Recenzje
Garnitur kontra garsonka, czyli jak zbudować dobre relacje w pracy
Podstawą dobrej książki jest wiedza i pasja, którą czuć przez słowa. Pasja jest owocem inspiracji, a jeśli ona pochodzi od mistrzów, jest najlepszą recenzja książki.
Autorka książki pt. Garnitur kontra garsonka, czyli jak zbudować dobre relacje w pracy Joanna Sajko wyraźnie inspiruje się Johnem Gray’em oraz jego książką Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus. I jest to jej główna zaleta, gdyż czerpie od niego wiedzę, którą popiera rzetelnymi argumentami i ubogaca trafnymi przykładami. Zapewne nie bez znaczenia jest zawód autorki (psycholog, trener, wykładowca akademicki), jej aktywność naukowa oraz podążanie za aktualnymi trendami kulturowymi.
Współcześnie, kiedy tak wiele mówi się o różnicach płciowych, ta książka stanowi pozycję obowiązkową nie tylko dla osób, które na co dzień zajmują się różnicami płciowymi, ale przede wszystkim dla osób, które nie orientują się w meandrach relacji damsko-męskich. Joanna Sajko podkreśla różnice, które są źródłem wielu nieporozumień i konfliktów, jednocześnie pokazuje na przykładach, które są bliskie każdemu z nas, jak warte wysiłku, jest poświęcenie czasu i cierpliwości na zrozumienie natury płci przeciwnej oraz jak wartościowe są to różnice, których nie należy eliminować bądź pogłębiać, ale przede wszystkim poznać i skutecznie wykorzystać na płaszczyźnie zawodowej.
Dużym walorem książki, oprócz dobrej inspiracji, jest jej zachodni styl pisania. Niejednokrotnie mamy do czynienie z polskim książkami naukowymi bądź popularnonaukowymi, których celem jest naukowa zbitka słów, która tworzy jakość zrozumiałą tylko dla autora. Poprzez zachodni styl rozumie się przede wszystkim lekkość czytania, taką, że człowiek odnosi wrażenie, że rozmawia lub słucha autora książki, oraz brak intelektualnej buty, czyli przekonanie autora, że pisze do osób równych sobie, którym chce przekazać wiedzę, a nie, nią się popisać. Czytając Garnitur kontra garsonka, czyli jak zbudować dobre relacje w pracy myśli się, że książka wyszła spod pióra amerykańskiego autora, co jest komplementem i daje nadzieję, że niebawem na polskim rynku wydawniczym ujrzymy więcej takich pozycji. Autorka tak dobiera słowa, że tworzą one całość, która cechuje się prostotą i zwięzłością.
Trudno nie podkreślić roli układu książki, która wprowadza po kolei w zagadnienia tematyczne od wyjaśnienia podstawowych pojęć, przez omówienie różnic w budowie mózgu i zachowaniu obu płci, po ukazanie potencjału tychże różnic i ich twórczego aspektu.
Nie jest pozycja, która pokazuje tylko dane zjawisko, ale co ważniejsze, przedstawia praktyczne rozwiązania i skuteczne porady, jak w nim funkcjonować. Pełni rolę poradnika w temacie różnic między-płciowych, który nie przeraża objętością i nie zniechęca formą i językiem.
Joanna Sajko napisała książkę, którą poleciłabym nie tylko kobietom, ale i mężczyznom, której lektura okazuje się być ciekawa, gdyż niejednokrotnie zaskakuje i inspirująca, gdyż daje motywację i chęć do głębszego poznania „drugiej planety”. Może warto ją podarować na przykład szefowi lub pani kierownik?
Autorka książki pt. Garnitur kontra garsonka, czyli jak zbudować dobre relacje w pracy Joanna Sajko wyraźnie inspiruje się Johnem Gray’em oraz jego książką Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus. I jest to jej główna zaleta, gdyż czerpie od niego wiedzę, którą popiera rzetelnymi argumentami i ubogaca trafnymi przykładami. Zapewne nie bez znaczenia jest zawód autorki (psycholog, trener, wykładowca akademicki), jej aktywność naukowa oraz podążanie za aktualnymi trendami kulturowymi.
Współcześnie, kiedy tak wiele mówi się o różnicach płciowych, ta książka stanowi pozycję obowiązkową nie tylko dla osób, które na co dzień zajmują się różnicami płciowymi, ale przede wszystkim dla osób, które nie orientują się w meandrach relacji damsko-męskich. Joanna Sajko podkreśla różnice, które są źródłem wielu nieporozumień i konfliktów, jednocześnie pokazuje na przykładach, które są bliskie każdemu z nas, jak warte wysiłku, jest poświęcenie czasu i cierpliwości na zrozumienie natury płci przeciwnej oraz jak wartościowe są to różnice, których nie należy eliminować bądź pogłębiać, ale przede wszystkim poznać i skutecznie wykorzystać na płaszczyźnie zawodowej.
