p
Podziękowania
Podziękowania
Bardzo wiele osób wniosło swój wkład w powstanie tej książki i udzielało mi pomocy podczas jej pisania. Przede
wszystkim pragnę podziękować uczestnikom moich zajęć terapeutycznych i warsztatowych w New York Psychodrama Training Institute przy Ośrodku
Caron. Krocząc własnymi ścieżkami do trzeźwości emocjonalnej i spokoju
wewnętrznego wszyscy współtworzyliście treść tej książki.
Członkowie grup terapeutycznych, z którymi pracowałam w całych Stanach
Zjednoczonych na konferencjach, szkoleniach i w ośrodkach leczniczych,
nieustannie wymuszali na mnie doskonalenie empirycznych podejść do
terapii, tak bym mogła sprostać ich palącym i bardzo konkretnym
potrzebom. Wielokrotnie uświadamiali mi oni, jak potrzebna jest książka
taka jak ta.
Jestem pełna uznania dla niezmordowanej pracy wielu instytucji oraz
specjalistów, z którymi się stykałam i którzy na co dzień przyczyniają
się do tego, by informacje takie jak zawarte w tej książce służyły
codziennemu życiu ludzi. Są to Krajowe Stowarzyszenie Dzieci Alkoholików
(National Association for Children of Alcoholics, NACOA), Fundacja
Caron, Onsite, Sierra Tucson, Freedom Institute, Fundacja Hazelden,
Betty Ford, The Ranch, Alina Lodge, ośrodek ks. Martina i Mae Ashley
oraz departament ds. uzależnień i zdrowia psychicznego (Substance Abuse
and Mental Health Services Administration, SAMHSA), by wymienić tylko
kilka. Stale podnoszą one moją świadomość wielkich przemian, jakie można
dokonać w życiu, gdy podchodzi się do tego zadania z determinacją i metodycznie. Instytucje te wnoszą niezwykle cenny wkład w życie naszego
społeczeństwa.
Dziękuję również mojemu amerykańskiemu wydawcy Health Communications,
który z oddaniem kontynuuje misję publikowania książek pomagających
ludziom w wewnętrznym zdrowieniu. Gary'emu Seidlerowi dziękuję za
wspieranie psychodramy w dokumencie The Process oraz propagowanie tej
metody w ramach konferencji U.S. Journal, a Peterowi Vegso i Gary'emu
Seidlerowi za wydanie tej i wielu innych książek z przekonaniem, że są
one ważne dla społeczeństwa. Chcę też podziękować moim redaktorom w wydawnictwie HCI za serdeczne, mądre i jakże potrzebne wsparcie. Praca z Michele Matrisciani i Andreą Gold była fantastyczna, owocna i inspirująca. Na każdym etapie procesu wydawniczego z wielkim wyczuciem i profesjonalizmem udzielały mi wskazówek, za które jestem ogromnie
zobowiązana.
Wielkie podziękowania kieruję także do Julie Cummings, Larry'ego Ariusa
i Matta Klauera, którzy zgodzili się recenzować nadsyłane materiały i udzielać mi cennych wskazówek oraz porad. Dziękuję za poświęcony czas i uzyskaną od Was pomoc. Wasz punkt widzenia był bardzo wartościowy.
A Brandtowi, Marinie i Alex dziękuję z powodów dobrze im znanych. To z Wami przebywałam moją drogę krok po kroku. Jesteście moją motywacją i światłem na ścieżce, czasem nawet samą ścieżką. Nie można wymarzyć sobie
na niej lepszych, wspanialszych i bardziej uroczych towarzyszy.
Wstęp
Wstęp
Od 25 lat jeżdżę po całym kraju z prelekcjami i warsztatami dla osób uwalniających się spod negatywnego
wpływu dysfunkcyjnej rodziny i leczących urazy psychiczne i emocjonalne,
a także dla terapeutów niezmordowanie pracujących z klientami
poranionymi przez nałogi, różne formy przemocy i traumy interpersonalne.
Najgłębsze rany związane z traumą interpersonalną są zadane sercu,
umysłowi i duchowi. Zachowują się one w naszej tkance mięśniowej i pozostają odciśnięte w układzie nerwowym. Jesteśmy tak ukształtowani, by
bliskość z innymi dawała nam poczucie miłości, ciepła i dobrostanu, a porzucenie budziło lęk. Ta biologia miłości i strachu wyewoluowała u nas dlatego, że zdolność tworzenia trwałych i wytrzymałych więzi z innymi oraz podtrzymywania opiekuńczych, odżywczych relacji warunkuje
nasze przeżycie. W konsekwencji emocje towarzyszące tym "życiodajnym"
relacjom są niezwykle intensywne. Bez tych związków po prostu nie
moglibyśmy przetrwać.
W miłości tkwi więc zarówno okrucieństwo, jak i lekarstwo. Gdy nasze
serca krwawią z powodu rozczarowań czy straty, miłość daje nam
pocieszenie i przywraca równowagę. Strach uruchamia w nas reakcje
samoobronne, takie jak walka (gniew, wściekłość), ucieczka (oddalenie
się, zerwanie więzi) lub zastygnięcie (bezruch, zamilknięcie), natomiast
miłość i troskliwość koją nas i przywracają nam stan równowagi.
Nieustannie przebiegają w nas procesy zaleczania się mniejszych lub
większych urazów, w których uszczerbku doznało nasze poczucie
tożsamości, wyczucie relacji międzyludzkich, poczucie porządku własnego
i świata.
Być może cierpimy dlatego, że nie jesteśmy dostatecznie mocno lub we
właściwy sposób kochani lub tracimy uwagę i wsparcie osoby, na której
polegaliśmy, albo wali się nasz uporządkowany i dobrze znany świat.
Niestety takie rany niekoniecznie znikają samoistnie, szczególnie jeśli
do ich powstania doszło przed osiągnięciem wieku świadomego, czyli w okresie wczesnego dzieciństwa. Podobnie jak kolejne sukcesy nie
przychodzą nikomu tak dobrze jak tym, którzy już je odnosili, tak
cierpienie nader często rodzi kolejne cierpienie. W każdym razie jeśli
wydaje się, że nie potrafimy dobrze układać sobie relacji w dorosłym
życiu, być może po wielekroć odtwarzamy znane sobie schematy, niosące
echo ukrytego bólu z przeszłości. W celu zrozumienia tych emocjonalnych
urazów musimy być gotowi czuć ból owych krwawiących miejsc tak długo, aż
zdołamy przyporządkować mu słowa, wypracować język emocji i przetworzyć
je w postaci myśli. Musimy ponadto zidentyfikować niepożądane schematy,
które wciąż powielamy w życiu - niekiedy nawet wbrew swoim przekonaniom
- oraz przepracować leżący u ich podłoża ból i dezorientację, tak by
przyswoić sobie nowe, korzystniejsze wzorce relacji. Musimy
przeanalizować swoje problemy w poszukiwaniu informacji o nas, naszym
życiu i związkach, aby nabrać biegłości w sztuce życia, umieć je
"studiować", uczyć się i rozwijać na podstawie pojawiających się
przeciwności i wykorzystywać je z pożytkiem dla siebie. Każdy z nas ma w sobie "apteczkę" ze środkami pozwalającymi regulować rytm funkcjonowania
organizmu, nastrój i kondycję emocjonalną - trzeba tylko nauczyć się jej
używać.
Wielokrotnie znajdowałam się w sytuacjach, w których bardzo chciałam móc
powiedzieć: żeby lepiej zrozumieć, co działo się u ciebie, co działo się
w twojej rodzinie, co zaszło w twoim układzie nerwowym, przeczytaj to i to, a poznasz prosty plan odwrócenia tych skutków. Wiele razy w rozmowach z terapeutami - starającymi się w krótkim czasie przeznaczonym
na sesję pomóc swoim klientom w zrozumieniu dziwnych,
międzypokoleniowych ścieżek bólu emocjonalnego czy wychodzenia z uzależnień i uporczywie otaczających ich destrukcyjnych wzorców -
chciałam dysponować spójnym omówieniem tych zagadnień. I właśnie dlatego
napisałam tę książkę: aby każdy, kto chce zrozumieć psychiczne i cielesne konsekwencje tego, co nazywam "traumą interpersonalną", w dowolnej doświadczonej przez siebie formie - emocjonalnej, psychicznej
czy fizycznej - miał taką możliwość. Każdy, kto chce zmienić bieg
swojego życia, zyska dzięki temu tekstowi pojęcie o tym, jakie powinien
podjąć w tym celu działania. Sama książka nie spowoduje twojego
uzdrowienia, pokaże jednak, jakie kroki powinieneś podjąć, aby samemu
się uzdrowić.
Wprowadzam w niej koncepcję traumy interpersonalnej, bo właśnie z tym
zagadnieniem najczęściej spotykam się w pracy. Nazywam tak uraz
psychologiczny lub emocjonalny, do którego doszło w relacji z drugim
człowiekiem. Niezależnie od tego, czy uraz wynika ze złego traktowania,
zaniedbania czy nałogu, nasze ciało reaguje na doznawany strach, rany
lub obciążenie tak intensywnymi emocjami, że nie jesteśmy w stanie ich
przetworzyć i zintegrować, to zaś zakłóca rozwój trzeźwości
emocjonalnej.
Jak doświadczenia stają się biologią, a biologia doświadczeniami
Neurobiologia oferuje dziś naukową podbudowę obserwacji, które od
dziesięcioleci intuicyjnie kierowały podejściem terapeutycznym wielu
specjalistów zajmujących się uzależnieniami. Rozumieliśmy i traktowaliśmy z szacunkiem wielkie zmiany, jakie uraz emocjonalny
wywołuje nie tylko w umyśle i sercu, lecz również w samym ciele: to, że
życie w chronicznym bólu emocjonalnym wpływa na określone struktury w mózgu (konkretnie, jak się okazało, na układ limbiczny); że w rezultacie
zakłóceń tego układu mocno zachwiana zostaje zdolność regulowania
emocji; że jeżeli u człowieka wielokrotnie uruchamiała się reakcja
strachu/stresu, to nie jest on w stanie po prostu "otrząsnąć się" ze
swoich przeżyć.
