Recenzje
Trening umysłu dla bystrzaków
Za poradnikami nie przepadam i dlatego sięgam po nie tylko w ostateczności lub gdy ktoś poleci mi rzeczywiście wart uwagi podręcznik. Kiedy jednak w moje ręce wpadła książka „Trening umysłu dla bystrzaków”, postanowiłam zaryzykować i dać jej szansę. Autorką jest doktor Tracy Packiam Alloway, która prowadziła badania nad pamięcią i mózgiem a na jej opracowania powoływano się w licznych pismach i programach naukowych. Autorka pragnie pomóc czytelnikom rozwijać zdolności jakie oferuje nam nasz mózg. Jak wiemy wykorzystujemy zaledwie 7-10% tego narządu, więc nawet kilkuprocentowe zwiększenie efektywności może być przełomem i kolosalnym krokiem ku powiększeniu swojego potencjału twórczego i naukowego. Z powyższej książki dowiemy się anatomicznych danych o funkcjonowaniu mózgu, rodzajach pamięci i różnych możliwościach jej doskonalenia, poprawie koncentracji, zwiększeniu swoich umiejętności językowych i innych nowinek. Tracy Packiam Alloway wspomina o tym, co należy jeść, jakie substancje stymulują nas umysł do pracy oraz jakie ćwiczenia są dobre zarówno dla ciała, jak i duszy. Poprzez gry słowne, łamigłówki liczbowe, zabawy z logiką i wiele innych ciekawych zadań, będziemy mogli poprawić nasze funkcje myślowe, poznawcze i pamięć. Wszystko opisane prostym, przyjemnym w odbiorze językiem. Co więcej, mnóstwo tu schematów, tabelek, wytłuszczonego tekstu czy zabawnych rysunków, dzięki czemu wszystko jest przejrzyste i nie męczy czytelnika. Jeżeli macie ochotę na niekonwencjonalne podejście do tematu treningu umysłu, to polecam powyższą książkę:)
kasandra-85.blogspot.com 2013-11-18
Może (morze) wróci
Niechętnie sięgam po książki o podróżowaniu… choć sama uwielbiam podróżować. Byłam w wielu pięknych miejscach na świecie i dlatego wiem, że nawet najlepsze pióro nie zawsze jest w stanie oddać tego, co trzeba po prostu samemu zobaczyć. Sięgając po książkę „Może (morze) wróci” byłam nastawiona bardziej na opowieść geograficzno-historyczną. Nie spodziewałam się, że już od pierwszej strony autor zabierze mnie w niezwykłą podróż po bezdrożach Uzbekistanu, której towarzyszyć będą tumany kurzu i… opary absurdu.
Bartek Sabela wymarzył sobie, że na własne oczy zobaczy Morze Aralskie. Dla mnie było to małe zaskoczenie, bo, może jestem niedouczona, ale wydawało mi się, że takiego morza nie ma. Nie pomyliłam się za bardzo. Takiego morza JUŻ prawie nie ma bo … umarło. Morze Aralskie a w rzeczywistości Jezioro Aralskie (morzem nazwane przez miejscową ludność) było niegdyś czwartym co do wielkości jeziorem na świecie. Teraz jest jałową pustynią. Nasuwa się pytanie: Co takiego mu się przydarzyło? Momentalnie nasuwa się i odpowiedź: CZŁOWIEK. Człowiek nie byle jaki, bo I sekretarz KC Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Nikita Chruszczow, w całym swym geniuszu, postanowił zrobić z ZSRR największego producenta bawełny na świecie. Bawełnę tę postanowił posadzić na… pustyni a wodę z Jeziora Aralskiego właśnie zużyć do nawadniania upraw. W obliczu jego master planu nic innego nie miało znaczenia, nawet to, że doprowadzi do totalnej ekologicznej zagłady.
Razem z Bartkiem wędrujemy od miasta do miasta, każdego dnia przybliżając się do celu naszej wyprawy. Poznajemy różnych ludzi, zaglądamy do miejsc niedostępnych dla turystów, ale dzięki temu odkrywamy prawdę. Widzimy piękne miasta okalane nowymi murami, za którymi w nędzy żyją prawdziwi ludzie. Uczymy się targować na miejskich bazarach a interesy związane z podróżą załatwiamy przy pomocy kilku butelek wódki. Bartek przekonuje nas - ludzi z zachodu, jak mylne jest nasze podejście na wschodzie. Namawia nas, byśmy porzucili wszystkie stereotypy, uprzedzenia, nieufność. Przestali się martwić, że ktoś nas chce bez przerwy oszukać, okraść albo naciągnąć. Wręcz przeciwnie. Nasz podróżnik jest zapraszany do domów rodowitych mieszkańców, które są warte mniej niż jego plecak z wyposażeniem. Jest goszczony przez uśmiechniętych ludzi, którzy częstują go wódką, oferują czaj a na drogę wciskają na siłę lepioszkę. Razem z naszym autorem przebywamy długą drogę, by na końcu ujrzeć wschód słońca nad tym, co kiedyś było Morzem Aralskim. Ten wschód słońca zmusza do refleksji. To wtedy zaczynamy rozumieć, że odbyliśmy podróż nie tylko w sensie dosłownym. Ale i wgłęb siebie. Ta książka doskonale rysuje obraz ludzkiej głupoty, chciwości i pychy w zakresie ingerowania w przyrodę. Pokazuje do czego my - ludzie jesteśmy zdolni. Ile złego wyrządziliśmy dla świata, w którym żyjemy a ile wciąż wyrządzamy.