Dużym walorem książki, oprócz dobrej inspiracji, jest jej zachodni styl pisania. Niejednokrotnie mamy do czynienie z polskim książkami naukowymi bądź popularnonaukowymi, których celem jest naukowa zbitka słów, która tworzy jakość zrozumiałą tylko dla autora. Poprzez zachodni styl rozumie się przede wszystkim lekkość czytania, taką, że człowiek odnosi wrażenie, że rozmawia lub słucha autora książki, oraz brak intelektualnej buty, czyli przekonanie autora, że pisze do osób równych sobie, którym chce przekazać wiedzę, a nie, nią się popisać. Czytając Garnitur kontra garsonka, czyli jak zbudować dobre relacje w pracy myśli się, że książka wyszła spod pióra amerykańskiego autora, co jest komplementem i daje nadzieję, że niebawem na polskim rynku wydawniczym ujrzymy więcej takich pozycji. Autorka tak dobiera słowa, że tworzą one całość, która cechuje się prostotą i zwięzłością.
Trudno nie podkreślić roli układu książki, która wprowadza po kolei w zagadnienia tematyczne od wyjaśnienia podstawowych pojęć, przez omówienie różnic w budowie mózgu i zachowaniu obu płci, po ukazanie potencjału tychże różnic i ich twórczego aspektu.
Nie jest pozycja, która pokazuje tylko dane zjawisko, ale co ważniejsze, przedstawia praktyczne rozwiązania i skuteczne porady, jak w nim funkcjonować. Pełni rolę poradnika w temacie różnic między-płciowych, który nie przeraża objętością i nie zniechęca formą i językiem.
Joanna Sajko napisała książkę, którą poleciłabym nie tylko kobietom, ale i mężczyznom, której lektura okazuje się być ciekawa, gdyż niejednokrotnie zaskakuje i inspirująca, gdyż daje motywację i chęć do głębszego poznania „drugiej planety”. Może warto ją podarować na przykład szefowi lub pani kierownik?
moznaprzeczytac.pl Natalia, 2014-01-23
Pies wojny. Jak oficer SAS stał się pionkiem w afrykańskiej wojnie o ropę
Dla zwykłego czytelnika tytuł sugeruje już treść, którą znamy z książki Frederica Forsythe -"Psy wojny" i to skojarzenie jest zupełnie prawidłowe. Różnica polega na tym, że tam mieliśmy odczynienia z fikcją literacką, ale bardzo dobrze opowiedzianą i wyreżyserowaną, a tu historia jest od samego początku prawdziwa.
Autorem jest Simonn Mann, który według wszelkich wzorców katalogowania komandosów był najemnikiem, który chciał obalić dyktatora w Afryce .Ten kraj ze złym dyktatorem to Gwinea Równikowa .Kraj cudowny i wspaniale położony, gdzie niestety rządzi autorytarny przywódca, który nie toleruje głosów sprzeciwu. Nasz autor już zaznaczył swoją obecność w Afryce podczas rozwiązania konfliktu w Angoli, gdzie nieomalże w pojedynkę doprowadził do przerwania wieloletniej wojny domowej.
Gdy przewracamy strony, świat jawi się nam jako stół do pokera gdzie wszyscy grają znaczonymi kartami, politycy, wojskowi, rządy, ministrowie, najemnicy i lokalni kacykowie. Przy tym stole najważniejsi są gracze, którzy trzymają kasę, a są to panowie od ropy naftowej, która była jest i pewnie źródłem niejednego konfliktu. Autor opisuje wszystkie wydarzenia z pozycji uczestnika i gracza, który trzyma w ręku czasem asa czasem blotkę, ale ten fakt nie ma znaczenia, gdy chodzi o grube miliony dolarów.
Wspomnienia opisane na kartach tej książki pachną prochem z okopów, ale też i blichtrem cudownej Afryki gdzie przekupstwo i zdrada są tylko kwestią ceny.
W filmie na podstawie powieści Forsythe jest taka cudowna scena, gdy bohater grany przez Christophera Walkena siedzi na stole i mówi do nowego przywódcy afrykańskiego państewka, że się spóźnił, ten zdziwony pyta jak to? -ano teraz to ja ( czyli najemnik ) będę wybierał prezydenta. Ta scena oddaje klimat, który nam towarzyszy przez wszystkie strony.
Czy bohaterowi się uda dokonać przewrotu i czy jest gotów przeżyć piekło afrykańskiego więzienia, gdzie szczury i bicie to codzienność, przekonacie się łatwo czytają ten opis prawdziwego koszmaru, nieporównywalnego do obrazu Afryki odbitego w lustrze Karen Blixen.
Polecam wszystkim zapach prochu i piasku Afryki.
Autorem jest Simonn Mann, który według wszelkich wzorców katalogowania komandosów był najemnikiem, który chciał obalić dyktatora w Afryce .Ten kraj ze złym dyktatorem to Gwinea Równikowa .Kraj cudowny i wspaniale położony, gdzie niestety rządzi autorytarny przywódca, który nie toleruje głosów sprzeciwu. Nasz autor już zaznaczył swoją obecność w Afryce podczas rozwiązania konfliktu w Angoli, gdzie nieomalże w pojedynkę doprowadził do przerwania wieloletniej wojny domowej.