Zasadnicze znaczenie dla trzeźwości emocjonalnej ma zdolność
autoregulacji, przywracania sobie równowagi. Jeżeli jednak układ
limbiczny rozregulował się w konsekwencji przewlekłego stresu czy
kryzysu i włącznik emocji pozostaje wciąż w pozycji ON, wówczas nasz
emocjonalny termostat traci możliwość automatycznego nastawiania się.
Kiedy zaś mamy trudności z regulowaniem samych siebie, cierpią na tym
nasz nastrój, związki z innymi ludźmi, pozostałe obszary życia i równowaga emocjonalna.
Badania w zakresie neuronauk doszły do etapu, na którym stają się
naprawdę użyteczne. Dzięki nowym rozwiązaniom technologicznym uzyskujemy
dziś obraz rzeczywistej pracy mózgu. Obecnie nauka jest w stanie ukazać,
dlaczego skuteczne są takie podejścia jak psychodrama, programy 12
kroków, terapia grupowa, prowadzenie dziennika, praca z ciałem, joga,
gimnastyka czy masaż; dlaczego zmiana stylu życia i charakteru naszych
relacji może powodować u nas zmianę sposobu myślenia i samopoczucia oraz
vice versa; dlaczego nie sprawdzają się wprowadzane na szybko,
wybiórcze rozwiązania, skuteczne jest zaś budowanie nowego modelu życia.
Sednem trzeźwości emocjonalnej jest dobra autoregulacja. Oznacza ona
opanowanie umiejętności psycho-fizycznych, które pozwalają na
wprowadzanie równowagi do naszego nastroju, układu nerwowego, pragnień,
popędu seksualnego i snu, a także wypracowanie zdolności doświadczania
własnego świata wewnętrznego, w przeciwieństwie do uciekania od niego,
tak byśmy mogli zrozumieć, co nami kieruje. Trzeźwość emocjonalna
oznacza również, że nauczyliśmy się tolerować swoje emocje bez
odreagowywania ich w dysfunkcyjny sposób, dusząc i odcinając świat
swoich odczuć lub korzystając z używek. Używki i zachowania kompulsywne
są oznaką braku dobrej autoregulacji.
Odczucie pojawia się przed myślą
Emocje poprzedzają racjonalne myślenie. Nasze biologiczne
oprzyrządowanie emocjonalne, czyli układ limbiczny, funkcjonuje od
samego urodzenia, natomiast oprzyrządowanie intelektualne zaczyna
działać dopiero, kiedy mamy około 12 lat, a i wtedy posługujemy się nim
w ograniczonym zakresie, nabierając w tym biegłości z biegiem lat. Ze
względu na tę rozbieżność rozwojową małe dzieci nie są w stanie
odwoływać się do myśli w celu rozumienia i regulowania swoich bieżących
reakcji emocjonalnych.
Początkowo przyswajamy sobie umiejętności autoregulacji dzięki
przebywaniu w obecności adekwatnych "regulatorów zewnętrznych",
powiedzmy, matki czy ojca. To do nich należy nie tylko uspokajanie nas w chwilach rozemocjonowania, lecz także dawanie nam przykładu, jak się to
robi. Kiedy tracimy równowagę, oni ją w nas odbudowują. Biorąc nas na
ręce - dosłownie i w przenośni - przywracają nam spokój i stabilizują
nasz układ nerwowy, a my stopniowo nabywamy umiejętności dokonywania
tego samemu. Dzięki odpowiednim więziom z rodzicami powoli wbudowujemy
te umiejętności w swój wewnętrzny system, tak by mieć je zawsze pod
ręką.
Jeżeli w dzieciństwie dobrze opanowaliśmy umiejętności autoregulacji,
mamy poczucie, że są one niejako wrodzone, tak jakbyśmy zawsze nimi
dysponowali. Jeżeli zaś nie zostały dobrze przyswojone, możemy sięgać do
źródeł zewnętrznych w celu zapewnienia sobie spokoju i dobrego
samopoczucia psychicznego, których nie potrafimy osiągnąć samodzielnie,
a także w celu odtworzenia poczucia spokoju, jakie pamiętamy z wczesnego
dzieciństwa. Do powszechnie używanych w naszym społeczeństwie
"pocieszaczy" należą narkotyki, alkohol, jedzenie, seks, praca i pieniądze. Elementem wychodzenia z traumy interpersonalnej jest
znalezienie i czerpanie ze zdrowych źródeł autoregulacji - zdrowych
"regulatorów zewnętrznych" - tak byśmy mogli rozstać się ze szkodliwymi.
Trzeźwość emocjonalna jest odzwierciedleniem równowagi układu
limbicznego. Układ ten jest systemem biologiczno-psychicznym, który
zarządza naszym nastrojem, napięciem emocjonalnym, apetytem i cyklem
snu, by wymienić tylko kilka z jego rozlicznych funkcji. Powtarzające
się bolesne doświadczenia - wywołujące poczucie bezsilności i niemożności ucieczki - mogą z czasem rozregulować układ limbiczny. Gdy
do tego dochodzi, nasza zdolność autoregulacji doznaje uszczerbku.
Stajemy się przygnębieni, zalęknieni czy rozdrażnieni, niezdolni do
panowania nad nastrojem, emocjami, pragnieniami i zachowaniami. W tym
właśnie momencie pojawia się ryzyko, że zechcemy korzystać z pocieszaczy, aby przywrócić sobie wewnętrzny spokój. Możemy sięgnąć po
jakąś używkę lub zachowanie, które szybko zapewnią nam lepsze
samopoczucie. Problemy z nadmiernym korzystaniem z takich sposobów
"zaleczania się" - na przykład z alkoholu, narkotyków lub jedzenia albo
kompulsywnego traktowania takich zachowań jak seks, praca, zakupy - w celu poprawy nastroju świadczą o braku zdolności do płynnej
autoregulacji.
Naturalnie pragniemy więcej przyjemności i mniej bólu
Jesteśmy tak skonstruowani, że dążymy do przyjemności i unikamy
cierpienia. Dlatego decydujemy się na zaleczanie swoich smutków: nie
chcemy odczuwać bólu, w którym się pogrążyliśmy; chcemy czuć
przyjemność. Wokół tej zasady okrzepła nasza struktura neurologiczna.
Kiedy przyjmiemy do wiadomości i zrozumiemy, że zasada ta leży u samych
fundamentów natury ludzkiej, a nawet zwierzęcej, możemy zacząć dokonywać
mądrych wyborów dotyczących zaspokajania tych podstawowych potrzeb i popędów. W jaki sposób aktywnie zapewnić sobie taką ilość przyjemności w życiu, abyśmy byli nasyceni? W jaki sposób panować nad bólem i stresem,
z którym sobie nie radzimy, tak by nie kusiło nas jego zwalczanie
poprzez prowizoryczne zaleczanie? Zarówno ból, jak i przyjemność
istnieją naturalnie. Dlatego konieczne i ważne jest dbanie o równowagę
układu limbicznego; w stanie jego równowagi odczuwamy więcej
przyjemności, a mniej bólu, to zaś oczywiście zmniejsza potrzebę
sięgania po prowizoryczne rozwiązania, w tym zaleczanie. Częścią
trzeźwości emocjonalnej jest nauczenie się, jak żyć i radzić sobie w warunkach pewnego natężenia stresu, wieloznaczności, strachu, obaw,
rozczarowań i jak powściągać te emocje i odczucia miłością, akceptacją,
własnym działaniem i życiem wśród ludzi.
Książka ta jest przeznaczona dla osób, które próbują prowadzić
zrównoważone życie lub starają się zrozumieć, na czym polega trauma
interpersonalna. Aby doznać tej traumy, nie trzeba mieć kontaktu z uzależnieniem. Dowolne cierpienie związane z relacją międzyludzką,
którego doświadczyłeś i którego wciąż kurczowo się trzymasz, może
sprawić, że odnajdziesz się na stronicach tej książki. W moim przypadku
był to nałóg ojca, rozwód rodziców i ból, który zdarzenia te zostawiły
po sobie, ale nie są to jedyne formy traumy interpersonalnej. Wśród
pozostałych znajdują się m.in. zaniedbanie, maltretowanie fizyczne lub
emocjonalne, przebywanie na co dzień z osobą chorą umysłowo albo
przedłużająca się separacja. Dlaczego warto poświęcać swój czas i wkładać wysiłek w przepracowanie problemów z przeszłości? Chodzi po
prostu o to, by nie zakłócały nam one komfortowego życia w teraźniejszości; żebyśmy nieświadomie nie powtarzali prowadzących
donikąd schematów emocjonalnych, psychologicznych i behawioralnych,
których podłoże stanowią nierozwiązane problemy emocjonalne, mające
źródło w czasach minionych; krótko mówiąc, żebyśmy mogli ruszyć do
przodu.