Książkę polecam każdemu. Z każdej strony dowiadujemy się czegoś nowego z historii Uzbekistanu, a także ciekawostek z życia mieszkańców. Np. tego, jak odstraszyć z domu złe duchy albo po co na drzwiach wejściowych dwie różne kołatki. Lektura wzbogacona jest o fotografie z wyprawy. Zawiera też m.in. zdjęcia satelitarne NASA, na których dokładnie widać powolne umieranie Morza Aralskiego. Na ogromny plus zasługuje język, jakim posługuje się Bartek Sabela. Potrafi on w niesamowity sposób opisywać to, co widzi i czego doświadcza. Nie brak też zdrowej ironii. Czytelnik nieraz się uśmiechnie, ale i wzruszy. Mam nadzieję, że Bartek Sabela planuje kolejne podróże, które oczywiście opisze. Po jego książki od tej pory sięgam w ciemno.
Bartek Sabela wymarzył sobie, że na własne oczy zobaczy Morze Aralskie. Dla mnie było to małe zaskoczenie, bo, może jestem niedouczona, ale wydawało mi się, że takiego morza nie ma. Nie pomyliłam się za bardzo. Takiego morza JUŻ prawie nie ma bo … umarło. Morze Aralskie a w rzeczywistości Jezioro Aralskie (morzem nazwane przez miejscową ludność) było niegdyś czwartym co do wielkości jeziorem na świecie. Teraz jest jałową pustynią. Nasuwa się pytanie: Co takiego mu się przydarzyło? Momentalnie nasuwa się i odpowiedź: CZŁOWIEK. Człowiek nie byle jaki, bo I sekretarz KC Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Nikita Chruszczow, w całym swym geniuszu, postanowił zrobić z ZSRR największego producenta bawełny na świecie. Bawełnę tę postanowił posadzić na… pustyni a wodę z Jeziora Aralskiego właśnie zużyć do nawadniania upraw. W obliczu jego master planu nic innego nie miało znaczenia, nawet to, że doprowadzi do totalnej ekologicznej zagłady.
Razem z Bartkiem wędrujemy od miasta do miasta, każdego dnia przybliżając się do celu naszej wyprawy. Poznajemy różnych ludzi, zaglądamy do miejsc niedostępnych dla turystów, ale dzięki temu odkrywamy prawdę. Widzimy piękne miasta okalane nowymi murami, za którymi w nędzy żyją prawdziwi ludzie. Uczymy się targować na miejskich bazarach a interesy związane z podróżą załatwiamy przy pomocy kilku butelek wódki. Bartek przekonuje nas - ludzi z zachodu, jak mylne jest nasze podejście na wschodzie. Namawia nas, byśmy porzucili wszystkie stereotypy, uprzedzenia, nieufność. Przestali się martwić, że ktoś nas chce bez przerwy oszukać, okraść albo naciągnąć. Wręcz przeciwnie. Nasz podróżnik jest zapraszany do domów rodowitych mieszkańców, które są warte mniej niż jego plecak z wyposażeniem. Jest goszczony przez uśmiechniętych ludzi, którzy częstują go wódką, oferują czaj a na drogę wciskają na siłę lepioszkę. Razem z naszym autorem przebywamy długą drogę, by na końcu ujrzeć wschód słońca nad tym, co kiedyś było Morzem Aralskim. Ten wschód słońca zmusza do refleksji. To wtedy zaczynamy rozumieć, że odbyliśmy podróż nie tylko w sensie dosłownym. Ale i wgłęb siebie. Ta książka doskonale rysuje obraz ludzkiej głupoty, chciwości i pychy w zakresie ingerowania w przyrodę. Pokazuje do czego my - ludzie jesteśmy zdolni. Ile złego wyrządziliśmy dla świata, w którym żyjemy a ile wciąż wyrządzamy.
Książkę polecam każdemu. Z każdej strony dowiadujemy się czegoś nowego z historii Uzbekistanu, a także ciekawostek z życia mieszkańców. Np. tego, jak odstraszyć z domu złe duchy albo po co na drzwiach wejściowych dwie różne kołatki. Lektura wzbogacona jest o fotografie z wyprawy. Zawiera też m.in. zdjęcia satelitarne NASA, na których dokładnie widać powolne umieranie Morza Aralskiego. Na ogromny plus zasługuje język, jakim posługuje się Bartek Sabela. Potrafi on w niesamowity sposób opisywać to, co widzi i czego doświadcza. Nie brak też zdrowej ironii. Czytelnik nieraz się uśmiechnie, ale i wzruszy. Mam nadzieję, że Bartek Sabela planuje kolejne podróże, które oczywiście opisze. Po jego książki od tej pory sięgam w ciemno.
lidiapiechota.pl Kamila Sadowska, 2013-11-07
Kamyki w brzuchu
To paradoksalnie trudna książka, dotykająca bolesnych spraw, a jednocześnie historia, która wciąga, nie pozwala odłożyć lektury na później, zapada w pamięć. Zatem choć trudno tu szukać krzepiących, radosnych scen, to na pewno jest to pozycja, po którą warto sięgnąć.
