Rozdział 1
W suszarce było pełno ubrań.
Niech to szlag.
Esther Abbott zdmuchnęła grzywkę z czoła i wpatrywała się w kłopotliwą stertę z rękami opartymi na biodrach. Nienawidziła dotykać cudzych ciuchów. Już samo pranie było wystarczająco nieprzyjemnym obowiązkiem, nawet bez jakiegokolwiek kontaktu z brudnymi skarpetkami i bielizną obcej osoby. Musiała jednak coś z tym zrobić albo zaczekać, aż winowajca zjawi się po swoje pranie. Chociaż nie cierpiała dotykać cudzych rzeczy, jeszcze bardziej ceniła swój czas i wygodę.
Włożyła ręce do suszarki, krzywiąc się. Uch. Pranie nie było nawet ciepłe, a więc leżało tam od dłuższego czasu. Ale przynajmniej wyschło. Dotykanie mokrych ubrań, które tkwiły w pralce przez cały dzień, wzbudziłoby w niej jeszcze większe obrzydzenie.
Esther wiedziała, do kogo powinna mieć pretensje. Liczba kraciastych koszul jednoznacznie wskazywała winowajcę. W całym budynku tylko jedna osoba nosiła tyle flaneli.
Jonathan Brinkerhoff.
Sąsiad spod szóstki mieszkający przez ścianę. Posiadacz irytujących dzwoneczków na balkonie, które nie pozwalały jej zasnąć w wietrzne dni. Uwaga, spoiler: w Los Angeles zawsze wieje. Facet, który lubił siedzieć na balkonie i palić, posyłając szkodliwe kłęby tytoniowych toksyn prosto do jej mieszkania, gdy zostawiała otwarte drzwi balkonowe. Koleś, który nie potrafił zaparkować swojego głupiego lexusa między liniami jego miejsca postojowego tuż obok miejscówki Esther, przez co zaparkowanie jej priusa wymagało nadludzkiej zręczności.
W Jonathanie irytowało ją wszystko, począwszy od głupiej dzianinowej czapki, którą zawsze nosił, po okulary w oprawkach w stylu vintage i niechlujnie wyglądającą brodę. Najbardziej jednak nie mogła znieść tego, że zostawiał swoje ubrania w suszarkach na wiele godzin, jakby był jedyną osobą na świecie, która mogła potrzebować tych urządzeń. Jakby nie mieszkał w budynku z osiemnastoma mieszkaniami, których lokatorzy korzystają z tych samych dwóch pralek.
Milsza sąsiadka - na przykład pani Boorstein, pięćdziesięciokilkuletnia księgowa spod dwunastki - mogłaby złożyć ubrania Jonathana i zostawić je w schludnych stosikach na stole. Ale Esther nie była miła. Nie dla ludzi, którzy na to nie zasługiwali. Nie miała krzty cierpliwości wobec cudzej niekompetencji i egoizmu. Ludzie, którzy łamali zasady obowiązujące w publicznej pralni, nie powinni dostawać składania prania w gratisie za swoje złe zachowanie. Ten koleś powinien się cieszyć, że wyłożyła jego ubrania na brudną klapę pralki, a nie prosto na podłogę. A jak bardzo nie podobało jej się to, że przy okazji odkryła, jakiej marki bieliznę nosił? Bardzo. Cholernie jej się to nie podobało.
- O, hej, to moje - powiedział Jonathan, wchodząc akurat w momencie, gdy Esther przyciskała do piersi naręcze jego bokserek.
"Jakżeby inaczej".
Esther zarumieniła się, skrępowana, co tylko jeszcze bardziej ją zirytowało. To była wyłącznie jego wina, że trzymała w rękach jego bieliznę. Ktoś, kto zostawia pranie leżące odłogiem przez długie godziny, zasługuje na to, by obcy ludzie grzebali w jego gaciach. Takie zasady obowiązują w ogólnodostępnej pralni. Wszyscy o tym wiedzą.