Najlepiej czytać tę książkę po kolei. Jest napisana tak, by prowadzić
czytelnika krok po kroku ku zrozumieniu tego, jak emocje i myśli
oddziałują na naszą psychikę, ciało i zachowanie oraz jak osiągnąć
większą dojrzałość emocjonalną i równowagę, przepracowując swoje
zaszłości. Kiedy zyskasz już tę podstawową wiedzę, przeskakiwanie między
rozdziałami nie będzie szkodzić. Będziesz mógł skoncentrować się na tych
fragmentach, które do ciebie bardziej przemawiają, poruszają tematy,
które chciałbyś zgłębić. Przedstawiany materiał bywa niekiedy dość
trudny, ale starałam się, żeby przekaz był jak najbardziej przystępny i wciągający dzięki wyrazistym przykładom, analizom jednostkowych
przypadków, moim własnym przeżyciom oraz inspirującym wynikom aktualnych
badań naukowych. Opracowałam też anglojęzyczną stronę internetową, która
może towarzyszyć książce; znajdziesz ją pod adresem tiandayton.com.
Zamieszczam tam więcej informacji o trzeźwości emocjonalnej, ćwiczenia z dziennikiem oraz relaksacje kierowane, które można ściągnąć do
korzystania w domu.
Moja historia
Jestem dorosłym dzieckiem alkoholika (DDA), które w wieku 23 lat
zakochało się w innym DDA. Do 1980 roku nie mieliśmy pojęcia, że
dorastanie w domu alkoholika może ukształtować i ukierunkować sposób
prowadzenia przez nas relacji w życiu dorosłym. Uważaliśmy, że to, co
wydarzyło się w przeszłości, jest w niej hermetycznie zamknięte. Okazało
się jednak, że nie ma nic dalszego od prawdy. To właśnie te wczesne
doświadczenia formują matrycę neuronalną, według której działamy przez
resztę życia.
Zakochanie się w moim mężu przyszło mi bardzo łatwo. Nie wiem, czy
zabrało więcej niż sześć sekund. Żyć długo i szczęśliwie - to było jedno
z najtrudniejszych przedsięwzięć, jakiego się kiedykolwiek podjęłam, i jedna z najlepszych rzeczy, na jakie kiedykolwiek się porwałam. Bliskość
z towarzyszącymi jej uczuciami bezbronności i zależności wyciągnęła na
powierzchnię wszystkie moje lęki, niezagojone rany oraz rozpaczliwą
nadzieję, którą w sobie nosiłam.
Razem z mężem dorastaliśmy w latach 50., gdy emocje odczuwało się mniej
więcej co trzy miesiące, a mówiło o nich nieco rzadziej. Wolno się było
sporadycznie wypłakać czy odbyć rozmowę "od serca", ale zasadniczo
karmiliśmy się treściwą dietą rozsądku i powinności. Nie mam nic
przeciwko rozsądkowi i powinnościom, ale ta formuła sprawdza się tylko
wtedy, gdy wszystko układa się jak należy. Jeżeli zaś ktoś potrzebował
na przykład rozplątać supły traumy interpersonalnej czy nałogu - cóż,
nie istniało emocjonalne słownictwo, które pozwalało odnieść się do
takich spraw. Ludzi, którzy chodzili po poradę do (ciii) psychiatry,
uważało się za (ciii)... trochę... pomylonych. Ktokolwiek nie wpasowywał się
w sztancę, był określany protekcjonalnym epitetem "inny".
W momencie ślubu byliśmy parą idealistycznych poranionych ludzi
poszukujących przyszłości. Wiele podjętych przez nas decyzji co do
wspólnego życia wynikało z naszej przemożnej potrzeby, by odzyskać dobre
samopoczucie. Rzuciliśmy się sobie w ramiona jako sterani życiem
dwudziestotrzy-, dwudziestoczterolatkowie. Oboje byliśmy świadkami, jak
rozpadały się małżeństwa naszych rodziców, jak nasi ukochani rodzice
zagłębiali się powoli w koszmarze alkoholizmu, a nasze szczęśliwe ongiś
rodziny zapadały się od środka. Rodzina Brandta należała pod wieloma
względami do bardzo eksponowanych. Publiczny rozpad małżeństwa rodziców
bywa nieznośnym doświadczeniem, zwłaszcza jeśli uprzednio wszyscy
zazdrościli ci rodziny. Z kolei moja rodzina zajmowała dość znaczącą
pozycję w amerykańskiej społeczności greckiego pochodzenia - z nawiązką
zrealizowała amerykański sen. Z czasem mama zawarła drugie małżeństwo,
wychodząc za mojego ojczyma, również pochodzącego z szanowanej familii z Minneapolis i również zmagającego się z dziedzictwem rodzinnego nałogu.
Na szczęście mama i Walt byli nastawieni na leczenie i (przez większość
czasu) nie żyli w wyparciu. Nikt z nas tak naprawdę nie wiedział jednak,
co robić z traumą interpersonalną, która zewsząd nas otaczała. Nie było
dla niej wtedy nazwy, a tym bardziej powiązanego z nią słownictwa, za
pośrednictwem którego można by do niej dotrzeć. Obie nasze rodziny były
pełne fantastycznych, inteligentnych, serdecznych, wesołych i spełnionych ludzi. Niczego tu nie brakowało; przeciwnie, na każdym kroku
widać było obfitość. Byliśmy bardzo uprzywilejowani. Ale nawet
uprzywilejowane i mądre rodziny zatracają się, jeśli doświadczają zbyt
dużego naporu problemów emocjonalnych. Wydaje się, że w przypadku
naszych rodzin u źródeł traumy interpersonalnej leżał alkoholizm. A może
pierwsza była nieleczona trauma interpersonalna i to ona doprowadziła do
korzystania z alkoholu w celu dławienia bólu emocjonalnego?
Moja droga jako DDA rozpoczęła się od książki Verna Johnsona I'll Quit
Tomorrow (Jutro rzucam). Byłam wtedy z mężem u jego matki w jej
przepięknym nowojorskim apartamencie na Piątej Alei. Przebywaliśmy tam z naszą córeczką Mariną, która miała zaledwie kilka miesięcy. Nagle zdałam
sobie sprawę, że choć sądziłam, iż wymknęłam się nałogowi, to tak
naprawdę wylądowałam tylko w samym środku innego rodzinnego systemu
alkoholowego. Oczywiście wiedziałam o tym od początku - ale to
ignorowałam. W rzeczywistości ten układ był wygodny. Świetnie
rozumieliśmy się z mężem. Tak czy inaczej, tego wieczoru, gdy
uświadomiłam sobie, że zewsząd otacza nas alkoholizm, mimo iż rzekomo
przed nim uciekliśmy (to znaczy nie pijemy), zabrałam Marinę, wsiadłam
do autobusu do Honesdale w Pensylwanii, gdzie mieszkaliśmy wtedy na
stałe, wróciłam w śnieżnej zamieci do domu i poszłam spać. Następnego
dnia otworzyłam nieprzeczytaną książkę, która stała u nas na półce od
kilku miesięcy i była prawdopodobnie prezentem od mojej matki, wówczas
orędowniczki walki z alkoholizmem, lub Wheelock Whitney, przyjaciółki
rodziny i fundatorki Johnson Institute.
W 1977 roku nie istniał termin "dorosłe dzieci alkoholików". W publicznym obiegu nie było też pojęcia współuzależnienia. Jednak każde
słowo tej książki trafiało wprost do mego serca. Autor opisywał
podstępnie sączące się wyparcie, które stanowi element patologicznego
uzależnienia; reinterpretowanie rzeczywistości - nie tak, żeby była
prawdziwa, ale by stała się mniej groźna; te przeinaczenia i myślowe
wykręty, które cechują alkoholika i otaczających go członków rodziny. W ciągu półtora dnia przeczytałam ją dwa razy. Każdy, kto zajmował się
kiedykolwiek dzieckiem, wie, jak to musiało być trudne. Czytałam podczas
drzemek Mariny; nocą, gdy sama byłam wyczerpana i łaknęłam snu; w skradzionych chwilach, kiedy córeczka zajmowała się czymś przez pięć czy
dziesięć minut. Po przeczytaniu całej książki wiedziałam, że mam poważny
problem. Nie piję, więc nie chodziło o nałóg. Ale występowały u mnie
pozostałe cechy uzależnienia: "wypaczone myślenie", przeładowane
wygodnymi racjonalizacjami, przeinaczeniami i negowaniem rzeczywistości,
przez co człowiek czuje, że albo sam zwariował, albo zwariowali wszyscy
inni; uparte i ciągłe powtarzanie tych samych dysfunkcyjnych wzorców
interakcji - w kółko, raz po raz, raz po raz. Jedynym, co się do mnie
nie stosowało, był alkohol. Natomiast cała reszta we mnie tkwiła,
wchłaniana dzień po dniu w okresie, gdy otaczali mnie ludzie negujący
rzeczywistość wokół siebie, negujący ją z najlepszymi intencjami, bo po
prostu w latach 50. oczekiwało się, że właśnie tak ludzie będą
postępować z problemami. Skryją twarz pod maską uśmiechu. Zepną się w sobie.
Nie dysponowaliśmy w naszej rodzinie słownictwem, za pomocą którego
można by się odnosić do doświadczanych strat, ciążącego bólu i niepewności. Zachowywaliśmy się więc tak samo, jak zachowuje się każdy,
kto odwiedza kraj, nie znając miejscowego języka. Uważnie przyglądaliśmy
się swoim twarzom w poszukiwaniu informacji, wskazówek, co się dzieje.
Na głos odzywaliśmy się tylko krótkimi frazami, a korzystaliśmy z języka
gestów. Wykształciliśmy w sobie anteny do czytania ludzi bez słów. Kiedy
zaś narastała w nas frustracja, a nie mieliśmy słów, które pozwoliłby
nadać cywilizowaną formę temu, co się wewnątrz nas działo, wybuchaliśmy
po prostu jak hydrant pod zbyt wielkim ciśnieniem albo całkowicie
zakręcaliśmy dopływ wody. Znikaliśmy.