Gdy przewracamy strony, świat jawi się nam jako stół do pokera gdzie wszyscy grają znaczonymi kartami, politycy, wojskowi, rządy, ministrowie, najemnicy i lokalni kacykowie. Przy tym stole najważniejsi są gracze, którzy trzymają kasę, a są to panowie od ropy naftowej, która była jest i pewnie źródłem niejednego konfliktu. Autor opisuje wszystkie wydarzenia z pozycji uczestnika i gracza, który trzyma w ręku czasem asa czasem blotkę, ale ten fakt nie ma znaczenia, gdy chodzi o grube miliony dolarów.
Wspomnienia opisane na kartach tej książki pachną prochem z okopów, ale też i blichtrem cudownej Afryki gdzie przekupstwo i zdrada są tylko kwestią ceny.
W filmie na podstawie powieści Forsythe jest taka cudowna scena, gdy bohater grany przez Christophera Walkena siedzi na stole i mówi do nowego przywódcy afrykańskiego państewka, że się spóźnił, ten zdziwony pyta jak to? -ano teraz to ja ( czyli najemnik ) będę wybierał prezydenta. Ta scena oddaje klimat, który nam towarzyszy przez wszystkie strony.
Czy bohaterowi się uda dokonać przewrotu i czy jest gotów przeżyć piekło afrykańskiego więzienia, gdzie szczury i bicie to codzienność, przekonacie się łatwo czytają ten opis prawdziwego koszmaru, nieporównywalnego do obrazu Afryki odbitego w lustrze Karen Blixen.
Polecam wszystkim zapach prochu i piasku Afryki.
ksiazkowy-blog.blogspot.com Krzysztof Grochowski, 2013-12-15
Barszcz ukraiński
Tytuł roboczy książki początkowo brzmiał „Przewodnik po Ukraińcach”. Autor Piotr Pogorzelski, tłumaczył, że chodziło mu o stworzenie pozycji, która pozwoliłaby nam Polakom lepiej zrozumieć mentalność Ukraińców oraz ich światopogląd.
Co jak co, ale jesteśmy doskonale zorientowani w tym co się dzieje w polityce naszych wschodnich sąsiadów zza Buga. Jednak czy poza Juszczenką, Tymoszenką i Janukowyczem – osobami, które zapełniają naszą całą uwagę, zauważamy obywateli, zwykłych ludzi z Ukrainy ? Rozumiemy co kieruje władzami Ukrainy, które odmawiają podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią ? Wiemy dlaczego duża część kraju protestuje przeciwko takiej decyzji ?’
Książka Pogorzelskiego pojawiła się w samą porę. W polskich i światowych mediach pojawiła się Ukraina w związku ze szczytem Unii Europejskiej w Wilnie. Autor książki pisze bez fikcji, porusza najważniejsze społeczne, polityczne problemy kraju i nie omija żadnego aspektu życia na Ukrainie. Choćby problem czystości w ukraińskich klatkach został przez Pogorzelskiego szczegółowo wyjaśniony.
„Dla wielu Polaków stan ukraińskich bloków mógłby wywołać ostry szok. Ja dotąd nie mogę się przyzwyczaić do panującego na klatkach schodowych syfu, zniszczonych wind czy śmierdzących zsypów. To ziemia niczyja, która formalnie należy do ŻEK-u, czyli czegoś będącego dalekim odpowiednikiem polskiej spółdzielni. (…)
Zdaniem moich rozmówców bałagan na klatkach to efekt jeszcze radzieckich zwyczajów, kiedy to o klatkę schodową dbał ŻEK. To, co nie należy do nikogo, było i jest uznawane za wspólne, czyli niczyje. Dysydent i psychiatra Semen Gluzman mówi mi, że taki stosunek przenosi się później na całe państwo. „U niewolnika jest tylko ciało, ubranie daje pan. Podejście do władzy jest takie, że została ona po to stworzona, by mnie bić pałką i zabierać moje pieniądze. A ja muszę robić wszystko, aby jej stawiać opór” — zaznacza.”
W książce znalazł się również rozdział poświęcony sprawie Wołynia i ukraińskiemu widzeniu Polski i Polaków.
Książka ma bardzo zwartą i uporządkowaną strukturę. Można pokusić się o nazwanie jej mini kompendium wiedzy o Ukrainie. Przejrzyste i przewidywalne tytuły rozdziałów ( „Język i kultura”, „Religia”, „Mieszkańcy”) nie zaskakują, ale i nie nużą. Treść wciąga, książkę czyta się z przyjemnością. Znajdziemy także rozdziały poświęcone ukraińskim kobietom, alkoholowi, zabawie i korupcji.
Ukraina to mieszanka narodowa, historyczna i tożsamościowa. Zdarza nam się myśleć o niej jak o „prawie Polsce”, wielu z nas Kołomyję, Stanisławów traktuje z sentymentem, poszukuje tam rodzinnych korzeni. Nie możemy zapominać, że to odrębny kraj z oryginalnym stylem i innym niż nasze podejściem do najważniejszych spraw.