- Pozwól, że je zabiorę - dodał Jonathan, podchodząc do niej.
Esther rzuciła jego majtki na suszarkę i zeszła mu z drogi, by mógł zgarnąć resztę swoich ubrań.
- Wpadłem w wir pisania i zupełnie o nich zapomniałem - wyjaśnił, upuszczając skarpetkę na podłogę, gdy wyjmował swoje rzeczy z bębna. Nie miał ze sobą kosza, więc musiał zebrać wszystkie ciuchy w bezładne naręcze. Co było nie w porządku z tym kolesiem? Jakim cudem jedna osoba mogła być aż tak beznadziejna we wszystkim? - Pracowałem nad scenariuszem, a kiedy mam wenę, tracę poczucie czasu.
Esther zazgrzytała zębami. Wiedziała już, że jest scenarzystą, ponieważ wplatał tę informację w dosłownie każdą ich rozmowę. Chociaż wcale tak często ze sobą nie rozmawiali - odbyli może z sześć pogawędek - a on trzeci raz wspomniał o tym, że pisze scenariusze.
Esther była inżynierką lotnictwa i kosmonautyki - ściślej zajmowała się rakietami - a jednak nie wspominała o tym każdemu przy byle okazji. Nawet jeśli bycie specjalistką od rakiet wydawało się czymś dużo fajniejszym niż pisanie scenariuszy. W Los Angeles aż roiło się od scenarzystów. Nie dało się wypluć gumy do żucia, nie trafiając co najmniej dwóch z nich.
A do tego Jonathan wciąż nie stał się prawdziwym scenarzystą. Studiował scenariopisarstwo na Uniwersytecie Kalifornijskim - o czym napomknął już dwa razy - więc był zwykłym studentem. Gdyby udało mu się sprzedać scenariusz lub wyprodukować film, z pewnością poruszyłby ten temat w rozmowie. I to nawet kilka razy.
- Proszę bardzo - oznajmił, jakby nieblokowanie publicznej suszarki świadczyło o jego wielkoduszności. Zgarnął też ubrania leżące na pokrywie maszyny, upuszczając przy tym kolejną skarpetkę, i ruszył do drzwi.
- Coś ci wypadło - zauważyła Esther.
Zatrzymał się i odwrócił, przenosząc bezradnie wzrok znad chybotliwego naręcza ubrań w swoich ramionach na leżące na podłodze skarpetki.
- Mogłabyś...?
Schyliła się, by podnieść jego skarpetki z podłogi - jeszcze większe "uch" - i położyła je na stercie prania, którą trzymał w rękach.
- Dzięki - powiedział. - Wiesz, że nie powinnaś używać płynu zmiękczającego?
- Co?
Ruchem brody wskazał jej butelkę z płynem do płukania tkanin.
- Woskowy osad, który pozostawia na tkaninach, wpływa negatywnie na ich naturalną zdolność do wchłaniania wilgoci. Używam proszku do prania bez chemikaliów, który jest biodegradowalny i nie pozostawia osadu.
Niewiarygodne. Facet, który nie znał nawet podstawowych zasad obowiązujących w publicznej pralni, miał czelność pouczać Esther na temat właściwości jej płynu do zmiękczania tkanin.
Posłała mu krzywy uśmiech.
- Wiesz, że wszystko jest związkiem chemicznym, prawda? Nawet woda. Nic nie jest "bez chemikaliów".
Jonathan zmarszczył czoło, ściągając brwi.
- Miałem na myśli złe chemikalia. Takie jak te w środkach czyszczących.
- W porządku. - W tym tempie trzonowce Esther zetrą się niedługo do rozmiaru tic taców. - Dzięki za radę.
- Do zobaczenia - rzucił na odchodne Jonathan. Wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie.
Przewracając oczami, Esther wyczyściła filtr siatkowy w suszarce - bo on oczywiście tego nie zrobił - i wyjęła z pralki swoje mokre pranie. Wrzuciła cztery ćwierćdolarówki do przedpotopowej maszyny, a gdy się włączyła, ustawiła minutnik w telefonie na czterdzieści pięć minut. Ona dla odmiany szanowała ludzi, z którymi dzieliła pralnię, i umiała korzystać z cholernego zegarka.