Jej bohatera poznajemy w szczególnie trudnym momencie: wraca do rodzinnego domu, by towarzyszyć ostatnim chwilom życia matki chorej na nowotwór mózgu. Jego ojciec zmarł siedem lat wcześniej, zatem w opuszczonym domu, z dziczejącym ogrodem, rozrośniętym żywopłotem są tylko we dwoje: ciężko chora matka mająca trudności z formułowaniem słów oraz on - syn, dla którego powrót wiąże się z bardzo bolesnymi wspomnieniami.
Jest jedynakiem, ale niezupełnie - ten właśnie fakt zaważył na całym jego życiu. Kiedy miał dwa lata, urodził się jego brat Michael, który nie przeżył całego dnia. Potem mama jako "szczególnie dobra osoba" (takie jej słowa przytacza chłopiec) "bierze na wychowanie dzieci, których matki i ojcowie nie są tak dobrzy albo walczą ze sobą, chociaż głęboko w środku są dobrymi ludźmi". Zawsze są to chłopcy: "Ani razu nie przyjęliśmy na wychowanie dziewczynki. Nigdy. Być może dlatego, że dziewczynki traktuje się lepiej niż chłopców. Albo dlatego, że dziewczynki są grzeczniejsze. Albo dlatego, że rodzice bardziej kochają dziewczynki niż chłopców. Albo dlatego, że dziewczynki rodzą się tylko dobrym rodzicom". Chłopców było dziewięciu: "Daje to trzy lata opieki dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie wspominając tych siedmiu lat, które poświęciła Robertowi".
W tych kilku cytatach można by odnaleźć obraz matki - osoby doświadczonej przez los, ale niezwykle wielkodusznej, pomocnej, nieobojętnej na innych. Ale też i historię chłopca, który czuł się nierozumiany, mniej ważny, chłopca pozostawionego samemu sobie z jego rozterkami, uczuciem zazdrości wobec pojawiających się w domu kolejnych dzieci. One też mają swoje problemy, przyzwyczajenia, nie zawsze z sympatią odnoszą się do tego "nowego" brata, zatem dzieciństwo zamiast czasem radości staje się pasmem napięć, nieporozumień, frustracji.
Zatem pierwsze strony przynoszą obraz dorosłego bohatera, wracającego w trudnej chwili do rodzinnego domu dwudziestoośmiolatka. Kolejny rozdział przenosi nas w przeszłość, do chwili, gdy w domu ośmioletniego wówczas bohatera pojawia się ostatni z chłopców wziętych pod opiekę - niespełna trzynastoletni "Robert Chmurny". Aż do końca lektury te dwa spojrzenia będą się przeplatały, z ich przenikania się, dopełniania powstanie obraz zdarzeń, które rozegrały się przed laty i zaważyły na całym życiu bohatera.
Matka nazywa go Robertem, on sam przedstawia się jako Michael, opowiada, że jest adoptowany, wymyśla wciąż nowe historie o sobie, bo i dla niego prawda jest bolesna, trudna do zrozumienia. Po śmierci ojca po raz pierwszy wraca w rodzinne strony. Działa chaotycznie, drobiazgi doprowadzają do do wybuchu, zmaga się z prawdą i docieka - czy to, co się stało, to wyłącznie wina rodziców, czy wprost przeciwnie: "co jest prawdą: ich zaniedbanie czy moja zazdrość".
Ta poruszająca lektura nie pozostawi chyba nikogo obojętnym: autorowi udało się doskonale ukazać psychikę dziecka, sposób patrzenia na świat, pojmowania go. Bohaterowi nie udaje się do końca wyprostować spraw z przeszłości, które rzutują na jego obecne życie. Czytelnik także długo pozostanie pod wrażeniem poznanej historii...
Jej bohatera poznajemy w szczególnie trudnym momencie: wraca do rodzinnego domu, by towarzyszyć ostatnim chwilom życia matki chorej na nowotwór mózgu. Jego ojciec zmarł siedem lat wcześniej, zatem w opuszczonym domu, z dziczejącym ogrodem, rozrośniętym żywopłotem są tylko we dwoje: ciężko chora matka mająca trudności z formułowaniem słów oraz on - syn, dla którego powrót wiąże się z bardzo bolesnymi wspomnieniami.
Jest jedynakiem, ale niezupełnie - ten właśnie fakt zaważył na całym jego życiu. Kiedy miał dwa lata, urodził się jego brat Michael, który nie przeżył całego dnia. Potem mama jako "szczególnie dobra osoba" (takie jej słowa przytacza chłopiec) "bierze na wychowanie dzieci, których matki i ojcowie nie są tak dobrzy albo walczą ze sobą, chociaż głęboko w środku są dobrymi ludźmi". Zawsze są to chłopcy: "Ani razu nie przyjęliśmy na wychowanie dziewczynki. Nigdy. Być może dlatego, że dziewczynki traktuje się lepiej niż chłopców. Albo dlatego, że dziewczynki są grzeczniejsze. Albo dlatego, że rodzice bardziej kochają dziewczynki niż chłopców. Albo dlatego, że dziewczynki rodzą się tylko dobrym rodzicom". Chłopców było dziewięciu: "Daje to trzy lata opieki dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie wspominając tych siedmiu lat, które poświęciła Robertowi".