Coraz oczywistsze stawało się dla mnie, że oboje z mężem mieliśmy
problem. Mimo że nie było takich pojęć jak DDA, istniał termin
co-addict (dosł. współuzależniony). Uznałam, że na pewno zaliczam się
do takich osób, a prawdopodobnie zalicza się do nich również mąż.
Intymność i intensywność małżeństwa i rodzicielstwa odnawiały w nas
nieuleczony ból rodzinny. Po przeczytaniu listy 12 kroków w książce
Verna Johnsona postanowiłam, że zacznę od pierwszego i zobaczę, co
zdołam zrobić. Byłam bezsilna nie tyle wobec alkoholu, ile wobec piętna,
jakie współżycie z nałogiem odcisnęło na moim sercu i umyśle. O ile
mogłam stwierdzić, mąż też był bezsilny wobec podobnego wpływu na
siebie.
Kiedy w książce Janet Woititz Dorosłe dzieci alkoholików pojawiło się
pojęcie DDA, znakomicie rozumiałam, o czym autorka pisze. Uczestnicząc w pierwszej konferencji DDA, miałam już misję: rozpocząć proces zwany
uleczeniem i przekonać się, czy zdołam odkryć, co się u mnie stało i w jaki sposób mogę "przerwać łańcuch", jak wtedy to określaliśmy - zadbać
o to, by moje dzieci otrzymały ode mnie jak najmniej nieukojonego bólu.
To było trudne zadanie; uczyliśmy się wszystkiego na bieżąco. Dziś mam
dużo jaśniejszy obraz tego, na czym polega zdrowienie, i mogę poprzeć
twardymi naukowymi dowodami to, czego chwytaliśmy się wtedy na zasadzie
prób i błędów.
Razem z Brandtem na wyczucie dobieraliśmy rozwiązania, które miały nam
pomóc w zaspakajaniu różnych palących potrzeb osobistych. Spędziliśmy
pięć lat we wspólnocie duchowej, gdzie studiowaliśmy filozofię
dalekowschodnią, jogę i medytację. Było to niezwykle odradzające
doświadczenie dla ciała oraz umysłu i pod wieloma względami przywróciło
wszystkim uczestnikom tej społeczności równowagę. Pogłębiło również
wewnętrzne uduchowienie każdego z nas, co okazało się ogromnie
korzystne. Nieustannie niepokoiła mnie jednak narastająca świadomość, że
pomimo gorliwego medytowania, wykonywania intensywnych ćwiczeń
jogicznych i przywiązywania maksymalnej wagi do odpowiedniego żywienia,
wciąż nie potrafiliśmy wydobyć się ze swojej przeszłości. Choć
codziennie wszyscy staraliśmy się oczyszczać i wysubtelniać swoją
osobowość, nieuleczone pozostałości bólu, które bardziej lub mniej
świadomie motywowały wielu spośród nas do znalezienia się we wspólnocie,
nadal blokowały nam możliwość osiągnięcia prawdziwego spokoju
wewnętrznego. Było to ewidentne.
Kolejnym odkryciem moim i Brandta była terapia DDA. Zrealizowaliśmy
wszystkie programy dla współuzależnionych, na jakie tylko mogliśmy
trafić. Wyszukiwaliśmy terapeutów, zajęcia psychodramy, programy 12
kroków i wszystko to włączaliśmy do swojego życia. Odważnie ruszyliśmy
na spotkanie z nieuleczonym bólem, który każde z nas nosiło w sobie z powodu przeszłości. Na pewien czas grunt usunął nam się spod nóg. Nie
wiedzieliśmy, kim jesteśmy ani kim możemy się stać. Niósł nas jednak
entuzjazm i nadzieja rozwoju oraz podchodzenie z oddaniem do naszych
dzieci i siebie nawzajem. Szczęśliwie przebrnęliśmy razem na drugi
brzeg, choć nie było łatwo.
Innym ważnym aspektem mojego uzdrowienia było odnowienie kontaktu z wyjątkowymi darami i dobrami pochodzącymi z mojego dzieciństwa. Nie
musiałam długo ich szukać. Bardzo dużo zawdzięczam rodzinie, z której
pochodzę - licznej, greckiej rodzinie z dziadkami, wujkami, ciotkami i kuzynostwem - oraz mojej greckiej parafii. Nie istnieje zdrowszy
neurologicznie sposób wychowywania dzieci niż grecki, według którego i ja byłam kształtowana. To budowanie odporności życiowej in situ.
Wywabiamy dzieci w świat przytulaniem, pocałunkami i słodkimi zachętami.
Funkcjonowaliśmy zgodnie z grecką tradycją, w której dominuje
rodzinocentryczność oraz dopuszczanie każdego do głosu pod warunkiem
zachowania szacunku dla starszych. W greckich rodzinach dzieci są wysoko
cenione, wszędzie zabierane z rodzicami i od początku traktowane
poważnie jak mali duzi ludzie. Bez ustanku i o wszystkim mówimy;
milczenie zdecydowanie nie jest złotem w pojęciu przeciętnego Greka.
Więzi rodzinne są u nas silne, co zawsze dawało mi cudowne poczucie
zakorzenienia. Oczywiście w związku z tym jeszcze większego szoku i cierpienia dostarczało testowanie wytrzymałości tych więzi, szarpanie
ich i w końcu zerwanie, ale w przetrwaniu tego pomagało filozoficzne i duchowe podłoże naszej kultury wraz z otaczającym mnie poczuciem
wspólnotowości. Zawsze istniała zabezpieczająca siatka dalszej rodziny
oraz grupy parafialnej, do której można się było zwrócić. Nigdy nie
pozostawałam zdana na samą siebie.
Grecy mają fundamentalny szacunek dla życia i zmysł jego celebracji.
Każdy Grek uważa się za Platona czy Arystotelesa. Mamy głębokie poczucie
sensu w życiu - w zasadzie we wszystkim - i wszędzie doszukujemy się
ukrytych znaczeń. Grecy skłaniają się ku duchowości; nasza kultura jest
spleciona z religią. Gdy dysponuje się tego typu oparciem, łatwiej
radzić sobie z życiem. Trauma interpersonalna odebrała mi możliwość
dostępu do tych darów, odczuwania ich i upajania się nimi. Uzdrowienie
zaś to wszystko mi przywróciło.
Rzecz jasna idea poszukiwania równowagi życiowej nie jest niczym nowym.
Starożytni Grecy mierzyli się z tego rodzaju podstawowymi problemami w swej mitologii, filozofii i teatrze. O drodze środka mówią też filozofie
dalekowschodnie. Poszukiwanie stabilności i równowagi było celem każdego
społeczeństwa, które dążyło do ideału zdrowego lub oświeconego życia.
Mieszkając w Ameryce, jesteśmy szczęściarzami, bo dzięki edukacji,
wolnemu czasowi i poczuciu bezpieczeństwa możemy oddawać się rozważaniom
nad zagadnieniami, które od wieków zajmowały ludzkość. Trzeźwość
emocjonalna stanowi nowoczesne ujęcie pradawnego problemu.
Widzimy, jak starania o znalezienie drogi środka krystalizują się w micie o Ikarze. Dedal zbudował dla króla Minosa znany z greckich podań
labirynt. Po ukończeniu tego dzieła popadł jednak w niełaskę monarchy i wraz ze swym ukochanym synem Ikarem został uwięziony w wieży.
Zdesperowany, obmyślił plan wspólnej ucieczki. Morza strzegli pilnie
żołdacy króla, Dedal uznał więc, że jeśli mają z Ikarem kiedykolwiek
powrócić do domu, muszą przyprawić sobie skrzydła i wzbić się w powietrze. Powiązał pióra nićmi i sznurem, a następnie zlepił je
woskiem. Gdy skrzydła były gotowe, Dedal przymocował je synowi i sobie
samemu do ramion, po czym stanęli obaj nad urwiskiem, by wyfrunąć na
wolność. Będąc dojrzałym człowiekiem, Dedal niepokoił się, czy jego
dorastający syn nie podda się odurzającemu czarowi latania. Nie miał
jednak innego wyboru niż pozwolić mu lecieć o własnych siłach, w przeciwnym razie nigdy nie wydostaliby się z więzienia. W zwięzłej
instrukcji ojciec próbował zawrzeć dla syna naukę, której przyswojenie
może trwać całe życie.
- Synu mój, Ikarze - powiedział - rozkazuję ci pozostawać podczas lotu
na średniej wysokości, jeżeli bowiem będziesz leciał zbyt nisko,
wilgotne powietrze przeciąży skrzydła, a jeżeli wzlecisz zbyt wysoko,
roztopi je gorące słońce. Podążaj blisko przy mnie, a będziesz
bezpieczny.
Gdy udzielał synowi tych poleceń i przypinał skrzydła do ramion, po
twarzy spływały mu łzy i drżały mu dłonie. Ucałował chłopca [...].
Następnie wzniósł się na swych skrzydłach i poszybował, zachęcając
Ikara, by szedł w jego ślady. Wciąż oglądał się też za siebie, by
baczyć, jak młodzieniec radzi sobie ze skrzydłami. Gdy tak lecieli,
oracz przerwał pracę i wysoko zadarł głowę, pasterz oparł się na
kosturze i zapatrzył w niebo - obaj zdumieni niezwykłym zjawiskiem,
pewni, że widzą, jak w powietrzu suną bogowie (Bulfinch, 2000).