Gdy wracała do siebie, z jej telefonu buchnęły dźwięki Pocketful of Sunshine - dzwonka, który przypisała swojej najlepszej przyjaciółce.
Jin-Hee Kang, zwana Jinny przez wszystkich oprócz jej koreańskich rodziców, była jedyną znaną Esther osobą, która lubiła rozmawiać przez telefon. Reszta jej przyjaciół komunikowała się za pośrednictwem SMS-ów lub mediów społecznościowych. Ale nie Jinny. Ona wolała pogadać.
Esther zatrzasnęła za sobą drzwi mieszkania i wyciągnęła telefon z tylnej kieszeni dżinsów. Jej mieszkanie znowu cuchnęło dymem papierosowym. Najwidoczniej Jonathan wyszedł na balkon zapalić od razu po przyjściu na górę.
- Hej, co tam? - rzuciła do telefonu, podchodząc do drzwi balkonowych, po czym po chwili je zatrzasnęła.
- Co dziś porabiasz? - zapytała Jinny.
Była niedziela i jedyne rzeczy, jakie Esther miała w planach, to pranie, wyczyszczenie kociej kuwety i może przejrzenie nagranych wcześniej programów telewizyjnych. Zerknęła na swoje odbicie w szklanych drzwiach: zmatowiałe brązowe włosy zamotane w niechlujny kok, pryszcz tworzący się na czubku długiego nosa, strój na dzień prania składający się z rozciągniętego podkoszulka i wystrzępionych dżinsowych szortów.
- Jestem umówiona na herbatkę z księciem Harrym i królową, ale w razie potrzeby mogę to przełożyć.
- Mam ochotę posiedzieć przy basenie. Mogę wpaść?
- Jasne.
Esther mieszkała w dzielnicy Palms w Los Angeles, w starszym budynku z dziedzińcem i basenem. Jinny - w Mar Vista, czyli całkiem niedaleko, w nowszym, większym apartamentowcu bez tych udogodnień, więc przy ładnej pogodzie lubiła odwiedzać Esther. W Los Angeles pogoda była ładna przez jakieś osiemdziesiąt procent dni w roku, więc spędzały razem większość weekendów, siedząc przy basenie na dziedzińcu Esther.
- Z mimozami - zaznaczyła Jinny.
- O-o. Co się stało? - Ilekroć któraś z nich miała za sobą kiepski tydzień, przygotowywały dzbanek mimozy i sączyły ją z kieliszków do szampana przy basenie.
- Powiem ci osobiście.
Esther otworzyła lodówkę, by sprawdzić stan zapasów.
- Została mi jeszcze butelka szampana z ostatniego razu.
- Dobra - odparła Jinny. - Będę za trzydzieści minut z sokiem pomarańczowym.
Rozdział 2
Jinny zjawiła się w mieszkaniu Esther dokładnie pół godziny później w niebieskiej sukience i japonkach tego samego koloru, niosąc butelkę soku pomarańczowego i pudełko pączków.
- O Boże - powiedziała Esther, unosząc brew na widok pączków. - Czy ktoś umarł?
Jinny odłożyła rzeczy na stół.
- Nie, po prostu straciłam szacunek do samej siebie. - Podobnie jak Esther miała dwadzieścia cztery lata, ale jej drobna postura i nieskazitelna cera sprawiały, że wyglądała dużo młodziej. Często podrywali ją w barach obleśni faceci, którzy brali ją za uczennicę liceum.
- Co to znaczy? - zapytała Esther.
Jinny zacisnęła usta.
- Powiem ci, jeśli obiecasz, że się na mnie nie wściekniesz.
- Dlaczego miałabym się wściec? - zaniepokoiła się Esther.
- Tak jakby przespałam się ze Stuartem.
- Co?!
Stuart był chłopakiem Jinny, z którym dopiero co się rozstała. Zerwali ze sobą zaledwie tydzień temu, a Esther z trudem powstrzymała się od zorganizowania przyjęcia z tej okazji. Koleś był czystej wody kutasem, i to jeszcze zanim zdradził Jinny.
Esther szczerze próbowała go polubić. I przez jakiś czas nawet jej się to udawało. Był charyzmatyczny, atrakcyjny i nawet jeśli nie dorównywał intelektualnie Jinny, łatwo dało się zrozumieć, co jej się w nim podobało. Przynajmniej na początku.
Potem Esther zaczęła zauważać szczegóły, które przyprawiały ją o ból zębów. Na przykład jego nawyk kładzenia dłoni na karku Jinny i prowadzania jej przed sobą. Był to drobiazg, który jednak działał Esther na nerwy. Zupełnie jakby Jinny była dzieckiem lub zwierzakiem, z którym można paradować. Potem zaczęła zauważać, że zawsze prosił Jinny o przyniesienie mu czegoś - kolejnego drinka, czegoś do jedzenia, telefonu, który zostawił w sąsiednim pokoju - ale nigdy jej się nie odwzajemniał. I że często obgadywał Jinny, poniżając ją sarkastycznymi komentarzami, które traktował jak żarty.
Kiedy Esther po raz pierwszy usłyszała Stuarta, który kazał się Jinny rozchmurzyć po tym, jak rozzłościł ją jeden z jego "żarcików", już wiedziała, że to kiepski materiał na chłopaka.
Może jeszcze nie znęcał się nad Jinny, ale miał ku temu wszelkie predyspozycje.
Kilka miesięcy wcześniej między przyjaciółkami doszło do ich jedynej kłótni, podczas której Esther szczerze powiedziała Jinny, co myśli o Stuarcie: że to narcystyczny, znęcający się nad nią emocjonalnie dupek, który w końcu ją skrzywdzi, jeśli się od niego nie uwolni.
Jinny nie przyjęła tego dobrze, delikatnie mówiąc. Kazała Esther pilnować swojego nosa i nie odzywała się do niej przez tydzień. Kłótnia zakończyła się dopiero po tym, jak Esther przeprosiła i obiecała być milsza dla Stuarta. Bolało ją to, ale jakie miała inne wyjście? Zostawić Jinny na pastwę tego dupka? Mówienie ludziom rzeczy, których nie chcieli usłyszeć, mijało się z celem. Zauroczona nim Jinny nie dostrzegała, jakim naprawdę był człowiekiem.
Dopóki nie odkryła, że zdradzał ją z koleżanką z pracy. Esther czuła zadowolenie z tego, jak szybko i bezpardonowo Jinny wykopała go za drzwi. Tyle że najwyraźniej nie było to aż tak ostateczne, jak mogłoby się wydawać.
Jinny potrząsnęła głową.
- Wiedziałam, że będziesz wściekła.
Esther wzięła głęboki oddech i postarała się, by jej głos zabrzmiał spokojnie i wspierająco.
- Nie jestem wściekła. Ale mam kilka pytań. Przede wszystkim: jak można się z kimś "tak jakby" przespać?
Jinny odwróciła wzrok, zawstydzona.
- Pójść z nim do łóżka, a potem trochę tego żałować, ale nie do końca.
Sytuacja była naprawdę zła. Wręcz tragiczna.
- Ale on cię zdradził. Wydawało mi się, że z nim skończyłaś.
- Bo tak było. To znaczy jest. Skończyłam z nim. Na amen. - Pokiwała głową, ale wypadło to mało przekonująco.
- Z wyjątkiem tej części, w której poszłaś z nim do łóżka.
Jinny odwróciła wzrok, by przyjrzeć się pączkom.
- No tak.
- Dlatego pytam jeszcze raz: co się stało?
Jinny westchnęła, sięgając po pączka oblanego czekoladową polewą.
- Pamiętasz, że do mnie pisał?
Esther się skrzywiła.
- Radziłam ci, żebyś załatwiła mu sądowy zakaz zbliżania się.
- Ale on tak uroczo przepraszał! - powiedziała Jinny, przełykając kęs pączka.
- Chyba nie dałaś się na to nabrać, prawda? - Oczywiście, że tak; zawsze się na to nabierała. Stuart owinął ją sobie wokół palca.
- Nie! Byłam wobec niego bardzo stanowcza. Ale wieczorem jego SMS-y stały się bardziej pikantne i trochę poświntuszyliśmy...
Esther zacisnęła powieki.
- Ohyda.
- Podnieciłam się...
- Podwójna ohyda.
- A potem on zjawił się na moim progu i...
- W porządku, kumam. Nie muszę znać szczegółów.
Stuart był pasożytem. Zawsze znajdował sposób, by się do kogoś przyssać.
Jinny wsunęła sobie resztę pączka do ust i poszła do lodówki po szampana.
- Słuchaj, on potrafi być naprawdę przekonujący. Trudno mu odmówić.
- Ale następnym razem to zrobisz, prawda? - spytała Esther, wyjmując z szafki dwa kieliszki.
- Oczywiście. Weź jeszcze sok. - Jinny zarzuciła na ramię płócienną torbę z rzeczami na basen: ręcznikami, okularami przeciwsłonecznymi, kremem do opalania oraz tandetnymi pisemkami i sięgnęła po pudełko pączków.
Esther zatknęła sobie okulary przeciwsłoneczne na czubku głowy i wyszła z mieszkania, niosąc butelkę soku i kieliszki.
- Jeśli przyjmiesz go z powrotem, zdradzi cię znowu. Kto raz zdradził, już zawsze będzie to robił.
Jinny szła za nią z szampanem i pączkami.
- Przecież wiem.
Esther popatrzyła na nią sceptycznie. Jinny była recydywistką. Będzie wracała do Stuarta za każdym razem, gdy poczuje się samotna. Jeśli w jej życiu szybko nie pojawi się inny facet, by odwrócić jej uwagę - może się wreszcie poddać i wróci do Stuarta na dobre. Już tak kiedyś zrobiła, ze swoim poprzednim chłopakiem. Rzuciła go definitywnie dopiero za trzecim razem, a nie był nawet w połowie tak uwodzicielski jak Stuart.
- Jak teraz wygląda sytuacja między wami? - zapytała Esther, gdy schodziły na dół.
Podobnie jak w wielu starszych budynkach w okolicy, mieszkania znajdowały się na piętrze, ułożone wokół prostokątnego dziedzińca. Na niższej kondygnacji mieściła się pralnia, skrzynki pocztowe, schowki i parking dla mieszkańców. Dziedziniec był zdecydowanie najładniejszą częścią budynku - wyłącznie dzięki pani Boorstein, która lubiła grzebać w ziemi i obsadziła go pięknymi kwiatami i innymi roślinami, nie oczekując nic w zamian od ich skąpego najemcy.
- Wyjaśniłam mu, że to tylko jednorazowy numerek - odparła Jinny, gdy wyszły na dziedziniec.
Światło słoneczne odbijało się od wody, która tego dnia miała mętny, akwamarynowy kolor. Nigdy nie wchodziły do basenu, ponieważ ostatnia osoba, która w nim pływała, dostała infekcji ucha. Nawet jeśli jedno nie miało nic wspólnego z drugim, Esther i tak wolała nie ryzykować.
Postawiła kieliszki i sok na zardzewiałym metalowym stoliku w cieniu. Podczas gdy Jinny przysunęła jeden z leżaków bliżej stołu, Esther napełniła kieliszki do połowy szampanem i uzupełniła sokiem, po czym podała jeden z nich Jinny.
- Chcesz, żeby Stuart do ciebie wrócił?
Jinny wzięła kieliszek, unikając wzroku Esther, i umościła się na leżaku.
- Byliśmy razem sześć miesięcy. Kocham go.
- Na tyle mocno, by wybaczyć mu zdradę?
Jinny spuściła wzrok, marszcząc brwi, i poprawiła sobie spódnicę.
- Mówiłam ci, że płakał, kiedy z nim zrywałam?
- Nie. - I dobrze. Dupek sobie na to zasłużył. Esther miała nadzieję, że chlipał w poduszkę każdej cholernej nocy.
- Prawie zaczęłam mu współczuć.
- Ani mi się waż. On cię zdradzał. Poza tym zachowywał się jak palant.
Jinny ściągnęła gumkę z nadgarstka i związała swoje sięgające ramion czarne włosy w kucyk.
- Nie był taki zły.
Esther popatrzyła na nią znad kieliszka.
- Zapomniał o twoich urodzinach i pojechał surfować do Meksyku.
- Tylko ten jeden raz. I naprawdę tego żałował.
- Na walentynki też nic nie przygotował. A kiedy wygrał darmowe bilety na koncert, zaprosił jednego ze swoich kumpli surferów zamiast ciebie.
Jinny westchnęła i upiła łyk mimozy.
- No dobra. Był trochę do bani.
Przynajmniej miała tego świadomość. Esther zrzuciła japonki i przysunęła sobie jeszcze jedno krzesło, by położyć na nim stopy. Jej masywne nogi były trupio blade, a efekt ten dodatkowo pogłębiały paznokcie u stóp pomalowane na niebiesko.
- Stać cię na więcej - stwierdziła, zsuwając okulary przeciwsłoneczne na oczy.
Jinny zrobiła kwaśną minę, wyciągając z torby kolorowe pisemko.
- To się jeszcze okaże.
Jinny była piękną dziewczyną i do tego fantastyczną osobą, ale miała zadziwiająco niskie poczucie własnej wartości. Na domiar złego Stuart z mistrzowską precyzją skupiał się na jej niedoskonałościach, wykorzystując je dla własnych celów. Jinny nie była w stanie dostrzec, jak źle ją traktował, ponieważ na pewnym poziomie nie wierzyła, że zasługuje na lepsze traktowanie.
Esther szczerze nie cierpiała tego faceta.
- Od początku byłaś dla niego za dobra. Właściwie to nigdy nie rozumiałam, co ty w nim widzisz.
Jinny spojrzała na nią znad okularów przeciwsłonecznych.
- Ekhm, to że jest totalnym ciachem?
- To ty jesteś gorącą laską, skarbie. Właściwie nic was nie łączy poza tym, że oboje jesteście atrakcyjni.
- I oboje pracujemy w branży technologicznej.
Esther prychnęła do swojej mimozy.
- Pracę w Apple Store trudno zaliczyć do branży technologicznej.
- Naprawił mi iPada!
- Kręci go ruch na świeżym powietrzu: jazda na rowerze, piesze wędrówki i biwakowanie, a ty nie znosisz spędzać czasu na dworze.
- Wcale nie. - Jinny wykonała zamaszysty gest, obejmując nim otaczający je dziedziniec. - Przecież właśnie spędzamy czas na świeżym powietrzu.
- Wylegiwanie się przy basenie i picie mimozy nie zalicza się do tego rodzaju aktywności.
- Mniejsza o to.
- Chciałabym tylko, żebyś nie zadowalała się byle kim, mała.
Jinny uniosła okulary i zmrużyła oczy.
- Czy to nie jest przypadkiem cytat z Madonny?
- Ta piosenka1 doskonale pasuje do sytuacji. Madge zna się na rzeczy.
- Twoja kumpela Madge była żoną Seana Penna, więc czasem jednak błądzi.
W tym momencie nad ich głowami trzasnęły drzwi i obie spojrzały w górę. Jonathan właśnie wychodził ze swojego mieszkania. Cudownie. Ile jeszcze razy Esther będzie go musiała oglądać?
Kroki Jonathana odbiły się echem po dziedzińcu, gdy schodził po schodach. Na ich widok zatrzymał się i skinął głową bez przekonania.