W tych kilku cytatach można by odnaleźć obraz matki - osoby doświadczonej przez los, ale niezwykle wielkodusznej, pomocnej, nieobojętnej na innych. Ale też i historię chłopca, który czuł się nierozumiany, mniej ważny, chłopca pozostawionego samemu sobie z jego rozterkami, uczuciem zazdrości wobec pojawiających się w domu kolejnych dzieci. One też mają swoje problemy, przyzwyczajenia, nie zawsze z sympatią odnoszą się do tego "nowego" brata, zatem dzieciństwo zamiast czasem radości staje się pasmem napięć, nieporozumień, frustracji.
Zatem pierwsze strony przynoszą obraz dorosłego bohatera, wracającego w trudnej chwili do rodzinnego domu dwudziestoośmiolatka. Kolejny rozdział przenosi nas w przeszłość, do chwili, gdy w domu ośmioletniego wówczas bohatera pojawia się ostatni z chłopców wziętych pod opiekę - niespełna trzynastoletni "Robert Chmurny". Aż do końca lektury te dwa spojrzenia będą się przeplatały, z ich przenikania się, dopełniania powstanie obraz zdarzeń, które rozegrały się przed laty i zaważyły na całym życiu bohatera.
Matka nazywa go Robertem, on sam przedstawia się jako Michael, opowiada, że jest adoptowany, wymyśla wciąż nowe historie o sobie, bo i dla niego prawda jest bolesna, trudna do zrozumienia. Po śmierci ojca po raz pierwszy wraca w rodzinne strony. Działa chaotycznie, drobiazgi doprowadzają do do wybuchu, zmaga się z prawdą i docieka - czy to, co się stało, to wyłącznie wina rodziców, czy wprost przeciwnie: "co jest prawdą: ich zaniedbanie czy moja zazdrość".
Ta poruszająca lektura nie pozostawi chyba nikogo obojętnym: autorowi udało się doskonale ukazać psychikę dziecka, sposób patrzenia na świat, pojmowania go. Bohaterowi nie udaje się do końca wyprostować spraw z przeszłości, które rzutują na jego obecne życie. Czytelnik także długo pozostanie pod wrażeniem poznanej historii...
kobietnik.pl Katarzyna
Kamyki w brzuchu
Dziecięca zazdrość. O starszego brata, o młodszą siostrę. O to, że on ma a ja nie. O to, że jej wolno, a mi nie pozwalają. O zbyt długi uścisk mamy, zbyt wiele uwagi taty. O wszystko. Nasz bohater nie ma wprawdzie rodzeństwa, ale nie wychowuje się sam. Rodzice ośmiolatka co rusz przygarniają innych chłopców, tworząc dla nich rodzinę zastępczą.
Pamiętam Marcusa. Przez niego przesiedziałem dwie godziny na drzewie. Pamiętam złego Marcusa, który podkładał pod dywan w moim pokoju pinezki szpicem do góry[1].
Obecnie zamiast Marcusa jest Robert.
Moja Mama mówi o sobie, że jest szczególnie dobra i właśnie dlatego bierze na wychowanie dzieci, których matki i ojcowie nie są tak dobrzy albo walczą ze sobą, chociaż głęboko w środku są dobrymi ludźmi[2].
Robert ma złych rodziców. I dwanaście lat, prawie trzynaście. Może więc siedzieć z przodu samochodu. Później chodzić spać.
Robert lubi chmury. Jest grzeczniejszy, bardziej dojrzały, właściwie niemal dorosły. W oczach naszego małego bohatera, nowy lokator jest dla niego zagrożeniem. Jakby to on był rodzonym synem Mamy, jakby to jego kochała bardziej.
Akcja poruszającej powieści Jona Bauera Kamyki w brzuchu, toczy się dwutorowo. Dorosły mężczyzna wraca do swego rodzinnego domu, by zaopiekować się matką. Chora na raka mózgu rodzicielka niknie w oczach, ledwie mówi, wymaga stałej kontroli. Powrót do niej to także powrót do wspomnień, nienajlepszych, nienajpiękniejszych. Żal syna do matki jest wyraźny. Chłopiec mógłby mieć takie szczęśliwe dzieciństwo, gdyby to na nim skupiła się cała uwaga rodziców, gdyby nie musiał się dzielić ich miłością z dziećmi, które przewijały się przez ich dom. Kiedy pojawiają się dzieci, wszystko psują. Mama i Tata strasznie się dla nich starają, a one prawie nigdy nie są wdzięczne, prawie nigdy nie odwzajemniają miłości. A ja kocham Mamę i Tatę i jestem im wdzięczny, więc nie rozumiem, dlaczego po prostu nie przestaną wpuszczać do domu niemiłych ludzi[3]. Mamy tu więc zarówno teraźniejszość (zmagania z chorobą matki i wspomnieniami) oraz przeszłość (nierówna walka z zazdrością i poczuciem osamotnienia).
Zazdrość pojawiła się od pierwszych chwil, od momentu, w którym Robert przekroczył próg domu. Towarzyszyła jej nienawiść. Jego nienawidzę najbardziej. A jeszcze bardziej nienawidzę jego rodziców za to, że byli źli, bo gdyby byli dobrzy, tak jak moja Mama, to nie musiałbym się nią dzielić[4]. Mimo upływu czasu, negatywne emocje nie znikają. Będą towarzyszyć także bohaterowi jako dorosłemu mężczyźnie i nie znikną nawet wtedy, gdy Roberta już nie będzie. Agresję wzbudza w nim wszystko to, co przywołuje obrazy z dzieciństwa. Wyładowuję się na matce, obcym mężczyźnie, demoluje studio, w którym przed laty fotograf próbował uwiecznić rodzinne szczęście. Poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, żal, złość, nienawiść - taka kumulacja negatywnych emocji ma niesamowitą siłę niszczącą. Emocje, przez wiele lat przechowywane w sercu i pamięci, znajdują ujście. Ze wspomnień wyłania się dramatyczna historia. Co jeszcze wydarzyło się przed dwudziestoma laty, że bohater wciąż nie potrafi uporać się z przeszłością?
