ROZDZIAŁ 1
Czy każdy nowy etap w życiu powinien mieć jakąś wyjątkową datę? Czy powinno się ją wybierać, by już zawsze przypominała o tym, że coś się kończy, a coś zaczyna? A może to właśnie konkretne wydarzenia nadawały datom zupełnie nowe znaczenie?
Sara uważała, że odcinanie przeszłości grubą kreską ma sens tylko wtedy, gdy ma ono swoje wyjątkowe miejsce w kalendarzu. Nowy początek zawsze miał większy sens, jeśli łączył się z innym wydarzeniem. Urodzinami, bo człowiek zawsze mógł się narodzić na nowo, jako inna osoba; pierwszym dniem wiosny, bo wtedy przyroda budziła się do życia po zimowym śnie; Nowym Rokiem, bo siłą rzeczy wiązał się on z listą postanowień, obietnic, życzeń i naturalnie... nowym początkiem. W tym roku to właśnie ta data miała być dla Sary przełomowa. To nic, że ten nowy etap, a raczej zamknięcie starego, zaczął się już dużo, dużo wcześniej.
- Jesteś najbardziej szaloną osobą, jaką znam, wiesz? - powiedziała Kaśka, siedząc na krześle przy wyspie kuchennej, z nogami wyłożonymi na blat, podczas gdy Sara z zaangażowaniem pakowała do kartonu kolejne elementy porcelanowej zastawy z Bolesławca.
- Bo się rozwiodłam po tym, jak się dowiedziałam, że mąż mnie zdradził? I to nie raz? - zaśmiała się kobieta, rzuciwszy przyjaciółce jedynie przelotne spojrzenie. - Nie uważam tego za szaleństwo ani tym bardziej za akt odwagi, tylko raczej naturalne następstwo małżeńskiej zdrady - dodała już z większą powagą.
- Biorąc pod uwagę to, jakie życie zostawiasz za sobą...
Tym razem Sara zatrzymała na Kaśce wzrok na nieco dłużej i z niedowierzaniem zapytała:
- Naprawdę uważasz, że mimo wszystko powinnam przymknąć oko na jego wybryki, i to tylko po to, bym mogła nadal pławić się w luksusach?
- Nie jestem twoją matką - odparła stanowczo Kaśka. - I nie chodzi mi o rozstanie z Arturem, tylko o twoją przeprowadzkę.
- Zawsze marzyłam o tym, żeby mieszkać w górach - rzuciła nieszczerze Sara. Uciekła spojrzeniem i kontynuowała pakowanie.
- Jasne. Szczególnie że byłaś tam raz w życiu, na wycieczce szkolnej dwadzieścia lat temu.
- I już wtedy się zakochałam w tym miejscu. Tak trudno w to uwierzyć? - Sara ciągnęła swoją historyjkę.
Kaśka posłała jej jedynie kolejne pobłażliwe spojrzenie, a Sara przewróciła oczami. Bo niestety, ale przyjaciółka miała rację. Sara bywała na Podhalu na tyle rzadko, by decyzja o przeprowadzce właśnie w te rejony zszokowała wszystkich jej bliskich. Ona sama nadal nie miała pewności, czy dobrze zrobiła, czy nie przytłoczą jej konsekwencje tej decyzji, ale chciała się znaleźć jak najdalej stąd, zacząć wszystko od zera, bez jakichkolwiek powiązań z dawnym życiem, bez kojarzenia jej z mężem, a przede wszystkim jak najdalej od niego. Zakopane wydawało się idealnym miejscem do wdrożenia tego planu. No, może dalej były jeszcze Ustrzyki Górne, ale tam podobno zdarzały się problemy z zasięgiem, a ten był jednak dość istotnym elementem pracy, którą wykonywała Sara.
- Po prostu trudno mi uwierzyć, że postanowiłaś porzucić wszystko, co łączy cię z Sopotem, i tak po prostu masz zamiar wynieść się na drugi koniec Polski. Dosłownie - odparła z wyrzutem Kaśka.
- Zamiar już miałam, teraz go uskuteczniam. Poza tym rozmawiałyśmy już o tym. Chcę odciąć grubą kreską dawne życie i zacząć wszystko od nowa, z czystą kartą, tam gdzie nikt nie będzie mnie kojarzył z moim byłym mężem.
- I dlatego musiałaś wybrać akurat to zadupie?
- Skoro już mam ryzykować, to na całego. A tam mam szansę na to, że nikt nie będzie mnie postrzegać wyłącznie przez pryzmat bycia byłą żoną Artura. Naprawdę chcę mieć święty spokój. Szczególnie że dużo zrobiliśmy, żeby rozwód odbył się po cichu.
- Czyli nic ani nikt się dla ciebie nie liczy... - ciągnęła Kaśka swoim niezadowolonym tonem.
- Kasia... - Sara dopiero w tej chwili przerwała pakowanie zastawy i odłożywszy jeden z malowanych w pawie oczka talerzy, oparła się o blat. - Przecież wiesz, że w tym wszystkim nie chodzi o ciebie. Mnie też boli serce, gdy pomyślę, że się rozstaniemy, ale wierzę w to, że nasz kontakt się nie urwie. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, mamy naprawdę przeogromne możliwości utrzymania kontaktu, a podróż z Sopotu do Zakopanego to tylko kilka godzin drogi autem czy pociągiem. Ale poza tobą... nic mnie już tutaj nie trzyma. - Sara wzruszyła ramionami. - Ja naprawdę chciałabym w końcu pomyśleć o sobie, zrobić to, na co mam ochotę, a nie tylko zadowalać wszystkich dookoła. Być może będę tej decyzji żałować, ale chcę spróbować. Jeszcze nigdy nie byłam tak zdeterminowana jak teraz, by zmienić coś w swoim życiu!
- A nie możesz zmienić koloru włosów? - zaśmiała się gorzko Kaśka.
Sara tylko przewróciła oczami.
- To akurat twoja domena. A wybacz, ale mnie nie byłoby tak do twarzy w różu - odparła i popatrzyła na pofalowane włosy przyjaciółki w tym krzykliwym kolorze. - Poza tym ja potrzebuję fundamentalnej zmiany, czegoś przełomowego, jak...
- Dobra, nie tłumacz się już. Przecież wiem, o czym mówisz. Po prostu to do mnie nie dociera i jeszcze chyba długo nie dotrze - powiedziała Kaśka, starając się, by wyrzut w jej głosie nie wybrzmiał zbyt wyraźnie.
- Jeśli ma cię to pocieszyć, to do mnie też nie. Ale za dwa dni wyjeżdżam i nie mam zamiaru oglądać się za siebie. I mam nadzieję - Sara podeszła do przyjaciółki i uścisnęła jej dłoń - że mimo wszystko ostatecznie mnie w tym wesprzesz. Bardzo tego potrzebuję.
Kaśka popatrzyła Sarze prosto w oczy i zacisnęła usta. A potem wstała i z nieprzejednanym wyrazem twarzy odparła:
- Nie umiem udawać, że mnie to nie rusza, przepraszam. Zawsze będę życzyła ci jak najlepiej, ale też potrzebuję czasu, by oswoić się z myślą, że tracę najlepszą przyjaciółkę. Mimo wszelkich pobudek, którymi się kierujesz, czuję się bezsilna, choć oczywiście szczerze to rozumiem.
- Ja nie wyjeżdżam na drugi koniec świata! - Sara zaśmiała się przez łzy.
- Ale na drugi koniec Polski już tak! Dalej są już tylko Bieszczady. Chyba po cichu liczę na to, że prędzej czy później wrócisz z podkulonym ogonem.
Kaśka uniosła niemrawo kąciki ust, więc Sara objęła ją mocno i czule uścisnęła, zamykając w objęciach na długie sekundy. Wiedziała jednak, że cokolwiek się wydarzy, nie ma takiej siły, która ściągnęłaby ją tu z powrotem. I wcale nie chodziło o to, że już kupiła w Zakopanem dom - ten przecież zawsze można było sprzedać. Liczyło się to, że naprawdę chciała zostawić za sobą dotychczasowe nieudane życie i narodzić się na nowo jako zupełnie nowa osoba. Miała nadzieję, że właśnie na oddalonym o setki kilometrów stąd Podhalu jej się to uda.
- Czyli mamy jeszcze dwa dni? - zapytała po chwili Kaśka, odsunąwszy się w końcu od Sary. Otarła wierzchem dłoni łzy, które spłynęły jej po policzkach.
- Niecałe. Chciałabym wyjechać w środę z samego rana. Czeka mnie długa podróż, a poza tym kierowca dostawczego busa, który przewiezie moje rzeczy, też planuje wyjechać skoro świt, a nie chciałabym, by czekał na mnie pod domem albo, nie daj Boże, rozpakował przed nim moje rzeczy i sobie pojechał.
- Zapłaciłaś mu tyle, że powinien ci jeszcze te graty porozstawiać wedle twojego zamysłu w tej twojej nowej góralskiej daczy.
- Nie ma tego aż tyle, poradzę sobie sama. Na dobrą sprawę, gdybym dobrze to wszystko poupychała, może nawet zmieściłabym się z tym do samochodu... - Sara zaczęła się na głos zastanawiać.
- Jasne, i zamiast spędzić ostatnie chwile ze mną, bawiłabyś się w samochodowego tetrisa. Bardzo dobrze, że wynajęłaś ekipę od przeprowadzek. Te rzeczy też mogą poczekać. - Kaśka przejęła od Sary miskę, którą ta zamierzała właśnie owinąć w folię bąbelkową. - Jutro będziesz się wykręcać tym, że kolejnego dnia czeka cię długa droga, i nigdzie cię nie wyciągnę, więc dzisiaj idziemy na miasto. Musimy uczcić ostatni wieczór razem. I nie przyjmuję protestów. - Dziewczyna pociągnęła Sarę za rękę.
- Jest dopiero szesnasta! Miałam w planie jeszcze dzisiaj... - Sara odwróciła się za siebie, spoglądając na stosy kartonów i wyłożone na blacie przedmioty, które chciała jeszcze dziś do nich spakować.
- Zaczniesz wdrażać swoje plany za dwa dni. Teraz jesteś tu jeszcze na moich zasadach, należy mi się choć tyle za to porzucenie - powiedziała, gdy były już prawie przy drzwiach. - Idziemy na drinka i nie wrócimy przed północą, pogódź się z tym. Za dwa dni będziesz miała swój upragniony święty spokój.
Sara tylko westchnęła, wiedząc dobrze, że nie ma szans na jakikolwiek sprzeciw, jeśli nie chce narażać się na niezadowolenie przyjaciółki. Zresztą była jej winna ten ostatni wieczór przed wyjazdem, sama bardzo go potrzebowała.
