Urszula stała w kuchni i mełła w ustach przekleństwa. Przeczuwała, że się przypalą. Cholerne wegańskie ciasteczka. Uch, tak bardzo chciała po prostu zakląć soczyście i wyrzucić je przez okno, niechby sójki sobie zjadły. Ale goście zaczynali się zjeżdżać, przybyła już Matylda i oczywiście Sonia, należało robić dobrą minę do złej gry. Dopiero by potem były komentarze, że Ulka nie daje sobie rady, że tatuś przygruchał sobie na stare lata jędzę, że nie trzeba było tak pochopnie odprawiać kucharki...
W ogóle to ta smarkula Sonia mogłaby sobie sama kucharzyć, skoro ma takie zachcianki: sera nie, masła nie, mięsa nie, jajek nie, nawet miodu nie! Z sałaty jej zrobić te ciastka czy co?
Nie o to chodzi, że Ulka była leniwa czy niegościnna... Po prostu czuła się zmęczona i miała ochotę odpocząć trochę od garów. Niechby tak tym razem ktoś ją obsługiwał. Czy to źle? Czy to nie jest naturalne, że człowiek dąży do wygodnego, prostego życia? Dość mamy trosk, obowiązków, zadań do wykonania, a wszystko w napięciu, stresie, frustracji, bo ze wszystkim trzeba zdążyć, wszystkiemu podołać.
Gdyby Ula mogła wybrać, jak chce spędzić święta, to... Chyba zaszyłaby się gdzieś zupełnie sama. Bez pitraszenia potraw świątecznych, a już na pewno gotowania w trzech wersjach: niskosodowej dla Norberta, wegańskiej dla jego córki i tradycyjnej dla reszty towarzystwa. Nie byłoby rozmiauczanych kotów dachowców. Nie byłoby słodko uśmiechających się pielęgniarek, o których nie wiadomo, czy przypadkiem nie zadowalają pacjenta w inny sposób niż tylko masażem. Nie byłoby byłych żon, które wprawdzie nie przyjechały (chwała Bogu choć za to!), ale ich widmo pojawiło się i tak - za sprawą dzieci z poprzednich małżeństw. Nie byłoby w ogóle świąt. O, właśnie to jej się marzyło.
Tymczasem jednak Urszula uznała, że dość biadolenia, trzeba wypróbować kolejną recepturę, tak beztrosko podrzuconą przez Sonię.
- Och, nie rób sobie kłopotu! - zawołała dziewczyna zaraz po przyjeździe, zapytana, co właściwie jada. - Mogą być kokosanki, ciastka z fasoli, flaczki z boczniaków... Wszystko, byle wegańskie, bez glutenu i bez cukru. Zaraz ci wyguglam kilka sprawdzonych przepisów. Zresztą co zrobisz, to zjem z radością, Urszulko! Wszystko jedno, na pewno będzie pyszne!
Jeśli ci naprawdę wszystko jedno, to jedz to, co wszyscy - chciała warknąć Ula, dodatkowo podkurzona tą "Urszulką", ponieważ nie cierpiała tego zdrobnienia; zawsze kojarzyło jej się z małym trupkiem, nad którym pochyla się Kochanowski na obrazie Matejki.
Miała już za sobą eksperyment z ciastkami z nasion konopi oraz "biszkopt" z mąki jaglanej, który z jakiegoś powodu wyszedł zupełnie gorzki. Z rezygnacją pomyślała, że pora na fasolę. Wprawdzie nigdy nie słyszała, żeby dało się ją jeść na słodko, a już idea ciastek fasolowych wydawała jej się zupełnym szaleństwem - skoro jednak ktoś piecze takie cudactwa i skoro Sonia znalazła na jakimś blogu przepis zilustrowany zdjęciami, to była szansa, że coś się Urszuli wreszcie uda.
Tymczasem w jadalni trwała zażarta dyskusja nad wyższością życia wiejskiego nad wielkomiejskim. Oczywiście Matylda twierdziła, że miejska dżungla jak najbardziej jej odpowiada.
- To trochę na takiej zasadzie, jak lwom w zoo odpowiada ich wybieg - odparła Sonia. - A wiesz dlaczego? Bo nie zaznały prawdziwej afrykańskiej sawanny. I tak samo jest z tobą. Nie znasz tego uczucia, nie masz nawet pojęcia, jak to jest, gdy twoje uszy wypełniają tylko odgłosy natury: świergot ptaków, brzęczenie pszczół, szum drzew... To są naturalne, dobre wibracje.
- A właściwie dlaczego nie jadasz nawet miodu? - zapytała nagle jej siostra.
Sonia roześmiała się i odrzuciła rude dredy na plecy.
- A co to ma do rzeczy? - zapytała. - Wydawało mi się, że rozmawiamy o tym, gdzie się lepiej mieszka.
Urszula miała ochotę włączyć się do rozmowy. Wygarnęłaby tej smarkuli, że nic nie wie o życiu. Że mieszkanie na wsi to nie tylko "odgłosy natury", ale też ukąszenia gzów podczas plewienia grządek, mrówki w kuchni, szerszenie w kominie wentylacyjnym, kretowiska na trawniku, myszy wprowadzające się jesienią do garażu (a stamtąd do domu), ptasie gówienka na tarasie i wybieranie ich wykałaczką, jeśli jaskółki postanowiły uwić sobie gniazda akurat nad meblami ogrodowymi z rattanu...
Mimo tych wszystkich niewesołych myśli i całej przepełniającej ją goryczy Ula weszła do jadalni z uśmiechem i postawiła na ławie tacę z herbatą.