Kamyki w brzuchu to jedna z tych historii, które emocjonalnym ładunkiem uderzają w przeponę czytelnika, odbierając mu oddech. Ośmiolatek, spragniony całej uwagi rodziców, nie potrafi sobie poradzić z zazdrością, z obecnością w domu "konkurenta". Niejednokrotnie podkreśla, że sam czuje się jak przybrane dziecko, jakby to on był tym dodatkowym lokatorem, niechcianym, na dodatek. Ileż w tym chłopcu żalu, złości! Ileż myśli, które wzbudzają niepokój. Ile smutku. Paczki z podarkami urodzinowymi dla Roberta wydają się zbyt wielkie jak na siatkę z prezentami dla kogoś, kto nawet nie jest ich synem[5] - ocenia chłopiec. Jeśli się tego wystarczająco pragnie można ukraść życzenie urodzinowe osobie, która zdmuchuje świeczki. Życzę sobie w myślach, żeby Robert umarł[6]. Po ciele przechodzą mnie dreszcze. Jak mocno trzeba czuć się samotnym, odrzuconym, by dopuścić do siebie takie myśli? Osamotny - mówi o sobie chłopiec. Po latach nie jest taki pewien, czy rodzice faktycznie go zaniedbywali, czy to niczym nieuzasadniona zazdrość była (i jest!) powodem frustracji. Wciąż jednak jest samotny, nie potrafi stworzyć trwałej relacji z innymi ludźmi.
Mały, a później już całkiem dorosły, narrator, opowiada swoją historię w sposób niezwykle przejmujący. Emocje się udzielają, niepokój rośnie tym bardziej, im więcej nasz bohater zdradza ze swej przeszłości.
Gdy zamyka się tę książkę, wszędzie zapada cisza. Nawet mucha nie bzyczy, wcale nie dlatego, że jesień, że chłodno, że śnięta niemrawo porusza się po parapecie. Powieść Jona Bauera to emocjonalny nokaut, to książka brutalnie szczera, boleśnie prawdziwa. Po jej odłożeniu, każdy dźwięk wydaje się być nie na miejscu. Cisza zapewnia odpowiednie tło do rozmyślań. A jest o czym myśleć, to pewne. Autor postawił bohaterów w niezwykle trudnej sytuacji. Małżeństwo chce pomóc dzieciom z trudnych rodzin, zapewnić im dach nad głową, odrobinę czułości, uwagi, zapewnić poczucie bezpieczeństwa, pomóc w miarę bezboleśnie przejść przez dzieciństwo, przygotować do dorosłego życia. Piękne i godne podziwu. Z drugiej strony jest jednak mały chłopiec, dziecko, które nie rozumie, dlaczego obcy dzieciak skupia na sobie uwagę JEGO mamy, JEGO taty. Może to zwykła dziecięca zazdrość, silniejsza, niż gdyby "ten drugi" był rodzonym bratem, co usprawiedliwiałoby zainteresowanie nim rodziców, a może faktycznie opiekunowie zbyt mocno starali się stworzyć rodzinę dla przygarniętego chłopca, zaniedbując przy tym własnego syna?
Nie znam odpowiedzi i nie potrafię ocenić bohaterów. Wiem natomiast jedno: Kamyki w brzuchu Jona Bauera to przejmująca historia, wspaniały wgląd w dziecięcą psychikę, powieść, która gwarantuje intensywność przeżyć. Nie da się potraktować tej powieści obojętnie. Po takim nokaucie, czytelnik łatwo się nie podniesie.
Nie wiem co jest prawdą: ich zaniedbanie czy moja zazdrość. Co faktycznie miało miejsce? Czy tylko moja zazdrość, czy również zaniedbanie?[7]
---
Książkę polecam
miłośnikom powieść z dużym ładunkiem emocjonalnym
wielbicielom historii opowiadanych przez dzieci
poszukujących powieści skłaniających do refleksji
rodzinom zastępczym
chętnie sięgającym po trudne tematy
Pamiętam Marcusa. Przez niego przesiedziałem dwie godziny na drzewie. Pamiętam złego Marcusa, który podkładał pod dywan w moim pokoju pinezki szpicem do góry[1].
Obecnie zamiast Marcusa jest Robert.
Moja Mama mówi o sobie, że jest szczególnie dobra i właśnie dlatego bierze na wychowanie dzieci, których matki i ojcowie nie są tak dobrzy albo walczą ze sobą, chociaż głęboko w środku są dobrymi ludźmi[2].
Robert ma złych rodziców. I dwanaście lat, prawie trzynaście. Może więc siedzieć z przodu samochodu. Później chodzić spać.
Robert lubi chmury. Jest grzeczniejszy, bardziej dojrzały, właściwie niemal dorosły. W oczach naszego małego bohatera, nowy lokator jest dla niego zagrożeniem. Jakby to on był rodzonym synem Mamy, jakby to jego kochała bardziej.
