p

Zrób z życia dzieło sztuki - Barbara Pasek

Kup ebooka

44.90 zł
36.82 zł (36,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

ZRÓB Z ŻYCIA DZIEŁO SZTUKI

-To będzie hi­sto­ria o ży­ciu pe­łną pier­sią.

-To będzie hi­sto­ria o cier­pie­niu.

-To będzie hi­sto­ria o ta­ńcu w stru­gach desz­czu.

-To będzie hi­sto­ria o śmier­ci.

-To będzie hi­sto­ria o mi­ło­ści.

-To będzie hi­sto­ria o za­ko­cha­nym, a ta­kże zra­nio­nym ser­cu.

-To będzie hi­sto­ria o po­szu­ki­wa­niu domu w so­bie.

-To będzie hi­sto­ria o du­cho­wej pod­ró­ży.

-To będzie hi­sto­ria o spo­koj­nych chwi­lach w po­je­dyn­kę, z me­lo­dią szczęścia w tle.

-To będzie hi­sto­ria o mi­ło­ści tak ro­man­tycz­nej i roz­pa­la­jącej ser­ce, że aż ci­ężko w nią uwie­rzyć.

-To będzie hi­sto­ria o ży­ciu, bo ży­cie jest tym wszyst­kim.

Ta ksi­ążka była już pra­wie go­to­wa, kie­dy zro­zu­mia­łam, że nie mogę jej wy­dać w tej for­mie. Osta­tecz­ny ter­min był za dwa ty­go­dnie, bra­ko­wa­ło jesz­cze wie­lu stron, ale kon­cept zo­stał do­mkni­ęty w zwi­ęzłym spi­sie tre­ści, któ­ry obie­cy­wał czy­tel­ni­ko­wi zmia­nę ży­cia.

Tak, dzi­ęki po­przed­niej ksi­ążce wie­le osób zmie­ni­ło swo­je ży­cie, a to naj­pi­ęk­niej­sza na­gro­da, jaką mo­głam do­stać. To było tak nie­sa­mo­wi­te, że po­sta­wi­łam so­bie za punkt ho­no­ru, że z ko­lej­ną ksi­ążką będzie tak samo. Sta­ło się to nie­świa­do­mie, jak­by z au­to­ma­tu, bo tak dzia­ła­ją na­sze we­wnętrz­ne, głębo­ko ukry­te pro­gra­my. Coś we mnie na­tych­miast chcia­ło do­sko­czyć do suk­ce­su pierw­szej ksi­ążki, ko­piu­jąc ście­żkę, któ­ra wcze­śniej oka­za­ła się sku­tecz­na. Zno­wu chcia­łam po­pro­wa­dzić cię za rękę przez głębo­ki pro­ces. Zno­wu punkt po punk­cie po­ka­zać ćwi­cze­nia i na­rzędzia, z po­mo­cą któ­rych mo­żna zmie­nić ży­cie. I wiesz co? Część z tego zro­bię: znów do­sta­niesz mo­rze na­rzędzi i in­spi­ra­cji, ale na dwa ty­go­dnie przed ter­mi­nem od­da­nia tej ksi­ążki po­zwo­lę so­bie rów­nież na małą re­wo­lu­cję. Nie małą, gi­gan­tycz­ną, bo po­sta­wię ją do góry no­ga­mi i zro­bię z niej coś zu­pe­łnie in­ne­go, niż za­mie­rza­łam. Czy to będzie kon­ty­nu­acja Od­zy­skaj błysk w oku? To szcze­ry, moc­ny głos mo­jej Du­szy, dla­te­go śmiem twier­dzić, że TAK - to kon­ty­nu­acja po­przed­niej ksi­ążki, tyl­ko inna, bo i ja je­stem inna. Wiem na­to­miast, że nie będzie to ta ksi­ążka, któ­rą mia­łam od­dać do­słow­nie za chwi­lę, bo zro­bi­ła­bym to bez głębo­kiej we­wnętrz­nej zgo­dy. Nie będzie od­twa­rza­nia sche­ma­tu ani po­na­wia­nia tego, co kie­dyś za­dzia­ła­ło. Nie zro­bię tego, co bez­piecz­ne. Ani tego, co zna­ne.

Dziś już nie je­stem tak słod­ka jak róż z okład­ki ksi­ążki wy­da­nej rok temu. Nie po­pro­wa­dzę cię też za rękę, bo nie je­steś ofia­rą ani dziec­kiem, a po­tężnym KRE­ATO­REM - to w to­bie są wszyst­kie od­po­wie­dzi, a ja po­mo­gę ci je zna­le­źć.

Dzie­ło sztu­ki na­sze­go ży­cia po­wsta­je z ry­zy­ka, ze zmia­ny, z by­cia czło­wie­kiem pi­sa­nym po­gru­bio­ną czcion­ką. Z by­cia dziw­nym, z by­cia in­nym, z by­cia sobą. Z by­cia do­kład­nie ta­kim, ja­kim je­steś.

Po­ka­żę ci swo­je sza­le­ństwo, rytm ży­cia, strach, ból, ale i łzy ra­do­ści, kie­dy trud­no mi uwie­rzyć, że świat jest aż tak pi­ęk­ny. Wyj­dę z bu­tów prze­wod­ni­ka, na­uczy­cie­la i co­acha. Tak, sko­ńczy­łam szko­ły, mam dy­plo­my, prze­pro­wa­dzi­łam set­ki lu­dzi przez pro­ces zmia­ny, a pa­trząc na spek­ta­ku­lar­ne efek­ty po pierw­szej ksi­ążce, mogę na­wet na­pi­sać, że ty­si­ące lu­dzi zmie­ni­ło ze mną swo­je ży­cie. Tak, będę ro­bić to da­lej: me­ry­to­rycz­nie prze­pro­wa­dzać lu­dzi przez pro­ces zmia­ny, bo to ko­cham, ale ta ksi­ążka po­trze­bu­je ko­goś in­ne­go... Nie eks­pert­ki, nie na­uczy­ciel­ki, a dzi­kiej ko­bie­ty ży­jącej w praw­dzie, któ­ra się we mnie obu­dzi­ła dzi­ęki cier­pie­niu, stra­cie, śmier­ci i roz­sta­niu. Dzi­ęki ry­zy­ku, po­ra­żce, dro­dze pod prąd i suk­ce­so­wi. Dzi­ęki mi­ło­ści, wy­zwo­le­niu, po­łącze­niu dusz, prze­kro­cze­niu gra­nic tego, co grzecz­ne i co wy­pa­da. Dzi­ęki ki­lo­me­trom wędrów­ki przez śro­dek Eu­ro­py. Dzi­ęki stra­cie, a po­tem da­rom losu. Dzi­ęki wy­bu­dze­niu świa­do­mo­ści i ko­lej­nych warstw sie­bie, o któ­rych nie mia­łam po­jęcia. Tak, obu­dzi­łam w so­bie ko­bie­tę. Nie tyl­ko grzecz­ną i pro­fe­sjo­nal­ną, lecz rów­nież dzi­ką, sza­lo­ną, praw­dzi­wą, no i nie za­wsze miłą.

Po­zna­łam też inną część sie­bie - tę, któ­ra jest sła­ba, nie ma sił i po­trze­bu­je gło­śne­go pła­czu. Tak, ona rów­nież ist­nie­je, cho­ciaż tak dłu­go pró­bo­wa­łam so­bie wmó­wić, że jej nie ma, że ze wszyst­kim so­bie po­ra­dzę, je­stem sil­na i jak za­wsze ja­koś ru­szę do przo­du. Może i tak będzie, ale zro­bię to z czu­ło­ścią, a to dzi­ęki uzna­niu tej części sie­bie, któ­ra jest sła­ba, ale też ma coś bar­dzo wa­żne­go do po­wie­dze­nia. To uwal­nia­jące: na­pi­sać "je­stem dzi­ka i mam gdzieś za­sa­dy, kie­dy czu­ję, że to zgod­ne z moją praw­dą" oraz "je­stem sła­ba i będę jęczeć, bo tego po­trze­bu­ję". Kie­dyś nie przy­zna­ła­bym się do tego na­wet przed wła­sną ro­dzi­ną...

Ta dzi­ka ko­bie­ta jest też w to­bie. Ten dzi­ki, a może właś­nie sła­by i emo­cjo­nal­ny mężczy­zna jest rów­nież w środ­ku cie­bie. Gdzie go scho­wa­łeś? Gdzie ją po­cho­wa­łaś? Gdzie są za­gu­bio­ne cząst­ki cie­bie, któ­re za­ko­pa­łeś pod sza­blo­nem grzecz­nie na­pi­sa­nej ksi­ążki lub pre­cy­zyj­nie za­pa­ko­wa­nych ka­na­pek na szkol­ną wy­ciecz­kę - w sre­ber­ku i z ko­kard­ką, mimo że tak bar­dzo nie masz już siły, żeby się uśmie­chać. Tam pod spodem jest two­ja praw­da, głębia cze­ka­jąca na to, żeby wy­jść na świat.

Wy­pu­ścić na wol­no­ść wszyst­kie cząst­ki Du­szy. Czy to nie brzmi jak wspa­nia­ły plan na resz­tę ży­cia? Za­pra­szam cię za­tem w pod­róż dzi­ęki ksi­ążce, któ­rą na­pi­sa­łam, pó­źniej jej po­ło­wę wy­ka­so­wa­łam, a na­stęp­nie wszyst­ko po­sta­wi­łam na gło­wie. W zgo­dzie ze sobą, bo tak war­to żyć - po swo­je­mu pi­sząc, po swo­je­mu ko­cha­jąc, po swo­je­mu podąża­jąc ście­żką wpi­sa­ną w nas dużo wcze­śniej, niż pa­mi­ęta­my.

To moje dzie­ło sztu­ki. Te­raz czas na two­je.

Za­czy­na­my!

W rok może zmienić się wszystko...

"A lot can happen in one year..." W rok może wy­da­rzyć się bar­dzo wie­le

Taki na­pis wid­nie­je na ka­len­da­rzu, któ­ry przy­ci­ągnął mnie do sie­bie pew­ne­go burz­li­we­go dla mnie dnia. Dnia, w któ­rym już wie­dzia­łam, że nad­cho­dzą zmia­ny, jak­by mury sta­re­go świa­ta mia­ły ru­nąć tyl­ko po to, żeby na ich miej­scu mógł wy­ro­snąć mój wła­sny ogród. Eden no­we­go świa­ta zbu­do­wa­ne­go w zgo­dzie ze mną. Ka­len­darz ku­pi­łam w mie­si­ącu, któ­ry zu­pe­łnie nie ko­ja­rzy się z pla­no­wa­niem przy­szłe­go roku. A był to... li­piec.

Zna­la­złam się wte­dy w ro­dzin­nym mie­ście, u mo­jej sio­stry, gdzie po­je­cha­łam w bar­dzo kiep­skim na­stro­ju. Po­trze­bo­wa­łam wspar­cia i po­my­śla­łam, że może czas już prze­stać dźwi­gać całe ży­cie sa­mo­dziel­nie i po­dzie­lić się z kimś ta­kże smut­kiem, a nie tyl­ko ra­do­ścią. Wszy­scy to zna­my: nie chce­my obar­czać in­nych swo­imi pro­ble­ma­mi, więc zo­sta­je­my sami za fa­sa­dą "wszyst­ko u mnie w po­rząd­ku". Tym­cza­sem wca­le nie trze­ba tak żyć, cza­sem mo­żna po­pro­sić o po­moc lub cho­ciaż to­wa­rzy­stwo, kie­dy do oczu ci­sną się łzy.

Po­je­cha­ły­śmy na małe za­ku­py na po­pra­wie­nie na­stro­ju - świecz­ki i ksi­ążki za­wsze po­tra­fią roz­pa­lić moje dziew­częce ser­ce. Tym ra­zem ku­pi­łam jed­nak ka­len­darz, któ­ry wiel­kim na­pi­sem na okład­ce - "A lot can hap­pen in one year" - wy­sy­łał mi prze­kaz, któ­re­go wte­dy bar­dzo po­trze­bo­wa­łam - na­dzie­ję, że wkrót­ce będzie prze­pi­ęk­nie. Kie­dy wró­ci­ły­śmy do domu, zo­sta­wi­łam za­ku­py w sa­mo­cho­dzie, żeby wy­pa­ko­wać je w War­sza­wie. Gdy za­mknęłam auto, na­gle po­czu­łam, że mu­szę wró­cić po ka­len­darz - ta­kie małe szarp­ni­ęcie w środ­ku, któ­re mówi: "Weź go ze sobą!". Nie wie­dzia­łam, dla­cze­go mam to zro­bić, bio­rąc pod uwa­gę, że do pla­no­wa­nia no­we­go roku zo­sta­ło jesz­cze wie­le mie­si­ęcy, ale z pod­szep­ta­mi in­tu­icji sta­ram się nie dys­ku­to­wać. Kie­dy do­ta­rły­śmy do miesz­ka­nia mo­jej sio­stry, usia­dły­śmy jak za­wsze przy sto­le i za­częły­śmy roz­ma­wiać, roz­pa­ko­wu­jąc za­ku­py. Za­po­zna­jąc się z moim no­wym plan­ne­rem, zo­rien­to­wa­łam się, że jest dość szcze­gól­ny. Otóż my­śla­łam, że ku­pi­łam ka­len­darz na przy­szły rok, tym­cza­sem oka­za­ło się, że ten za­czy­na się wła­śnie w po­ło­wie roku, wła­śnie te­raz. Nie w grud­niu czy w stycz­niu, a w lip­cu, tak jak­by Wszech­świat chciał mi po­wie­dzieć: "Dziś jest pierw­szy dzień two­je­go no­we­go ży­cia".