Tak jak postanowiła, w środę z samego rana Sara była gotowa do drogi. Po raz ostatni rozejrzała się po niemal opustoszałym domu, w którym zostały jedynie meble, i uświadomiła sobie, że zupełnie nie jest jej go szkoda. To już nie był jej dom, nie jej miejsce. Już nie. Jeszcze kilka lat temu wprowadzała się tu z ekscytacją, wierząc, że będzie to jej bezpieczna przystań, dom, w którym założy rodzinę wraz z Arturem, a dzisiaj... zostawiła w nim wszystkie wspomnienia, do których nigdy nie chciała już wracać.
Zamknęła za sobą drzwi, zabierając ostatnią walizkę, i z podniesioną głową ruszyła w stronę czekającej na podjeździe agentki nieruchomości. Bez emocji podała jej pęk kluczy.
- Wszystkie są opisane. - Wskazała na doczepione do każdego z nich breloczki. - Mam nadzieję, że nowi właściciele będą tu bardziej szczęśliwi... - dodała i skrzywiła się nieznacznie. - Nieważne. Proszę życzyć im powodzenia.
- Przyjeżdżają z Wielkiej Brytanii w sobotę po południu. Cieszę się, że udało się pani zdążyć z wyprowadzką przed ich powrotem.
Sara uśmiechnęła się do kobiety, a potem podała jej dłoń na pożegnanie i ruszyła w stronę samochodu. Ani przez chwilę nie myślała o tym, by jakoś to przedłużać. Ona też chciała zamknąć ten etap jak najszybciej.
Włożyła walizkę do bagażnika, zajęła miejsce za kierownicą, wzięła głęboki wdech i nie zerkając już w lusterko wsteczne, ruszyła. Z uśmiechem na ustach. Jeszcze tylko przez chwilę drżała z przejęcia, aż w końcu odprężona odjechała.
Czekała ją długa droga, dlatego pierwszy postój zrobiła sobie już po dwóch godzinach. Musiała wypić kawę i zjeść jakieś śniadanie, bo wcześniej z ekscytacji zupełnie nie czuła ani głodu, ani zmęczenia, które teraz zaczęły dawać się we znaki. Nim jednak wysiadła z samochodu, usłyszała dźwięk telefonu dobiegający z torebki. Sięgnęła więc po komórkę i uśmiechnęła się lekko, gdy zobaczyła na wyświetlaczu numer przyjaciółki.
- Wyjechałaś? - zapytała Kaśka na powitanie.
- Już ponad dwie godziny temu - odparła Sara.
- Och...
- Co takiego?
- Nic, po prostu... Łudziłam się, że może jeszcze się rozmyślisz.
- Kasia... - upomniała ją łagodnie. - Nie, nie rozmyśliłam się. Ale miałam nadzieję, że przyjedziesz, żeby się pożegnać.
- Pożegnałam się z tobą przedwczoraj. Dzisiaj nie dałabym rady, przepraszam.
Sara uśmiechnęła się pod nosem. Znała Kaśkę nie od dziś i doskonale wiedziała, że pod skorupą twardej i nieustępliwej harpii, na jaką starała się samą siebie kreować, kryła się wrażliwa i uczuciowa dusza artystki. Podczas takiego pożegnania bez wątpienia zalałaby się łzami i przeżywałaby to przez kilka kolejnych dni. Choć prawdę mówiąc, Sara i tak była pewna, że jej przyjaciółka bardzo przeżywała ich rozstanie.
Sama zresztą w tej chwili też poczuła ukłucie w mostku, a potem na chwilę zabrakło jej powietrza. Jakby wreszcie dotarło do niej, co właśnie działo się w jej życiu. Poczuła pieczenie pod powiekami, zamrugała więc szybko, żeby obraz zupełnie jej się nie rozmazał od spływających łez.
- Rozumiem - powiedziała w końcu, starając się, by przyjaciółka nie zorientowała się, że płacze. - Kasia?
- No? - zapytała burkliwie.
- Ale przyjedziesz, gdy tylko się urządzę? Obiecałaś.
Obie się cicho zaśmiały, a Kaśka, pochlipując, w końcu przyznała, że skoro obiecała, a jest słowna jak mało kto, to nie będzie się wykręcać i przyjedzie. Będzie musiała się tłuc pociągiem przez całą Polskę, ale przyjedzie. Niedługo później pożegnała się i rozłączyła, a Sara, siedząc jeszcze przez chwilę w aucie, pozwoliła łzom spłynąć po policzkach, by dać upust nagromadzonym przez ostatnie tygodnie emocjom. A potem szybkim ruchem otarła wilgoć z twarzy, pociągnęła nosem i zerkając kontrolnie w lusterko, poprawiła lekko rozmazany tusz i kiwnęła do siebie pokrzepiająco.
- Dasz radę - szepnęła, uśmiechnęła się i z podniesioną głową wysiadła w końcu z samochodu, by udać się na stację po kawę i coś do zjedzenia.
Sara nie żałowała tego, że podjęła taką decyzję; tego, że niemal zupełnie porzucała dotychczasowe życie i zmieniała je o sto osiemdziesiąt stopni. Ale Kasia w wielu kwestiach miała rację - nie dało się tak po prostu zapomnieć wszystkiego, co dobre i co kojarzyło jej się z Sopotem. To oczywiste więc, że Sara spodziewała się pewnej nostalgii, która mogłaby ją w końcu dopaść. Miała tylko nadzieję, że wydarzy się to nieco później, a nie zaledwie dwie godziny drogi od Sopotu.