Piotr Pogorzelski – Ukończył Instytut Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz Studia Wschodnie na tej samej uczelni. Już w liceum zainteresował się krajami byłego ZSRR. Pracuje w Polskim Radiu od 2000 roku, gdzie od samego początku zajmował się tematyką wschodnią. Początkowo występował w roli zastępcy korespondentów w Moskwie i Miński, od 2006 roku jest korespondentem w stolicy Ukrainy.
Cytat o blokach ukraińskich pochodzi z książki P. Pogorzelskiego, Barszcz ukraiński, Helion 2013.
Co jak co, ale jesteśmy doskonale zorientowani w tym co się dzieje w polityce naszych wschodnich sąsiadów zza Buga. Jednak czy poza Juszczenką, Tymoszenką i Janukowyczem – osobami, które zapełniają naszą całą uwagę, zauważamy obywateli, zwykłych ludzi z Ukrainy ? Rozumiemy co kieruje władzami Ukrainy, które odmawiają podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią ? Wiemy dlaczego duża część kraju protestuje przeciwko takiej decyzji ?’
Książka Pogorzelskiego pojawiła się w samą porę. W polskich i światowych mediach pojawiła się Ukraina w związku ze szczytem Unii Europejskiej w Wilnie. Autor książki pisze bez fikcji, porusza najważniejsze społeczne, polityczne problemy kraju i nie omija żadnego aspektu życia na Ukrainie. Choćby problem czystości w ukraińskich klatkach został przez Pogorzelskiego szczegółowo wyjaśniony.
„Dla wielu Polaków stan ukraińskich bloków mógłby wywołać ostry szok. Ja dotąd nie mogę się przyzwyczaić do panującego na klatkach schodowych syfu, zniszczonych wind czy śmierdzących zsypów. To ziemia niczyja, która formalnie należy do ŻEK-u, czyli czegoś będącego dalekim odpowiednikiem polskiej spółdzielni. (…)
Zdaniem moich rozmówców bałagan na klatkach to efekt jeszcze radzieckich zwyczajów, kiedy to o klatkę schodową dbał ŻEK. To, co nie należy do nikogo, było i jest uznawane za wspólne, czyli niczyje. Dysydent i psychiatra Semen Gluzman mówi mi, że taki stosunek przenosi się później na całe państwo. „U niewolnika jest tylko ciało, ubranie daje pan. Podejście do władzy jest takie, że została ona po to stworzona, by mnie bić pałką i zabierać moje pieniądze. A ja muszę robić wszystko, aby jej stawiać opór” — zaznacza.”
W książce znalazł się również rozdział poświęcony sprawie Wołynia i ukraińskiemu widzeniu Polski i Polaków.
Książka ma bardzo zwartą i uporządkowaną strukturę. Można pokusić się o nazwanie jej mini kompendium wiedzy o Ukrainie. Przejrzyste i przewidywalne tytuły rozdziałów ( „Język i kultura”, „Religia”, „Mieszkańcy”) nie zaskakują, ale i nie nużą. Treść wciąga, książkę czyta się z przyjemnością. Znajdziemy także rozdziały poświęcone ukraińskim kobietom, alkoholowi, zabawie i korupcji.
Ukraina to mieszanka narodowa, historyczna i tożsamościowa. Zdarza nam się myśleć o niej jak o „prawie Polsce”, wielu z nas Kołomyję, Stanisławów traktuje z sentymentem, poszukuje tam rodzinnych korzeni. Nie możemy zapominać, że to odrębny kraj z oryginalnym stylem i innym niż nasze podejściem do najważniejszych spraw.
Piotr Pogorzelski – Ukończył Instytut Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz Studia Wschodnie na tej samej uczelni. Już w liceum zainteresował się krajami byłego ZSRR. Pracuje w Polskim Radiu od 2000 roku, gdzie od samego początku zajmował się tematyką wschodnią. Początkowo występował w roli zastępcy korespondentów w Moskwie i Miński, od 2006 roku jest korespondentem w stolicy Ukrainy.
Cytat o blokach ukraińskich pochodzi z książki P. Pogorzelskiego, Barszcz ukraiński, Helion 2013.
Promocja Kraków (plakaty i ulotki) M.T., 2014-01-28
Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później
Aleksander Lwow jest nie tylko jednym z najlepszych polskich wspinaczy, ale też świetnym dokumentalistą i dziennikarzem. Jakie są efekty połączenia obu tych pasji, przekonujemy się w jego odświeżonej wersji "Zwyciężyć znaczy przeżyć", czyli "20 lat później".
"Zwyciężyć znaczy przeżyć", książka po raz pierwszy wydana została w 1994 roku. W roku 2002 ukazało się jej drugie wydanie, a miniony rok przyniósł trzecią, wzbogaconą wersję. Już pierwsza edycja książki osiągnęła status kultowej pozycji w literaturze górskiej i - jak pisze sam Lwow na wstępie do najnowszego wydania - zmieniła życie wielu osób. Jest to też pozycja wśród górskich książek znacznie się wyróżniająca. Aleksander Lwow unika bowiem żmudnych opisów poręczowania, rozbijania obozów, wszystkich tych szczegółów, które wypełniają większość wspinaczkowej prozy. Autor skupia się za to na ludziach, na ich historiach oraz swoich własnych - nawet tych niekoniecznie z górami związanych. Jest mistrzem dygresji, których mnoży całą masę, zachowując jednocześnie integralność całej opowieści. Bo czytając książkę Lwowa mam wrażenie, jakbym słuchała opowiadania górskiego wyjadacza, przy herbacie (lub czymś mocniejszym) w jakąś zimną noc na stołówce w schronisku.