Akcja poruszającej powieści Jona Bauera Kamyki w brzuchu, toczy się dwutorowo. Dorosły mężczyzna wraca do swego rodzinnego domu, by zaopiekować się matką. Chora na raka mózgu rodzicielka niknie w oczach, ledwie mówi, wymaga stałej kontroli. Powrót do niej to także powrót do wspomnień, nienajlepszych, nienajpiękniejszych. Żal syna do matki jest wyraźny. Chłopiec mógłby mieć takie szczęśliwe dzieciństwo, gdyby to na nim skupiła się cała uwaga rodziców, gdyby nie musiał się dzielić ich miłością z dziećmi, które przewijały się przez ich dom. Kiedy pojawiają się dzieci, wszystko psują. Mama i Tata strasznie się dla nich starają, a one prawie nigdy nie są wdzięczne, prawie nigdy nie odwzajemniają miłości. A ja kocham Mamę i Tatę i jestem im wdzięczny, więc nie rozumiem, dlaczego po prostu nie przestaną wpuszczać do domu niemiłych ludzi[3]. Mamy tu więc zarówno teraźniejszość (zmagania z chorobą matki i wspomnieniami) oraz przeszłość (nierówna walka z zazdrością i poczuciem osamotnienia).
Zazdrość pojawiła się od pierwszych chwil, od momentu, w którym Robert przekroczył próg domu. Towarzyszyła jej nienawiść. Jego nienawidzę najbardziej. A jeszcze bardziej nienawidzę jego rodziców za to, że byli źli, bo gdyby byli dobrzy, tak jak moja Mama, to nie musiałbym się nią dzielić[4]. Mimo upływu czasu, negatywne emocje nie znikają. Będą towarzyszyć także bohaterowi jako dorosłemu mężczyźnie i nie znikną nawet wtedy, gdy Roberta już nie będzie. Agresję wzbudza w nim wszystko to, co przywołuje obrazy z dzieciństwa. Wyładowuję się na matce, obcym mężczyźnie, demoluje studio, w którym przed laty fotograf próbował uwiecznić rodzinne szczęście. Poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, żal, złość, nienawiść - taka kumulacja negatywnych emocji ma niesamowitą siłę niszczącą. Emocje, przez wiele lat przechowywane w sercu i pamięci, znajdują ujście. Ze wspomnień wyłania się dramatyczna historia. Co jeszcze wydarzyło się przed dwudziestoma laty, że bohater wciąż nie potrafi uporać się z przeszłością?
Kamyki w brzuchu to jedna z tych historii, które emocjonalnym ładunkiem uderzają w przeponę czytelnika, odbierając mu oddech. Ośmiolatek, spragniony całej uwagi rodziców, nie potrafi sobie poradzić z zazdrością, z obecnością w domu "konkurenta". Niejednokrotnie podkreśla, że sam czuje się jak przybrane dziecko, jakby to on był tym dodatkowym lokatorem, niechcianym, na dodatek. Ileż w tym chłopcu żalu, złości! Ileż myśli, które wzbudzają niepokój. Ile smutku. Paczki z podarkami urodzinowymi dla Roberta wydają się zbyt wielkie jak na siatkę z prezentami dla kogoś, kto nawet nie jest ich synem[5] - ocenia chłopiec. Jeśli się tego wystarczająco pragnie można ukraść życzenie urodzinowe osobie, która zdmuchuje świeczki. Życzę sobie w myślach, żeby Robert umarł[6]. Po ciele przechodzą mnie dreszcze. Jak mocno trzeba czuć się samotnym, odrzuconym, by dopuścić do siebie takie myśli? Osamotny - mówi o sobie chłopiec. Po latach nie jest taki pewien, czy rodzice faktycznie go zaniedbywali, czy to niczym nieuzasadniona zazdrość była (i jest!) powodem frustracji. Wciąż jednak jest samotny, nie potrafi stworzyć trwałej relacji z innymi ludźmi.
Mały, a później już całkiem dorosły, narrator, opowiada swoją historię w sposób niezwykle przejmujący. Emocje się udzielają, niepokój rośnie tym bardziej, im więcej nasz bohater zdradza ze swej przeszłości.
Gdy zamyka się tę książkę, wszędzie zapada cisza. Nawet mucha nie bzyczy, wcale nie dlatego, że jesień, że chłodno, że śnięta niemrawo porusza się po parapecie. Powieść Jona Bauera to emocjonalny nokaut, to książka brutalnie szczera, boleśnie prawdziwa. Po jej odłożeniu, każdy dźwięk wydaje się być nie na miejscu. Cisza zapewnia odpowiednie tło do rozmyślań. A jest o czym myśleć, to pewne. Autor postawił bohaterów w niezwykle trudnej sytuacji. Małżeństwo chce pomóc dzieciom z trudnych rodzin, zapewnić im dach nad głową, odrobinę czułości, uwagi, zapewnić poczucie bezpieczeństwa, pomóc w miarę bezboleśnie przejść przez dzieciństwo, przygotować do dorosłego życia. Piękne i godne podziwu. Z drugiej strony jest jednak mały chłopiec, dziecko, które nie rozumie, dlaczego obcy dzieciak skupia na sobie uwagę JEGO mamy, JEGO taty. Może to zwykła dziecięca zazdrość, silniejsza, niż gdyby "ten drugi" był rodzonym bratem, co usprawiedliwiałoby zainteresowanie nim rodziców, a może faktycznie opiekunowie zbyt mocno starali się stworzyć rodzinę dla przygarniętego chłopca, zaniedbując przy tym własnego syna?