Wszechświat szepcze do nas przez cały czas: w maleńkich przekazach, informacjach, symbolach. Py­ta­nie, czy to wi­dzi­my I sły­szy­my, czy też nie.

Tam­te­go dnia wpa­dłam na po­my­sł, aby za­kre­ślić w ka­len­da­rzu datę od­le­głą do­kład­nie o rok i za­pa­mi­ętać, żeby za 12 mie­si­ęcy spoj­rzeć wstecz i zo­ba­czyć, jak wie­le może się zmie­nić. Dzi­siaj wiem, że tego dnia Wszech­świat chciał mi po­wie­dzieć: "Za kil­ka­na­ście mie­si­ęcy będziesz inną oso­bą, w in­nym miej­scu, z in­nym pla­nem na ży­cie. Mam na cie­bie taki po­my­sł, że gdy­byś go dzi­siaj po­zna­ła, spa­dła­byś z krze­sła w Kiel­cach, a ten ka­len­darz wy­pa­dłby ci na be­żo­we płyt­ki w kuch­ni. Wszyst­ko jest na do­brej dro­dze!". Pa­mi­ętam, że tego dnia wy­ci­ągnęły­śmy z Izą spi­ry­tu­al­ne kar­ty i po­sta­no­wi­ły­śmy za­py­tać Wszech­świat, co wy­da­rzy się za 12 mie­si­ęcy. Dla jed­nych kar­ty afir­ma­cyj­ne to za­ba­wa, inni wy­bie­ra­ją bar­dziej za­awan­so­wa­ne kar­ty spi­ry­tu­al­ne i trak­tu­ją je bar­dzo se­rio. Ja pre­fe­ru­ję ba­lans, ale cza­sem lu­bię za­grać z Wszech­świa­tem w taką małą ru­let­kę py­tań i od­po­wie­dzi, dla­te­go za­py­ta­łam: "Co chcesz mi po­wie­dzieć o tym, co być może wy­da­rzy się w ci­ągu 12 mie­si­ęcy". Kar­ty, któ­re wy­ci­ągnęłam, były bar­dzo cie­ka­we, bo pierw­szy raz w moje ręce tra­fił tak cha­rak­te­ry­stycz­ny ze­staw:

RO­DZI­NA

ŚLUB

OKA­ZJA DO PRZE­BA­CZE­NIA

W zwi­ąz­ku z tym, że wła­śnie by­łam po roz­sta­niu, któ­re­go jesz­cze rok wcze­śniej wca­le się nie spo­dzie­wa­łam, sce­na­riusz z we­lo­nem i ro­dzin­ką nie wy­da­wał się zbyt re­al­ny. Jed­nak za­wsze pa­mi­ętam, że wspa­nia­ły Wszech­świat po­tra­fi za­ska­ki­wać. Przy­znam, że roz­ło­że­nie tych kart, któ­rych nie bra­łam zbyt se­rio, mnie za­in­try­go­wa­ło. Za­pi­sa­łam ich tre­ść przy da­cie od­le­głej o rok. Cie­ka­we, co się sta­nie...

To, co się wy­da­rzy­ło w za­le­d­wie trzy mie­si­ące, prze­szło moje najśmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Co zda­rzy­ło się w nie­ca­ły rok od od­da­nia do dru­ku ksi­ążki Od­zy­skaj błysk w oku, to sce­na­riusz, któ­re­go ni­g­dy sama bym nie wy­my­śli­ła, a gi­gan­tycz­nej zmia­ny, któ­ra we mnie za­szła, nie mo­głam prze­wi­dzieć. Bo ta­kie jest ży­cie - re­ży­se­ru­je dla nas sce­ny, któ­re tyl­ko Ale­jan­dro Jo­do­row­sky mó­głby umie­ścić w swo­ich fil­mach. I pi­ęk­ne, i gorz­kie.

Kie­dy pa­trzę wstecz, wi­dzę, że w moim ży­ciu już wie­le razy w 12 mie­si­ęcy zmie­nia­ło się nie­mal wszyst­ko. Pa­mi­ętam rok, w któ­rym:

-wy­szłam z tok­sycz­nej re­la­cji, co wte­dy było dla mnie ko­ńcem świa­ta, a całe cia­ło wręcz mnie bo­la­ło, kie­dy w du­chu po­wta­rza­łam: "Nikt mnie już tak nie po­ko­cha";

-nie­wie­le pó­źniej oka­za­ło się, że to naj­lep­sze, co mo­gło mi się przy­tra­fić, bo osza­la­ła­bym w ta­kim zwi­ąz­ku. Ktoś mnie pó­źniej po­ko­chał, tyl­ko zdro­wiej i pi­ęk­niej;

-za­cho­ro­wa­łam na ci­ężką, ta­jem­ni­czą cho­ro­bę, któ­ra przy­ku­ła mnie do łó­żka, z dnia na dzień od­bie­ra­ła pa­mi­ęć i mo­żli­wo­ść sa­mo­dziel­ne­go funk­cjo­no­wa­nia;

-po­tem prze­szłam in­ten­syw­ne le­cze­nie, któ­re zmie­ni­ło wie­le w po­strze­ga­niu mo­je­go świa­ta i sen­su ży­cia. Tak wie­le, że chwi­lę pó­źniej od­wa­ży­łam się pod­jąć wca­le nie­ła­twą de­cy­zję...;

-do­sta­łam pew­ną pra­cę ma­rzeń w me­diach, na któ­rą tak dłu­go cze­ka­łam - mia­łam ją przed no­sem;

-wy­bra­łam jed­nak wy­jazd na sty­pen­dium do Fran­cji - goła i we­so­ła, z wie­lo­ma zna­ka­mi za­py­ta­nia o przy­szło­ść. Tam prze­ży­łam jed­ną z naj­wi­ęk­szych przy­gód ży­cia;

-na­stęp­nie już od­mie­nio­na i sil­niej­sza wró­ci­łam do Pol­ski i... do­sta­łam tam­tą wy­ma­rzo­ną pra­cę, któ­ra jak się oka­za­ło, wci­ąż na mnie cze­ka­ła;

-tra­fi­łam do świa­ta me­diów, gwiazd i wy­da­rzeń, o któ­rym kie­dyś tyl­ko ma­rzy­łam. Z bar­dzo cho­rej dziew­czy­ny ze zła­ma­nym ser­cem przez spłu­ka­ną stu­dent­kę aż po spe­łnia­jącą ma­rze­nia re­por­ter­kę na czer­wo­nych dy­wa­nach - w rok moje ży­cie zmie­ni­ło się nie do po­zna­nia. Tra­fi­łam na sce­na­riusz, któ­ry do­pro­wa­dził mnie do świa­ta show-biz­ne­su: po­ka­zy mody, pre­mie­ry, obłęd­ne pod­ró­że... Tyle się wy­da­rzy­ło w za­le­d­wie 12 nie­zwy­kle trans­for­ma­cyj­nych mie­si­ęcy wie­le, wie­le lat temu.

Pa­mi­ętam też inny rok, któ­ry wy­glądał na­stępu­jąco:

-w szczy­cie ka­rie­ry, pra­cu­jąc w te­le­wi­zji, pod­ró­żo­wa­łam po świe­cie i ro­bi­łam re­por­ta­że z nie­sa­mo­wi­tych wy­da­rzeń w wie­lu miej­scach świa­ta;

-od Can­nes po Nowy Jork pro­wa­dzi­łam wy­wia­dy z wiel­ki­mi gwiaz­da­mi. Jesz­cze dłu­ższe czer­wo­ne dy­wa­ny, jesz­cze bar­dziej osza­ła­mia­jące suk­nie, jesz­cze wi­ęk­szy splen­dor;

-na­gle... pro­gram zdjęto z an­te­ny. Mimo że mia­łam jesz­cze inną pra­cę, mój świat ru­nął, bo za­bra­no mi lu­kro­wa­ne cia­stecz­ka, któ­ry­mi pre­cy­zyj­nie się obło­ży­łam, aby za­głu­szyć swój wy­jący brak po­czu­cia wła­snej war­to­ści (mimo że w tam­tym cza­sie by­łam świ­ęcie prze­ko­na­na o swo­jej wiel­kiej pew­no­ści sie­bie...);

-kil­ka mie­si­ęcy od tego wy­da­rze­nia po­sta­no­wi­łam ode­jść z wcze­śniej wspo­mnia­nej dru­giej pra­cy, któ­ra za­pew­nia­ła mi byt oraz za­bez­pie­cze­nie fi­nan­so­we, i zo­sta­łam z wiel­kim zna­kiem za­py­ta­nia co do przy­szło­ści. Ode­szłam, bo nie mo­głam wy­trzy­mać i pra­cy, i sama ze sobą;

-oka­za­ło się, że za­cho­ro­wa­łam na de­pre­sję, co wy­da­wa­ło się sce­na­riu­szem scien­ce fic­tion, bo prze­cież mia­łam wszyst­ko. Tę hi­sto­rię zna­cie z po­przed­niej ksi­ążki.

W rok od naj­ja­śniej­sze­go szczy­tu ego do naj­czar­niej­szej nocy Du­szy. Od cier­pie­nia do wiel­kich ma­rzeń. Tak się cza­sem plączą dro­gi na­sze­go ży­cia. My­śli­my, że wszyst­ko jest ja­sne i pew­ne, a tu nie­spo­dzian­ka, los pła­ta nam fi­gla. My­śli­my, że je­ste­śmy w ciem­nej piw­ni­cy, z któ­rej nie ma wy­jścia, a oka­zu­je się, że świa­tło jest bli­żej, niż my­śli­my, a do tego pi­ęk­niej­sze, niż mo­żna so­bie wy­obra­zić.

Wie­le lat pó­źniej pi­szę do was z ca­łkiem in­ne­go miej­sca, w zu­pe­łnie in­nym sta­nie. Czu­ję się zdro­wa, szczęśli­wa, spe­łnio­na i pew­na swo­jej war­to­ści wy­łącz­nie dla­te­go, że JE­STEM. Czu­ję się spo­koj­na, ko­cha­na. Za ni­czym nie go­nię. Zmie­ni­łam ca­łko­wi­cie ży­cie za­wo­do­we i oso­bi­ste oraz sys­tem funk­cjo­no­wa­nia. Zmie­ni­ło się wszyst­ko.

Ta­kie jest ży­cie - póki trwa, może wy­da­rzyć się do­kład­nie wszyst­ko. Bądź go­to­wy na nie­spo­dzian­ki. W rok może wy­da­rzyć się wszyst­ko. Two­je ży­cie może się zmie­nić nie do po­zna­nia.

Je­stem pew­na, że kie­dy po­pa­trzysz na swo­je ży­cie z per­spek­ty­wy cza­su, zo­ba­czysz i w swo­jej hi­sto­rii, jak wie­le się zmie­ni­ło w krót­kim okre­sie. To do­wód na to, że może zmie­nić się wszyst­ko. Na­sze hi­sto­rie to nie­by­wa­łe przy­go­dy, któ­re po­tra­fią za­sko­czyć w naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­nym mo­men­cie.

O tej przy­go­dzie, zwa­nej nie­prze­wi­dy­wal­nym, sza­lo­nym ży­ciem, prze­czy­tasz w tej ksi­ążce, ale nie będzie to hi­sto­ryj­ka o mnie, a baza do two­jej we­wnętrz­nej pod­ró­ży i za­da­wa­nia głębo­kich py­tań.

Za rok mo­żesz być już zu­pe­łnie inną wer­sją sie­bie, miesz­kać w in­nym miej­scu, być w in­nym zwi­ąz­ku lub tak zmie­nić obec­ną re­la­cję, że ci­ężko ci będzie uwie­rzyć, iż je­steś z tym sa­mym czło­wie­kiem. Mo­żesz wy­ko­ny­wać inny za­wód, po­rządek świa­ta też może być inny... WSZYST­KO może się zmie­nić. To, co po­zo­sta­nie nie­zmien­ne, to praw­da, któ­ra jest w to­bie i pro­wa­dzi cię przez cały czas. Ta praw­da, ten pod­szept, do­pro­wa­dził cię rów­nież tu­taj, na stro­ny tej ksi­ążki, któ­ra tra­fia w two­je ręce nie przez przy­pa­dek. Ona chce ci po­wie­dzieć coś wa­żne­go.

W ci­ągu roku mo­żesz zro­bić z ży­cia dzie­ło sztu­ki, je­śli tyl­ko od­pu­ścisz nad­mier­ną kon­tro­lę, za­ufasz i dasz się pro­wa­dzić w zgo­dzie z ci­chym pod­szep­tem two­jej Du­szy.

Nie­wa­żne z ja­kie­go punk­tu star­tu­jesz, ja­kie masz ma­rze­nia lub pro­blem, z któ­re­go nie wiesz, jak wy­brnąć. Za­pisz tę datę w ka­len­da­rzu lub tu­taj: ............................., aby so­bie naj­da­lej za rok przy­po­mnieć, gdzie by­łeś jesz­cze chwi­lę temu i jak wie­le się zmie­ni­ło.

Puść. Nie­dłu­go i tak zmie­ni się wszyst­ko.

Go­to­wy? A więc za­czy­na­my przy­go­dę, po któ­rej ka­ru­ze­la two­je­go ży­cia ru­szy w takt no­wej me­lo­dii.

Namaluj arcydzieło swojego życia

Chcę bez­kom­pro­mi­so­wo ci po­ka­zać, że ży­cie, na ja­kie za­słu­gu­jesz, jest mo­żli­we. Je­że­li nie czy­ta­łeś mo­jej ksi­ążki Od­zy­skaj błysk w oku, to po­le­cam za­głębić się rów­nież w tam­tą hi­sto­rię: wte­dy po­znasz mnie le­piej, z mo­imi wzlo­ta­mi i upad­ka­mi.

A upad­ków było spo­ro, bo ta­kie jest ży­cie: raz idzie świet­nie, a in­nym ra­zem boli tak bar­dzo, że za­czy­nasz się za­sta­na­wiać, czy w ogó­le da­lej grać w tę grę. Pew­nie wca­le nie mu­szę o tym mó­wić, bo los nie­raz sko­pał cię po pisz­cze­lach. Wa­żne, że na sa­mym ko­ńcu wci­ąż tu je­ste­śmy, bo to praw­dzi­wy CUD. Pi­szę te sło­wa w pierw­szych dniach na­jaz­du Ro­sji na Ukra­inę, kie­dy wszy­scy już wie­my, jak bar­dzo nie­oczy­wi­ste jest to, że ży­je­my, je­ste­śmy wol­ni i bez­piecz­ni. Być może wie­le osób po raz pierw­szy to do­ce­nia. Fakt, że trzy­masz w rękach tę ksi­ążkę, jest na to do­wo­dem, a ja mam za­miar cię za­chęcić, aby z ka­żde­go dnia, ty­go­dnia i mie­si­ąca zro­bić AR­CY­DZIE­ŁO.

Ka­żdy po­ra­nek to cud, na­wet ten, któ­ry w spo­sób oczy­wi­sty jest po pro­stu do kitu. Za oknem sza­ro i brzyd­ko, a ty mu­sisz iść na au­to­bus... Tak, znam ta­kie dni i też nie pląsam wte­dy jak w Desz­czo­wej pio­sen­ce. Bu­dzę się cza­sa­mi z prze­kle­ństwem na ustach, ale za­raz po­tem przy­po­mi­nam so­bie nie­sa­mo­wi­te zda­nie, któ­re prze­czy­ta­łam w ksi­ążce Re­be­ki Camp­bell Mes­sa­ges and Ac­ti­va­tions for Re­mem­be­ring Who You Are and Why You Came Here1) (tłu­ma­cze­nie wła­sne):

1) R. Campbell, Letters to a Starseed: Mes­sa­ges and Ac­ti­va­tions for "Re­mem­be­ring Who You Are and Why You Came Here, Hay Ho­use UK 2021.

"Two­ja Du­sza mia­ła ma­rze­nie. Tym ma­rze­niem jest two­je ży­cie".

To zda­nie spra­wia, że czu­ję ciar­ki, bo przy­po­mi­na mi, że ten fi­zycz­ny świat, z jego sza­ro­ścia­mi, bra­ka­mi i bó­la­mi, to było wiel­kie ma­rze­nie mo­jej Du­szy, któ­ra chcia­ła do­świad­czyć tu­taj wszyst­kie­go. I pie­ro­gów z ja­go­da­mi, i wątrób­ki, któ­rej nie zno­szę, nie tyl­ko dla­te­go, że nie jem mi­ęsa. Je­ste­śmy na zie­mi, żeby DO­ŚWIAD­CZAĆ tego, co nas ota­cza, spo­ty­ka, co boli lub wy­pe­łnia eks­ta­zą na­sze ser­ca. Ten prze­pi­ęk­ny, moc­ny, pul­su­jący sens ży­cia mo­żna od­na­le­źć w ka­żdym, na­wet naj­bar­dziej sza­rym po­ran­ku.

Do­brze wiem, że nie da się ca­łko­wi­cie cie­szyć ży­ciem, je­śli coś w nim nie pa­su­je. Ja mogę mó­wić: "Do­świad­czaj", a ty my­ślisz: "Nie mogę już pa­trzeć na moje miesz­ka­nie i chło­pa". Tu­taj też się do­ga­da­my - by­łam tam i wiem, jak to sma­ku­je. Od tego je­stem: żeby być wspar­ciem na dro­dze do punk­tu, w któ­rym znaj­dziesz się na swo­im miej­scu. Nie będziesz już pa­sa­że­rem na gapę w swo­im ży­ciu, w cu­dzym spek­ta­klu, na za­ku­rzo­nej sce­nie i z ak­to­ra­mi, któ­rych nie lu­bisz.

To będzie praw­dzi­we dzie­ło sztu­ki! Bi­let już masz, roz­si­ądź się wy­god­nie i bądź go­tów na sztu­kę, któ­rą sam wy­re­ży­se­ru­jesz. War­to wpa­ść na do­bry spek­takl z kimś bli­skim lub na­wet całą pacz­ką zna­jo­mych, dla­te­go za­chęcam cię, że­byś bi­let w po­sta­ci tej ksi­ążki po­dał da­lej ko­muś, kto rów­nież może go po­trze­bo­wać.

Ostat­nim ra­zem wła­śnie w taki spo­sób uru­cho­mi­li­ście sza­lo­ną falę: czy­tel­nicz­ki wręcza­ły moją ksi­ążkę ko­le­żan­kom, ma­mom i swo­im fa­ce­tom, cza­sa­mi go­ściom lub nie­zna­jo­mym. Od­zy­skaj błysk w oku pod­ró­żo­wa­ła od Chor­wa­cji przez Sta­ny Zjed­no­czo­ne po Zan­zi­bar - była czy­ta­na w po­ko­jach ho­te­lo­wych, na pla­żach i jach­tach, cze­ka­ła w bi­blio­te­kach sąsiedz­kich na klat­kach scho­do­wych i w eks­klu­zyw­nych re­stau­ra­cjach. Pod­ró­żo­wa­ła i "przy­pad­ko­wo" znaj­do­wa­ła lu­dzi, któ­rzy jej po­trze­bo­wa­li. Uwiel­biam ta­kie "przy­pad­ko­we" uśmie­chy losu, któ­re nie mają nic wspól­ne­go ze zbie­giem oko­licz­no­ści. To praw­dzi­wa ma­gia pi­ęk­nej ener­gii, któ­ra ma przy­czy­nę, sku­tek i zde­cy­do­wa­nie zna­cze­nie. Tę falę pu­ści­li­ście wy, a ja nie po­tra­fię opi­sać mo­jej wdzi­ęcz­no­ści, bo dzi­ęki wa­szym po­le­ce­niom i temu, że prze­ka­zy­wa­li­ście tę ksi­ążkę in­nym, spe­łni­ła ona swój cel - obu­dzi­ła do pe­łne­go ży­cia wie­le osób, któ­re być może ni­g­dy by po nią nie si­ęgnęły. Ni­g­dy nie po­de­szły­by do pó­łki w skle­pie pod­pi­sa­nej "roz­wój oso­bi­sty", bo uwa­ża­ły­by, że to nie dla nich. Tym­cza­sem ście­żki losu wie­dzia­ły le­piej - dzi­ęki wam. Czy kie­dyś my­śla­łam, że moja pierw­sza ksi­ążka, na­pi­sa­na w wie­ku 32 lat, znaj­dzie się w ka­ta­lo­gu "be­st­sel­ler" w Em­pi­ku w trzy ty­go­dnie od pre­mie­ry? Nie! A jed­nak się oka­za­ło, że ta fala do­brej ener­gii jest do­wo­dem na to, że cuda się zda­rza­ją.

Tym ra­zem rów­nież masz szan­sę wręczyć ko­muś bi­let na nie­sa­mo­wi­ty spek­takl, zwa­ny naj­lep­szą wer­sją ży­cia, ale ta­kże... na szcze­gól­ny wer­ni­saż. Kie­dy prze­kart­ku­jesz tę ksi­ążkę, od razu zo­ba­czysz, że okład­ka­mi ko­lej­nych roz­dzia­łów są ob­ra­zy - bar­dzo, bar­dzo szcze­gól­ne. Hi­sto­ria tego, że znaj­du­ją się w tej ksi­ążce, rów­nież jest ab­so­lut­nie wy­jąt­ko­wa.

Pew­ne­go dnia, zu­pe­łnym "przy­pad­kiem" - przez splot roz­mów, spo­tkań i zda­rzeń - tra­fił do mo­je­go miesz­ka­nia ob­raz. Aku­rat po­trze­bo­wa­łam du­żej for­my w cen­tral­nym punk­cie domu i ten je­den je­dy­ny ob­raz po­czu­łam od razu. Był to ory­gi­nał dzie­ła, któ­re... wi­dzisz dzi­siaj na okład­ce tej ksi­ążki, tuż za mo­imi ple­ca­mi, oraz w ca­ło­ści na stro­nie otwie­ra­jącej ten roz­dział. Od sa­me­go po­cząt­ku po­czu­łam, że jest to ob­raz szcze­gól­ny - szyb­ko prze­pi­ęk­nie zmie­nił ener­gię w domu i mia­łam wra­że­nie, że mam z nim ja­kąś dziw­ną więź. Do­pie­ro kil­ka ty­go­dni pó­źniej po­zna­łam hi­sto­rię au­to­ra tego dzie­ła. Otóż Ma­ciej Wie­cze­rzak z du­żym suk­ce­sem wy­sta­wiał swo­je pra­ce w Pol­sce czy też w re­no­mo­wa­nej Sa­at­chi Gal­le­ry w Lon­dy­nie, two­rzył moc­ne, od­wa­żne, bez­kom­pro­mi­so­we dzie­ła, któ­re wy­pły­wa­ły pro­sto z jego wy­le­wa­jących się na płót­no emo­cji. Jed­nak los miał swój plan... Ten nie­zwy­kle uta­len­to­wa­ny ar­ty­sta, przed któ­rym świat stał otwo­rem, od­sze­dł kil­ka lat temu w wie­ku za­le­d­wie 29 lat. Po­zo­sta­wił ro­dzi­nę i... dzie­ła sztu­ki. Ta hi­sto­ria to­tal­nie mnie po­ru­szy­ła - nie sądzi­łam, że pod tym ra­do­snym pi­ęk­nem wi­szącym na mo­jej ścia­nie kry­je się tak po­ru­sza­jąca, moc­na hi­sto­ria. Dzieł, któ­re po nim po­zo­sta­ło, jest wie­le; są prze­pi­ęk­ne, pe­łne mocy i pro­wa­dzą z od­bior­cą pew­ną grę. Pro­szą, aby w nią za­grać...

Pew­ne­go dnia zro­zu­mia­łam, że ten ob­raz nie tra­fił do mnie przez przy­pa­dek, że du­sza ar­ty­sty za­cza­ro­wa­na w tym za­mie­rza­ła mi coś po­wie­dzieć. Być może chcia­ła, aby jego pra­ce da­lej były sze­ro­ko po­ka­zy­wa­ne świa­tu i nio­sły jego ta­lent da­le­ko, po­ru­sza­jąc ty­si­ące serc. Za­czy­nam od po­ka­za­nia jego kil­ku dzieł na kar­tach tej ksi­ążki, pla­nu­ję też, że jej pre­mie­ra będzie po­łączo­na z wer­ni­sa­żem, któ­ry przy wspar­ciu Wszech­świa­ta być może uda się zor­ga­ni­zo­wać nie tyl­ko w Pol­sce. A dziś chcia­ła­bym, że­byś wy­obra­ził so­bie, że ta ksi­ążka to rów­nież wi­zy­ta na pry­wat­nej wy­sta­wie tego szcze­gól­ne­go ar­ty­sty. Ty, ja, my wszy­scy mamy wiel­ką moc - po­ka­zuj­my jego dzie­ła, dziel­my się tą hi­sto­rią. Niech w re­zul­ta­cie jego pra­ce do­trą na­wet za oce­an. Moim ma­rze­niem jest, aby te dzie­ła sztu­ki jesz­cze bar­dziej oży­ły wraz z tą ksi­ążką...

Ta wy­jąt­ko­wa hi­sto­ria bar­dzo moc­no na­wi­ązu­je do wąt­ku prze­wod­nie­go - ma za­chęcić cię do kre­owa­nia swo­je­go ży­cia dzień po dniu, bo jest tak bar­dzo kru­che. Ale ta­kże do two­rze­nia, dzia­ła­nia, kre­owa­nia, bo:

To, co two­rzy­my, zo­sta­je po nas na za­wsze.

Dla­te­go cie­szę się, że masz w ręku ten bi­let - na wer­ni­saż, spek­takl czy ma­gicz­ną pro­jek­cję - wy­bierz sam. I za­bierz ze sobą ko­goś jesz­cze.

Jak wie­le znasz osób, któ­re czu­ją, że w ich ży­ciu nie do ko­ńca jest OK? Któ­re spa­la­ją się ka­żde­go dnia, ale wci­ąż nie mają siły, by ru­szyć do przo­du? Jak wie­le znasz osób, któ­re mają w so­bie czy­sty głód ży­cia i pi­ęk­ne ma­rze­nia, ale nie mają od­wa­gi?

Cza­sem ktoś musi wy­ci­ągnąć rękę i być zna­kiem, wspar­ciem, sy­gna­łem. Ja wy­ci­ągam rękę do cie­bie, a ty wy­ci­ągnij ją da­lej. Tak dzie­ją się cuda.

No do­brze, czas na roz­su­ni­ęcie kur­ty­ny: to będzie wspa­nia­ły show!

CO TO ZNACZY "ZROBIĆ Z ŻYCIA DZIEŁO SZTUKI"?

Pomy­śl o swo­im ży­ciu jak o ob­ra­zie. Kie­dy ma­larz two­rzy dzie­ło, ża­den ruch nie jest bez zna­cze­nia, nie jest przy­pad­ko­wy. I cho­ciaż nie wszyst­kie po­ci­ągni­ęcia pędz­la są de­cy­du­jące - nie­któ­re są bazą lub tłem - to wszyst­kie mają zna­cze­nie. Po­my­śl o ka­żdym two­im za­jęciu, ru­chu, re­la­cji, ak­tyw­no­ści w ci­ągu dnia, miej­scu, gdzie spędzasz czas, two­im oto­cze­niu - o WSZYST­KIM, co jest w two­im ży­ciu ni­czym po­je­dyn­cze po­ci­ągni­ęcia pędz­la. Ja­kie one są? Czy są nie­przy­pad­ko­we, pre­cy­zyj­nie do­pa­so­wa­ne do ca­ło­ści dzie­ła, czy są brzyd­kim klek­sem, któ­ry od­da­la cię od stwo­rze­nia pi­ęk­ne­go ob­ra­zu na wła­snych za­sa­dach?

Bar­dzo często sły­szę, że oso­by, któ­re wspie­ram na warsz­ta­tach czy se­sjach in­dy­wi­du­al­nych, przed we­jściem na ście­żkę zmian czu­ły się w swo­im ży­ciu tro­chę jak pa­sa­żer na gapę. Ma­chi­na się roz­pędzi­ła: ży­je­my z dnia na dzień, od spo­tka­nia do po­si­łku, od pro­jek­tów do obo­wi­ąz­ków. Często mie­si­ąca­mi, a na­wet la­ta­mi dzia­ła­my na au­to­ma­cie, nie za­sta­na­wia­jąc się na­wet, jaki to wszyst­ko ma sens i czy ta roz­pędzo­na ma­chi­na w ogó­le mi słu­ży, cie­szy i spra­wia, że czu­ję, że żyję. Bar­dzo często nie. To ży­cie, w któ­rym 99 pro­cent ru­chów pędz­la to brzyd­kie, przy­pad­ko­we klek­sy. Na­wet nie wiesz, że je ro­bisz, bo nie za­uwa­ży­łeś, że ja­kieś dzie­ło w ogó­le po­wsta­je.

Na­sze całe ży­cie to dzie­ło sztu­ki. Od nas za­le­ży, czy będzie to prze­pi­ęk­ny ob­raz, za­pie­ra­jący dech w pier­siach, czy bo­ho­maz, któ­ry cho­wa się za sza­fą, bo wstyd po­ka­zać go na­wet so­bie.

Za­chęcam cię do spoj­rze­nia na ży­cie jak na ob­raz. Po­pa­trzy­my na po­je­dyn­cze po­ci­ągni­ęcia pędz­la, bo to prze­cież z nich skła­da się efekt ko­ńco­wy. Sku­pi­my się jed­nak ta­kże na czy­mś wa­żniej­szym - na tym, ja­kie to dzie­ło ma być, co ma przed­sta­wiać, co wy­ra­żać i jak chcesz się z nim czuć. Gdzie chcesz do­jść, co i jak w swo­im ży­ciu przy­ci­ągnąć, ja­kie ma­rze­nia spe­łnić i JAK to zro­bić. Nie będzie to ja­kieś mia­łkie pitu-pitu na za­sa­dzie "wy­star­czy chcieć". Wej­dzie­my głębo­ko w taj­ni­ki tego, jak si­ęgnąć po ży­cie, któ­re­go pra­gniesz, i jak po­ru­szyć Wszech­świat na wie­lu po­zio­mach. Jak utrzy­mać styl ży­cia, w któ­rym czu­jesz, że pły­niesz, śmie­jesz się i chce ci się rano wy­ska­ki­wać z łó­żka; ka­rie­rę, w któ­rej się spe­łniasz; zwi­ązek, w któ­rym roz­kwi­tasz. Wy­bierz swo­je i pa­mi­ętaj - je­że­li two­ja Du­sza szcze­rze tego pra­gnie, po­ja­wi się od­po­wie­dź. Za­słu­gu­jesz na wszyst­ko, o czym ma­rzysz.

Pa­mi­ętam, jak będąc na stu­diach, mu­sia­łam so­bie ku­pić bot­ki, bo sta­re się roz­kle­iły. Zo­sta­ło mi 300 zł do ko­ńca mie­si­ąca, ale po­szłam do sie­ciów­ki, by po­szu­kać cze­goś pi­ęk­ne­go. Mimo że nie mia­łam du­że­go bu­dże­tu, za­wsze po­tra­fi­łam upo­lo­wać praw­dzi­we cuda w bar­dzo do­brej ce­nie. W skle­pie na­gle zo­ba­czy­łam... dwie pary. Obie były pi­ęk­ne, ró­żne i w świet­nej pro­mo­cji - ok. 99 zł za parę. Bio­rąc pod uwa­gę, że zo­sta­ło mi nie­wie­le pie­ni­ędzy, ra­cjo­nal­nie było wy­brać jed­ną, ale ja nie po­tra­fi­łam się zde­cy­do­wać. Za­dzwo­ni­łam wte­dy do mo­jej przy­ja­ció­łki i po­wie­dzia­łam: "Słu­chaj, Disa, nie wiem, któ­re wy­brać". A ona po­wie­dzia­ła coś, co pro­wa­dzi mnie przez ży­cie: "Weź obie pary, BO NA TO ZA­SŁU­GU­JESZ". I cho­ciaż wy­da­wa­ło się to zu­pe­łnie nie­ra­cjo­nal­ne, bio­rąc pod uwa­gę stan kon­ta, to tam­to zda­nie tak bar­dzo do mnie prze­mó­wi­ło, że wzi­ęłam obie pary. Bo na to za­słu­gi­wa­łam. Od tego cza­su, kie­dy się wa­ha­łam, czy si­ęgnąć po coś, cze­go bar­dzo chcę, ale ra­cjo­nal­ne ar­gu­men­ty mó­wi­ły "nie", przy­po­mi­na­łam so­bie tam­tą sy­tu­ację i tam­to zda­nie: "BO NA TO ZA­SŁU­GU­JESZ". I to jest wy­star­cza­jący po­wód, żeby dać so­bie to, cze­go pra­gnie­my. Py­ta­nie nie brzmi CZY, a JAK.

Za­słu­gu­jesz na ży­cie, któ­re jest tęt­ni­ące, pul­su­jące, wi­bru­jące i po­wa­la­jące. Za­słu­gu­jesz, by być pierw­szo­pla­no­wym ak­to­rem w fa­scy­nu­jącym fil­mie, któ­ry sam oska­ro­wo wy­re­ży­se­ru­jesz. Za­słu­gu­jesz na to, by być ma­la­rzem ar­cy­dzie­ła, któ­rym jest Two­je ży­cie.

No wła­śnie... Gdy­byś te­raz miał nadać ty­tuł ob­ra­zo­wi na­ma­lo­wa­ne­mu na pod­sta­wie ak­tu­al­nej hi­sto­rii two­je­go ży­cia, to jaki by był?

......................................................................................................

......................................................................................................

Mam na­dzie­ję, że będzie to coś pi­ęk­ne­go, w sty­lu "Wi­ru­jąca z ma­rze­nia­mi", "Po­tęga bo­gi­ni" lub "Mi­ło­ść moc­niej­sza niż pro­sec­co", ale oba­wiam się, że wie­le osób może po­wie­dzieć "Sro­mot­na po­ra­żka, część VII". To wa­żne: wie­dzieć, z ja­kie­go punk­tu star­tu­je­my, jak to na­sze dzie­ło te­raz wy­gląda, czym jest i ile w nim jest CIE­BIE, a nie roz­pędzo­nej ma­chi­ny co­dzien­no­ści. Chcę cię za­brać w ma­gicz­ny, kre­atyw­ny, pi­ęk­ny pro­ces twór­czy, dzi­ęki któ­re­mu ty­tuł two­je­go ob­ra­zu, je­że­li nie do ko­ńca ci się te­raz po­do­ba, pod ko­niec tej ksi­ążki zmie­ni się w cud­ną hi­sto­rię, któ­rej ko­lej­nej od­sło­ny nie będziesz się mógł do­cze­kać.

Jak za­ty­tu­ło­wa­ny by­łby ob­raz, któ­ry pra­gnąłbyś na­ma­lo­wać? Któ­ry mia­łbyś na ścia­nie i z dumą na nie­go pa­trzył, wie­dząc, że to naj­pi­ęk­niej na­ma­lo­wa­na hi­sto­ria...

......................................................................................................

......................................................................................................

Na­wet je­śli je­steś za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go "te­raz", wci­ąż mamy ra­zem wie­le do zro­bie­nia. To wspa­nia­ły start, żeby za­cząć ma­ni­fe­sto­wać rze­czy wiel­kie, pi­ęk­ne i ta­kie, któ­re te­raz nie miesz­czą ci się w gło­wie. Si­ęgnie­my na szczyt two­je­go po­ten­cja­łu, bo masz go wi­ęcej, niż my­ślisz...

Go­to­wy? Two­rzy­my!

STARE ODCHODZI, ABY MOGŁO POJAWIĆ SIĘ NOWE

Moja po­przed­nia ksi­ążka spra­wi­ła, że wie­lu czy­tel­ni­ków wy­wró­ci­ło swo­je ży­cie do góry no­ga­mi - tak na­pi­sa­ła­bym, uży­wa­jąc języ­ka spo­łecz­nych sche­ma­tów, w któ­rym za­zwy­czaj bra­ku­je miej­sca na zro­zu­mie­nie od­wa­żnych jed­no­stek, bo pa­trzy się na nie z nie­do­wie­rza­niem. Co wi­ęcej, często zmia­ny w zgo­dzie ze sobą, któ­re pro­wa­dzą do szczęścia, są oce­nia­ne w spo­sób, któ­ry mo­żna pod­su­mo­wać jed­nym zda­niem: "Temu to się nie uda­ło, bo zno­wu coś zmie­nia".

Je­że­li ży­jesz w zgo­dzie ze sobą i ni­ko­go nie krzyw­dzisz, nikt nie musi ro­zu­mieć two­ich de­cy­zji. Tyl­ko ty.

Oso­by, któ­re wie­le zmie­ni­ły po prze­czy­ta­niu Od­zy­skaj błysk w oku, za­częły kła­ść fun­da­men­ty pod swo­je ży­cie i wpro­wa­dzać co­dzien­no­ść na wła­ści­we tory. Hi­sto­rie, któ­re do mnie tra­fia­ły, to ab­so­lut­ne sza­le­ństwo - za wszyst­kie bar­dzo dzi­ęku­je i z góry pro­szę o wi­ęcej. Znaj­dzie­cie mnie nie­zmien­nie na blo­gu www.bar­ba­ra­pa­sek.pl oraz na In­sta­gra­mie: @bar­bra­belt. Cze­kam!

A oto jed­na z nich. By­łam na let­nim fe­sti­wa­lu... Wy­obraź to so­bie - ta­niec do mu­zy­ki et­nicz­nej pod gwiaz­da­mi, for­ma warsz­ta­to­wa, gdzie ko­bie­cy głos za­bie­rał lu­dzi w ma­gicz­ną pod­róż. Wo­kół set­ki roz­ta­ńczo­nych wol­nych dusz. W pew­nym mo­men­cie pro­wa­dząca po­wie­dzia­ła:

"Za­mknij­cie oczy.

Po­rusz­cie się.

Po­wo­li in­tu­icyj­nie zmie­ńcie miej­sce.

Przy­po­mnij­cie so­bie swo­je ma­rze­nia, zo­bacz­cie je w szcze­gó­łach...

Kie­dy otwo­rzy­cie oczy, ro­zej­rzyj­cie się, wa­sze ma­rze­nia już tu są..."

Obok otwo­rzy­ła oczy cu­dow­na dziew­czy­na, któ­ra zo­ba­czy­ła... mnie. Na chwi­lę za­nie­mó­wi­ła, po czym po­wie­dzia­ła, iż trud­no jej w to uwie­rzyć, bo nie­daw­no sko­ńczy­ła czy­tać moją ksi­ążkę. To nie ko­niec... Po jej prze­czy­ta­niu po­sta­no­wi­ła zre­zy­gno­wać ze zwi­ąz­ku, pra­cy, a ta­kże obec­ne­go miej­sca za­miesz­ka­nia, w ko­ńcu spe­łnia­jąc swo­je ma­rze­nia i prze­pro­wa­dza­jąc się do Trój­mia­sta. Jej oto­cze­nie uwa­ża, że osza­la­ła, nikt jej nie ro­zu­mie, więc mie­wa chwi­le zwąt­pie­nia, a na fe­sti­wal przy­je­cha­ła po wspar­cie i od­po­wie­dzi. W mo­men­cie, w któ­rym wy­sła­ła ener­gię swo­ich ma­rzeń w gwia­ździ­ste nie­bo, od­po­wie­dzi przy­szły do niej na­tych­miast, a ja sta­łam się jak­by ma­gicz­nym po­twier­dze­niem słusz­no­ści tego, co zro­bi­ła. Chy­ba nie mu­szę mó­wić, że nie zo­sta­wi­łam jej bez wspar­cia. Prze­pro­wa­dzi­łam jej na­wet in­dy­wi­du­al­ną wi­zu­ali­za­cję do­kład­nie na tym ka­wa­łku pola, na któ­rym przed chwi­lą ta­ńczy­ły­śmy. To był ab­so­lut­nie wy­jąt­ko­wy mo­ment, po któ­rym do­sta­ła od­po­wie­dź od Wszech­świa­ta: ja­śniej­szą, niż my­śla­ła.

Je­steś na wła­ści­wej dro­dze. Za­ufaj.

Ta­kich cu­dow­nych hi­sto­rii tra­fia do mnie mnó­stwo i je­stem za nie wdzi­ęcz­na. Jed­no­cze­śnie zo­ba­czy­łam, jak bar­dzo wa­żne w pro­ce­sie zmian jest wspar­cie i zro­zu­mie­nie po­dob­nych do nas osób. Wi­ęk­szo­ść z nas do­sko­na­le zna ten sce­na­riusz - zmie­niam ży­cie W KO­ŃCU w zgo­dzie ze sobą, a cały sta­ry świat puka się w czo­ło. Ja je­stem szczęśli­wy, a świat mnie od­rzu­ca. Jak żyć?

Zna­le­źć nowy świat! Otwo­rzyć się na to, że gdzieś są lu­dzie, któ­rzy cię ro­zu­mie­ją, a na­wet są w tym sa­mym miej­scu i spo­ty­ka­ją się z iden­tycz­ny­mi pro­ble­ma­mi i nie­zro­zu­mie­niem. A może już się zna­le­źli na pi­ęk­nej, pro­stej dro­dze, więc we­sprą cię i za­in­spi­ru­ją?

Aby po­ja­wi­ło się nowe, naj­pierw musi zro­bić się na to prze­strzeń. Coś sta­re­go odej­dzie tyl­ko po to, aby przy­szło nowe. Bar­dziej TWO­JE.

Dla­te­go z na­szej dro­gi zni­ka­ją lu­dzie, przy­ja­źnie, któ­re mia­ły być na za­wsze, pra­ce, któ­re chwi­le temu wy­da­wa­ły się świet­ne i ście­żki, któ­re już po pro­stu nie są na­sze. I to jest bar­dzo, bar­dzo w po­rząd­ku. A skąd to wiem?

Moja po­przed­nia ksi­ążka zmie­ni­ła nie tyl­ko wa­sze, lecz rów­nież moje ży­cie. Śmie­ję się, że Wszech­świat chy­ba chciał dać mi te­mat na ko­lej­ną ksi­ążkę i przy­nió­sł pod moje drzwi całą la­wi­nę zda­rzeń i zmian za­rów­no w ob­sza­rze ży­cia uczu­cio­we­go i za­wo­do­we­go, jak i sty­lu ży­cia. Śmia­ło mogę przy­znać, że mój sta­ry świat pra­wie ca­łko­wi­cie prze­stał ist­nieć i za­stąpił go NOWY. Mój, au­ten­tycz­ny, wi­bru­jący i w ko­ńcu pa­su­jący do mo­jej sza­lo­nej Du­szy. Po­wsta­ło moje pry­wat­ne dzie­ło sztu­ki.

A wszyst­ko za­częło się nie od mo­ty­li w brzu­chu, nie od śmie­chu i ra­do­ści, a od bólu roz­ry­wa­jące­go ser­ce... Cza­sem tak musi być.

Ży­cie cza­sa­mi musi prze­wró­cić się do góry no­ga­mi tyl­ko po to, żeby po­tem sta­ło się spek­ta­ku­lar­ne. Tak pi­ęk­ne, że na­wet ci­ężko to so­bie wy­obra­zić.

Za­pra­szam więc na hi­sto­rię o ży­ciu. Za­pnij pasy, bo to będzie praw­dzi­wy emo­cjo­nal­ny rol­ler­co­aster...

PO CO CI ZŁAMANE SERCE?

Po co ci zła­ma­ne ser­ce? Przez mi­ło­ść, utra­tę ko­goś bli­skie­go, pro­ble­my, ci­ężki okres w ży­ciu. Jaka jest rola cier­pie­nia?

Mo­żesz usi­ąść na ty­łku i co­dzien­nie so­bie po­wta­rzać: "Nie­na­wi­dzę tego świa­ta" lub "Boga nie ma, bo co to za Bóg, któ­ry po­zwa­la mi tak cier­pieć". Je­że­li to twój wy­bór, ja nic z tym nie mogę zro­bić. Bo ja wy­bie­ram ina­czej.

Moje ser­ce jest zła­ma­ne po to, żeby przez pęk­ni­ęcie wpu­ścić wi­ęcej świa­tła.

Kie­dyś usły­sza­łam po­dob­ne zda­nie au­tor­stwa Ru­mie­go i moc­no utkwi­ło w mo­jej gło­wie, bo mam w so­bie ogrom­ną na­dzie­ję na to, że nie­wa­żne, co się dzie­je, ka­żde wy­da­rze­nie ma nas do­pro­wa­dzić do ży­cia głębiej, moc­niej i bar­dziej. Ka­żde do­świad­cze­nie, któ­re­go wca­le nie chce­my prze­ży­wać, może być otwar­ty­mi na oścież drzwia­mi do ży­cia na zu­pe­łnie in­nym po­zio­mie. Szan­są na wzrost na­szej Du­szy.

Ja tak wy­bie­ram i żyje mi się z tym le­piej, mi­lej i przy­jem­niej. I cho­ciaż cza­sem na­rze­kam na Boga i Wszech­świat, to za­wsze wra­cam do cen­trum i wi­dzę, po co było to wszyst­ko.

Masz w ży­ciu wy­bór:

-po­sta­wić się w roli ofia­ry, któ­rej przy­tra­fia­ją się złe rze­czy, więc ma ar­gu­ment, żeby upa­ść i po pro­stu so­bie po­le­żeć;

-po­sta­wić się w roli oso­by, któ­ra two­rzy, kreu­je swo­je ży­cie, wzra­sta na wszyst­kim, co jej się przy­tra­fia i sta­ra się zna­le­źć SENS tego, co się dzie­je, mimo że cza­sem to skraj­nie trud­ne.

Nie­któ­re cier­pie­nia wy­da­ją się nie do wy­trzy­ma­nia i uwierz mi, że wiem, jak to jest, kie­dy Du­sza roz­ry­wa się na strzępy. Mo­że­my zo­stać już na za­wsze w tym miej­scu, po­mstu­jąc na los, tyl­ko co nam z tego przyj­dzie? Co z tego, że się pod­da­my i uzna­my, że ży­cie jest do ni­cze­go, świat okrut­ny, a boli tak bar­dzo, że le­piej zo­stać w tym bólu już na za­wsze? No wła­śnie - nic. I choć cier­pie­nia nie da się tak po pro­stu wy­ma­zać, to mo­żna je w prze­kuć w ŻY­CIE PE­ŁNIEJ­SZE niż to sprzed złych wy­da­rzeń.

Pew­ne­go dnia coś we mnie to­tal­nie pękło: nie mo­głam na­pi­sać na­wet jed­ne­go zda­nia do mo­ich czy­tel­ni­ków: ani do ksi­ążki, ani na blo­gu. Wcze­śniej pi­sa­łam non stop; te­raz czu­łam się tak, jak­by ktoś na­ci­snął ja­kiś gu­zik. Je­dy­ne, co z sie­bie wy­le­wa­łam, to tony bólu prze­le­wa­ne­go do pa­mi­ęt­ni­ka - pierw­sze­go, dru­gie­go i trze­cie­go w tym cza­sie.

Po­cząt­kiem la­wi­ny trud­nych zda­rzeń i de­cy­zji była śmie­rć mo­je­go psa Re­tro, naj­uko­cha­ńsze­go przy­ja­cie­la od wie­lu lat. A tak pi­sa­łam o tym na blo­gu:

Był so­bie Pies.

Naj­pi­ęk­niej­szy na ca­łej kuli ziem­skiej. Dla mnie. Inni mó­wi­li, że jest naj­brzyd­szym psem świa­ta.

Był so­bie Pies.

Naj­cu­dow­niej­szy, ja­kie­go mo­głam so­bie wy­obra­zić. Inni mó­wi­li, że ma pro­ble­my, po­wi­nien za­cho­wy­wać się ina­czej, mó­głby już za­po­mnieć o tym schro­ni­sku. Dla mnie był ide­al­ny.

Był so­bie Pies.

Pies, któ­re­go ko­cha­łam ca­łym ser­cem. Ktoś może po­wie­dzieć - prze­cież to tyl­ko kun­del. Dla mnie to jest naj­lep­szy przy­ja­ciel i wiel­ka mi­ło­ść. Któ­ra wca­le nie ode­szła, mimo że Jego już tu nie ma.

Czy je­ste­śmy go­to­wi na ode­jścia? Praw­do­po­dob­nie nie. Przez ostat­nie 9 lat i 8 dni ten pies stał się nie tyl­ko moim to­wa­rzy­szem, moją ru­ty­ną, ale i wie­lo­krot­nie mo­ty­wa­cją, żeby da­lej wal­czyć o ży­cie. My­śli­cie so­bie: "Stra­ci­ła pie­ska, wiel­ka mi rzecz". Stra­ci­łam prze­wod­ni­ka, któ­ry nie­raz wy­ci­ągał mnie z łó­żka, kie­dy było mi bar­dzo źle. W ostat­nich la­tach był moim kom­pa­nem do czer­pa­nia z ży­cia na mak­sa. Może wie­le osób zdzi­wi, że tak otwar­cie i do­sad­nie pi­szę o emo­cjach zwi­ąza­nych z psem. Wszyst­ko mi jed­no.

Nie daj ni­ko­mu ni­g­dy pra­wa do tego, żeby mó­wił ci, co masz pra­wo czuć, a cze­go nie, na­wet je­że­li to nie­lo­gicz­ne, nie­ra­cjo­nal­ne i nie­ży­cio­we dla in­nych. Masz pra­wo, by czuć, co­kol­wiek czu­jesz!

Daj so­bie pra­wo do wła­snych uczuć i zo­bacz, jaka to ulga. Prze­gląda­łam zdjęcia z sze­ściu mie­si­ęcy z Re­tro, któ­re mam w te­le­fo­nie - jest ich aż 200. Re­tro leży na tor­bie, Re­tro na Helu, Re­tro w Ta­trach, Re­tro w no­gach... Ko­cham go, ta­kże kie­dy jest już da­le­ko.

Czy to boli? Jak cho­le­ra! Bra­ku­je mi go bar­dzo: jego za­pa­chu, le­że­nia na mo­ich ko­la­nach, wkręca­nia mnie non stop, żeby do­stać sma­ko­łyk. In­te­li­gen­cja tego dra­nia była wy­jąt­ko­wa! Dla­cze­go o tym pi­szę? Bo pi­sa­nie przy­no­si ulgę.

Pa­mi­ętam dzień, kie­dy spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy. Kie­dy GO zo­ba­czy­łam, świat się za­trzy­mał i wie­rzę, że u nie­go było po­dob­nie. Już wte­dy miał z sze­ść lat i po­dob­no był brzyd­ki... Kto bie­rze ta­kie­go psa ze schro­ni­ska? Dla mnie jed­nak był i za­wsze po­zo­sta­nie ide­al­ny, naj­wspa­nial­szy.

Tak wła­śnie dzia­ła mi­ło­ść. Łączy po­nad za­sa­da­mi, po­nad ra­cjo­nal­no­ścią, po­nad tym, co inni uwa­ża­ją za słusz­ne i atrak­cyj­ne. Mi­ło­ść łączy mimo wszyst­ko.

Do­ce­niaj mi­ło­ść w swo­im ży­ciu tak moc­no, jak tyl­ko po­tra­fisz. Nie po­zwól, żeby pro­ble­my, pra­ca, pie­ni­ądze czy inne bzdu­ry ją przy­ćmi­ły. Za żad­ne skar­by świa­ta!

Nas ta mi­ło­ść po­łączy­ła na prze­pi­ęk­ne, barw­ne, nie­za­po­mnia­ne 9 lat i 8 dni. Ale tak na praw­dę po­łączy­ła nas na za­wsze.

Re­tro, chło­pa­ku, zo­ba­czy­my się za ja­kiś czas i będzie­my się z tego wszyst­kie­go śmiać. Po­śmie­je­my się z tego, ile miejsc ra­zem zwie­dzi­li­śmy, do ja­kich pa­ła­ców tra­fi­łeś jak ksi­ążę i z ja­kiej ci­ężkiej emo­cjo­nal­nej pust­ki mnie nie­raz wy­ci­ąga­łeś. Po­śmie­je­my się może na­wet z tego, że te­raz ja wyję, bo cie­bie nie ma.

Ko­cham Cię, tęsk­nię.

Do zo­ba­cze­nia!

Two­ja B.

To był ostat­ni tekst. Po­tem nie na­pi­sa­łam nic przez trzy mie­si­ące, co dla oso­by, któ­rą masa lu­dzi pyta o kon­ty­nu­ację ksi­ążki, a ko­lej­ne ty­si­ące kli­ka­ją "odśwież" na blo­gu, cze­ka­jąc na ko­lej­ny tekst, to bar­dzo dłu­go.

To wy­da­rze­nie nie było jed­nak ko­ńcem, było po­cząt­kiem la­wi­ny, któ­rej w ogó­le się nie spo­dzie­wa­łam. Otóż nie­wi­dzial­na ręka po­sta­no­wi­ła za­trzy­mać mnie jesz­cze bar­dziej. Prze­ży­cia psy­chicz­ne wy­wo­ła­ły osła­bie­nie or­ga­ni­zmu, więc na­tych­miast zła­pa­łam CO­VID-19, a on gwa­łtow­nie obu­dził moją uśpio­ną przez lata neu­ro­bo­re­lio­zę (jak pa­mi­ęta­cie z po­przed­niej ksi­ążki, kie­dyś przez nią by­łam o krok od śmier­ci). To wszyst­ko sta­ło się moc­no ob­ci­ąża­jące: spo­ro stra­chu, nie­wia­do­mych i py­tań, na któ­re nikt nie znał od­po­wie­dzi - jak jed­na cho­ro­ba za­dzia­ła na dru­gą i czym to się sko­ńczy? Kie­dy już my­śla­łam, że wy­szłam z pierw­szej przy­pa­dło­ści i mia­łam za­cząć le­czyć dru­gą, to wszyst­ko ra­zem zmie­sza­ne z trud­ny­mi emo­cja­mi, a ta­kże nie­prze­rwa­ną pra­cą w domu mimo osła­bie­nia, zło­ży­ło się na wiel­ką bom­bę, któ­ra w ko­ńcu wy­bu­chła.

Wy­cho­dząc z wan­ny, stra­ci­łam przy­tom­no­ść i do­sta­łam bar­dzo dziw­ne­go neu­ro­lo­gicz­ne­go ata­ku - po­dob­no z ze­wnątrz wy­gląda­ło to bar­dzo źle. Moje cia­ło było sztyw­ne, źre­ni­ce ucie­ka­ły, tak że było wi­dać tyl­ko bia­łka oczu, a ja sama... od­le­cia­łam. Przy­znam, że cie­szę się, iż nic z tego nie pa­mi­ętam, bo wy­obra­żam so­bie, że była to prze­ra­ża­jąca sce­na. Przy­je­cha­ła ka­ret­ka, tra­fi­łam do szpi­ta­la. Na szpi­tal­nej dia­gno­zie wid­nie­je sło­wo "ZA­PA­ŚĆ".

Czy mo­głam się spo­dzie­wać, że w wie­ku 32 lat już po raz dru­gi będę o krok od śmier­ci? Nie!

Ta­kie wy­da­rze­nie zmie­nia wszyst­ko, wy­wra­ca ży­cie do góry no­ga­mi i wręcz zmu­sza do przy­pa­trze­nia się ka­żde­mu frag­men­to­wi rze­czy­wi­sto­ści od nowa.

Jaką in­for­ma­cją od mo­jej Du­szy są sy­gna­ły, któ­re wy­sy­ła po­przez cia­ło?

To ni­g­dy nie jest przy­pad­ko­we, ta­kie zda­rze­nia nie dzie­ją się bez zna­cze­nia - za nimi za­wsze podąża bar­dzo istot­na in­for­ma­cja, któ­rej nie mo­żna zba­ga­te­li­zo­wać. Moja kar­ma jest, na­zwij­my to... cie­ka­wa. Ży­cie do­świad­cza mnie bar­dzo gwa­łtow­nie i nie daje mi na­wet ma­łe­go mar­gi­ne­su na podąża­nie cho­ciaż przez chwi­lę w nie­zgo­dzie z samą sobą. Z moją głębo­ką praw­dą. Moje cia­ło re­agu­je na­tych­miast, świat od­po­wia­da mo­men­tal­nie. Jak wi­dać, do­świad­cza­jąc mnie bar­dzo su­ro­wo - ca­ły­mi se­ria­mi. Dla­cze­go tak jest? Dla­cze­go taka jest moja dro­ga? Może dla­te­go, że­bym mo­gła być dla cie­bie przy­kła­dem z cy­klu "nie rób­cie tego w domu". Nie prze­ci­ążaj się, nie zdra­dzaj się, nie oszu­kuj swo­jej we­wnętrz­nej praw­dy. Po mnie los przy­cho­dzi szyb­ko... W two­im przy­pad­ku może wy­bie­ra dłu­ższą dro­gę, ale na sa­mym ko­ńcu Du­sza przy­po­mni się i je­że­li jej nie słu­chasz - huk­nie w ko­ńcu bar­dzo gło­śno.

Jed­nak to nie był ko­niec "nie­spo­dzia­nek", któ­re dla mnie i mo­jej ro­dzi­ny przy­go­to­wał psot­ny los. Bab­cia, uko­cha­na Bab­cia, od lat cier­pi­ąca na al­zhe­ime­ra do­zna­ła na­głe­go ata­ku, któ­ry wy­glądał jak pew­na śmie­rć. Stra­ci­ła kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią, wła­da­nie w no­gach i w ta­kim sta­nie tra­fi­ła do szpi­ta­la w sa­mym środ­ku pan­de­mii. Sama, sa­mot­na. Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że praw­do­po­dob­nie odej­dzie sama w szpi­tal­nej sali, bez świa­do­mo­ści, co się dzie­je, gdzie się znaj­du­je i o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Przy al­zhe­ime­rze trze­ba było tłu­ma­czyć jej wszyst­ko - często po 20 razy z rzędu, a i tak często nie mo­gła za­pa­mi­ętać. Sta­le przy­po­mi­na­li­śmy jej, kim je­ste­śmy i gdzie się znaj­du­je. Nie po­tra­fi­liś­my so­bie wy­obra­zić, że te­raz ma ode­jść na dru­gą stro­nę w szpi­ta­lu, gdzie nie ro­zu­mie, dla­cze­go lu­dzie cho­dzą w ta­jem­ni­czych ska­fan­drach, gdzie się znaj­du­je i może na­wet... kim jest. Ten strasz­ny sce­na­riusz był, o zgro­zo, wła­ści­wie tym bar­dziej "po­zy­tyw­nym", za­kła­da­jącym, że w ogó­le cho­ciaż na chwi­lę wró­ci jej świa­do­mo­ść... Pa­mi­ętam, że w tam­tym cza­sie mia­łam już dość, bar­dzo dość. Jak­by nie star­cza­ło mi już prze­strze­ni na trud­ne emo­cje.

Czy prze­kli­na­łam Wszech­świat lub Boga, że po­sta­no­wił te wszyst­kie "pre­zen­ty" wręczać mi je­den za dru­gim? Od wy­rwa­nia mi ser­ca i nie­spo­dzie­wa­ne­go ode­bra­nia przy­ja­cie­la po spo­tka­nie oko w oko z cho­ro­ba­mi i śmier­cią, któ­ra była tak bli­sko... Oczy­wi­ście, uwierz, że prze­kli­na­łam. Da­łam upust swo­im emo­cjom, bo nie mo­żna ich tłu­mić i ra­cjo­na­li­zo­wać. Ale kie­dy już po­krzy­cza­łam i po­pła­ka­łam, wró­ci­łam do tego, w co wie­rzę całą sobą.

Wszyst­ko jest dla mnie, ni­g­dy prze­ciw­ko mnie.

Po­wo­li za­częłam się otwie­rać na sens, któ­ry gdzieś tam mu­siał być. I cho­ciaż czu­łam, że od­po­wie­dzi będą przy­cho­dzić jesz­cze pew­nie przez dłu­gi czas, to dzi­siaj już wiem, dla­cze­go ja­kaś siła po­sta­no­wi­ła mnie za­trzy­mać.

Czy ta siła była zła? Nie ze mną te nu­me­ry - nie wcho­dzę w rolę ofia­ry (przy­naj­mniej na dłu­żej). To była do­bra siła, któ­ra wie­dzia­ła, że ta­kim spo­so­bem może na­kie­ro­wać mnie na ży­cie jesz­cze pe­łniej­sze, bar­dziej świa­do­me i BAR­DZIEJ MOJE. Wie­dzia­łam, że przede mną duże zmia­ny, może na­wet wi­ęk­sze, niż pla­no­wa­łam, ale czu­łam, że cho­ciaż może nie je­stem na nie go­to­wa, po pro­stu mu­szę ich do­ko­nać.

Zro­zu­mia­łam, że ży­cie nie jest od tego, żeby je ja­koś prze­trwać i go­dzić się na to, co jest. Ży­cie jest od tego, aby si­ęgać po to, cze­go głębo­ko pra­gnie­my.

Ży­cie trze­ba wy­ci­skać i iść za gło­sem ser­ca: do miejsc, osób, uczuć i sty­lu ży­cia, któ­re są na­sze, praw­dzi­we i w któ­rych czu­je­my się sobą.

Po tych ci­ężkich do­świad­cze­niach ka­żdy dzień za­częłam trak­to­wać jak bez­cen­ną dro­gę. Zro­zu­mia­łam, że cele i ma­rze­nia to kie­ru­nek, kom­pas i wska­zów­ka, gdzie iść - są nie­zwy­kle wa­żne, więc ni­g­dy z nich nie re­zy­gnuj! Pa­mi­ętaj jed­nak, że cele nie są punk­ta­mi sa­my­mi w so­bie.

Ce­lem jest ka­żda chwi­la, ka­żda mi­nu­ta, ka­żdy frag­ment ży­cia.

Je­że­li przez cele za­tru­wasz swo­je TE­RAZ, to wszyst­ko tra­ci sens: i rze­czy­wi­sto­ść, i cele. Wa­żny jest ka­żdy naj­mniej­szy frag­ment ży­cia: od pierw­sze­go spoj­rze­nia w okno o po­ran­ku po po­gła­ska­nie psa. Może być miły lub roz­dzie­ra­jący ser­ce - tego i tego trze­ba do­świad­czyć, żeby ży­cie wra­ca­ło na wła­ści­we tory. Pó­źniej mo­żna w swo­im tem­pie się otrze­pać, wstać i iść da­lej - nie jak żo­łnierz po bi­twie, a jak oso­ba, któ­ra wpu­ści­ła przez pęk­ni­ęcie w ser­cu wi­ęcej świa­tła, dzi­ęki któ­re­mu może za­cząć po­strze­gać swo­je ży­cie jak dzie­ło sztu­ki i me­ta­fi­zycz­ną pod­róż przez uczu­cia, do­świad­cze­nia i nie­ustan­ny roz­wój. Pó­źniej tego świa­tła może dać tro­chę in­nym i prze­kuć to całe sza­le­ństwo w coś do­bre­go. Sły­sza­łam wie­le ci­ężkich hi­sto­rii, któ­re w gło­wie mi się nie miesz­czą, tym­cza­sem lu­dzie do­tkni­ęci cier­pie­niem ro­bią z nie­go praw­dzi­wy cud, prze­ku­wa­jąc je w siłę, któ­rą po­tem roz­da­ją in­nym, przy­wra­ca­jąc im na­dzie­ję.

Czy moje ego było za­do­wo­lo­ne z tego, co się sta­ło? Wci­ąż cza­sem ci­ska ka­mie­nia­mi i mówi: "Jaki Bóg to wszyst­ko wy­my­ślił?". A co czu­je moja Du­sza? Jest nie­śmier­tel­na, wiecz­na, więc wie, że ja­ki­kol­wiek ko­niec tak na­praw­dę ko­ńcem nie jest, a Re­tro ci­ągle jest bli­sko mnie.

Wia­rę, któ­ra cza­sem bywa bar­dzo wiot­ka, z upo­rem ma­nia­ka przy­wra­ca­ją mi cuda. My­ślę, że ka­żdy nas do­świad­cza cu­dów, tyl­ko nie ka­żdy to wi­dzi. Są te małe i są te wiel­kie. Ja i moja ro­dzi­na otrzy­ma­li­śmy w tym roku cud, praw­dzi­wy cud, na­le­żący zde­cy­do­wa­nie do tych wiel­kich. Po dłu­gim po­by­cie w szpi­ta­lu Bab­cia wró­ci­ła do domu, jed­nak w fa­tal­nym sta­nie. Stra­ci­ła kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią, pa­trzy­ła w je­den punkt ze smut­no wy­krzy­wio­ną twa­rzą i tyl­ko raz na ja­kiś czas bez­sil­nie jęcza­ła. To był strasz­ny wi­dok. Przy­ku­ta do łó­żka, unie­ru­cho­mio­na i ca­łko­wi­cie za­klęta w swo­im wnętrzu, nie roz­po­zna­jąc ni­cze­go na ze­wnątrz, bez mo­żli­wo­ści ko­mu­ni­ka­cji. Trwa­ło to wie­le ty­go­dni i cho­ciaż cie­szy­li­śmy się, że wró­ci­ła ze szpi­ta­la, to była inna, zu­pe­łnie nie­obec­na, jak­by Du­szy Bab­ci już z nami nie było... Wspo­mi­na­ny atak był praw­do­po­dob­nie nie­zdia­gno­zo­wa­nym wy­le­wem bądź ko­lej­nym rzu­tem cho­ro­by - tak czy siak, pre­zen­to­wa­ło się to bar­dzo de­pre­syj­nie. Wspo­mi­na­jąc Bab­cię sprzed lat, kie­dy była ko­bie­tą nie­zwy­kle pi­ęk­ną, o kru­czo­czar­nych wło­sach, bar­dzo ele­ganc­ką, śpie­wa­jącą jak ptak i go­tu­jącą prze­pysz­ne cuda, aż ci­ężko było uwie­rzyć, że ta hi­sto­ria ko­ńczy się w ten spo­sób. Bez mo­żli­wo­ści wy­po­wie­dze­nia na­wet sło­wa, z prze­szy­wa­jącym cier­pie­niem na twa­rzy... i wte­dy wy­da­rzył się cud. Cud, któ­ry nie miał pra­wa się wy­da­rzyć, a za­pro­wa­dził nas do nie­go tak zwa­ny "przy­pa­dek".

Pew­ne­go dnia, prze­gląda­jąc In­sta­gram, zo­ba­czy­łam krót­ki film mo­jej zna­jo­mej z Bra­zy­lii, któ­ra po­ka­za­ła nie­sa­mo­wi­ty mo­ment ze swo­im dziad­kiem. Nie­wie­le zro­zu­mia­łam z opi­su fil­mu, ale je­den wy­raz przy­kuł moją uwa­gę: al­zhe­imer. Na fil­mie jej cier­pi­ący na tę cho­ro­bę dzia­dek na­gle zmie­nia smut­ny wy­raz twa­rzy i uśmie­cha się od ucha do ucha pod wpły­wem mu­zy­ki - utwo­ru z daw­nych lat. Wpa­dło mi do gło­wy, że może utwo­ry przy­wo­łu­jące wspo­mnie­nia mogą mieć ko­jący wpływ na oso­by za­klęte w swo­ich gło­wach. Po­sta­no­wi­łam, że przy ko­lej­nym po­by­cie w Kiel­cach spró­bu­ję włączyć Bab­ci utwo­ry z jej mło­do­ści, żeby było jej miło w tym od­le­głym miej­scu, w któ­rym znaj­do­wa­ła się te­raz.

Do Kielc przy­je­cha­łam na dzie­wi­ęćdzie­si­ąte uro­dzi­ny Bab­ci. Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, było to smut­ne do­świad­cze­nie, wi­dzieć ją w ta­kim mrocz­nym sta­nie, bez kon­tak­tu ze świa­tem - nie wie­dzia­ła na­wet, że są jej uro­dzi­ny i kim w ogó­le je­ste­śmy. A jed­nak świ­ęto­wa­li­śmy mimo to, bo Bab­cia wci­ąż z nami była. Opo­wie­dzia­łam mo­jej sio­strze o fil­mie, któ­ry wi­dzia­łam na In­sta­gra­mie, i za­pro­po­no­wa­łam, żeby od­two­rzyć ja­kieś utwo­ry z mło­do­ści Bab­ci. Po obie­dzie Iza po­szła do jej po­ko­ju i za­częła prze­sta­wiać ka­na­ły w te­le­wi­zo­rze, żeby wy­brać coś, co będzie od­twa­rza­ne w tle - Bab­cia i tak nie pa­trzy­ła w te­le­wi­zor. Na jed­nym z ka­na­łów był aku­rat kon­cert ze sta­ry­mi pol­ski­mi szla­gie­ra­mi. Iza za­trzy­ma­ła się na nim, ma­jąc na­dzie­ję, że uda jej się spra­wić Bab­ci odro­bi­nę przy­jem­no­ści w jej uro­dzi­ny. Krząta­ła się jesz­cze chwi­lę po po­ko­ju, kie­dy na­gle usły­sza­ła ci­che: "Zby­szek?". Otóż w te­le­wi­zji od­by­wał się wła­śnie ar­chi­wal­ny kon­cert Zbysz­ka Wo­dec­kie­go. Mo­że­cie wy­obra­zić so­bie, co się dzia­ło w domu, kie­dy w dzie­wi­ęćdzie­si­ąte uro­dzi­ny, po wie­lu ty­go­dniach, Bab­cia po­wie­dzia­ła jed­no sło­wo i na chwi­lę wró­ci­ła świa­do­mo­ścią do świa­ta. Dzi­ęki przy­pad­ko­wi, dzi­ęki Zbysz­ko­wi Wo­dec­kie­mu... Jed­nak to nie jest ko­niec. Bab­cia się PRZE­BU­DZI­ŁA. Jak­by na­gle się ock­nęła z od­le­głe­go, trwa­jące­go wie­le ty­go­dni snu. Za­częła py­tać, co dzia­ło się z nią przez ostat­nie ty­go­dnie - oka­za­ło się, że jej świa­do­mo­ść była bar­dzo da­le­ko i nic nie pa­mi­ęta. Zmie­nił się wy­raz jej twa­rzy, za­częła się uśmie­chać, za­da­wać licz­ne py­ta­nia, na­wet nas wszyst­kich roz­po­zna­ła. Cała ro­dzi­na pła­ka­ła przy jej łó­żku i tego ob­ra­zu ni­g­dy nie za­pom­nę. Jak­by­śmy w kil­ka od­zy­ska­nych mi­nut mie­li nad­ro­bić wszyst­ko: wszyst­ko jej opo­wie­dzieć i wy­szep­tać "ko­cha­my cię", za­nim zno­wu za­pad­nie w swój we­wnętrz­ny, może tym ra­zem wiecz­ny sen. Tak ma­gicz­ne i nie­sa­mo­wi­te były jej dzie­wi­ęćdzie­si­ąte uro­dzi­ny - mo­żesz to so­bie wy­obra­zić? Pre­zen­tem, któ­re­go nikt się nie spo­dzie­wał, było to, że Bab­cia już nie za­snęła, jej świa­do­mo­ść po­zo­sta­ła z nami do dziś i to jest praw­dzi­wy nie­wy­tłu­ma­czal­ny, nie­me­dycz­ny i nie­zro­zu­mia­ły cud. Do dzi­siaj jest z nami, czy­ta­ła już moją pierw­szą ksi­ążkę, a ta­kże uczest­ni­czy w wy­da­rze­niach ro­dzi­ny, o któ­rych prze­czy­tasz na stro­nach tej ksi­ążki...

Ta sy­tu­acja wy­bu­dzi­ła ta­kże mnie. Przy­po­mnia­ła mi po­now­nie, że po wiel­kim cier­pie­niu mogą przy­jść rów­nie wiel­kie cuda, praw­dzi­we cuda. Zro­zu­mia­łam, że ból nie trwa wiecz­nie i w ko­ńcu kar­ta za­wsze się od­wra­ca - nie­spo­dzie­wa­nie, nie­pla­no­wa­nie, a my do­sta­je­my szan­sę, żeby żyć pi­ęk­niej, głębiej, z jesz­cze wi­ęk­szą wdzi­ęcz­no­ścią.

Nie wiem, czy je­steś go­to­wy na ta­kie po­de­jście do ży­cia i żeby było ja­sne - nie mu­sisz być. Niech moje pęk­ni­ęcie w ser­cu i świa­tło, któ­re z nie­go wy­pły­nęło, będzie dla cie­bie pierw­szą iskrą. Niech ci udo­wod­ni, że to, co cię spo­ty­ka, może być lek­cją dla lub prze­kle­ństwem - de­cy­zja za­le­ży od po­de­jścia. Mo­żesz wie­rzyć, że to, co się dzie­je, jest tyl­ko prze­jścio­we, a już nie­dłu­go przyj­dą do two­je­go ży­cia cuda, je­że­li tyl­ko się na nie otwo­rzysz. Masz wy­bór, po­zo­sta­wiam go to­bie.

A ja­kich wy­bo­rów ja do­ko­na­łam? To nie ko­niec. Mój świat z mo­je­go wła­sne­go, od­wa­żne­go wy­bo­ru fak­tycz­nie sta­nął na gło­wie.

RANDKA Z TĘSKNOTĄ

Tęsk­no­ta po­tra­fi bo­leć: za bli­skim, któ­ry od­sze­dł, za utra­co­ną mi­ło­ścią, za uko­cha­nym zwie­rza­kiem, za chwi­la­mi, któ­re prze­mi­nęły. "Dla­cze­go cier­pisz? Bo tęsk­nię!" Wy­da­je się, że z tej pu­łap­ki nie ma wy­jścia, bo nie­któ­re sy­tu­acje, oso­by i zda­rze­nia już nie wró­cą. Tęsk­no­ta wy­da­je się osta­tecz­ną od­po­wie­dzią.

Niech boli. Je­że­li tęsk­nisz, spraw, żeby bo­la­ło. Niech to będzie ból Du­szy, któ­re­mu dasz prze­strzeń. Zrób z tęsk­no­ty to­wa­rzy­sza, z któ­rym spędzasz całe wie­czo­ry przy wi­nie i smut­nych pio­sen­kach.

Usi­ądź w świet­nym to­wa­rzy­stwie swo­ich wspo­mnień i włas­nych emo­cji, któ­re cze­ka­ją, aż do nich zaj­rzysz. Ja­kieś cząst­ki cie­bie sta­le za tobą tęsk­nią, tak jak ty tęsk­nisz za ja­ki­miś chwi­la­mi i oso­ba­mi - od­wie­dź je cza­sem!

Tęsk­no­ta nie­wy­ra­żo­na, nie­zau­wa­żo­na i wy­pie­ra­na, któ­rej nie da­je­my miej­sca w na­szym ży­ciu, zda­je się rzu­cać cień na wszyst­ko, co ro­bi­my. Jak­by od­bie­ra­ła tro­chę ra­do­ści z ka­żde­go wy­da­rze­nia, sy­tu­acji i mo­men­tu. Tak nie musi być, je­że­li po­sta­no­wisz tę tęsk­no­tę prze­ży­wać - po­rząd­nie i za ka­żdym ra­zem, kie­dy się po­ja­wia. W cza­sie me­dy­ta­cji przy­szło do mnie ta­kie pi­ęk­ne zda­nie:

Tęsk­no­ta to od­czu­wa­nie mi­ło­ści sa­me­mu.

Tęsk­no­ta zo­sta­ła po­da­ro­wa­na nam jak­by w za­mian za coś, co utra­ci­li­śmy, a my ją wy­py­cha­my i nie chce­my jej czuć. Re­zy­gnu­je­my z daru, cze­goś, co przy­szło w za­stęp­stwie emo­cji, za któ­rą tęsk­ni­my, i jest pa­mi­ąt­ką mi­nio­nych chwil.

Kie­dy od­sze­dł Re­tro, zro­zu­mia­łam, że to, co mi po nim zo­sta­ło, to wła­śnie tęsk­no­ta. Na pew­nym eta­pie roz­dzie­ra­jąca ser­ce, kie­dy pła­ka­łam i uświa­da­mia­łam so­bie, że pew­nie pod­bie­głby do mnie, pró­bu­jąc zli­zać mi łzy z po­licz­ka i do­pro­wa­dza­jąc mnie do śmie­chu. Po­tem nie było już eks­pre­so­wej dro­gi - była wiel­ka dziu­ra roz­ry­wa­jąca moje ser­ce przez wie­le mie­si­ęcy, kie­dy py­ta­łam sama sie­bie: "Czy będzie tak bo­leć już za­wsze?". Po ja­ki­mś cza­sie po­wie­dzia­łam so­bie: "Niech cza­sem boli, niech boli na­wet przez całe ży­cie, byle w tej for­mie ze mną zo­stał". W tęsk­no­cie zro­bi­łam mu w moim ży­ciu nowe le­go­wi­sko i cho­ciaż nie jest to ide­al­ne roz­wi­ąza­nie, to cie­szę się, że choć to mi zo­sta­ło.

Po tam­tych wy­da­rze­niach cza­sa­mi za­da­wa­łam so­bie py­ta­nie: "Se­rio? Co jesz­cze?". Ka­żde­go dnia prze­ko­ny­wa­łam się, że to nie ko­niec, a po­czątek zmian. Po za­pa­ści, spo­tka­niu z "dru­gą stro­ną" i cu­dzie, któ­ry mnie wy­bu­dził, roz­po­czął się wiel­ki pro­ces we­ry­fi­ka­cji tego, co jest na­praw­dę spój­ne z moją we­wnętrz­ną praw­dą, a co już nie na­le­ży do mo­je­go świa­ta. We­ry­fi­ka­cji, któ­ra za­owo­co­wa­ła... roz­sta­niem po kil­ku­let­nim zwi­ąz­ku. Z jed­nej stro­ny było to naj­bar­dziej świa­do­me i doj­rza­łe roz­sta­nie mo­je­go ży­cia, bez dra­ma­tów i z dużą od­po­wie­dzial­no­ścią oby­dwu stron, z dru­giej zaś mia­ło w so­bie coś bar­dzo smut­ne­go, bo stra­ci­łam przy­ja­cie­la. Ktoś może po­wie­dzieć, że prze­cież nikt nie uma­rł i wci­ąż mo­że­my się przy­ja­źnić. Teo­re­tycz­nie coś w tym jest, ale je­że­li że­gna­my ko­goś w pew­nej roli, to zmie­nia się bar­dzo wie­le. I cho­ciaż moja gło­wa już do­sko­na­le wie­dzia­ła, cze­go chcę, a cze­go nie, to coś we mnie wci­ąż tęsk­ni­ło.

Gło­wa nie po­tra­fi wy­tłu­ma­czyć ser­cu, żeby prze­sta­ło tęsk­nić. Ra­cjo­na­li­zo­wa­nie nie jest spo­so­bem na ra­dze­nie so­bie z emo­cja­mi - jest ich tłu­mie­niem. One i tak wró­cą.

Dla­te­go PO­CZUJ tęsk­no­tę, nie ucie­kaj. Pa­mi­ętam roz­sta­nie z pew­nym czło­wie­kiem, któ­ry obiek­tyw­nie rzecz uj­mu­jąc, nie za­słu­żył na ani jed­ną moją łzę. Wszy­scy mó­wi­li: "Nie płacz, on nie jest tego wart", a ja w pe­wien spo­sób w to wie­rzy­łam, po­wstrzy­mu­jąc mo­rze emo­cji, któ­re mnie za­le­wa­ły. Wierz lub nie, ale sa­bo­to­wa­ły mnie przez kil­ka dłu­gich lat, po­wo­li spra­wia­jąc, że by­łam co­raz smut­niej­sza. Pew­ne­go dnia to m.in. one sta­ły się skła­do­wą mo­jej de­pre­sji, czy­li naj­gor­sze­go, ale i naj­bar­dziej trans­for­mu­jące­go eta­pu w moim ży­ciu. Dla­te­go mimo wszyst­ko je­stem temu panu wdzi­ęcz­na, bo m.in. dzi­ęki fa­tal­ne­mu roz­sta­niu, kie­dy bo­la­ło mnie całe cia­ło, ro­dzą się te wszyst­kie sło­wa, któ­re mogą wes­przeć ko­goś in­ne­go. Te wy­da­rze­nia, ten ból - to wszyst­ko mnie zbu­do­wa­ło, po­dob­nie jak tęsk­no­ta - cza­sem ir­ra­cjo­nal­na i bez­za­sad­na, któ­ra nie chcia­ła się od­kle­ić.

Wszyst­kie trud­ne emo­cje są częścią nas i nie na­le­ży od nich ucie­kać. Trze­ba spędzić z nimi tro­chę cza­su, żeby nie sa­bo­to­wa­ły z ukry­cia.

W zwi­ąz­ku z tym, że nie ma ak­cep­ta­cji dla tęsk­no­ty za kimś, kto na to nie za­słu­żył, często my­li­my tęsk­no­tę z mi­ło­ścią. Był pierw­szo­li­go­wym dra­niem, a ty mó­wisz: "Ale ja go ko­cham, bo bar­dzo tęsk­nię". Nie, ty pod pro­stu tęsk­nisz. Krop­ka. Jest taki pi­ęk­ny frag­ment w fil­mie Jedz, módl się, ko­chaj, któ­ry ogląda­łam po roz­sta­niu: bo­ha­ter­ka mówi coś w sty­lu "ale ja za nim tęsk­nię", a jej przy­ja­ciel z in­dyj­skie­go aśra­mu od­po­wia­da: "To tęsk­nij. Za ka­żdym ra­zem, kie­dy tęsk­nisz, wy­ślij mu tro­chę mi­ło­ści i świa­tła". To, że za kimś tęsk­ni­my, wca­le nie zna­czy, że po­win­ni­śmy z nim być, bo to TA JE­DY­NA, TEN JE­DY­NY. Po pro­stu tęsk­ni­my i tę emo­cję na­le­ży miło ugo­ścić pew­ne­go me­lan­cho­lij­ne­go wie­czo­ru z toną wcześ­niej przy­go­to­wa­nych chu­s­te­czek.

Ten tekst na­pi­sa­łam po fe­sti­wa­lu, gdzie uczest­ni­czy­łam kon­cer­cie Ja­me­sa Baya i sto­jąc pod sce­ną, po­czu­łam wiel­ką tęsk­no­tę, jak­by ktoś wy­ry­wał mi ka­wał ser­ca. Za czym? Do cze­go? Nie mia­łam po­jęcia, bo wca­le nie cho­dzi­ło o kon­kret­ną oso­bę. Cho­dzi­ło o ja­kieś uczu­cie, do któ­re­go tęsk­ni­ło moje ser­ce, a ja na­wet nie po­tra­fi­łam go na­zwać. Bo tęsk­no­ta jest wpi­sa­na w całe na­sze ży­cie. Na­wet je­że­li nie tęsk­ni­my za kimś kon­kret­nym, to mnie za­le­wa­ły ta­kie mo­men­ty - na przy­kład w cza­sie ogląda­nia fil­mów lub słu­cha­nia pio­se­nek - kie­dy bywa nie do wy­trzy­ma­nia. Ja wi­dzę to w ten spo­sób, że to Du­sza bar­dzo tęsk­ni za do­mem, tak jak dzie­ci na ko­lo­niach. Tęsk­ni za wszyst­kim i wszyst­ki­mi, któ­rych zo­sta­wi­ła gdzieś za sobą, za po­czu­ciem pe­łnej mi­ło­ści, ak­cep­ta­cji i bło­go­ści, z któ­rej zre­zy­gno­wa­ła na parę chwil, tra­fia­jąc na Zie­mię.

Czu­ję, że bez tego tek­stu nie po­że­gna­ła­bym się w pe­łni z pew­nym eta­pem. Tęsk­no­tę war­to wy­ra­żać twór­czo w spo­sób, któ­ry jest ci bli­ski. Naj­bar­dziej prze­ło­mo­we pły­ty w ka­rie­rach gwiazd to te z wiel­ką tęsk­no­tą w pra­wie ka­żdym sło­wie. War­to po­pa­trzeć na nią w ten spo­sób - nie jak na wro­ga, a kom­pa­na, nie jak na nisz­czy­cie­la, a na­rzędzie kre­acji, nie jak na uczu­cie do wy­ma­za­nia, a za­stęp­stwo dla daw­nej mi­ło­ści. Po­trak­tuj ją jak rzad­ką, nie­po­wta­rzal­ną far­bę w pa­le­cie, któ­rą mo­żesz na­ma­lo­wać wła­sne dzie­ło sztu­ki - tyl­ko wte­dy będziesz mógł po­że­gnać to, co było.

Dla­te­go je­śli czu­jesz tęsk­no­tę za lu­dźmi, miej­sca­mi, zda­rze­nia­mi czy emo­cja­mi, od­czu­waj ją w pe­łni. Wpisz ją na­wet do swo­je­go ka­len­da­rza - "rand­ka z tęsk­no­tą" brzmi wspa­nia­le. Daj so­bie świa­do­mą prze­strzeń na czu­cie, na za­nu­rze­nie się w niej, na wspo­mnie­nia i płacz. Po­le­cam do tego pio­sen­kę Ja­me­sa Baya Us, któ­rej słu­cha­łam, nio­sąc ci­ężki ple­cak po fe­sti­wa­lu z dwor­ca do domu - tak bar­dzo otwo­rzy­ła mi ser­ce, że łzy le­cia­ły mi jak gro­chy, mimo że po­win­nam się sku­pić na bo­lących ple­cach, bo ba­gaż wa­żył z tonę. A ja szłam, pła­ka­łam i było mi wszyst­ko jed­no, czy ktoś na to pa­trzy. Da­łam temu wszyst­kie­mu wy­pły­nąć, a po­tem... po­czu­łam się świet­nie.

Ty rów­nież daj so­bie czas i prze­strzeń. Dzi­ęki świa­do­mej prze­strze­ni da­ro­wa­nej tym trud­niej­szym emo­cjom te uczu­cia będą co­raz bar­dziej się roz­pusz­czać, aż któ­re­goś dnia po­czu­jesz, że zno­wu je­steś w sta­nie przy­jąć ko­goś lub coś do swo­je­go ser­ca, bo jest na to go­to­we.

To będzie...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej