Recenzje
Coffee on Ice
Nie ukrywam — ta historia miała u mnie fory jeszcze zanim zaczęłam czytać. Zapowiadała się jak mieszanka rzeczy, które zwykle trafiają prosto w moje gusta: sportowe tło, bardziej dojrzałe wątki życiowe i relacja z różnicą wieku. Do tego wcześniejsze urywki krążące w sieci budowały obraz emocjonalnej, wciągającej opowieści. Dlatego wchodziłam w tę książkę z nastawieniem „to będzie to”. Avery została pokazana jako osoba wycofana, poukładana i skupiona głównie na przetrwaniu codzienności. Dawniej związana z łyżwiarstwem figurowym, dziś funkcjonuje w zupełnie innym trybie — między obowiązkami matki, pracą i studiami. Jej świat jest mały, zamknięty w rutynie i odpowiedzialności. Fakt, że jej ojciec prowadzi drużynę hokejową, sprawia, że siłą rzeczy znajduje się gdzieś na obrzeżach tego środowiska i bywa kojarzona, choć sama ewidentnie nie szuka uwagi ani rozgłosu. Początek książki mocno koncentruje się na jej codzienności i roli matki, ale w pewnym momencie miałam wrażenie kręcenia się w kółko. Wiele razy podkreślana jest jej więź z synem i to, że za jej spokojem stoi jakieś trudne doświadczenie z przeszłości. Zamiast budować napięcie, zaczęło to brzmieć jak ciągłe przypomnienie o czymś, co i tak dość szybko staje się oczywiste. Problem w tym, że odbudowanie zaufania nie przychodzi łatwo, zwłaszcza że Avery ma swoje powody, by trzymać dystans. Relacja między nimi rozwija się więc w cieniu dawnych niedomówień i emocjonalnych barier. Sam Mason również nie jest postacią bez skaz — jego przeszłość stopniowo odsłania, że sukces sportowy nie przyszedł bez kosztów. Przez długi czas całe jego życie było podporządkowane hokejowi, który stał się dla niego priorytetem niemal absolutnym. Jedyną stałą poza sportem była jego mama, stanowiąca dla niego punkt odniesienia i emocjonalne zaplecze. Mason został wykreowany jako ktoś, kto na lodzie jest liderem z krwi i kości, a poza nim — po prostu dobrym człowiekiem. Ambitny, zdyscyplinowany, przyzwyczajony do walki o swoje, ale jednocześnie ciepły i uważny wobec innych. W przeszłości jego drogi już raz przecięły się z Avery, jednak konflikt z jej ojcem sprawił, że ta znajomość urwała się w nieprzyjemnych okolicznościach. Gdy po latach spotykają się ponownie, Mason nie udaje, że nic się nie stało — wręcz przeciwnie, wyraźnie próbuje naprawić to, co zostało kiedyś zepsute. Tempo rozwijania się więzi między Avery a Masonem było spokojne, ale w tym przypadku działało to zdecydowanie na plus. Ta relacja nie opiera się na nagłym wybuchu uczuć, tylko na stopniowym oswajaniu się z czyjąś obecnością. Biorąc pod uwagę bagaż doświadczeń Avery, jej ostrożność wydaje się naturalna i uzasadniona, dlatego to, że nie rzuca się od razu w ramiona Masona, wypada wiarygodnie. On z kolei nie naciska w sposób nachalny, tylko cierpliwie pokazuje czynami, że można na nim polegać — i to właśnie buduje między nimi prawdziwą podstawę pod coś głębszego. Dużym plusem było dla mnie to, że historia nie zamyka się wyłącznie w wątku romantycznym. Obok relacji pojawia się też wyraźnie zarysowane sportowe tło, które nie jest tylko dekoracją, ale realną częścią życia bohaterów. Dzięki narracji z dwóch perspektyw łatwiej było zrozumieć zarówno emocjonalne rozterki Avery, jak i to, co dzieje się w głowie Masona — zwłaszcza w momentach związanych z meczami. Te fragmenty dodawały dynamiki i pozwalały poczuć napięcie rywalizacji z punktu widzenia zawodnika, co fajnie urozmaicało odbiór całej historii. Sposób pisania autorki jest bezpośredni i klarowny, przez co łatwo wejść w historię i utrzymać płynność czytania. Narracja jest uporządkowana, a wydarzenia przedstawione w przejrzysty sposób, dzięki czemu lektura nie sprawia trudności i pozwala skupić się na emocjach bohaterów oraz rozwoju fabuły. Mimo że nie wszystkie rozwiązania fabularne były w pełni w moim guście, warsztatowo książka prezentuje się solidnie. Widać dbałość o spójność historii i dopracowanie tekstu, co przekłada się na komfortowy odbiór całości.
Our Perfect Forever. Historie nieopowiedziane. Wydanie ilustrowane
To wydanie specjalne dodatku do Flawless było dla mnie naprawdę czymś wyjątkowym. Powrót do tej historii, jeszcze w tak pięknej oprawie, od razu przywołał wszystkie emocje, które pamiętałam z pierwszego czytania. Czułam się, jakbym znowu była częścią tych chwil i przeżywała wszystko razem z bohaterami. Ta książka ponownie mnie wzruszyła i oczywiście nie obyło się bez łez, ale właśnie za to ją kocham. To jedna z tych historii, do których wraca się z ogromnym sentymentem i które za każdym razem poruszają tak samo mocno.