Nie znam odpowiedzi i nie potrafię ocenić bohaterów. Wiem natomiast jedno: Kamyki w brzuchu Jona Bauera to przejmująca historia, wspaniały wgląd w dziecięcą psychikę, powieść, która gwarantuje intensywność przeżyć. Nie da się potraktować tej powieści obojętnie. Po takim nokaucie, czytelnik łatwo się nie podniesie.
Nie wiem co jest prawdą: ich zaniedbanie czy moja zazdrość. Co faktycznie miało miejsce? Czy tylko moja zazdrość, czy również zaniedbanie?[7]
---
Książkę polecam
miłośnikom powieść z dużym ładunkiem emocjonalnym
wielbicielom historii opowiadanych przez dzieci
poszukujących powieści skłaniających do refleksji
rodzinom zastępczym
chętnie sięgającym po trudne tematy
Sztukater.pl AnnRK
Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca
Szaro, zimno, deszcz stuka w okna... idealny czas, aby sięgnąć po dobrą książkę. A taką z pewnością są Pokolenia... Katarzyny Drogiej.
Dla autorki jest to dzieło szczególne- na około czterystu stronach zawarła historię swojej rodziny, główną bohaterką czyniąc matkę Janinę- osobę najbliższą sercu, ale i będącą najlepszym źródłem wszystkich opowieści.
Z pewnością każdy, gdyby sięgnął do historii swoich przodków, znalazłby w nich gotowy scenariusz na film czy powieść. Burzliwe losy, trudne czasy, inna mentalność, różne postawy wobec świata i ludzi, ale i polityki, obok której kiedyś nie dało się przejść obojętnie. Czasy wojenne i te późniejsze są dla obecnego pokolenia coraz mniej wyraźne, a pamiętają je już tylko nieliczni. I dlatego warto je utrwalić - są one bowiem prawdziwym skarbem, świadectwem dawnych czasów, ale i ciekawych losów.
Katarzyna Droga, zarówno dzięki opowieściom rodzinnym, jak i pamiętnikowi, który matka pisała w latach swojej młodości, nakreśliła portret czasów, w których przyszło żyć jej najbliższym. Nie wojny jednak czy komunistyczna bieda grają w tej intymnej powieści pierwsze skrzypce. Najważniejsi są ludzie. Rodzina, przyjaciele, ale i miejsce, które stanowi centrum całej historii i jako jedyne przez te wszystkie lata gromadziło porozrzucanych po całym kraju członków rodziny. Jest to Stokowo nad Narwią, a jego obraz nie ma żadnej skazy - autorka i jej matka traktują je z czułością i sentymentem, idealizując każdorazowy pobyt w rodzinnych zakątkach.
Wraz z autorką odkrywamy, krok po kroku, historię rodziny Zajewiczów. Zaczyna się ona od wspomnień Janki, która przedstawia swoich przodków - pierwszych mieszkańców Stokowa, małej wsi nad Narwią. Dowiadujemy się o postawionym tam Białym Domku, a także o jego smutnym losie przesądzonym przez bezlitosne czasy wojny. Rodzina Zajewiczów jednak nigdy nie opuściła miejsca, w którym wcześniej zapuściła korzenie. Wybudowano nowy dom, który przetrwał trudne czasy, aby już zawsze stanowić idealne miejsce rodzinnych spotkań i wszystkich ważniejszych okoliczności.
Życie Janki poznajemy od czasów jej młodości. Wszystko przedstawione jest w nim z dużą dozą szczegółowości. Janka jest bystrym obserwatorem życia codziennego, pamięta bowiem o wszystkich ważnych miejscach oraz osobach, które poznała na przestrzeni tych kilku dekad. Dostajemy też odrobinę pięknej i prawdziwej miłości, dużo bardziej wiarygodnej i urzekającej niż tej ze współczesnych romansów. Mąż Janki, Leszek, niczym doktor Judym z powieści Żeromskiego, spełnia się jako lekarz-specjalista i oddaje się temu bez reszty, swoją pasją i sympatyczną naturą zarażając wszystkich dookoła. Janka przedstawia go jako prawdziwy ideał. Nie tylko jednak miłość idealna miała miejsce w tamtych czasach. Pokazane są także inne odmiany tego uczucia. Losy przyjaciół oraz bliskich mają wiele kolorów i odcieni, zależnych od ich decyzji oraz pisanych im losów - raz tragicznych, raz zaskakujących i pozytywnych.
Katarzyna Droga wszystkie te historie opisuje z pisarskim zacięciem i dużym zaangażowaniem. Ma dobry styl i odpowiedni warsztat, dzięki czemu książkę chłonie szybko. Opowieści się nie dłużą, są opowiedziane spójnie, a krótkie rozdziały oraz podział na części, który wskazuje na etapy w życiu Janki, tylko dodają porządku. Trudno się tu zgubić, mimo wielu bohaterów, miejscowości, zdarzeń - to właśnie zasługa świetnego pióra Katarzyny Drogiej.
