźć się w każdym domu.
Dzięki tej książce nauczyłam się odczytywać ukryte znaczenie swych snów, a tym samym odkryłam nieuświadomione dotąd meandry własnej psychiki. Interesujące jest to, że pewne motywy i symbole w nich zawarte powtarzają się i dzięki lekturze tego przewodnika już wiem, dlaczego.
Zaskoczyły mnie niektóre interpretacje snów, nie wiedziałam np., że sny o śmierci zwiastują jakieś zmiany w naszym życiu.
Dowiedziałam się też, czym sny pozacielesne, poznałam związki między reinkarnacją i telepatią. Publikację zamyka bardzo przydatny słownik snów, który w porządku alfabetycznym ujmuje i wyjaśnia najczęstsze tematy i symbole senne.
Zachęcam do lektury tego przewodnika, nie tylko po pełnej skomplikowanych marzeń sennych nocy. Ta książka pozwala zrozumieć abstrakcyjny język snów i porządkuje nasze myśli, dotychczas blokowane przez brak usystematyzowanej wiedzy na ten temat. Teraz możemy ją posiąść – dzięki tej cennej i praktycznej publikacji, która powinna znaleźć się w każdym domu.
urodaizdrowie.pl Barbara D., 2012-01-17
Życie dopiero się rozkręca! Dojrzały przewodnik dla świadomych siebie 50-tek.
Dręczy Cię świadomość, że najpiękniejsze lata już masz za sobą? Że już nic nie jest takie jak dawniej, a problemy dnia codziennego zaczynają Cię przytłaczać? Koniecznie sięgnij po tę świetną książkę, a przekonasz się, jak bardzo się mylisz! Jej lektura pozwoli Ci na nowo odnaleźć radość życia – dzięki niej poczujesz, że świat stoi przed Tobą otworem.
Autorka nazywa dojrzałe i atrakcyjne kobiety po pięćdziesiątce „soczystymi Pomidorkami”. Ukazuje dobre strony tego wieku, w którym wciąż można odkrywać nowe pasje, uczyć się nowych rzeczy i nie stronić od życia towarzyskiego. Podkreśla, że dojrzała kobieta ma w sobie ten rodzaj siły, którego nabiera się wraz z wiekiem. Wskazuje, jak korzystać ze zdobyczy mody i medycyny estetycznej, by wciąż czuć się dobrze we własnym ciele.
Cenna i warta wcielenia w życie jest też zachęta do tworzenia grup, w których podobne wiekiem kobiety mogą spędzać wolny czas. Babskie wieczory to okazja do rozrywki i ponownego poczucia się jak za młodych lat. Nierzadko kobiety po pięćdziesiątce myślą, że ponowne zamążpójście jest w ich wieku niestosowne. Autorka niweluje ich obawy – dojrzałość to również prawo do miłości i szczęścia.
W książce znajdujemy cenne informacje na temat zdrowia i urody, które przydadzą się każdej kobiecie. Warto w tym wieku zadbać o formę i wygląd, by dzięki temu odkryć swoje nowe „ja” i odnaleźć drogę do samorealizacji. Spełnianie odkładanych przez lata marzeń to przecież źródło radości i szczęścia.
Autorka podaje przykłady dojrzałych kobiet, które mimo upływu lat tryskają energią i nie zwalniają tempa swego życia. Maryla Rodowicz, Beata Kozidrak czy Katarzyna Grochola to symbole dojrzałości spełnionej i budzącej podziw tłumów. Wskazuje też organizacje działające z myślą o dojrzałych osobach oraz portale internetowe ich gromadzące.
Przejście na emeryturę to ważna decyzja i problem zagospodarowania wolnego czasu. W poradniku znajdujemy wskazówki, jak bezboleśnie przejść na nią i nie utracić poczucia sensu egzystencji.
Książkę kończy toast „za wszystkie Pomidorki” wraz z życzeniami spełnienia wszystkich finansowo-uczuciowo-zdrowotnych marzeń, które decydują o jakości dojrzałego życia. I Ty rzuć wyzwanie światu oraz ograniczeniom i stereotypom wynikającym z kultu młodości! Ten przewodnik na pewno Ci w tym pomoże, tak jak pomógł mnie – zachęcam do lektury i zmiany myślenia o wieku „balzakowskim”.
Autorka nazywa dojrzałe i atrakcyjne kobiety po pięćdziesiątce „soczystymi Pomidorkami”. Ukazuje dobre strony tego wieku, w którym wciąż można odkrywać nowe pasje, uczyć się nowych rzeczy i nie stronić od życia towarzyskiego. Podkreśla, że dojrzała kobieta ma w sobie ten rodzaj siły, którego nabiera się wraz z wiekiem. Wskazuje, jak korzystać ze zdobyczy mody i medycyny estetycznej, by wciąż czuć się dobrze we własnym ciele.
Cenna i warta wcielenia w życie jest też zachęta do tworzenia grup, w których podobne wiekiem kobiety mogą spędzać wolny czas. Babskie wieczory to okazja do rozrywki i ponownego poczucia się jak za młodych lat. Nierzadko kobiety po pięćdziesiątce myślą, że ponowne zamążpójście jest w ich wieku niestosowne. Autorka niweluje ich obawy – dojrzałość to również prawo do miłości i szczęścia.
W książce znajdujemy cenne informacje na temat zdrowia i urody, które przydadzą się każdej kobiecie. Warto w tym wieku zadbać o formę i wygląd, by dzięki temu odkryć swoje nowe „ja” i odnaleźć drogę do samorealizacji. Spełnianie odkładanych przez lata marzeń to przecież źródło radości i szczęścia.
Autorka podaje przykłady dojrzałych kobiet, które mimo upływu lat tryskają energią i nie zwalniają tempa swego życia. Maryla Rodowicz, Beata Kozidrak czy Katarzyna Grochola to symbole dojrzałości spełnionej i budzącej podziw tłumów. Wskazuje też organizacje działające z myślą o dojrzałych osobach oraz portale internetowe ich gromadzące.
Przejście na emeryturę to ważna decyzja i problem zagospodarowania wolnego czasu. W poradniku znajdujemy wskazówki, jak bezboleśnie przejść na nią i nie utracić poczucia sensu egzystencji.
Książkę kończy toast „za wszystkie Pomidorki” wraz z życzeniami spełnienia wszystkich finansowo-uczuciowo-zdrowotnych marzeń, które decydują o jakości dojrzałego życia. I Ty rzuć wyzwanie światu oraz ograniczeniom i stereotypom wynikającym z kultu młodości! Ten przewodnik na pewno Ci w tym pomoże, tak jak pomógł mnie – zachęcam do lektury i zmiany myślenia o wieku „balzakowskim”.
urodaizdrowie.pl Barbara D., 2012-01-14