Ikar wyrwał się wraz z ojcem z więziennej wieży, nie zdołał jednak
opanować rosnącego entuzjazmu, mimo że ryzykował życiem. Odurzony nagłym
darem lotu zaczął coraz wyżej i wyżej wzbijać się ku niebu, niepomny, że
słońce coraz silniej opromienia go gorącym blaskiem. Wosk na jego
skrzydłach zaczął się topić i pióra obwisły. Ikar szaleńczo machał
ramionami, żeby nie przerywać lotu, ale nie był w stanie utrzymywać się
w powietrzu i zaczął bezwładnie pikować ku morzu. Pióra nasiąkały od
piany i rozbryzgów morskich fal. Chłopiec próbował krzyczeć, jego głos
był jednak za słaby, by przedrzeć się przez wichry. Ojciec nawoływał go
po imieniu: "Ikarze, Ikarze, gdzie jesteś?". W końcu zobaczył unoszące
się na falach pióra, dryfujące na lustrze wody. Ikar utonął.
Jego lot symbolizuje życie przepełnione ekstremalnymi emocjami. Sztuka
życia polega bodaj na tym, aby nauczyć się zarówno rozpościerać
skrzydła, jak i wyznaczać sobie rozsądną, odpowiednią dla siebie trasę.
Bez zaryzykowania lotu do niczego nie dojdziemy, jednak bez świadomości,
czym jest umiarkowanie, zignorujemy swój własny cień. Zlatywanie z podniebnych wyżyn w depresje czarnej rozpaczy nie zostawia nam miejsca
na integrowanie aspektów jednych i drugich doświadczeń, na znajdowanie
stanu pośredniego, w którym możemy być w pełni sobą, w którym możemy być
ludźmi scalonymi z wielu elementów, mającymi wiele stron - jasnych i ciemnych - i w którym możemy wciąż pozostawać w locie.
Podobnie jak Ikar musimy nauczyć się szybować na średnich wysokościach.
Wyzwaniem stawianym przez trzeźwość emocjonalną jest dążenie do
umiarkowania i szacunek dla niego, docenianie takiego lotu, który
pozwala nam objąć wzrokiem wszystkie strony, zmierzać trasą przynoszącą
owoce i adekwatnie reagować na żywioły, zamiast im nieopatrznie ulegać.
Lot Ikara ilustruje niebezpieczeństwa, które biorą się z wpadania z jednej skrajności w drugą, oraz zalety życia w równowadze.
Prawdopodobnie właśnie to miał na myśli Ajschylos, mówiąc: "Wszystko w miarę". Właśnie to jest trzeźwość emocjonalna.
Rozdział 1
Rozdział 1
Czym jest trzeźwość emocjonalna?
Co ciekawe, jeszcze kilkadziesiąt lat temu
emocje rzadko stawały się przedmiotem badań. Byliśmy wyznawcami
racjonalności. Żyliśmy tak, jakby emocje były tylko pobocznymi efektami,
które pojawiają się, gdy słuchamy sentymentalnych piosenek albo przy
wyjątkowych okazjach, takich jak spacery brzegiem morza, uroczyste
wręczanie dyplomu czy wesele. Wyobrażaliśmy sobie, że prym w życiu wiodą
myśli, a emocje posłusznie za nimi drepczą.
Stosunkowo niedawne odkrycia neurobiologiczne wskazują jednak, że jest
odwrotnie. Okazuje się, że emocje wywierają większy wpływ na myślenie,
niż ono na nie. Emocjonalna część mózgu wysyła więcej sygnałów do
myślącej części mózgu niż na odwrót (Damasio, 1999). Innymi słowy, kiedy
wymykają się nam spod kontroli emocje, podobnie dzieje się z myśleniem,
a kiedy nie potrafimy doprowadzić swoich uczuć i myśli do równowagi,
podobnie rozchwiane jest całe nasze życie i związki z ludźmi.
Trzeźwość emocjonalna obejmuje umiejętność zrównoważonego, dojrzałego
życia. Oznacza, że nauczyliśmy się zachowywać swoje emocje, myśli i czyny w stosunkowo zrównoważonym stanie. Nasze myśli, uczucia i zachowania są rozsądnie spójne, my zaś nie ulegamy dyktatowi jakiejś
cząstki siebie ani nie jesteśmy przez nią zniewoleni. Nie żyjemy tylko
głową, nie miotają nami emocje, a nasze działania nie są nadmiernie
kierowane przez nieświadome czy kompulsywne zachowania. Funkcjonujemy
stosunkowo gładko i cieszymy się doświadczeniem życiowym, które jest
mniej więcej zrównoważone oraz nastawione na teraźniejszość. Nie
jesteśmy "odklejeni" od rzeczywistości, a kiedy się nam to zdarza - co
przytrafia się (i zapewne powinno się przytrafiać) wszystkim - potrafimy
się ponownie ogarnąć.
Najpierw były uczucia
W toku ewolucji człowieka emocje pojawiły się na długo przed myśleniem.
Układ limbiczny rozwinął się całe eony przed korą przedczołową, czyli
myślącą częścią mózgu.
Emocje mają wartość adaptacyjną, przekazują nam najróżniejsze ważne
wiadomości. Mówią nam, co się dla nas liczy i jak dużo uwagi mamy temu
poświęcić. Na Madison Avenue wiedziano o tym od bardzo dawna. Reklamy
starają się docierać do nas na poziomie doznań. Doświadczane przez nas
uczucia motywują i kształtują wiele podejmowanych decyzji.
Darwin uznał, że nasz układ emocjonalny dlatego został w znacznym
stopniu zachowany w toku ewolucji, iż emocje mają kapitalne znaczenie
dla przeżycia. W czasach jaskiniowców przetrwały te kobiety, które
kochały swoje dzieci i same odczuwały strach, gdy dzieciom groziło
niebezpieczeństwo. To one zapewniły przetrwanie naszemu gatunkowi; nić
DNA biegnąca od nich prowadzi aż do nas.
Również w trakcie rozwoju jednostkowego uczucia poprzedzają myśli. Układ
limbiczny, który zarządza emocjami, rozwija się przed myślącą częścią
mózgu, czyli korą przedczołową.
Znalezienie swojego termostatu emocjonalnego
Trzeźwość emocjonalna polega na znalezieniu i zachowaniu równowagi
emocjonalnej, emocjonalnego termostatu, który pozwala regulować
natężenie naszych reakcji emocjonalnych stosownie do okoliczności życia.
Trzeźwość emocjonalna zawiera się w naszej zdolności autoregulacji,
wprowadzania się w stan równowagi i utrzymywania go.
Jak jednak doprowadzić do takiego zrównoważonego życia? Czy można się
tego nauczyć? Czy możemy nabyć odpowiednich umiejętności
autoregulacyjnych w wieku dorosłym, jeżeli nie opanowaliśmy ich w dzieciństwie? I w ogóle jak traci się równowagę i ją odzyskuje?
Nauka jest dziś w stanie szczegółowo i wyczerpująco opisać, co dzieje
się w organizmie, gdy doznajemy emocji, a idąc krok dalej, również to,
jak nasze ciało współpracuje z psychiką w doświadczaniu, przetwarzaniu i budowaniu naszego świata emocjonalnego. W pewnym stopniu nauka opisuje
także, co dzieje się z nami w sensie fizycznym i emocjonalnym, kiedy
tracimy wewnętrzną równowagę.
Emocje rozgrywają się zarówno w umyśle, jak i w ciele. Kiedy na przykład
ogarnia nas strach, napinamy się. Któż z nas tego nie doświadcza? Może
na przykład jesteśmy w czwartej klasie i nauczyciel zadaje nam pytanie,
a my nie pamiętamy odpowiedzi. Czujemy przypływ paniki, dłonie się pocą,
serce wali jak szalone, sztywniejemy i stoimy w pełnym napięciu. Krew
uchodzi z głowy i spływa prosto do mięśni. Wydaje się nam, że nasz mózg
się wyłączył; za nic nie możemy sobie przypomnieć odpowiedzi, mimo że ją
znamy. W sytuacji strachu kora mózgowa, myśląca część mózgu, może się
niejako zawiesić. Natomiast emocjonalny układ limbiczny działa dalej.
Jeżeli stresor jest przejściowy, takie psycho-fizjologiczne
zakleszczenie nie ma większego znaczenia. Bierzemy kilka głębokich
oddechów, odprężamy się i odzyskujemy równowagę. Jeżeli jednak stres
jest przewlekły, może rozchwiać nasze wewnętrzne regulatory. Możemy
zaciąć się w trybie gotowości stresowej. Układ nerwowy zostaje tak
przestrojony, że reaguje albo nadmiarowo, albo niedostatecznie.
Przeskakuje z poziomu natężenia jeden na dziesięć albo z dziesięć na
jeden. Żyjemy skrajnościami zamiast w okolicy czterech, pięciu czy
sześciu. Trzeźwość emocjonalna polega na nauczeniu się, jak żyć
pośrodku.
Trzeba dwojga do bycia jednym
Umiejętności autoregulacji, czy jak to nazywam, "regulacji limbicznej",
uczymy się w dzieciństwie od swojego otoczenia. Gdy dziecko przestraszy
się czymś lub skaleczy, szuka mamy, taty lub innego opiekuna, którzy
pomagają mu się uspokoić, ocierają łzy i tulą, aż wraca ono do
normalnego stanu.
Ponieważ to od rodziców zależy coś tak podstawowego jak utrzymanie się
dziecka przy życiu, wszystko, co dzieje się w ramach tych pierwotnych
relacji, głęboko, wręcz na poziomie samozachowawczym, się na ludziach
odciska. Kim dla ciebie jestem? Czy ci się podobam? Czy bezpiecznie leżę
w twoich ramionach? Czy mam swoje miejsce na świecie? Czy będę
nakarmiony, zrozumiany, zadbany? Tego typu fundamentalne sprawy składają
się na wczesne życie.
Oto przykład. Znów znajdujemy się w centrum uwagi, lecz tym razem
jesteśmy bardzo mali. Ktoś się na nas gniewa, ale nie potrafimy pojąć,
co złego zrobiliśmy. Poprzedniego dnia zachowywaliśmy się dokładnie tak
samo i nie było żadnych pretensji. Teraz rodzic na nas krzyczy. Wygląda,
jakby stracił panowanie nad sobą, wymachuje rękoma, z oczu sypią mu się
iskry złości. Tak jakby jego ciało przejął jakiś inny człowiek i ten
człowiek budzi strach. My mamy zaledwie około metra wzrostu. On jest
wielki. My z trudem potrafimy zawiązać buty czy otworzyć lodówkę. On
potrafi prowadzić samochód i przywozi do domu zakupy. Nie możemy uciec,
bo nas dogoni. Nie możemy się z nim bić, bo wygra. Zamieramy więc w bezruchu i biorą w nas górę wszystkie reakcje samozachowawcze. Organizm
zaczyna między innymi pompować adrenalinę na wypadek, gdybyśmy musieli
uciekać przed niebezpieczeństwem albo stanąć do walki. Ale nie możemy
zrobić ani tego, ani tego. Stoimy skamieniali.
Co się dzieje, kiedy w domu panuje strach; kiedy rodzina, w której
dorastamy, staje się źródłem nieustającego stresu? Co się dzieje, gdy
nasz mechanizm ucieczki/walki jest uruchamiany nie dlatego, że
wpatrujemy się w dzidę nieprzyjaciela albo że skrada się ku nam
niedźwiedź, tylko na przykład z powodu depresji zagubionej w świecie
matki, z którą nie można nawiązać kontaktu, albo z powodu pijackiego
ciągu ojca, który ciska przekleństwami odbijającymi się echem od ścian
domu i druzgocącymi stan emocjonalny wszystkich obecnych? Co, jeśli
rodzice się rozchodzą i nasze życie wywraca się do góry nogami? Innymi
słowy, jak wpływa to na nasz rozwój, gdy w miejscu, które powinno być
zaciszną przystanią i tchnąć domowym ciepłem, zaczyna wiać grozą?
Zaniepokojone dziecko patrzy na rodziców, aby zorientować się, czy i jak
bardzo powinno się bać w danej sytuacji. Zwykłe szczekanie psa albo
odgłos fajerwerków czy grzmot mogą wpędzić dziecko w panikę. Jest ono w pełni zależne od swego rodzica, który spełnia funkcję zewnętrznego
regulatora emocjonalnego, ponieważ wewnętrzne regulatory dziecka nie
rozwijają się efektywnie przed ukończeniem przez nie około 12 lat. W konsekwencji małe dziecko żyjące w chaotycznym domu jest ogromnie
podatne na urazy emocjonalne i psychiczne. Nie dość, że zachodzące tam
zdarzenia napełniają je strachem i wytrącają z równowagi, to na dodatek,
jeżeli źródłem lęku jest właśnie rodzic, dziecko traci dostęp do ścieżki
powrotu do równowagi. Boi się, a nikt nie mówi mu, że wszystko jest w porządku, nie przytula go i nie zapewnia, że sytuacja wkrótce wróci do
normy, a przede wszystkim że w żadnym razie nie zostanie z problemem
samo.
Trzeba tu jednak poczynić pewne zastrzeżenie. Nie chcę, żeby ktoś
wyciągał błędne wnioski. Życie bywa trudne. Świat jest tak urządzony, że
stawia przed nami różne wyzwania. W każdym domu od czasu do czasu
dochodzi do zachwiania równowagi. Wszystkim rodzicom puszczają niekiedy
nerwy. Ale potem naprawiają oni wyrządzone szkody i życie wraca do normy
albo nawet się poprawia, jeśli udało się im pokonać jakiś problem czy po
okresie nieporozumień i wzajemnego oddalenia odzyskują przestrzeń dla
komfortowej więzi. W optymalnej sytuacji rodziny potrafią znosić momenty
braku równowagi i znajdować sposób jej przywracania.
Ewolucja faworyzuje elastyczność i zdolności przystosowawcze, ponieważ
życie nieustannie się zmienia. Nie chodzi o to, abyśmy prowadzili je
według jakiegoś sztywnego wzorca doskonałości. To byłoby nienaturalne.
Powinniśmy rozwijać w sobie elastyczność, zdolność adaptacji i odporność. Mamy się podtapiać, a potem płynąć dalej, tracić równowagę i umieć ją odzyskać. Wszystko to w większym stopniu przyczynia się do
rozwoju dużego i złożonego zestawu umiejętności i zdolności niż próby
zachowywania za wszelką cenę sztucznej równowagi. Przy okazji przebiega
nawet proces uczenia się, a w rezultacie powstają nowe połączenia
neuronalne.
Gdy piszę te słowa, przychodzi mi na myśl moja kotka, która jakimś cudem
wie, kiedy chcę włożyć ją do transportera i zabrać ze sobą do miasta. Co
tydzień w każdy poniedziałkowy poranek potrafi podsłuchać moje myśli.
Podsłuchuje też myśli mojego męża. Oboje mamy jedno w głowie: "Złapać
kota". A ona natychmiast gdzieś przepada - pod łóżkiem, w garderobie, w jakiejś czarnej dziurze, w której czuje się bezpieczna. Jeśli
nieopatrznie zostawiamy uchylone drzwi frontowe, daje drapaka na
zewnątrz. A wtedy czeka nas kilka godzin wyrywania sobie włosów z głowy.
Nasza słodziutka koteczka ma ten instynkt ucieczki wrodzony. Jej mózg
jest wielkości kilku orzechów, lecz mimo to w nim i w jej ciałku
mieszczą się wszystkie odruchy samozachowawcze, o których będziesz
czytać w tej książce. Jej instynkt czujnej obserwacji jest tak
wysublimowany, że autentycznie czyta w naszych myślach. Wystarczy,
abyśmy pomyśleli o jej złapaniu, a natychmiast robi jedną z trzech
rzeczy: wygina grzbiet i prycha, czmycha z pokoju tak szybko, jak tylko
mogą ją ponieść łapki, albo zamiera w pół kroku jak jakieś egzotyczne
dzikie zwierzę, które niepojętym sposobem zostało przeniesione z konarów
sykomory na dywan naszego pokoju. Te reakcje walki/ucieczki/zamarcia
należą do jej zwierzęcego systemu psycho-cielesnego, do układu
limbicznego.
W odróżnieniu od ludzi nie dysponuje dobrze rozwiniętą korą
przedczołową, obszarem, dzięki któremu mogłaby wykonywać obliczenia albo
rozwiązywać krzyżówkę czy planować zagraniczny urlop. Dlatego możemy ją
przechytrzyć, poznać wszystkie jej ulubione kryjówki, nie pozwolić na
gonitwę po całym domu. A ponieważ nie komplikuje ona swoich reakcji
samozachowawczych nadmiarem myślenia, to kiedy chce uciekać, po prostu
ucieka, o ile tylko się da, albo próbuje walczyć, albo zastyga jak głaz.
Nie wydaje się, żeby zastanawiała się specjalnie nad konsekwencjami
typu: "Jeśli się wyprowadzę, czy siostra przejmie mój pokój?", "Czy
przyjaciółka będzie mogła do mnie dalej przychodzić, jeśli narozrabiam?"
albo "Czy rodzice zabiorą mi kieszonkowe?". Natomiast dzieci rozważają
te wszystkie sprawy, bo ich mózgi są dużo bardziej rozwinięte i znacznie
większe od orzechów. Dzieci martwią się i starają znaleźć rozwiązania
swoich kłopotów, choć są to często rozwiązania przelęknionego,
niedojrzałego, niezaspokojonego pięciolatka. Dzieci, które nade wszystko
chcą ochronić swoją więź z rodzicami, wpadają na najróżniejsze strategie
utrzymywania z nimi relacji. Te dziecięce rozwiązania mogą pozostać z nami przez całe życie, jeśli nie zostaną nigdy zweryfikowane, a zwłaszcza jeżeli zastygną unieruchomione strachem.
Dzieci, które wielokrotnie znajdują się w takich sytuacjach, odbierają
złe lekcje, a tracą okazję do nauczenia się czegoś dobrego. Te złe
lekcje przekonują je, że dorosłych trzeba się bać i nie można na nich
polegać. Dzieci uczą się ukrywać swoje prawdziwe odczucia. Nie uczą się
natomiast, jakie pozytywne kroki można podjąć w celu naprawy sytuacji.
Nie nabywają umiejętności korekty i negocjacji: "To jest twoja część
zadania, a to jest moja. Ty musisz w tym postępować inaczej, a ja w tamtym". Czują się zmuszone do brania winy w pełni na siebie albo
wierzgają, wrzeszczą i odrzucają ją w całości. Dlatego późniejsze
problemy w życiu wynikają nie tylko z tego, czego dziecko się nauczyło,
lecz również z tego, czego się nie nauczyło: z nieprzyswojenia
umiejętności autoregulacji i przywracania równowagi interpersonalnej.
Rozwój poczucia tożsamości
Nasze ja (jaźń) nie jest stworzone raz a dobrze, jak rzeźbi się posąg
albo buduje dom, tylko cały czas formuje się na wiecznie ruchomych
piaskach zamieszkiwanego przez nas świata. Jest to nieustannie
ewoluująca przestrzeń, której zawartość rozwija się w relacji z ludźmi
(Moreno, 1946).
Utkani z materii osobowości naszych rodziców oraz przędzy naszych
wczesnych doświadczeń jesteśmy arrasem, w który codziennie wplatamy
swoje różnorodne percepcje i przeżycia. W swym przelotnym uścisku jaźń
chwyta nasze myśli, priorytety, marzenia, lęki i aspiracje. Wraz z umysłem jest układem płynnym, adaptacyjnym. Oba te byty są przenikliwe i porowate, w ciągłej interakcji z otoczeniem. Nigdy nie są całkiem
ukończone.