Pocałunki zamiast słów. Vancouver Agitators: miłość na lodzie #1
Gorący lód i burza uczuć, czyli Pacey Lawes w akcji! Czy są tu fanki niepokornych hokeistów? Bo ja właśnie przepadłam! 😍 Jeśli szukacie lektury, która rozgrzeje Was w jeden wieczór, to "Pocałunki zamiast słów" od Meghan Quinn jest pozycją obowiązkową. To otwarcie nowej serii Vancouver Agitators i muszę przyznać - autorka wjechała na lód z wielkim hukiem! O czym jest ta historia? Poznajcie Paceya Lawesa - bramkarza, który na lodzie jest murem nie do przebicia, a w życiu prywatnym to wulkan energii i charyzmy. Jego uporządkowany świat wywraca do góry nogami Winnie. Dziewczyna pojawia się w jego życiu nagle, niczym letnia burza, niosąc ze sobą mnóstwo pytań i... tajemnicze, niepokojąco znajome spojrzenie. Dlaczego warto po nią sięgnąć? -> Chemia, która parzy: Choć to "sensual", Meghan Quinn dawkuje napięcie po mistrzowsku. Między bohaterami aż iskrzy, a każda scena zbliżenia ma w sobie ten ogień, którego szukamy w romansach sportowych. -> Drugi plan, który kradnie show: Przyjaciele Paceya z drużyny to ekipa, którą chce się poznać osobiście! A przyjaciółka Winnie? Jej paranoje i specyficzne poczucie humoru to absolutne złoto. -> Emocjonalny rollercoaster: To nie jest tylko pusta opowieść o sporcie. Autorka przemyca tu ważne lekcje o tym, jak niszczące potrafią być niedopowiedzenia i jak trudna, ale konieczna, jest szczerość w budowaniu relacji. -> Humor i lekkość: Styl Meghan jest nie do podrobienia. Będziecie się śmiać w głos, by za chwilę poczuć ukłucie wzruszenia. Książka ma 400 stron, ale przez wartką akcję i świetne dialogi przelatuje się przez nią ekspresowo. Idealna na jeden, intensywny wieczór z kocykiem i herbatą. Moja ocena: Solidne 8/10
Puck Off
„Puck off” to kolejny tom serii hokejowych romansów. Książki można czytać niezależnie od siebie, bo każdy tom opowiada o innej parze! Tom, od którego zaczęłam, jest chronologicznie trzeci i jest historią Rosie, specjalistki od public relations oraz Matta, który jest nowy w drużynie i musi walczyć przede wszystkim z uprzedzeniami kolegów z drużyny, którzy kojarzą go jedynie z występkami brata. Rosie ma pomóc w ociepleniu wizerunku, a cała sprawa na początku jest dla niej dość kłopotliwa, bo nie spodziewała się, że uroczy nieznajomy z samolotu będzie jednocześnie osobą, z którą przyjdzie jej pracować. I zdecydowanie nie pomaga to, jak bewzstydnie flirtuje z nią ów hokeista, kradnący gumki do włosów… „Puck off” nie jest wcale tak słodkim i cukierkowym romansem, jak mogłaby sugerować okładka. Słodkie i urocze momenty to tylko część tej historii, ale dzieje się tu zdecydowanie więcej. Przede wszystkim jest tutaj poruszana dość trudna tematyka, m. in przypadkowej ciąży, a także straty i żałoby. To drugie zostało potraktowane dość powierzchownie, co odbiło się na moim odbiorze tej książki. Główna bohaterka pozbierała się po trudnych przeżyciach zbyt szybko, co w mojej opinii było dość mało wiarygodne. Nawet ze wsparciem bliskich osób poradzenie sobie z tak trudnymi emocjami zajmuje nieco więcej niż tylko tydzień. Dodatkowo pewne elementy, takie jak chociażby fantazje bohaterów czy dirty talk zupełnie mi tu nie pasowały i pozostawiły niesmak. Czy polecam? Jeśli szukacie romansu, który wzbudza dość skrajne emocje, możecie dać szansę. Mi nie przypadł do gustu tak, jak tego się spodziewałam, niemniej chętnie sięgnę po inne części, przedstawiajace historie innych, przewijających się tu na drugim planie bohaterów.
Sztuka życia bez pośpiechu. Zapanuj nad chaosem, odzyskaj spokój umysłu i skup się na tym, co dla Ciebie najważniejsze
To książka o zwalnianiu w świecie, który nieustannie pędzi. „Sztuka życia bez pośpiechu” Damona Zahariadesa pokazuje, jak odzyskać spokój umysłu, uporządkować chaos codziennych obowiązków i skupić się na tym, co naprawdę ważne. Autor w prosty, zwięzły sposób omawia kluczowe aspekty życia i produktywności, pokazując, że efektywność nie musi oznaczać ciągłego biegu. Dla mnie była to świetna, bardzo praktyczna pozycja, która dodatkowo naładowała mnie pozytywnie i dodała energii do działania. Zawiera konkretne wskazówki oraz ćwiczenia, które można od razu wdrożyć w życie — nie tylko pomagają wprowadzać zmiany, ale też skłaniają do refleksji nad tym, dokąd zmierzamy i jak wykorzystujemy swój indywidualny czas. Uważam, że to książka nie tylko dla osób zabieganych i przeciążonych codziennymi zadaniami, lecz dla każdego, kto chce być bardziej produktywny i świadomie zarządzać swoim czasem. Choć jest krótka, porusza tematy, które łatwo gubimy w dzisiejszym pędzie. Wyniosłam z niej sporo wartościowej wiedzy, skłoniła mnie do refleksji i realnych zmian w życiu. To przypomnienie, że warto znaleźć chwilę dla siebie — swoich myśli, działań i wyborów. Moim zdaniem warto sięgnąć po tę książkę.