- Zaraz przyniosę cukier - powiedziała ciepło. - Mam też ksylitol, Soniu, bo wiem, że...
- Nie słodzę, nie trzeba! - Sonia machnęła ręką i ponownie zwróciła się do siostry, kontynuując przerwany wątek: - A do tego dochodzi pobudzenie innych zmysłów... Zieleń jest kojąca dla układu nerwowego, podobnie jak zapachy, zwłaszcza olejki eteryczne drzew iglastych... I dotyk, Mati, mówię ci. Dotyk ziemi. Chodzenie boso po trawniku, przecież to po prostu kwintesencja szczęścia.
Guzik wiesz o szczęściu, chciała zawołać Ula, ale oczywiście nie odezwała się, tylko wróciła do kuchni, bo Matylda nie powiedziała, czy słodzi, więc na wszelki wypadek trzeba przynieść cukierniczkę, a poza tym lada moment przyjedzie Kostek i też pewnie zechce napić się herbaty.
Urszula czuła się gorsza. Zawsze, odkąd pamiętała. Gorsza, mniej ważna, mniej uprzywilejowana. Ostatnia w szeregu. Najpierw dlatego, że jako jedyna z całego rodzeństwa nie zdobyła wyższego wykształcenia - owszem, poświęciła się swojej pasji, została łuczniczką i odnosiła sukcesy sportowe, była nawet srebrną medalistką olimpijską... Ale co z tego, skoro w jej rodzinie nikomu to nie imponowało, bo wszyscy poza nią wybrali ścieżkę naukową i to kariera na uczelni stanowiła dla nich prawdziwą wartość. Sport traktowali trochę jak zabawę; coś, czym można zajmować się w wolnym czasie, ale nie uczynić z tego zawód.
Norberta poznała w chwili, kiedy przestała wygrywać i zamierzała właśnie zakończyć karierę. Jeszcze tylko ostatnie igrzyska, myślała, a potem zniknę po cichu, wyjdę z tego świata; nikt nawet nie będzie pamiętał, że istniałam i kiedyś udało mi się wywalczyć jakiś medal.
Znała go oczywiście - któż by nie znał dumy polskiego tenisa, słynnego Norberta Halla, zdobywcy wielu trofeów, celebryty i biznesmena odnoszącego sukcesy na każdym polu, również wtedy, kiedy już przestał grać. Był od niej sporo starszy, lecz jego męska uroda miała w sobie coś ponadczasowego - podobał się nawet młodziutkim dziewczynom. Zresztą zawsze towarzyszyła mu (w każdym razie na zdjęciach) jakaś olśniewająca piękność. Pewnie dlatego Urszula, która nie uważała się za piękną, nawet nie brała pod uwagę, że między nią a tym supersamcem mogłoby zaiskrzyć. Przecież on wyglądał jak hollywoodzki amant, jak... Richard Gere, w tych swoich eleganckich okularach w srebrnych oprawkach, zza których spoglądały lekko skośne brązowe oczy, z tymi wciąż gęstymi, choć już siwymi włosami... A ona? Najlepszy komplement, jaki w życiu usłyszała, dotyczył jej podobieństwa do Justyny Steczkowskiej. Dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że chodzi wyłącznie o czarne włosy i garbek na nosie. No, i może jeszcze chudość.
Mimo to z jakiegoś powodu zainteresował się nią taki piękny mężczyzna. Po pierwszym szalonym okresie, pełnym niespodziewanych bukietów kwiatów, randek w Wiedniu albo w Paryżu, ot tak, po prostu, bo Norbert miał taką fantazję i zabierał ją tam na weekend - więc po tym kilkumiesięcznym okresie godowym została trzecią panią Hall.
Wbrew temu, co pisały brukowce, wcale nie uwiodły jej jego pieniądze. Nie chodziło o luksusy, drogie auta, wczasy na Seszelach. Zakochała się w nim, naprawdę w nim jako mężczyźnie - w jego dojrzałej pewności siebie, w męskim spokoju, w tym, że miał już za sobą szaleństwa młodości i mógł jej zapewnić oparcie. A przede wszystkim w tym, jak mówił o dzieciach.
- Miałem nieudane małżeństwa - powiedział, kiedy zapytała go o kontakty z byłymi żonami. - Ale mam wspaniałe dzieci. I jeśli czegoś żałuję, to tylko tego, że każde z nich traciłem po rozwodzie. Chciałbym mieć jeszcze jedno i tym razem niczego nie schrzanić. Być tatą aktywnym i obecnym, rozumiesz? Naprawdę obecnym w życiu dziecka.
Tak, właśnie te słowa uwiodły Urszulę, której największym pragnieniem było zostać matką. I tylko rzecz w tym, że choć od początku kochali się namiętnie i bez jakiegokolwiek zabezpieczenia, ona nie zachodziła w ciążę. Czasem zastanawiała się, czy nie chodzi o jakość jego nasienia, bo przecież nie był już taki młody. Jednak gdy raz odważyła się zasugerować, że mógłby zrobić jakieś badania, wpadł w okropną złość.
Zresztą mijały kolejne miesiące, a Norbert wydawał się coraz mniej zainteresowany - coraz bardziej pochłaniały go sprawy biznesowe, z coraz większym zaangażowaniem urządzał kupiony tuż po ślubie pałacyk i zajmował się rewitalizacją parku oraz ogrodu. Ula nie straciła jeszcze nadziei - ale coś w niej powoli gasło. Coraz mniej czuła się kobietą, żoną i kochanką, a coraz bardziej gospodynią, kimś w rodzaju ochmistrzyni, osobistej sekretarki i opiekunki na nadchodzącą starość.