Trudno uwierzyć, że Pokolenia... to nie fikcyjny scenariusz filmu, a prawdziwe życie. Wyidealizowane, wręcz magiczne w swym odległym obrazie, ale jednocześnie wiarygodne, gdyż można poczuć emocje, które towarzyszą każdej stronie, każdej opowieści wprowadzającej czytelnika w ciekawe losy rodziny Zajewiczów. Powieść zachęca do odkrywania własnych rodzinnych historii, a także wzmaga ciekawość o dawnych czasach. Czy ludzie rzeczywiście tak bardzo różnili się od nas? Czy można wskazać, które czasy są lepsze? Każdy będzie mógł sam sobie odpowiedzieć na to pytanie, czytając właśnie Pokolenia...
Dla autorki jest to dzieło szczególne- na około czterystu stronach zawarła historię swojej rodziny, główną bohaterką czyniąc matkę Janinę- osobę najbliższą sercu, ale i będącą najlepszym źródłem wszystkich opowieści.
Z pewnością każdy, gdyby sięgnął do historii swoich przodków, znalazłby w nich gotowy scenariusz na film czy powieść. Burzliwe losy, trudne czasy, inna mentalność, różne postawy wobec świata i ludzi, ale i polityki, obok której kiedyś nie dało się przejść obojętnie. Czasy wojenne i te późniejsze są dla obecnego pokolenia coraz mniej wyraźne, a pamiętają je już tylko nieliczni. I dlatego warto je utrwalić - są one bowiem prawdziwym skarbem, świadectwem dawnych czasów, ale i ciekawych losów.
Katarzyna Droga, zarówno dzięki opowieściom rodzinnym, jak i pamiętnikowi, który matka pisała w latach swojej młodości, nakreśliła portret czasów, w których przyszło żyć jej najbliższym. Nie wojny jednak czy komunistyczna bieda grają w tej intymnej powieści pierwsze skrzypce. Najważniejsi są ludzie. Rodzina, przyjaciele, ale i miejsce, które stanowi centrum całej historii i jako jedyne przez te wszystkie lata gromadziło porozrzucanych po całym kraju członków rodziny. Jest to Stokowo nad Narwią, a jego obraz nie ma żadnej skazy - autorka i jej matka traktują je z czułością i sentymentem, idealizując każdorazowy pobyt w rodzinnych zakątkach.
Wraz z autorką odkrywamy, krok po kroku, historię rodziny Zajewiczów. Zaczyna się ona od wspomnień Janki, która przedstawia swoich przodków - pierwszych mieszkańców Stokowa, małej wsi nad Narwią. Dowiadujemy się o postawionym tam Białym Domku, a także o jego smutnym losie przesądzonym przez bezlitosne czasy wojny. Rodzina Zajewiczów jednak nigdy nie opuściła miejsca, w którym wcześniej zapuściła korzenie. Wybudowano nowy dom, który przetrwał trudne czasy, aby już zawsze stanowić idealne miejsce rodzinnych spotkań i wszystkich ważniejszych okoliczności.
Życie Janki poznajemy od czasów jej młodości. Wszystko przedstawione jest w nim z dużą dozą szczegółowości. Janka jest bystrym obserwatorem życia codziennego, pamięta bowiem o wszystkich ważnych miejscach oraz osobach, które poznała na przestrzeni tych kilku dekad. Dostajemy też odrobinę pięknej i prawdziwej miłości, dużo bardziej wiarygodnej i urzekającej niż tej ze współczesnych romansów. Mąż Janki, Leszek, niczym doktor Judym z powieści Żeromskiego, spełnia się jako lekarz-specjalista i oddaje się temu bez reszty, swoją pasją i sympatyczną naturą zarażając wszystkich dookoła. Janka przedstawia go jako prawdziwy ideał. Nie tylko jednak miłość idealna miała miejsce w tamtych czasach. Pokazane są także inne odmiany tego uczucia. Losy przyjaciół oraz bliskich mają wiele kolorów i odcieni, zależnych od ich decyzji oraz pisanych im losów - raz tragicznych, raz zaskakujących i pozytywnych.
Katarzyna Droga wszystkie te historie opisuje z pisarskim zacięciem i dużym zaangażowaniem. Ma dobry styl i odpowiedni warsztat, dzięki czemu książkę chłonie szybko. Opowieści się nie dłużą, są opowiedziane spójnie, a krótkie rozdziały oraz podział na części, który wskazuje na etapy w życiu Janki, tylko dodają porządku. Trudno się tu zgubić, mimo wielu bohaterów, miejscowości, zdarzeń - to właśnie zasługa świetnego pióra Katarzyny Drogiej.
Trudno uwierzyć, że Pokolenia... to nie fikcyjny scenariusz filmu, a prawdziwe życie. Wyidealizowane, wręcz magiczne w swym odległym obrazie, ale jednocześnie wiarygodne, gdyż można poczuć emocje, które towarzyszą każdej stronie, każdej opowieści wprowadzającej czytelnika w ciekawe losy rodziny Zajewiczów. Powieść zachęca do odkrywania własnych rodzinnych historii, a także wzmaga ciekawość o dawnych czasach. Czy ludzie rzeczywiście tak bardzo różnili się od nas? Czy można wskazać, które czasy są lepsze? Każdy będzie mógł sam sobie odpowiedzieć na to pytanie, czytając właśnie Pokolenia...
Opętani Czytaniem Julia Siegieńczuk