Lwow opisuje mniej lub bardziej osobiste historie z typową dla siebie błyskotliwością. Nie boi się subiektywnych, często ostrych, osądów - jak przy komentarzu do raportu w sprawie wydarzeń na Broad Peak, od którego "20 lat później" się zaczyna. Momentami trąci to swoistą arogancją, ale właśnie dzięki temu, że Lwow niczego nie rozmywa, nie bawi się w ogólniki, ta książka tak fascynuje i wciąga. Zwłaszcza, że z faktami podawanymi przez Lwowa trudno polemizować - opiera je na notatkach sporządzanych na bieżąco, podczas opisywanych wydarzeń.
"Zwyciężyć znaczy przeżyć" przypomina mi... autobiografię Milesa Davisa. Podobnie bowiem jak w przypadku historii życia sławnego jazzmana dzięki lekturze dotyczącej jednego bohatera (autora) poznajemy historię całego środowiska i ludzi z nim związanych. Szczególnie tych, których już wśród nas nie ma. Alek Lwow pozwala tę historię poznać - i ocalić od zapomnienia. Prawdziwe kompendium wiedzy taternictwa i himalaizmu.
"Zwyciężyć znaczy przeżyć", książka po raz pierwszy wydana została w 1994 roku. W roku 2002 ukazało się jej drugie wydanie, a miniony rok przyniósł trzecią, wzbogaconą wersję. Już pierwsza edycja książki osiągnęła status kultowej pozycji w literaturze górskiej i - jak pisze sam Lwow na wstępie do najnowszego wydania - zmieniła życie wielu osób. Jest to też pozycja wśród górskich książek znacznie się wyróżniająca. Aleksander Lwow unika bowiem żmudnych opisów poręczowania, rozbijania obozów, wszystkich tych szczegółów, które wypełniają większość wspinaczkowej prozy. Autor skupia się za to na ludziach, na ich historiach oraz swoich własnych - nawet tych niekoniecznie z górami związanych. Jest mistrzem dygresji, których mnoży całą masę, zachowując jednocześnie integralność całej opowieści. Bo czytając książkę Lwowa mam wrażenie, jakbym słuchała opowiadania górskiego wyjadacza, przy herbacie (lub czymś mocniejszym) w jakąś zimną noc na stołówce w schronisku.
Lwow opisuje mniej lub bardziej osobiste historie z typową dla siebie błyskotliwością. Nie boi się subiektywnych, często ostrych, osądów - jak przy komentarzu do raportu w sprawie wydarzeń na Broad Peak, od którego "20 lat później" się zaczyna. Momentami trąci to swoistą arogancją, ale właśnie dzięki temu, że Lwow niczego nie rozmywa, nie bawi się w ogólniki, ta książka tak fascynuje i wciąga. Zwłaszcza, że z faktami podawanymi przez Lwowa trudno polemizować - opiera je na notatkach sporządzanych na bieżąco, podczas opisywanych wydarzeń.
"Zwyciężyć znaczy przeżyć" przypomina mi... autobiografię Milesa Davisa. Podobnie bowiem jak w przypadku historii życia sławnego jazzmana dzięki lekturze dotyczącej jednego bohatera (autora) poznajemy historię całego środowiska i ludzi z nim związanych. Szczególnie tych, których już wśród nas nie ma. Alek Lwow pozwala tę historię poznać - i ocalić od zapomnienia. Prawdziwe kompendium wiedzy taternictwa i himalaizmu.
etnosystem.pl Kaśka Paluch, 2014-01-22
Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później
Nie pamiętam już okoliczności, ale w moim domu rodzinnym musiało się o tym mówić, bo jakoś od zawsze wiedziałam, kim jest Wanda Rutkiewicz i Jerzy Kukuczka; te nazwiska kojarzę właśnie z dzieciństwa, czyli akurat z czasów, w których oni zginęli, zabrały ich góry. Lata minęły i pewnego dnia natknęłam się na rozmowę Szymona Hołowni z Olgą Morawską, wdową po Piotrze Morawskim, himalaiście, który również pozostał w górach na wieki. Jej książka o ich związku i jego wspinaczce bardzo mnie poruszyła. Potem była pozycja autorstwa Martyny Wojciechowskiej „Przesunąć horyzont”; dziennikarce udało się zdobyć Mount Everest, górę – symbol; z tej publikacji zapamiętałam też nazwisko Artura Hajzera, który z kraju wspierał dziennikarkę w jej wyprawie.