Trauma może wywierać efekt "odcięcia" kory mózgowej (van der Kolk,
1994). Myślący umysł wyłącza się w sytuacji, gdy umysł limbiczny/czujący
zostaje zalany strachem. Dlatego trauma interpersonalna może zakłócić
naszą zdolność tworzenia i konsolidowania poczucia własnej tożsamości.
Stres w okresie dzieciństwa, gdy nie jesteśmy jeszcze dojrzali, ma na
nas większy wpływ niż na innych etapach życia. Brakuje nam odpowiedniego
wyposażenia psycho-fizycznego do tego, by go przetworzyć. Nie jesteśmy
dostatecznie rozwinięci, by zrozumieć, co się dzieje wokół nas, gdyż
kora, ta część mózgu, która myśli racjonalnie, nie jest w pełni dostępna
przed ukończeniem przez człowieka mniej więcej 12 lat. W okresie
wczesnego dzieciństwa musimy w pewnym sensie posiłkować się innymi
ludźmi, pożyczać od nich ich poczucie tożsamości i nosić jako własne.
Zapożyczamy również ich sposób regulacji emocjonalnej i wbudowujemy go w system własnego ja. To, jakie osoby otaczają nas w dzieciństwie oraz jak
nas postrzegają i traktują, pozostaje z nami w postaci schematu
postrzegania siebie. Staje się nami.
Doprowadzanie do równowagi umysłu myślącego i umysłu czującego
Wśród najważniejszych wyznaczników trzeźwości emocjonalnej znajduje się
zdolność doprowadzania do równowagi swoich emocji, tak by dało się
panować nad uczuciami. Kiedy emocje funkcjonują w przedziale
stabilności, zachodzi kilka procesów, które wprowadzają równowagę do
całego życia:
zrównoważone emocje zapoczątkowują równowagę w sposobie odczuwania i myślenia;
zrównoważone emocje, myśli i odczucia zapoczątkowują zrównoważone
zachowanie;
konflikty w ramach naszych relacji międzyludzkich pozostają na
rozsądnym, możliwym do opanowania poziomie;
dysponując większą tolerancją intensywnych emocji, mamy możliwość ich
rozumnego odczytywania.
Kiedy funkcjonujemy w sterowalnym, środkowym zakresie zjawisk
emocjonalnych i psychologicznych, lepiej radzimy sobie z nieuchronnymi
stresami i przeciążeniami życiowymi.
Kora mózgowa pomaga nam uporządkować wrażenia emocjonalne i zmysłowe i dostrzec niesione przez nie znaczenia. Lubuje się w konkretach. Jej
zadaniem jest precyzowanie wszystkiego: porządkowanie, nazywanie,
kodyfikacja i kwantyfikacja. Natomiast układ limbiczny kieruje się w życiu odczuciami i doznaniami. Zbiera wrażenia zmysłowe oraz dane
emocjonalne i wielkimi porcjami przekazuje je myślącemu mózgowi do
uporządkowania i zrozumienia. Mózg limbiczny przetwarza emocje, kora
wydobywa z nich znaczenie.
Emocje niekoniecznie są tym samym co uczucia
Choć stosujemy te słowa wymiennie, Antonio Damasio, autor książki
Tajemnica świadomości, sugeruje, że emocje i uczucia to w rzeczywistości różne zjawiska. Podstawowe emocje, takie jak strach,
smutek, pożądanie, wściekłość i miłość, mamy wgrane na stałe. Wybuchają
one z "atomową" siłą, podczas gdy uczucia są przetwarzane przez myślącą
część mózgu (Damasio, 1999). Innymi słowy, myślenie wynosi bardziej
pierwotne emocje na poziom świadomy, na którym możemy ich rzeczywiście
doświadczyć. A po rozszyfrowaniu i zrozumieniu emocji możemy włączyć je
we wciąż rosnące i ewoluujące poczucie swojej tożsamości. Po
uświadomieniu sobie emocji dzięki ich przemyśleniu możemy zacząć
rozumieć, jak się z nimi czujemy.
Biologicznie jesteśmy skonstruowani tak, by doznawać podstawowych emocji
w ułamku sekundy, zanim będzie dość czasu, aby zorientować się w związanych z nimi odczuciach. Krytyczna jedna dziesiąta sekundy możne
decydować o urazie albo ocaleniu. Dlatego natura zadbała o najważniejsze
i przedłożyła bezpieczeństwo nad rozumienie. Kiedy pojawia się
przerażenie, myśląca część mózgu zostaje chwilowo wyłączona z bardzo
ważkich powodów. W momencie zagrożenia nie powinny nas rozpraszać
poboczne myśli. Ma nas zalać adrenalina, której potrzebujemy do walki
lub ucieczki, albo mamy zastygnąć, pozostawać w absolutnym bezruchu, by
nie dać się zauważyć, stać się "niewidzialnym". Ta pradawna reakcja
lękowa zachodzi, zanim w całym tym procesie pojawi się jakakolwiek myśl.
Jest to jeden z elementów tak zwanego systemu reakcji automatycznych.
Emocja powoduje, że walczymy, uciekamy lub zastygamy. Odczucia i myśli
związane z tym, że właśnie niemal rozjechał nas samochód, zostają na
chwilę wstrzymane, podczas gdy my robimy to, co konieczne do
przetrwania. Potem, gdy wolno już poświęcić na to czas, możemy zdać
sobie sprawę, jak blisko nieszczęścia było, i doświadczyć wszystkich
uczuć wstrzymanych w momencie, gdy kontrolę przejęła reakcja
samozachowawcza.
Jeśli zaś chodzi o przyjemniejsze popędy i emocje, jesteśmy stworzeni
tak, by uprawiać miłość, a nie o niej rozmyślać, gdyż to drugie nijak
nie przyczyniłoby się do przedłużenia gatunku.
Związek emocji z działaniem
Nie da się po prostu wygodnie położyć i odczuwać emocji [...] motoryczny
aspekt emocji wiąże się ze skierowanymi wewnętrznie i zewnętrznie
procesami rozładowania. W sensie wewnętrznym doświadczaniu emocji
towarzyszą wydzielanie hormonów, zmiany rytmu oddechu i pulsu [...]
zmiany w miejscowym ukrwieniu i tak dalej. Na zewnątrz emocje
przejawiają się na różne sposoby: zmianą mimiki, wyszczerzeniem zębów,
płaczem, wystąpieniem rumieńców i tym podobnymi, a także w złożonych
zachowaniach takich jak wydanie okrzyku, odbiegnięcie lub wybuch gniewu
(Solmes, Turnbull, 2002).
To fizyczne zaangażowanie, przymus działania ma zasadnicze znaczenie dla
zrozumienia, dlaczego odreagowujemy emocje, gdy nie możemy wytrzymać ich
odczuwania. Kluczem do wypracowania w sobie trzeźwości emocjonalnej jest
nauka tolerowania silnych emocji i korzystania z racjonalnego umysłu do
tego, by wynosić je na poziom świadomości, dzięki czemu można je
rzeczywiście odczuć i zastanowić się nad powiązanymi z nimi myślami.
Nieodczute emocje z dzieciństwa
Niekiedy emocje z dzieciństwa - jeżeli nigdy nie zostały wyniesione na
poziom świadomości - tkwią w nas w stanie zamrożenia. Tak na przykład
dziecko, na które wielokrotnie krzyczano, może po prostu nieruchomieć,
choć nawet samo nie wie, dlaczego tak się dzieje. Może nie być w stanie
powiedzieć, co czuje. Kiedy w dorosłym życiu osoba ta styka się z gniewem, może znów zastygać, nie wiedząc, dlaczego tak reaguje.
W tej sytuacji pomocne mogą się okazać grupy terapeutyczne,
trzeźwościowe czy wsparcia. W miarę jak w bezpiecznym środowisku
terapeutycznym ustępuje wewnętrzne dziecięce usztywnienie, człowiek może
zacząć przetwarzać nieprzetworzone dotąd uczucia, korzystając ze
wsparcia uzdrawiającego otoczenia. Proces ten pozwala mu na
autorefleksję, na zobaczenie jakiejś sytuacji z przeszłości oczami
dorosłego. Dzięki temu może przetworzyć uczucia, które zostały
zablokowane, pojąć je bardziej dojrzałym umysłem, ustawić w perspektywie
i sprowadzić do równowagi.
Niespokojny dom - w którym, jak moglibyśmy powiedzieć, panuje ciągły
chaos - podkopuje zdolność naszego organizmu do regulowania swego stanu.
Jeśli zbyt często się boimy, nasz układ limbiczny zacina się na jednym
lub drugim krańcu spektrum emocjonalnego; albo odczuwamy zbyt dużo, albo
zbyt mało. Tracimy zdolność subtelnego dostrajania się, autoregulacji,
komfortowego przebywania we własnej skórze. Nie możemy przemyśleć tego,
co czujemy, i nie sprowadzamy tego do stanu równowagi, bo albo uciekamy
od swoich emocji, albo one wybiegają daleko przed nas. W skrajnym
przypadku myśli całkowicie rozprzęgają się z emocjami. Tracimy kontakt z samymi sobą.
Kwestia znajdowania równowagi emocjonalnej zajmowała mnie przez większą
część życia zawodowego - zarówno z powodu mojej osobistej sytuacji, jak
i dojścia do przekonania, że istotą psychoterapii nie jest leczenie
ludzi. Istotą psychoterapii jest udzielenie pomocy w odbudowie zdolności
do regulowania reakcji emocjonalnych na życie.