Na szczęście nie zaczęły jej podgryzać żadne wątpliwości, przynajmniej do momentu, gdy wjechała na ostatnią prostą, która prowadziła ją do jej nowego domu w Zakopanem. Widok wyłaniających się na horyzoncie majestatycznych Tatr zapierał dech w piersi, ale jednocześnie budził pewien niepokój. Kobieta zaczęła się zastanawiać, czy odnajdzie się w tej nowej rzeczywistości, czy polubi to miejsce, a przede wszystkim, czy Zakopane będzie łaskawe dla niej, dla życiowego rozbitka, którego prąd morski przywiódł aż tutaj.
Im Sara była jednak bliżej nowego miejsca zamieszkania, im bliżej centrum miasta, tym obawy coraz wyraźniej były zastępowane przez przejęcie, ekscytację i ciekawość nieznanego. A gdy wjechała w uliczki Zakopanego, wcale nie tak zatłoczone, jak zakładała, rozglądała się po okolicy, chcąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów.
Uśmiechnęła się, gdy dostrzegła lokalny sklepik z wywieszonymi pamiątkami, kożuchami i ciupagami. Zapragnęła skosztować sprzedawanych kawałek dalej oscypków z grilla, nie mówiąc już o aromatycznym grzanym winie, które tutaj musiało smakować wyjątkowo dobrze. Choć śniegu jeszcze nie było, mimo że minął już początek grudnia, wydawało się, że powietrze jest wyjątkowo mroźne, a temperatura spadła poniżej zera. Tak przynajmniej Sara wywnioskowała, patrząc na ciepło ubranych turystów. Odsunęła nieco szybę w aucie i faktycznie uderzyło w nią rześkie, pachnące lasem powietrze. Nie mówiąc już o tym, że gdy minęła centrum Zakopanego i kierowała się drogą Oswalda Balzera pod swój nowy adres, poczuła, jak w brzuchu zaczęła łaskotać ją ekscytacja.
W mieście powoli zapadał zmrok, a okolica dzięki temu zdawała się jeszcze bardziej tajemnicza i intrygująca. Co rusz Sara mijała jakiś pensjonat, hotel czy restaurację, co wskazywało na to, że niewątpliwie było miejsce bardzo turystyczne. Nie spodziewała się zresztą niczego innego. Kiedy jednak kilka kilometrów dalej wjechała w jedną z bocznych uliczek, zorientowała się, że akurat tutaj było jakoś zaciszniej.
Gdy była tu ostatnim razem, by sfinalizować zakup domu, nie skupiała się tak bardzo na okolicy. Była po prostu zdeterminowana, by kupić nieruchomość, wyjechać z Sopotu i zacząć nowe życie. Kiedy teraz o tym myślała, nie wydało się to zbyt rozsądne, bo zdała sobie sprawę, że o wiele kwestii nie dopytała ani agentki, ani dewelopera, od którego finalnie zakupiła swoje nowe lokum. Wtedy chciała jedynie obejrzeć dom i poznać datę przeprowadzki. Dopiero teraz zaczynało do niej docierać, że taka kwestia jak chociażby sąsiedztwo była przecież dość istotna.
Przestała się na chwilę nad tym zastanawiać, gdy w końcu dotarła na miejsce. Wstrzymała oddech, kiedy znalazła się na... swoim podjeździe. Dom był piękny, zbudowany z drewnianych bali, pokryty stylizowaną dachówką, gustownie oświetlony punktowymi lampami. Gdy była tu jesienią, by podpisać umowę i obejrzeć to miejsce, wokół panował jeszcze totalny chaos i - nic nie zapowiadało tego, że dwa miesiące później Sara zastanie przed budynkiem zadbany plac z nasadzonymi roślinami, gotowy garaż i pasujące do całości ogrodzenie z drewnianych desek. Serce zabiło jej mocniej, jakby zakochała się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia. Przez chwilę lustrowała spojrzeniem otoczenie, szczypiąc się w przedramię, by upewnić się, że to nie sen.
Dopiero głośne trzaśnięcie drzwiami samochodu wyrwało ją z tego zachwytu i spojrzała na dostawczego busa, stojącego kawałek dalej, przy garażu. Wysiadła więc, by przywitać się z mężczyzną już drugi raz tego dnia. Tym razem znacznie wyraźniej przekonała się, że na zewnątrz panuje mróz, od razu potarła dłonie i założyła na głowę kaptur kurtki.
- Mam nadzieję, że nie musiał pan długo czekać - powiedziała uprzejmie.
- Prawdę mówiąc, to byłem pewny, że nie dojedzie pani tak szybko i poczekam tu sobie dłużej. Nawet miałem w planie pójść coś zjeść do tej karczmy przy głównej drodze.
Sara otworzyła lekko usta, trochę zniesmaczona tą uwagą. Już miała odpowiedzieć uszczypliwie, ale tylko się łagodnie uśmiechnęła. Nie znosiła stereotypów, a ten, że kobiety gorzej radzą sobie za kierownicą - jak widać - nadal był żywy.
- Może pan skoczyć na jakąś kolację, powinnam poradzić sobie z rozpakowywaniem rzeczy. W końcu nie jest ich aż tak dużo...
- Mam zapłacone za rozładunek, nie będę się migał od roboty - powiedział wesołkowato chłopak i podszedł do tylnych drzwi auta. - Otworzy pani? - Wskazał na drzwi garażu, przy którym zaparkował.
- Nie, nie, wnosimy od razu do domu - odparła i ruszyła w stronę wejścia.
W domu świeciło się światło, więc agentka już zapewne na nią czekała. Sara umówiła się z nią telefonicznie w ubiegłym tygodniu, że dziś wieczorem przekaże jej gotowy do zamieszkania dom.
- Podobno jeszcze nie można - powiedział nagle kierowca, a Sara zatrzymała się w pół kroku i popatrzyła na niego.
- Słucham?
- Byłem wcześniej zapytać, bo chciałem już zacząć nosić pani rzeczy. Tam w środku - wskazał na wejście - są jacyś robotnicy, jeden z nich, chyba szef ekipy, powiedział, że prace są jeszcze nieskończone i dopóki się z tym nie uporają i dom nie zostanie odebrany przez nadzór, to nie można tam nic wnosić ani tym bardziej w nim mieszkać.
- Nie, nie, to jakaś pomyłka. - Sara machnęła ręką. - Rozmawiałam kilka dni temu z agentką, umówiłam się na dzisiaj. To pewnie jakieś ostatnie szlify. Proszę poczekać, upewnię się - odparła i ruszyła przed siebie.
Była pewna, że to tylko nieporozumienie, które za chwilę wyjaśni. Kiedy jednak weszła po schodach na niewielką werandę, a później uchyliła drzwi, okazało się, że w środku faktycznie nadal trwały jakieś prace. I bynajmniej nie były to prace dekoracyjne czy nawet wykończeniowe. Z części ścian wystawały całe metry przewodów elektrycznych, kontakty i włączniki zostały wyciągnięte, a skrzynka rozdzielcza, która miała już dawno zostać ukryta w zabudowanej szafce w przedpokoju, wyglądała tak, jakby ktoś wyszarpał z niej na siłę wszystkie przełączniki i kable. Sarze w pierwszej chwili zrobiło się słabo. Tu nic nie było gotowe! Poza położonymi podłogami i pomalowanymi ścianami, które i tak w tej chwili w większości przypominały ser szwajcarski z ogromnymi dziurami, wszystko było w rozsypce. A umówiła się przecież zarówno z deweloperem, jak i agentką, że dzisiaj odbierze gotowy do zamieszkania, umeblowany dom!
Sara oparła się dłonią o jedną ze ścian - jedną z nielicznych nierozkutych w całości - bo aż zakręciło jej się w głowie.
- Wszystko w porządku? - usłyszała nagle męski głos i podniosła gwałtownie spojrzenie.
Młody chłopak, trzymający w dłoniach jakiś kolejny przewód, patrzył na nią z powątpiewaniem.
- A wygląda, jakby było w porządku? - odparła zrozpaczona.
- No tutaj na pewno nie. - Rozejrzał się z uśmiechem dookoła. - A u pani? Tak właściwie to kim pani...
- To mój dom - warknęła niemal na chłopaka, rozdrażniona jego swobodnym tonem i w ogóle tym wesołkowatym obyciem. - Miałam się tutaj dzisiaj wprowadzić!
- No to chyba jest raczej niemożliwe - zaśmiał się ponownie chłopak i wzruszył bezradnie ramionami. - Pani wróci za jakieś trzy, cztery tygodnie.
Sara tym razem rozchyliła usta, ale głos uwiązł jej w gardle. Nie mogła wydobyć z siebie głosu ani co gorsza wziąć oddechu.
- Mogę pani jakoś pomóc? - Tym razem w tonie chłopaka pobrzmiewała troska.
- Ja... - zająknęła się. - To jakieś nieporozumienie, ja rozmawiałam z agentką, z panią Mają Galicą, jeszcze w ubiegłym tygodniu, i umówiłam się dzisiaj na odbiór. Nie rozumiem, co się tutaj wydarzyło - powiedziała zdecydowanie przytomniej i tym razem to ona rozejrzała się dookoła. - Chyba że pomyliłam domy, a mój jest kolejny, w końcu jest ich kilka i...
- Dwa są już zamieszkałe, a w dwóch kolejnych dopiero robią wylewki, więc raczej nie. Poza tym to niespodziewana awaria, więc raczej przyjechała pani do siebie, ino... nie może się pani jeszcze wprowadzić.
- Awaria?! Dlaczego w takim razie nikt mnie o tym nie poinformował?! Co ja mam teraz zrobić?! - Sara nieznacznie podniosła głos.
- Ja tu tylko pracuję i wykonuję polecenia... - Chłopak znów obojętnie wzruszył ramionami i już miał się wycofać do innego pomieszczenia, gdy Sara zatrzymała go w pół kroku.
- Czyje polecenia?! Ktoś jest mi w stanie wyjaśnić, co się tutaj dzieje?!
- Jak to czyje? Szefa.
- Szefa - zaśmiała się Sara rozpaczliwie. - Niech mnie pan do niego zaprowadzi - dodała twardo.
- To niemożliwe.
- To pana ulubione powiedzenie? - żachnęła się złośliwie. - Niemożliwe?!
- Pani trochę wyluzuje. Szef już się zmył, ja robię nadgodziny. Jutro będzie z samego rana.
- Jutro. - Sara zacisnęła zęby. - A gdzie ja niby mam nocować? W samochodzie?! Na tym mrozie?! I co mam zrobić z moimi rzeczami?!
- A to ja już mówiłem tamtemu panu, że rzeczy można złożyć w garażu. Tam już wszystko jest gotowe. W okolicy jest sporo pensjonatów, może się pani zatrzymać... - kontynuował beztrosko, ale widząc ciskające gromami spojrzenie Sary, odpuścił i dodał tylko: - Jak tam pani zresztą chce. Ja nic więcej nie wiem, robię swoje, o nic nie pytam.
Nie czekając na odpowiedź Sary, chłopak zniknął w drugim pomieszczeniu. Ona z kolei zacisnęła mocno pięści i ledwo się powstrzymała, by nie rzucić jakiejś wiązanki - miała ochotę zacząć krzyczeć z bezsilności i oburzenia, tupać nogami w miejscu - na szczęście udało jej się zapanować nad złością. Zacisnęła mocno powieki, a potem wyciągnęła komórkę, by zadzwonić do osoby, która powinna Sarę uprzedzić o tym, że coś takiego się wydarzyło.
Wybrała numer agentki, ale po kilku długich sygnałach przestała się łudzić, że ta jeszcze dzisiaj odbierze. Dochodziła siódma wieczorem i jeśli skrupulatnie trzymała się godzin pracy, to Sara mogła się spodziewać, że odezwie się dopiero jutro. Mimo to ponowiła próbę skontaktowania się z kobietą, a kiedy znów doczekała się jedynie głosu automatycznej sekretarki, zacisnęła mocno powieki, bo niezadowolenie i furia ponownie zaczęły ogarniać jej umysł. Już miała ruszyć w głąb domu, by przekonać się, czy każde z pomieszczeń było tak samo rozbebeszone, gdy usłyszała za sobą trzaśnięcie drzwi wejściowych.
- Co pani tu robi? - zapytał z niezadowoleniem mężczyzna, który stanął właśnie w progu, trzymając w rękach pudło z jakimiś narzędziami i zwojami przewodów.
- To chyba ja powinnam zapytać, co się tutaj wyprawia! - Rozejrzała się dookoła.
- To jest teren budowy, nie może pani tutaj przebywać - odparł, nie udzielając odpowiedzi na jej pytanie, i odsunął się, wskazując Sarze drzwi.
- No właśnie, budowy! - odpowiedziała z wyrzutem, nie ruszając się nawet o milimetr. - A dzisiaj miał to już być mój dom!
- Pani dom?
- Tak, jestem właścicielką i dzisiaj miałam odebrać klucze!
- Musiało się pani coś pomylić. Dzisiaj to na pewno pani tych kluczy nie odbierze - odrzekł burkliwie mężczyzna, po czym rzucił jej obojętne spojrzenie, minął Sarę i udał się do pomieszczenia, które od dzisiaj miało być jej gabinetem.
- Przepraszam bardzo, to na pewno nie mnie się coś pomyliło! - Ruszyła za nim, oburzona jego zachowaniem. - Może w takim razie pan mi wyjaśni, dlaczego prace nie zostały jeszcze zakończone, a mój dom wygląda jak plac budowy?!
- Bo tak, jak już powiedziałem, to wciąż JEST plac budowy - odpowiedział dosadnie, odkładając na podłogę pudło, a potem zaczął w nim czegoś szukać.
- Proszę nie robić ze mnie idiotki. - Skrzyżowała ramiona na piersi. - Przecież wiem, na kiedy byłam umówiona na odbiór domu! Tymczasem agentka nie odbiera ode mnie telefonu, a robotnicy nie chcą udzielić mi żadnych informacji!
Mężczyzna podniósł na nią spojrzenie, a potem popatrzył na wejście do pomieszczenia.
- Przykro mi, ode mnie też niczego się pani nie dowie. Nie zostałem upoważniony do udzielania jakichkolwiek informacji na temat budowy, a poza tym...
- Bo co?! Pan też nic nie wie, bo robi tu tylko nadgodziny?! - weszła mu w słowo, podnosząc głos, i popatrzyła złowrogo na mężczyznę, który wyprostował się i zmierzył ją równie nieprzychylnym wzrokiem.
Była już u kresu wytrzymałości, ale gdy tylko ponownie napotkała spojrzenie pracownika, momentalnie zrobiło jej się głupio za ten wybuch. Spuściła na chwilę wzrok, a potem znów popatrzyła na mężczyznę, łagodniej, ale wciąż zacięcie. Mężczyzna też wpatrywał się w nią, zaciskając mocno szczękę, jakby starał się panować nad swoimi nerwami. Być może uraziła go swoją uwagą, bo faktycznie zabrzmiała nieco wyniośle, jakby jako właścicielka mogła bezkarnie pomiatać swoimi wykonawcami. Tym bardziej zaczynało robić jej się wstyd, bo w końcu nigdy tak nie postępowała, a wręcz starała się być w takich momentach zupełnie inna niż... Artur. Tymczasem przed chwilą zachowała się dokładnie tak jak on.
Już chciała przeprosić, gdy to robotnik odezwał się pierwszy:
- Jak się pani nazywa? - zapytał nagle tonem wyzutym z emocji.
- Nie rozumiem...
Wyciągnął z kieszeni telefon, wstukał coś na wyświetlaczu, a potem, przyglądając się Sarze, przyłożył komórkę do ucha.
- Cześć. Jest gdzieś w pobliżu twoja żona? Mógłbyś ją poprosić? - zaczął i dopiero wtedy odwrócił wzrok. - Cześć, Maja, przepraszam, że niepokoję cię o tej porze - zrobił pauzę i posłał Sarze wymowne spojrzenie, gdy ta lekko rozchyliła usta w zaskoczeniu - ale jestem jeszcze na budowie i... Nie, nie, żadnych nowych awarii, po prostu obok mnie stoi kobieta, która twierdzi, że jest właścicielką i dziś miała odebrać klucze. Jak się nazywa? No właśnie...
- Sara Borucka - wtrąciła, przytomniejąc, gdy tylko dotarło do niej, z kim rozmawia robotnik.
- Pani Sara Borucka - powtórzył, a potem od razu podał Sarze telefon.
Z lekkim zawahaniem odebrała od niego komórkę i odchrząknąwszy, zaczęła:
- Słucham?
- Pani Saro! Najmocniej panią przepraszam za całą tę zaistniałą sytuację! - usłyszała w końcu znajomy głos agentki nieruchomości, która pomagała przy finalizacji zakupu domu. - Ja próbowałam się z panią skontaktować przez cały zeszły tydzień, ale pani numer nie odpowiadał - mówiła z przejęciem. - Niedługo po naszej rozmowie, podczas której umawiałyśmy się na dzisiejsze oddanie kluczy, okazało się, że podwykonawcy popełnili kardynalny błąd podczas zakładania instalacji elektrycznej, co wyszło dopiero w trakcie czynności sprawdzających. To z kolei wymusiło wymianę niemal całego okablowania w domu, czyli rozkuwanie ścian i...
- Tak, to właśnie zastałam na miejscu - odparła wciąż wzburzona całą sytuacją Sara.
- Przepraszam, próbowałam się z panią skontaktować, żeby o wszystkim uprzedzić i przełożyć odbiór domu na nieco późniejszy termin, ale pani numer nie odpowiadał, z kolei na mejle pani nie odpisywała i nie miałam pewności, czy pani w ogóle odczytała moje wiadomości - tłumaczyła nadal agentka.
Do Sary właśnie dotarło, że tego samego dnia, gdy rozmawiała z agentką i ustaliła z nią, że to dziś przyjedzie do Zakopanego, zrezygnowała z tamtego numeru telefonu, bo należał do Artura, sama zaś podpisała nową umowę z operatorem i zapomniała przesłać nowy kontakt agentce. Mejli też nie dostała, ale w ostatnim czasie jej skrzynka była przepełniona, więc niewykluczone, że jeśli przychodziły z oficjalnego adresu biura nieruchomości, to automatycznie trafiały do spamu. By nie zasypywano jej w dalszym ciągu ofertami, zaraz po zakupie domu oznaczyła wszystkie podobne domeny, przez które poszukiwała dla siebie nowego lokum, jako zaśmiecające pocztę. Nie miała jednak siły teraz tego tłumaczyć.
- Tak, ja... Możliwe, że to moja wina - przyznała w końcu, uciekając wzrokiem przed robotnikiem, który popatrzył na nią i wymownie uniósł brew. Odwróciła się więc, po czym dodała: - Ale próbowałam się do pani dodzwonić kilkanaście minut temu i...
- Nie, nie przerzucajmy się teraz winą, to po pierwsze - zaoponowała agentka. - A po drugie, akurat dzisiaj, jak na złość, zostawiłam służbowy telefon w biurze. - Westchnęła, po czym dodała od razu: - Skoro nie udało mi się powstrzymać pani przyjazdu, proszę dać mi kilka minut na rozwiązanie tej sytuacji. To oczywiste, że nie może się pani jeszcze wprowadzić, i tu wina leży wyłącznie po stronie podwykonawcy. Proszę mi wierzyć, zostaną wobec niego wyciągnięte konsekwencje. Rozumiem, że musi się pani gdzieś zatrzymać, bo powrót nie wchodzi w grę, prawda? - zapytała retorycznie.
- Do Sopotu? - zaśmiała się gorzko Sara. - Już wolę przenocować w samochodzie.
- Nie ma takiej możliwości! Nie ma mnie w tej chwili w Zakopanem, dlatego nie mogę przyjechać na miejsce, ale postaram się wszystko załatwić zdalnie. A my zobaczymy się jutro przed południem i wszystko pani wyjaśnię. Czy możemy się tak umówić?
- Chyba nie mam innego wyjścia - westchnęła Sara. - Proszę mi tylko powiedzieć, co mam zrobić z moimi rzeczami. Przyjechał ze mną cały transport, kierowca czeka na zewnątrz na jakiś sygnał, zapewne też się niecierpliwi.
- Czy sądzi pani, że zmieszczą się do garażu? On akurat jest już gotowy do użytku i w drodze wyjątku może zostać udostępniony, by można było złożyć tam rzeczy.
- Nie mam tego dużo, powinno się zmieścić - przyznała.
- Świetnie, w takim razie ten problem mamy z głowy. Proszę dać mi chwilę, zaraz ogarnę temat noclegu.
- Jasne, dziękuję - odparła Sara bez entuzjazmu w głosie, a potem, pożegnawszy się z kobietą, oddała robotnikowi telefon.
Znów wymienili się wrogimi spojrzeniami, a Sara pokręciła nieznacznie głową, wzdychając ciężko.
- Nie mógł pan tak od razu? - zapytała.
- Jak?
- Powiedzieć, że zna pan panią Maję? Pomóc mi się z nią skontaktować?
- Nie prosiła pani o to. - Znów schylił się do pojemnika pełnego narzędzi, a potem zaczął coś dłubać przy jednym z przewodów.
- Prosiłam o udzielenie mi informacji i...
- No właśnie. Nie o kontakt do agentki.
- Zawsze jest pan tak dosłowny i drobiazgowy? - Sara przestąpiła z nogi na nogę, bo zachowanie mężczyzny zaczynało ją już drażnić.
Zerknął na nią, nawet nie odpowiadając, a potem wrócił do swoich zajęć. Sara przewróciła oczami, widząc, jak po raz kolejny zwyczajnie ją zlekceważył, i uznawszy, że niczego więcej się od niego nie dowie, odwróciła się i ruszyła do wyjścia, by dać znać panu od transportu, że może wypakować jej dobytek do garażu.
Nim zdążyła wrócić do domu i poprosić o pilot do bramy garażowej, drzwi zaczęły się unosić, a na schodach mignęła jej jedynie sylwetka robotnika, z którym jeszcze przed chwilą wymieniała kąśliwe uwagi. Prychnęła pod nosem, a potem, by nie czekać bezczynnie na jakikolwiek sygnał od agentki, pomogła kierowcy w przenoszeniu kartonów.
Właśnie miała schodzić z paki samochodu z ostatnim pakunkiem, gdy zachwiała się, zeskakując z podestu. Była pewna, że runie na ziemię z całą zawartością pudła, gdy ktoś w tej samej chwili pojawił się tuż przy niej i przytrzymał karton. Spojrzała ponad wystające z niego bibeloty i napotkała na przenikliwe i nadal niedostępne spojrzenie tamtego mężczyzny. Dopiero teraz zwróciła uwagę na ciemnoniebieski kolor jego oczu.
- Dziękuję - powiedziała lekko speszona i spuściła wzrok.
Mężczyzna nie odpowiedział, tylko bez słowa przejął karton, jakby dla niego ważył tyle co nic, podczas gdy Sara ledwo była go w stanie udźwignąć, a potem odstawił pakunek przy innych, którymi zapełnił się już garaż. Otrzepał dłonie i podszedł do Sary, tym razem jednak usilnie unikając jej wzroku.
- Jeśli to wszystko, co ma pani do zostawienia tutaj, to proszę jechać za mną - powiedział i ruszył do terenowego samochodu zaparkowanego przed bramą.
- Słucham? Dokąd? Dlaczego niby miałabym za panem jechać? - zapytała zdezorientowana.
Robotnik przystanął, a dopiero po chwili odwrócił się w jej stronę.
- Byłoby łatwiej i dużo szybciej, gdyby nie zadawała pani tylu zbędnych pytań - powiedział od niechcenia i popatrzył na Sarę bez emocji, Sara natomiast już nabrała powietrza, by odpowiedzieć na tę jego niegrzeczną uwagę, ale mężczyzna nagle dodał: - Maja zorganizowała pani nocleg. Kilkaset metrów stąd. Poprosiła, żebym pani wskazał to miejsce. Właścicielka podobno już o wszystkim wie.
- Właścicielka?
- Tak, to pensjonat. Skromny, ale może panią zadowoli. A jeśli nie, to zawsze może pani szukać czegoś na własną rękę, ale uprzedzam, że zaczął się sezon, więc...
- Dobrze! Pan z kolei nagle się tak rozgadał... - prychnęła, po czym dodała: - Proszę na mnie poczekać, rozliczę się z kierowcą i pojadę za panem.
Obrzuciła go ostatnim pogardliwym spojrzeniem, a potem ruszyła w stronę mężczyzny, który zamykał właśnie pakę swojego samochodu. Podpisała dokumenty przewozowe, odebrała fakturę, zostawiła mu napiwek, uznawszy, że to będzie w dobrym tonie, zwłaszcza że musiał czekać, a potem tak jak powiedziała, wsiadła do swojego samochodu i ruszyła za robotnikiem, gdy ten ruszył z posesji.
Była pewna, że napotka na przeszkody. Nie łudziła się, że start w nowe życie będzie bezproblemowy i sielski - raczej twardo stąpała po ziemi i wiedziała, że takie rzeczy się nie zdarzają. Nie sądziła jednak, że pierwsze turbulencje, i to tak gwałtowne, rozpoczną się, jeszcze zanim wprowadzi się do swojego nowego domu.
No właśnie. Nawet ta wprowadzka stała teraz pod ogromnym znakiem zapytania. Sara jednak nie miała już dziś siły, by o tym myśleć. Była po długiej podróży, serii niezbyt przyjemnych rozmów, a to rozpakowywanie swojego dobytku też mocno ją zmęczyło, dlatego postanowiła, że skoro i tak niczego nie jest w stanie teraz zmienić, to zamartwianie się również zostawi sobie na jutro, gdy tylko dowie się czegoś więcej na spotkaniu z agentką. W końcu jej dom stał, był prawie gotowy. Jeśli jedynym problemem będzie uzbrojenie się w cierpliwość... nie miała innego wyjścia jak po prostu to zaakceptować.