Wreszcie rok 2013, który wyjątkowo tragicznie zapisał się w historii polskiego alpinizmu. Najpierw w marcu wielki sukces – pierwsze zimowe wejście na Broad Peak czterech Polaków, a zaraz potem coś, w co trudno do dziś uwierzyć: zgon dwóch z nich, Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, podczas zejścia. Potem lipiec i śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach wspomnianego Artura Hajzera – samego twórcy i szefa programu Polskiego Himalaizmu Zimowego, w czasie wyprawy na Gasherbrum I, co mnie mocno zszokowało, bo bardzo go lubiłam. Wszystkie te nazwiska przytaczam tutaj z konkretnego powodu, by zaznaczyć, że zainteresowanie tematem wspinaczki gdzieś tam we mnie tkwi. Przy okazji niedawno recenzowanych wspomnień Wandy Rutkiewicz pisałam, że najbardziej intryguje mnie, co takiego jest w tym sporcie, dlaczego góry uzależniają jak narkotyk. Z takim też pytaniem sięgnęłam po książkę Aleksandra Lwowa, dzięki któremu nie tylko dowiedziałam się o innych, mniej czy bardziej zasłużonych dla himalaizmu; dostałam też szansę poznania ciekawego człowieka i jego poglądów.
Aleksander Lwow urodził się w 1953 r. w Krakowie. Swoją przygodę ze wspinaniem zaczął w siedemnastej wiośnie życia w Karkonoszach. Na swoim koncie ma cztery ośmiotysięczniki: Manaslu, Lhotse, Czo Oju i Gasherbrum II. Brał również udział w licznych wyprawach w góry wysokie, co przyniosło mu uznanie w postaci medali za wybitne osiągnięcia sportowe. Był redaktorem miesięcznika „Góry i Alpinizm”. W 2013 r. został członkiem honorowym Polskiego Związku Alpinizmu.
To tylko kilka suchych faktów, ale zapewniam, że Lwow może się pochwalić życiorysem ciekawym i obfitującym w liczne przygody, więc naprawdę jest o czym czytać. Jednak niniejsza publikacja nie jest typową autobiografią. Owszem, autor pisze o sobie, o swoich triumfach czy porażkach, ale na pierwszym planie są przede wszystkim góry i ludzie: „Nie mylą mi się tylko twarze. Twarze ludzi, z którymi się wspinałem, z którymi harcowałem w górach i schroniskach lub choćby w tychże górach i schroniskach się spotykałem, a którzy tym różnią się ode mnie, że (...) przedwcześnie odeszli z tego świata. To jest książka o nich” (okł.). Siłą rzeczy jest to więc opowieść smutna, trochę nostalgiczna, bo przykro czytać, jak Lwow tracił kolejnych przyjaciół i znajomych, a świat kolejnego wybitnego przedstawiciela dyscypliny. Z drugiej jednak strony, w książce tej autor zawarł niesamowity ładunek poczucia humoru, zwłaszcza w jego ciętej postaci, czy wręcz gryzącej czasem ironii. Ten aspekt sprawia, że całość pochłania się w błyskawicznym tempie i ja osobiście nie mogłam się zdecydować, czy czytać na raz, czy jednak może lepiej sobie dawkować, żeby dłużej móc przebywać w tym środowisku ludzi nietuzinkowych. Nie zapominajmy też, że Lwow wspinał się w czasach komuny, kiedy przygotowania do wypraw i przebieg ich samych wyglądał inaczej, niż obecnie. Wtedy uczestnik ekspedycji nie miał takiego kontaktu ze światem, był on, jego towarzysze i góry; teraz możemy śledzić przebieg wydarzeń na bieżąco, co przyjmuje czasem wymiar traumatyczny – Lwow wspomina o alpiniście, który do samej śmierci na szczycie rozmawiał z żoną przebywającą w domu. To zestawienie realiów PRL-u z wysuwającą się na pierwszy plan komercją jest fascynujące z punktu widzenia czytelniczego odbioru.
Silne emocje wywołuje stosunek autora do gór. One są drugim bohaterem „Zwyciężyć znaczy przeżyć”. Da się zauważyć niesamowitą pokorę wobec ich potęgi i majestatu, traktowanie ich z szacunkiem, nadawanie im cech jakby ludzkich. Jest to widoczne w opisach wypraw, gdy padają stwierdzenia, że np. góra nie dopuściła kogoś na szczyt czy ukarała za brawurę i zbytnią pewność siebie lub swoich możliwości. Coś w tym musi być, skoro tyle ekspedycji zakończyło się tragicznie.
W zeszłym roku śmierć na Broad Peak stała się przedmiotem medialnych dyskusji, do czego odnosi się również Aleksander Lwow, komentując raport PZA, opracowany przez powołaną do tego celu komisję. Trzeba przyznać, że w swojej opinii zwrócił uwagę na rzeczy, o których wtedy się nie mówiło, otworzył oczy na kilka niezwykle istotnych spraw. Uświadomił tym jedno: oceną wydarzeń w górach wysokich nie powinny się zajmować osoby, które nigdy w nich nie były, czyli praktycznie większa część społeczeństwa, ta, która dwóch pozostałych przy życiu himalaistów odsądziła od czci i wiary.
Pozwolę sobie teraz na cytaty:
„(...) nie poszli w góry po śmierć, lecz po radość zdobywania i po smak zwycięstwa nad własną słabością i trudnościami, czyli po to, co jest (...) składnikiem tzw. życia pełnego (str. 70).
„Istotą alpinizmu jest ryzyko, którego eliminować się nie da. Jan Alfred Szczepański napisał kiedyś: „(...) otarcie się o śmierć jest najwyższą nagrodą wspinactwa, zwycięstwa nad przeciwnościami przyrody i własnym lękiem”. Natomiast Zdzisław Ryn (...) stwierdził: „Myślę, że uprawianie alpinizmu zaspokaja szczególną potrzebę zajrzenia poza granicę śmierci, zachowując życie” (str. 104).
Autor odpowiedział na nurtujące mnie kwestie, mało tego, napisał jeszcze: „Nie pytajcie, proszę, dlaczego wspinamy się. Równie dobrze można by dociekać przyczyn, dla których ludzie oddychają, pracują, bawią się lub rywalizują między sobą. Wśród wielu motywów uprawiania alpinizmu są i takie właśnie elementy zwyczajnego, codziennego życia – praca, zabawa, żądza sławy, pragnienie dokonania niedokonanego...” (str. 429)
Lwow sporo miejsca poświęca także kwestiom sukcesu i porażki widzianych z górskiej perspektywy. Zwycięstwem jest przeżyć, szczęśliwie wrócić z wyprawy, nie ponieść najwyższej ofiary. Myślę sobie jednak, że ci, którzy nie wrócili, którzy już na wieki spoczęli w miejscach tak dla nich ważnych, także zwyciężyli, bo przeżyli w ludzkiej pamięci – we wspomnieniach, myślach, rozmowach, w sercu – a ona będzie trwać także dzięki książkom, takim ja ta, i dzięki ludziom, takim jak Aleksander Lwow, który utrwalił ich życie i śmierć dla potomnych.
„Everest skupia w sobie, jak w soczewce, wszelkie możliwe skrajności – wielkość i małość alpinizmu, heroizm i podłość ludzi, sportowy wyczyn i żałosną komercję, marzenia i porażki, nadzieje i rozczarowania. Jest też polem nieustającej rywalizacji ludzi z ludźmi i ludzi z Naturą” (str. 363). To właśnie o tym jest ta książka, którą gorąco polecam. Niech jej najlepszą rekomendacją będzie to, że ja na pewno jeszcze kiedyś do niej wrócę.
Wreszcie rok 2013, który wyjątkowo tragicznie zapisał się w historii polskiego alpinizmu. Najpierw w marcu wielki sukces – pierwsze zimowe wejście na Broad Peak czterech Polaków, a zaraz potem coś, w co trudno do dziś uwierzyć: zgon dwóch z nich, Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, podczas zejścia. Potem lipiec i śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach wspomnianego Artura Hajzera – samego twórcy i szefa programu Polskiego Himalaizmu Zimowego, w czasie wyprawy na Gasherbrum I, co mnie mocno zszokowało, bo bardzo go lubiłam. Wszystkie te nazwiska przytaczam tutaj z konkretnego powodu, by zaznaczyć, że zainteresowanie tematem wspinaczki gdzieś tam we mnie tkwi. Przy okazji niedawno recenzowanych wspomnień Wandy Rutkiewicz pisałam, że najbardziej intryguje mnie, co takiego jest w tym sporcie, dlaczego góry uzależniają jak narkotyk. Z takim też pytaniem sięgnęłam po książkę Aleksandra Lwowa, dzięki któremu nie tylko dowiedziałam się o innych, mniej czy bardziej zasłużonych dla himalaizmu; dostałam też szansę poznania ciekawego człowieka i jego poglądów.
Aleksander Lwow urodził się w 1953 r. w Krakowie. Swoją przygodę ze wspinaniem zaczął w siedemnastej wiośnie życia w Karkonoszach. Na swoim koncie ma cztery ośmiotysięczniki: Manaslu, Lhotse, Czo Oju i Gasherbrum II. Brał również udział w licznych wyprawach w góry wysokie, co przyniosło mu uznanie w postaci medali za wybitne osiągnięcia sportowe. Był redaktorem miesięcznika „Góry i Alpinizm”. W 2013 r. został członkiem honorowym Polskiego Związku Alpinizmu.
To tylko kilka suchych faktów, ale zapewniam, że Lwow może się pochwalić życiorysem ciekawym i obfitującym w liczne przygody, więc naprawdę jest o czym czytać. Jednak niniejsza publikacja nie jest typową autobiografią. Owszem, autor pisze o sobie, o swoich triumfach czy porażkach, ale na pierwszym planie są przede wszystkim góry i ludzie: „Nie mylą mi się tylko twarze. Twarze ludzi, z którymi się wspinałem, z którymi harcowałem w górach i schroniskach lub choćby w tychże górach i schroniskach się spotykałem, a którzy tym różnią się ode mnie, że (...) przedwcześnie odeszli z tego świata. To jest książka o nich” (okł.). Siłą rzeczy jest to więc opowieść smutna, trochę nostalgiczna, bo przykro czytać, jak Lwow tracił kolejnych przyjaciół i znajomych, a świat kolejnego wybitnego przedstawiciela dyscypliny. Z drugiej jednak strony, w książce tej autor zawarł niesamowity ładunek poczucia humoru, zwłaszcza w jego ciętej postaci, czy wręcz gryzącej czasem ironii. Ten aspekt sprawia, że całość pochłania się w błyskawicznym tempie i ja osobiście nie mogłam się zdecydować, czy czytać na raz, czy jednak może lepiej sobie dawkować, żeby dłużej móc przebywać w tym środowisku ludzi nietuzinkowych. Nie zapominajmy też, że Lwow wspinał się w czasach komuny, kiedy przygotowania do wypraw i przebieg ich samych wyglądał inaczej, niż obecnie. Wtedy uczestnik ekspedycji nie miał takiego kontaktu ze światem, był on, jego towarzysze i góry; teraz możemy śledzić przebieg wydarzeń na bieżąco, co przyjmuje czasem wymiar traumatyczny – Lwow wspomina o alpiniście, który do samej śmierci na szczycie rozmawiał z żoną przebywającą w domu. To zestawienie realiów PRL-u z wysuwającą się na pierwszy plan komercją jest fascynujące z punktu widzenia czytelniczego odbioru.
Silne emocje wywołuje stosunek autora do gór. One są drugim bohaterem „Zwyciężyć znaczy przeżyć”. Da się zauważyć niesamowitą pokorę wobec ich potęgi i majestatu, traktowanie ich z szacunkiem, nadawanie im cech jakby ludzkich. Jest to widoczne w opisach wypraw, gdy padają stwierdzenia, że np. góra nie dopuściła kogoś na szczyt czy ukarała za brawurę i zbytnią pewność siebie lub swoich możliwości. Coś w tym musi być, skoro tyle ekspedycji zakończyło się tragicznie.
W zeszłym roku śmierć na Broad Peak stała się przedmiotem medialnych dyskusji, do czego odnosi się również Aleksander Lwow, komentując raport PZA, opracowany przez powołaną do tego celu komisję. Trzeba przyznać, że w swojej opinii zwrócił uwagę na rzeczy, o których wtedy się nie mówiło, otworzył oczy na kilka niezwykle istotnych spraw. Uświadomił tym jedno: oceną wydarzeń w górach wysokich nie powinny się zajmować osoby, które nigdy w nich nie były, czyli praktycznie większa część społeczeństwa, ta, która dwóch pozostałych przy życiu himalaistów odsądziła od czci i wiary.
Pozwolę sobie teraz na cytaty:
„(...) nie poszli w góry po śmierć, lecz po radość zdobywania i po smak zwycięstwa nad własną słabością i trudnościami, czyli po to, co jest (...) składnikiem tzw. życia pełnego (str. 70).
„Istotą alpinizmu jest ryzyko, którego eliminować się nie da. Jan Alfred Szczepański napisał kiedyś: „(...) otarcie się o śmierć jest najwyższą nagrodą wspinactwa, zwycięstwa nad przeciwnościami przyrody i własnym lękiem”. Natomiast Zdzisław Ryn (...) stwierdził: „Myślę, że uprawianie alpinizmu zaspokaja szczególną potrzebę zajrzenia poza granicę śmierci, zachowując życie” (str. 104).
Autor odpowiedział na nurtujące mnie kwestie, mało tego, napisał jeszcze: „Nie pytajcie, proszę, dlaczego wspinamy się. Równie dobrze można by dociekać przyczyn, dla których ludzie oddychają, pracują, bawią się lub rywalizują między sobą. Wśród wielu motywów uprawiania alpinizmu są i takie właśnie elementy zwyczajnego, codziennego życia – praca, zabawa, żądza sławy, pragnienie dokonania niedokonanego...” (str. 429)
Lwow sporo miejsca poświęca także kwestiom sukcesu i porażki widzianych z górskiej perspektywy. Zwycięstwem jest przeżyć, szczęśliwie wrócić z wyprawy, nie ponieść najwyższej ofiary. Myślę sobie jednak, że ci, którzy nie wrócili, którzy już na wieki spoczęli w miejscach tak dla nich ważnych, także zwyciężyli, bo przeżyli w ludzkiej pamięci – we wspomnieniach, myślach, rozmowach, w sercu – a ona będzie trwać także dzięki książkom, takim ja ta, i dzięki ludziom, takim jak Aleksander Lwow, który utrwalił ich życie i śmierć dla potomnych.
„Everest skupia w sobie, jak w soczewce, wszelkie możliwe skrajności – wielkość i małość alpinizmu, heroizm i podłość ludzi, sportowy wyczyn i żałosną komercję, marzenia i porażki, nadzieje i rozczarowania. Jest też polem nieustającej rywalizacji ludzi z ludźmi i ludzi z Naturą” (str. 363). To właśnie o tym jest ta książka, którą gorąco polecam. Niech jej najlepszą rekomendacją będzie to, że ja na pewno jeszcze kiedyś do niej wrócę.
mojswiat-szelestkart.blogspot.com Paula, 2014-01-11