Pochodzę ze szczęśliwej, dostatnio żyjącej rodziny, która doświadczyła
więcej bólu, niż była w stanie unieść. Moja stabilna rodzina się
zdestabilizowała. Podobnie było u męża. Na powierzchni widać było
alkoholizm, ale wyrastał on z rodzinnego ekosystemu, w którym utrwalano
bolesne doświadczenia emocjonalne, zamiast przepracowywać problemy,
dążąc ku ich zrozumieniu i rozwiązaniu. Cierpieliśmy za zamkniętymi
drzwiami, które w końcu przestaliśmy dostrzegać.
Upłynęła duża część naszego dorosłego życia, zanim w pełni ogarnęliśmy
myślą, co poszło nie tak i w jaki sposób to naprawić. To zła wiadomość.
Ale jest i dobra, bo ostatecznie to zrozumieliśmy, czy też - powiedzmy -
zrozumieliśmy z tego dostatecznie dużo, aby móc rozstać się ze swoim
dawnym stylem bycia i zacząć prowadzić szczęśliwe, konstruktywne życie.
Przejawy trzeźwości emocjonalnej
Dobrze rozwinięte umiejętności autoregulacyjne.
Zdolność regulowania silnych emocji.
Zdolność regulowania nastroju, apetytu.
Zdolność patrzenia na okoliczności życiowe z dystansu.
Zdolność panowania nad sięganiem po potencjalnie szkodliwe używki czy
nad zachowaniami służącymi pocieszaniu się.
Zdolność do życia w teraźniejszości.
Zdolność regulowania poziomu swojej aktywności.
Zdolność utrzymywania relacji intymnych i towarzyskich.
Odporność życiowa, czyli zdolność podnoszenia się po ciosach.
Zdolność regulowania swoich zachowań.
Zdolność przyjmowania do wiadomości i przetwarzania niechcianych czy
bolesnych emocji zamiast odrzucania ich, odcinania się od nich czy
rzutowania ich poza siebie.
Przejawy braku trzeźwości emocjonalnej
Niedorozwój umiejętności autoregulacyjnych.
Niezdolność regulowania silnych emocji, takich jak złość, wściekłość,
lęk, smutek.
Brak zdolności regulowania nastroju, apetytu.
Brak zdolności regulowania zachowań.
Niezdolność postrzegania silnych emocji w szerszej perspektywie.
Brak zdolności panowania nad stosowaniem potencjalnie szkodliwych
używek czy nad zachowaniami służącymi pocieszaniu się.
Niezdolność do życia w teraźniejszości.
Niezdolność regulowania poziomu swojej aktywności (stale jest ona
nadmierna lub niedostateczna).
Niezdolność do komfortowego utrzymywania bliskich relacji.
Brak odporności życiowej, czyli zdolności do podnoszenia się po
ciosach.
Skłonność do pozbywania się bolesnych emocji dzięki strategiom
obronnym, takim jak przeniesienie (przenoszenie bolesnych uczuć z przeszłej relacji na bieżącą), projekcja (rzutowanie niechcianych
uczuć poza siebie, na inną osobę lub sytuację; odżegnywanie się od
nich) i dysocjacja (wyrzucanie niechcianych uczuć ze świadomości).
Sposoby dochodzenia do równowagi
Opanowanie umiejętności autoregulacji umysłowej, fizycznej i emocjonalnej.
Wyleczenie ran z dzieciństwa, tak by nie zakłócały autoregulacji.
Nauczenie się efektywnych sposobów emocjonalnego kojenia się i włączenie ich do codziennego życia.
Przyswojenie efektywnych metod opanowania stresu.
Dbałość o zdrowie fizyczne; codzienne zapewnianie sobie ruchu,
wypoczynku i właściwego pożywienia.
Bieżące przetwarzanie zawirowań emocjonalnych oraz opanowanie sztuki
świadomej regulacji stanów uczuciowych i myślowych.
Nauczenie się korzystania z myślącej części umysłu do regulowania
umysłu czującego (limbicznego).
Rozwój zasobów wewnętrznych: wyciszenie, medytacja, dążenia duchowe.
Rozwój zasobów zewnętrznych: praca, zainteresowania, życie
towarzyskie, społeczność.
Twórcą terminu "trzeźwość emocjonalna" jest Bill Wilson, jeden z prekursorów ruchu Anonimowych Alkoholików (AA). Przedstawia on swój
punkt widzenia na temat tego, co jest dalekosiężnym celem uzdrowienia
nie tylko z uzależnień wszelkiego typu, lecz także z wywoływanych przez
nie następstw. Trzeźwość fizyczna to według niego tylko pierwszy krok.
"Myślę, że wielu weteranów, którzy poddali naszą "terapię z procentów" w AA ciężkiej próbie i odnieśli w niej sukces - pisał Wilson - mimo
wszystko przekonuje się, że wciąż brak im trzeźwości emocjonalnej. Być
może będą oni awangardą kolejnego wielkiego postępu w AA, rozwoju
znacznie realniejszej dojrzałości i równowagi".
Rozdział 2
Rozdział 2
Ciało pełne emocji
Jak nasze ciało przetwarza emocje
Emocje to nasz kolejny dziewiczy ląd do poznania i podbicia. Panowanie
nad nimi nie polega na tłumieniu ich farmaceutykami czy dławieniu w sobie, tylko na rozumieniu ich, tak byśmy mogli inteligentnie sterować
swoimi energiami emocjonalnymi i intencjami [...]. Nadeszła pora, by
ludzie dorośli pod względem emocjonalnym, by stali się dojrzałymi,
opanowanymi emocjonalnie i odpowiedzialnymi obywatelami. Nie uczyni tego
żadna magiczna pigułka.
Doc Childre, HeartMath Solutions
Nasze ciało nie odróżnia zagrożenia
fizycznego od stresu emocjonalnego. Naturalna reakcja strachu związana z mechanizmem walki lub ucieczki sprawia, że organizm odpowiada na
fizyczny czy emocjonalny kryzys pompowaniem do krwi odpowiednich ilości
substancji stresowych, takich jak adrenalina, by zmobilizować do pracy
serce, napiąć mięśnie i skrócić oddech w przygotowaniu do szybkiego
odwrotu lub starcia. U tych jednak, dla których metaforycznym tygrysem
szablozębnym stała się własna rodzina i dla których ucieczka nie wchodzi
w grę, substancje stresowe ciągle buzują w ciele i mogą powodować
fizyczne oraz psychiczne następstwa. W takich przypadkach członkowie
rodziny znajdują się często w powodującym dezorientację, bolesnym
potrzasku - chcą bowiem uciekać od tych osób, które ucieleśniają dom i ognisko domowe, lub z nimi walczyć. Dla dzieci żyjących w takich
rodzinach ucieczka jest w zasadzie niemożliwa, a walka z góry skazana na
porażkę. Robią więc, co mogą: zastygają w bezruchu albo odcinają się od
swoich reakcji emocjonalnych, uciekając wewnętrznie. Choć strategia ta
może pomagać im "przebrnąć" przez trudną sytuację, trwającą niekiedy
całe lata, dzieci te cierpią wewnętrznie, gdyż utraciły dostęp do tego,
co rzeczywiście się w nich dzieje.
Martin, mały chłopiec stojący w kamiennym milczeniu, przelękniony
skierowaną na niego złością, wyrośnie prawdopodobnie na mężczyznę
mającego niewielki kontakt z własnymi emocjami. Kiedy chciał pobiec do
swojego pokoju, kazano mu zostać na miejscu i wszystkiego wysłuchać.
Kiedy chciał się rozpłakać, zabroniono mu ronić łzy. Zrobił więc jedyne,
co pozostawało do zrobienia: wyłączył się. Choć w dorosłym życiu może
być świetnym współpracownikiem, to jeśli chodzi o bliskie związki,
takie, w których odzywa się jego przeszłość, może wyłączać się tak samo
jak w dzieciństwie, wywołując poczucie odrzucenia u żony, która ma
wrażenie, jakby mówiła do ściany. Wszyscy mamy swoje emocjonalne ściany,
jeśli jednak na głucho zamurowała je trauma interpersonalna, mogą
sprawiać wrażenie absolutnie nieprzeniknionych.
Zdolność do ucieczki, zejścia z pola rażenia nieszczęścia ma podstawowe
znaczenie dla tego, czy u człowieka rozwiną się długoterminowe objawy
traumy, czyli pourazowe zaburzenie stresowe (Wylie, 2004). Osadza się
ono w ciele w postaci zamrożonych uczuć, potrzeb lub popędów -
stłumionych chęci. Mimo że nie mamy świadomości, jakie konkretnie są to
chęci, mogą one oddziaływać na nas na poziomie podświadomym. Po upływie
wielu lat możemy nadal żyć tak, jakby stresor był ciągle obecny, jakby
wielokrotnie doświadczane naruszenie naszego poczucia tożsamości i naszego świata wciąż czaiło się za rogiem, ponieważ tak mówią nam nasze
ciało i nasz umysł. Stajemy się przeczuleni, nieustająco czekamy, aż
spadnie drugi but. Kiedy żona Martina będzie czymś sfrustrowana i rozzłoszczona, on może ponownie zastygnąć. Prawdopodobnie będzie mu
nawet trudno nawiązać kontakt z tym, co czuje, nie mówiąc już o wyartykułowaniu tego. Nieświadomie zmieni się znów w znieruchomiałego
chłopca. To samo tabu dotyczące adekwatnego odczuwania, które
występowało u niego w dzieciństwie, będzie teraz systematycznie się
wokół niego pojawiać; Martin stanie się emocjonalnym niemową, jak to
określam. Nie będzie ubierał swoich uczuć w słowa, a tym bardziej o nich
rozmawiał. Im bardziej więc sfrustrowana będzie jego żona, tym bardziej
on będzie się wycofywał, wybuchał lub milczał. W tym błędnym kole dawny
problem ponownie ożywa w teraźniejszości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki