Język szaleństwa (i początek naszej rozmowy)
Pamiętam, kiedy po raz pierwszy podałem siłą leki osobie wbrew jej woli.
Było to trzynaście lat temu, niedługo po tym, jak uzyskałem kwalifikacje
pielęgniarza zdrowia psychicznego i rozpocząłem pracę na oddziale
psychiatrycznym, gdzie zajmowałem się oceną i leczeniem dorosłych w ostrej fazie poważnej choroby psychicznej.
Był tam pacjent (lub użytkownik usług, klient, syn, brat bądź
przyjaciel, w zależności od tego, kogo zapytasz), którego będę nazywać
Amit. Amit odmawiał przyjmowania wszelkich leków przez prawie trzy
tygodnie, i nie bez powodu. Lek, który mu podawaliśmy, zawierał
truciznę. Został przepisany przez lekarza, który celowo i złośliwie
chciał mu zaszkodzić. Faktem jest, że lekarz ten - konsultant psychiatra
- został usunięty z rejestru osób uprawnionych do wykonywania zawodu
medycznego za znęcanie się nad Amitem podczas poprzednich
hospitalizacji, teraz więc pracował na oddziale nielegalnie. Część
personelu pielęgniarskiego o tym wiedziała i była w to zamieszana.
Podczas porannego wydawania leków Amit stanął w drzwiach oddziałowej
apteki, uważnie mi się przyglądając. Obserwował ruch moich rąk nad
wózkiem z lekami, gdy potajemnie wymieniałem jego zwykłe tabletki na te
szkodliwe.
Miał na sobie to samo ubranie, w którym spał, i parę starych butów
sportowych - jeden but miał ogromne rozcięcie z boku. Pewna pacjentka
(lub koleżanka, matka, nauczycielka bądź córka) skarżyła się ostatnio na
zapach Amita. Powiedziała, że za każdym razem, gdy siedzi w pokoju
telewizyjnym, robi jej się niedobrze. Problem polegał na tym, że Amit
wiedział, iż woda dostarczana do jego pokoju jest celowo skażona, więc
nie mył się od chwili przyjęcia go do szpitala. Spróbuję porozmawiać z nim o tym później - znaleźć odpowiednie słowa - ale przynajmniej na
razie priorytetem były leki.
Dokładnie sprawdziłem dawkę w jego karcie, włożyłem dwie tabletki do
przezroczystego plastikowego pojemniczka i podałem mu do zażycia.
Wpatrywał się w nie. Obaj się wpatrywaliśmy. Spróbowałem dodać mu trochę
otuchy.
- Wiem, że w tej chwili trudno ci nam zaufać, Amit. Rozumiem to.
Myślimy, że to wszystko przez to, że znowu źle się czujesz.
Wiedział, że kłamię.
- Wezmę je w swoim pokoju - powiedział.
Wiedziałem, że kłamie.
- Wiesz, że tak nie wolno. Przykro mi, ale muszę zobaczyć, jak je
połykasz.
Ostrożnie wyciągnął rękę i wziął ode mnie pojemnik. Szturchnął palcem
tabletki znajdujące się w środku. Jego palce były ciemnożółte od
tytoniu.
- Nie. Jesteś w porządku - powiedział w końcu, odstawiając pojemnik na
tacę z lekami i wycofując się z pokoju aptecznego, przez cały czas mnie
obserwując. Gdy odchodził długim korytarzem w kierunku swojej sypialni,
odnotowałem na jego karcie "O" jak "odmowa". Oczywiście, że odmówił.
Dlaczego miałby nie odmówić? Gdybym był na jego miejscu, wiem, że
zrobiłbym to samo.
Ale nie wiem, czy odmówiłbym z taką samą godnością, jaką wykazał się
kilka godzin później, kiedy po południu do jego sali wszedł zespół
przymusu bezpośredniego.
Przymus bezpośredni obejmuje legalne (choć kontrowersyjne) techniki, w których szkolony jest personel pielęgniarski zdrowia psychicznego, aby
uczynić osobę niezdolną do walki. W kolejnych latach szkolenie zostało
przemianowane na zapobieganie agresji i zarządzanie przemocą, co ma
uzasadnienie, jeśli jakaś osoba niszczy oddział lub grozi, że kogoś
skrzywdzi, ale w takich chwilach jak ta, za moje pieniądze, pierwszy
opis wydaje się uczciwszy.
Zespół pod kierownictwem konsultanta psychiatry naradził się i zadecydował, że był to ostatni dzień, w którym Amit mógł odmówić
przyjmowania leków doustnych, i należy zastosować przymusową iniekcję.
Mówiąc językiem psychiatrii: jego stan psychiczny pogarszał się z dnia
na dzień, był dobrze znany służbom zdrowia psychicznego i był typowy dla
przebiegu jego choroby. Gdybyśmy mogli przywrócić podawanie mu stabilnej
dawki leków, prawdopodobnie dobrze by na nie zareagował.
Amit siedział na łóżku, paląc papierosa i dostrajając się do zakłóceń w przenośnym radioodbiorniku. Rozmawiał z kimś, kogo nikt z nas nie
widział. Spojrzał w górę. Było nas pięcioro.
- Czy muszę was błagać? - zapytał.
Mój kolega wyjaśnił mu, jakie ma możliwości w swojej sytuacji. Ale
właśnie to pytanie utkwiło mi w pamięci. Czy muszę was błagać? Dlatego
z trudem powstrzymywałem drżenie rąk, gdy w końcu przytrzymano go na
łóżku, a ja zrobiłem mu zastrzyk. Nie podjął walki. Nie zapobiegaliśmy
agresji i nie zarządzaliśmy przemocą. Z perspektywy Amita nie mam
wątpliwości, że się jej dopuściliśmy. W tamtej chwili, niezależnie od
tego, jak dobre były moje intencje, świadomie uczestniczyłem w jego
cierpieniu.
Mniej więcej w tym czasie zacząłem pisać powieść. Mieszkałem w biedniejszej części śródmieścia Bristolu, w małym mieszkanku, które
dzieliłem z innymi lokatorami, i między swoimi zmianami na oddziale
spędzałem długie godziny przy biurku (lub częściej przemierzałem
niewielką przestrzeń w nadziei, że fizyczny ruch ciała pomoże w cudowny
sposób odnaleźć inspirację skrytą w moim umyśle pod jakimś kamieniem).
Wyobrażałem sobie, jak wygląda życie młodego mężczyzny, który cierpi na
objawy dziwnej i powszechnie niezrozumianej choroby (lub przypadłości,
stanu, traumy, zjawiska, klątwy bądź daru, w zależności od tego, kogo
zapytasz), a także jak wygląda życie rodziny i przyjaciół tego
mężczyzny. Wyobrażenie to było fikcją, ale fikcją, która czerpała z moich bardzo prawdziwych uczuć związanych z opieką psychiatryczną, a także z wielu moich osobistych doświadczeń z dzieciństwa. Myślę, że
właśnie stąd bierze się wyobraźnia. Świadomie lub nieświadomie
odkopujemy wspomnienia naszych przeżyć - tego, co widzieliśmy,
robiliśmy, czytaliśmy, czuliśmy, na co mieliśmy nadzieję, co
spieprzyliśmy, czego pragnęliśmy, żałowaliśmy i całą resztę - a następnie przekształcamy je - trochę tu, trochę tam - aż stają się czymś
zupełnie nowym. Jednak dla bohatera mojej opowieści doświadczenie i wyobraźnia stały się nierozerwalnie splątane, tak że nie wiedział już,
co jest prawdziwe, a co dzieje się tylko w jego głowie. Dla mnie
zrozumienie i reagowanie na to, przez co przechodziła ta osoba, było
przede wszystkim ćwiczeniem wyobraźni. Albo inaczej: aktem empatii.
Jest to coś, co łączy pisanie powieści (i czytanie ich) z opieką
psychiatryczną. Aby dobrze wykonywać każdą z tych czynności, potrzeba
mnóstwa empatii; dążenia do zrozumienia i podzielania uczuć innych
ludzi. Oczywiście jako autor beletrystyki miałem również za zadanie
wymyślić problemy, z którymi musiałem się uczuciowo utożsamiać. Chociaż
kiedy myślałem o Amicie, prawdopodobnie robiłem to również dość często
jako pielęgniarz.
Mój bohater zatem przeżywał trudne chwile.
Postanowiłem nie diagnozować go w powieści, ale gdybym to zrobił,
prawdopodobnie stawiałbym na schizofrenię.
Schizofrenia
Niezłe słowo, prawda?
Ciekaw jestem, czy mógłbyś czegoś dla mnie spróbować? Powiedz kilka razy
na głos słowo "schizofrenia". Nie pod nosem. Powiedz to naprawdę.
Powiedz to na tyle głośno, byś poczuł się skrępowany, byś miał obawy, że
ktoś to usłyszy. Wypowiedz je na tyle głośno, by ktoś mógł je usłyszeć.
Poczuj jego kształt. Pozostań z nim przez chwilę. Zastanów się, co
wywołuje w tobie to słowo. Jakie myśli się z nim wiążą? Jakie uczucia?
Dobrze. To interaktywną część tej książki mamy już za sobą. Obiecuję, że
teraz pozwolę ci czytać. Pamiętaj jednak, że pod tym słowem skrywają się
całe ludzkie życia.
Termin "schizofrenia" wywodzi się od greckiego skhizein - rozszczepiać
- i phr?n - umysł. Nic dziwnego, że postrzeganie osoby mającej dwie
lub więcej odrębnych osobowości przetrwało w publicznej wyobraźni przez
tak długi czas w niezmienionej postaci. To jednak kompletny nonsens.
Wyjaśnijmy to od samego początku: schizofrenia nie oznacza rozdwojenia
osobowości. Nie oznacza też osobowości mnogiej czy naprzemiennej. Ale
stwierdzenie, czym nie jest schizofrenia, jest znacznie łatwiejsze od
zdefiniowania, czym jest.
W psychiatrii, psychologii, genetyce, neuronauce i w łonie różnych
organizacji charytatywnych zajmujących się zdrowiem psychicznym oraz
grup prowadzących kampanie toczy się wiarygodna i często gorąca debata
na temat wszystkiego - od przyczyn i czynników ryzyka po kategoryzację i leczenie, a nawet tego, czy cała koncepcja diagnozy nie wyczerpała już
swojej użyteczności (jeśli w ogóle kiedykolwiek była użyteczna) i czy
nie należałoby jej stworzyć od podstaw lub całkowicie z niej
zrezygnować.
Jeśli mielibyśmy niezobowiązująco zabrać głos w tej debacie, pierwszą
rzeczą, która stanie się jasna, jest to, że w odniesieniu do choroby
psychicznej nie ma czegoś takiego, jak "niekontrowersyjny język" - i dotyczy to już samego określenia "choroba psychiczna".
Ogólnie rzecz biorąc, kontrowersje wokół terminu skupiają się na tym,
jak bardzo jest on medyczny. Weźmy na przykład rzeczownik zbiorowy
określający osoby korzystające z usług w zakresie zdrowia psychicznego.
W czasie, gdy odbywałem staż pielęgniarski, nazwa "pacjent" niemal
całkowicie wyszła z łask, zachęcano nas, abyśmy zamiast niego stosowali
sformułowanie "użytkownik usług" - ku całkowitej dezorientacji wielu
użytkowników usług.
W rzeczywistości termin ten pojawił się już dawno temu. Był owocem
dziesięcioleci kampanii prowadzonych przez ludzi, którzy sami byli
"pacjentami" w systemie psychiatrycznym i którzy zdecydowanie odrzucali
medyczne konotacje tego terminu: że implikuje on bierność wobec lekarza,
który wie najlepiej, potęgując poczucie ubezwłasnowolnienia. Preferowano
termin "użytkownik usług", ponieważ definiuje grupę właśnie przez
korzystanie z usług, a nie przez rolę chorego.
Mamy już więc początki rozłamu ideologicznego. Jeśli jesteś
użytkownikiem usług zdrowia psychicznego i wierzysz, że twoje
niepokojące myśli i uczucia są chorobą przypuszczalnie zlokalizowaną w twoim mózgu i zasadniczo taką samą jak każda choroba fizyczna, to możesz
myśleć o sobie jako o pacjencie. Ostatecznie, jeśli jesteś taki sam jak
pacjenci korzystający z opieki zdrowotnej z powodu złamanych kości,
zapalenia płuc, raka, cukrzycy i infekcji klatki piersiowej, to dlaczego
miałbyś być nazywany inaczej?
Jeśli jednak wyznajesz pogląd - podzielany przez wiele osób, w tym wielu
specjalistów zajmujących się zdrowiem psychicznym - że nawet najbardziej
niepokojące myśli, najbardziej ekstremalne zmiany nastroju i najbardziej
nietypowe zachowania nie są objawami choroby, lecz naturalną reakcją na
nierozładowaną traumę lub bolesne wydarzenia życiowe, to postrzeganie
tego w kategoriach diagnozy medycznej, która nieuchronnie zaczyna się od
uznania cię za "pacjenta", może być bardzo problematyczne.
Określenie "użytkownik usług" było uważane za bardziej neutralne i dlatego zyskało akceptację. Ale co z ludźmi takimi jak Amit? Ludźmi,
którzy są przetrzymywani w szpitalach i leczeni wbrew swojej woli? Czy
zbiorowy rzeczownik "usługobiorca" naprawdę jest dla nich odpowiedni?
Czy możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że korzystają z usług
służby zdrowia psychicznego?
Prawdopodobnie nie.
Obecnie coraz liczniejsza staje się grupa ludzi, którzy nie chcą
stosować żadnego z tych terminów i zbiorowo identyfikują się jako
"ocalali", podczas gdy brytyjskie Królewskie Kolegium Psychiatrów
niedawno powróciło do nazywania ich "pacjentami". A jeśli wszystko to
brzmi skomplikowanie i jest naznaczone polityką, to dlatego, że właśnie
tak jest. Ledwo prześliznęliśmy się po powierzchni1.
Aż kusi, żeby w tym momencie przewrócić oczami.
Zacytuję słowa, które wypowiedział bohater mojej powieści, gdy po raz
pierwszy usłyszał określenie "użytkownik usług":
Mają dla nas wiele nazw. Użytkownicy usług muszą być najnowszą z nich.
Sądzę, że gdzieś są ludzie, którym płacą za wymyślanie takich gównianych
nazw.
Pomyślałem o Stevie. Zdecydowanie jest typem, który mówiłby "użytkownik
usług". Powiedziałby to tak, jakby należał mu się tytuł szlachecki za
to, jaki jest wrażliwy i wspierający2.
(Dla wyjaśnienia dodam, że Steve jest pracownikiem służby zdrowia
psychicznego zainspirowanym tym, co uważałem za swoje najgorsze cechy
zawodowe).
Przytaczam ten cytat, ponieważ uważam, że odrobina cynizmu nie jest
niczym złym. Jak w przypadku każdej żarliwej debaty niemal na pewno
każda z jej stron działa na rzecz własnego interesu i kieruje się
własnymi uprzedzeniami. Niemniej jednak myślę również, że poważnym
błędem byłoby odrzucenie którejkolwiek z tych kwestii jako nieistotnej.
Tak, to spór o język. Ale w szalonym, szalonym świecie opieki
psychiatrycznej język jest wszystkim. Prostą prawdą, z którą zmierzymy
się bardziej szczegółowo później, jest to, że przytłaczająca większość
diagnoz psychiatrycznych nie jest stawiana na podstawie badań krwi,
skanów mózgu ani niczego w tym rodzaju. To również słowa, które ludzie
wypowiadają - lub których nie mówią - interpretowane są przez
profesjonalistów i w takim samym stopniu jak wszystko inne decydują o diagnozie.
A język diagnozy ma moc głębokiego zmieniania ludzkiego życia, na dobre
lub na złe.
To prowadzi nas z powrotem do słowa, które wypowiedzieliśmy na głos
kilka chwil temu. A jeśli coś tak pozornie niewinnego, jak proste słowo
"pacjent", jest przedmiotem takich kontrowersji, możemy sobie wyobrazić
ponurą burzę polemik wirującą wokół naprawdę obszernego tematu
schizofrenii.
Mając to na uwadze, chcę podjąć pewne zobowiązanie. Od tego akapitu
terminologia w tej książce będzie albo bezpośrednio odzwierciedlać tę
używaną przez ludzi, których spotykam (lub których pisma cytuję), albo
będzie dążyć do wykazania, że najczęściej używane terminy - przejęte w dużej mierze ze świata medycyny - reprezentują tylko jeden sposób
myślenia. Z tego powodu schizofrenia stanie się tak zwaną schizofrenią,
a choroba psychiczna - tak zwaną chorobą psychiczną. W innych wypadkach
użyję cudzysłowu lub innego wskaźnika, abyśmy pamiętali, że istnieją
narracje alternatywne.
Powieściopisarz we mnie wzdraga się na myśl o nieporadności tego tekstu
(podczas gdy inna część mnie nieszczególnie radośnie przysiadła na tej
nieheblowanej żerdzi), niemniej mam nadzieję, że zostanie on odebrany
jako to, czym jest: szczera próba okazania szacunku zarówno tym, którzy
znajdują pocieszenie w języku medycyny, jak i tym, którzy zostali
przezeń zranieni.
Dobrze. Wypróbujmy to.
Kontrowersje wokół tak zwanej schizofrenii są tak stare jak sama
"choroba".
No proszę. To wcale nie było takie trudne.
Jeśli zaś chodzi o to, jak stara jest tak zwana schizofrenia, nie trzeba
chyba dodawać, że na ten temat toczy się debata.
Ogólnie rzecz biorąc, jej odkrycie - lub wynalezienie - przypisuje się
niemieckiemu psychiatrze Emilowi Kraepelinowi (1856-1926). Był pierwszym
lekarzem, który opisał "otępienie wczesne", które zaobserwował u pacjentów psychiatrycznych i błędnie zdiagnozował jako wczesną chorobę
mózgu powodującą dezintegrację poznawczą. Nazwał je dementia praecox.
Następnie, podczas wykładu w Berlinie 24 kwietnia 1908 roku, współczesny
Kraepelinowi Eugen Bleular (1857-1939) przedstawił skuteczny argument za
zmianą pojęcia - narodziła się schizofrenia.
Kraepelin i Bleular nie mogli jednak przewidzieć, że ich tajemnicze nowe
zaburzenie o egzotycznie brzmiącej nazwie będzie z czasem postrzegane
jako istota psychiatrii; stan, który definiuje dyscyplinę3.
Jest to również krwawe pole bitwy, na którym toczą się najbardziej
zaciekłe ideologiczne spory na temat szaleństwa i jego
znaczeń4.
I uwierz mi na słowo, gdy mówię, że te spory są zaciekłe. Wiele kwestii,
które zostaną omówione w tej książce, jest również w tej chwili
przedmiotem dyskusji wiodących klinicystów i naukowców zajmujących się
zdrowiem psychicznym. A jeśli zdarzy ci się choć pobieżnie rzucić okiem
na te spory w mediach społecznościowych, nie będziesz musieć długo
przewijać dyskusji, by natknąć się na to, co "Mental Health Today"
nazywa "gorzką dynamiką antagonistyczną"5. Co ciekawe,
duża część tej wrogości koncentruje się wokół dwóch pokrewnych profesji,
które ściśle współpracują i które w oczach wielu ludzi są jednym i tym
samym. Mówię tutaj o odrębnych, ale powiązanych dyscyplinach psychiatrii
i psychologii.
Leksykon opieki psychiatrycznej zawiera wiele słów zaczynających się od
"psych-" - dokładnie jest ich 3466. Słowa te, przynajmniej na
pierwszy rzut oka, będą znane większości czytelników. Trafiły one do
języka potocznego dzięki kulturze popularnej. Jednak często są
nadużywane i mylone. Poświęćmy więc chwilę na zapoznanie się z kilkoma z nich.
Psychologia
Psychologia jest pojęciem najszerszym ze wszystkich słów z przedrostkiem
"psych-", które pojawiają się na kartach tej książki. To nauka zajmująca
się powstawaniem i przebiegiem procesów psychicznych, cechami
psychicznymi człowieka i regulacją jego stosunków z otoczeniem. Jest to
dyscyplina niezwykle rozległa i różnorodna (jeśli myślisz lub czujesz,
psychologia ma na ten temat jakąś teorię).
Psychologia kliniczna jest jedną z wielu specjalizacji w ramach
psychologii i to ona będzie nas tu najbardziej zajmować. Koncentruje się
ona na zrozumieniu, profilaktyce i terapii zaburzeń i dysfunkcji
psychicznych oraz zaburzeń zachowania - często nazywanych "chorobami
psychicznymi".
Specjaliści, którzy praktykują psychologię kliniczną, nazywani są
psychologami klinicznymi. Aby zostać psychologiem klinicznym, trzeba
ukończyć studia licencjackie z psychologii i odbyć kolejne trzyletnie
studia magisterskie (w Polsce należy ukończyć pięcioletnie studia
magisterskie a nstępnie odbyć specjalizację - przyp. red.). Główną
metodą leczenia stosowaną przez psychologów jest psychoterapia (kolejne
słowo zaczynające się od "psych-"). Czasami nazywamy ją po prostu
"rozmowami terapeutycznymi".
Istnieją niezliczone warianty rozmów terapeutycznych, począwszy od
psychoanalizy, opracowanej przez Zygmunta Freuda pod koniec XIX wieku,
po obecnie bardziej modne terapie oparte na uważności i terapię
poznawczo-behawioralną (ang. cognitive behavioral therapy - CBT).
Wielu specjalistów, których usłyszymy w tej książce, to psychologowie
kliniczni.
Psychiatria
W przeciwieństwie do psychologii psychiatria jest zawodem medycznym.
Osoby praktykujące psychiatrię nazywane są psychiatrami. Są to lekarze,
którzy zwykle odbywają pięcioletnie studia w szkole medycznej, a następnie specjalizują się w zdrowiu psychicznym.
Podobnie jak psychologowie zajmują się cierpieniem psychicznym, ale
często kładą większy nacisk na przyczyny biologiczne i terapię medyczną.
Innymi słowy, przedstawiają chorobę psychiczną jako - przynajmniej
częściowo - konsekwencję braku równowagi chemicznej w mózgu, którą można
naprawić za pomocą innych substancji chemicznych. Dlatego też
psychiatrzy (w przeciwieństwie do psychologów klinicznych) często
przepisują leki. Należy jednak dodać, że wielu psychiatrów oferuje
również terapie oparte na rozmowie.
W Wielkiej Brytanii psychiatrzy są również odpowiedzialni za
podejmowanie większej liczby decyzji dotyczących zatrzymania i przymusowego leczenia osób na mocy ustawy o zdrowiu psychicznym.
W brytyjskiej Narodowej Służbie Zdrowia - podobnie jak w większości
zachodnich systemów opieki zdrowotnej - dominującym paradygmatem
konceptualizacji i leczenia poważnych zaburzeń psychicznych stało się
podejście biomedyczne, najbardziej kojarzone z psychiatrią.
Nie zawsze tak było. W naszej długiej historii prób radzenia sobie z ludzkim szaleństwem swoje pięć minut miały rozmaite ideologie. Jeśli
cofniemy się wystarczająco daleko, nieuchronnie napotkamy demony i duchy
(które, rzecz jasna, nadal występują w niektórych kulturach).
Nawet jeszcze w XX wieku nowo powstała profesja psychiatrii nie była
zbytnio zainteresowana biologicznymi mechanizmami powstawania zaburzeń
psychicznych7. Czy też może właściwiej byłoby stwierdzić,
że po początkowych i ostatecznie bezowocnych wysiłkach znalezienia
szaleństwa wpisanego w fizyczną materię mózgu psychiatria zwróciła uwagę
na psychoanalizę i przez wiele lat historia życia i dzieciństwa danej
osoby była uważana za najważniejszą przy próbie jego zrozumienia i leczenia.
Dopiero w dziesięcioleciach po II wojnie światowej nastąpił rozwój
psychiatrii, co w połączeniu z wynalezieniem nowych leków i opublikowaniem legendarnego już systemu klasyfikacji zaburzeń
psychicznych (więcej na ten temat później) sprawiło, że nowoczesna
psychiatria wciągnęła swoją flagę na maszt jako dyscyplina prawdziwie
medyczna w tym sensie, w jakim rozumiemy ten termin dzisiaj.
Wiele osób - w tym psychiatrów, innych pracowników służby zdrowia i osób
korzystających z usług psychiatrycznych - uważa, że to postęp i wyraźny
znak, iż zmierzamy we właściwym kierunku.
Niemniej jednak wiele innych osób - w tym psychiatrów, innych
pracowników służby zdrowia i osób korzystających z usług
psychiatrycznych - zajmuje stanowisko bardzo krytyczne i obawia się, że
wyrządzamy więcej szkody niż pożytku.
Psychoza
Ze wszystkich słów zaczynających się od "psych-" w tej książce terminem
najbardziej obciążonym popularnymi błędnymi przekonaniami jest psychoza.
Jest to ważne nie tylko dlatego, że to słowo jest powszechnie uważane za
cechę definiującą tak zwaną schizofrenię.
Pamiętam, kiedy po raz pierwszy spotkałem się z nim w warunkach
klinicznych. Miałem dziewiętnaście lat i zaczynałem pracę w służbie
zdrowia psychicznego jako asystent opieki zdrowotnej, zapewniając
krótkoterminową opiekę na oddziałach, na których brakowało personelu.
Tacy asystenci są często wysoko wykwalifikowanymi i dobrze wyszkolonymi
pracownikami szpitali. Ja taki nie byłem. Moja rozmowa kwalifikacyjna
nie trwała dłużej niż dziesięć minut i dotyczyła głównie mojej
dyspozycyjności. Chodzi o to, że nic nie wiedziałem. Pamiętam, jak
przyszedłem na pierwszą zmianę. Było to w szpitalu psychiatrycznym na
obrzeżach Bristolu - położonym w parku starym, wiktoriańskim przytułku i zakładzie dla obłąkanych. Trzaskający domofon umieszczony na zamkniętych
drzwiach wejściowych polecił mi udać się do pokoju pielęgniarskiego.
Zawahałem się. Obok wszystkich zwykłych obaw, które towarzyszą
rozpoczęciu każdej nowej pracy, pojawiło się coś jeszcze. Do tego
momentu moje jedyne doświadczenie z tak zwaną poważną chorobą psychiczną
pochodziło z drugiej ręki - z książek, filmów, telewizji i brukowych
gazet, które rodzice czytali przez całe moje dzieciństwo. Miałem głowę
pełną uprzedzeń i błędnych przekonań na temat instytucji
psychiatrycznych, schronisk i domów wariatów oraz rodzajów ludzi, którzy
w nich przebywali.
Gorączkowo robiłem notatki, gdy pielęgniarki z poprzedniej zmiany, jedna
po drugiej, wchodziły do zagraconego pokoju, aby przekazać istotne
szczegóły dotyczące pacjentów, z którymi pracowały, oraz tego, co należy
zrobić przez resztę dnia. Nigdy wcześniej nie napisałem słowa
"psychotyczny". Nie byłem nawet pewien, jak się je pisze. Ale teraz
pisałem je w kółko. Nie wiedziałem, co to znaczy, ale towarzyszyło temu
uczucie - fizyczne uczucie, odczuwalny ucisk w klatce piersiowej.
Podczas swojego pierwszego dyżuru spędziłem większość czasu, siedząc w ponurej palarni, pijąc herbatę z "psychotycznymi ludźmi" i zastanawiając
się, co powinienem powiedzieć. Pamiętam, że spotkałem kobietę, która
dochodziła do siebie po pierwszym epizodzie czegoś, co mogło być
"zaburzeniem dwubiegunowym" - jej stan
się poprawiał, ale była strasznie roztrzęsiona. Zaciągnęła się
zachłannie papierosem i powiedziała mi, że zanim trafiła na oddział, nie
wiedziała, że takie miejsca naprawdę istnieją.
"Ja też nie", pomyślałem.
Choć nie jest to szczególnie precyzyjny termin, w najszerszym i najbardziej uproszczonym ujęciu psychoza opisuje zjawisko utraty
kontaktu z rzeczywistością - a w każdym razie utraty kontaktu z tym, co
większość innych ludzi postrzega jako rzeczywistość.
Nie jest uważana za chorobę samą w sobie, choć z pewnością może być jej
objawem. Jest to na przykład typowa cecha większości form demencji.
Wielu z nas doświadczy psychozy w jakimś momencie życia; możemy nawet
aktywnie do niej dążyć. Jest to pożądany efekt wielu narkotyków
rekreacyjnych. Jeśli spróbowałeś LSD i nie zniekształciło ono radykalnie
twojego doświadczania rzeczywistości, to sugeruję znalezienie nowego
dilera.
Ważne jest, że to, co nazywamy psychozą, może być również reakcją na
ekstremalny stres lub traumę. Jak powiemy to jeszcze raz później, wiele
osób zrozumie to jako rodzaj adaptacji psychologicznej, nieudana
strategia radzenia sobie lub forma opowiadania historii w umyśle w odpowiedzi na nieznośnie bolesne wydarzenia życiowe. Niezależnie od
przyczyny psychoza jest powszechnie doświadczana poprzez halucynacje i urojenia. Halucynacje to medyczna nazwa nadana fałszywym doświadczeniom
zmysłowym, czyli to wrażenia zmysłowe (słuchowe, wzrokowe, dotykowe
itd.) powstające bez działania bodźca zewnętrznego - słyszenie głosów
lub widzenie rzeczy, których inni ludzie nie mogą usłyszeć ani zobaczyć.
Urojenia to zazwyczaj fałszywe i nieuzasadnione przekonania
nieustępujące pod wpływem logicznej argumentacji ani dowodów
potwierdzających ich błędność. Przekonanie Amita, że celowo zatruwamy
wodę dostarczaną do jego sypialni można nazwać urojeniem. Można je też
nazwać zrozumiałą reakcją na to, co się z nim działo.
Większość osób, u których zdiagnozowano schizofrenię, doświadcza tego
rodzaju oderwania od rzeczywistości. Często - choć nie zawsze - jest to
bardzo niepokojące i może prowadzić do dziwnych zachowań, gdy dana osoba
próbuje sobie radzić i przetrwać w swoim zmienionym, wrogim świecie.
Psychoza może być główną cechą tak zwanej schizofrenii, ale w żadnym
wypadku nie jest to cały obraz zjawiska.
Inne objawy mogą obejmować: dezintegrację procesu myślenia, zaburzenia
językowe; nietypowe zachowania i ruchy, zmniejszenie ekspresji
emocjonalnej lub nieadekwatne reakcje emocjonalne, zaburzenia uwagi i znaczne wycofanie społeczne.
Często objawy te dzielone są (nieco myląco) na pozytywne i negatywne.
W tym przypadku "pozytywny" nie oznacza, że objaw jest korzystny lub
dobry, ale raczej że jest dodatkiem do świadomości danej osoby.
Halucynacje i urojenia są zatem objawami pozytywnymi, podczas gdy
wycofanie społeczne, awolicja (brak motywacji i chęci do podejmowania
celowych, nawet przyjemnych aktywności) i ubóstwo mowy są objawami
negatywnymi, ponieważ każdy z nich reprezentuje coś, co zostało
utracone.
W popularnym wykładzie TED8 profesor Elyn Saks, ekspertka w dziedzinie zdrowia psychicznego, która sama żyje z diagnozą
schizofrenii, stwierdziła: "Umysł schizofrenika nie jest podzielony, ale
rozbity"9. Jest to zjawisko zaskakująco powszechne. Od lat mówi
się, że na całym świecie dotyka ono średnio jednej na sto osób, choć
rozkład ten jest daleki od równomiernego10. Wskaźniki
zaburzeń psychotycznych, w tym tak zwanej schizofrenii, są wyższe u mężczyzn niż u kobiet. Są one również wyższe w młodszych grupach
wiekowych oraz w mniejszościach rasowych i etnicznych. Istnieje też
ogromne zróżnicowanie,
nie tylko w zależności od osoby, ale i miejsca. Więcej na ten temat
później.
* * *
Wspomniałem, że niedługo po ukończeniu szkolenia i rozpoczęciu pracy
jako zarejestrowany pielęgniarz opieki psychiatrycznej podjąłem również
próbę napisania powieści. Jest taki ładny cytat z Petera Cooka, który
dobrze podsumowuje moje doświadczenia na tym polu: "Spotkałem na
imprezie pewnego człowieka. Powiedział: "Piszę powieść", a ja na to:
"Naprawdę? Ja też nie"".
A jednak zaledwie dziewięć lat po tym, jak po raz pierwszy usiadłem
przed komputerem, by beznadziejnie wpatrywać się w pustą stronę na
ekranie, moja powieść - jakimś cudem - przyjęła finalną postać i trafiła
do księgarń11. Wiele może się wydarzyć w ciągu dziewięciu lat.
Porzuciłem pracę pielęgniarza, by zająć się badaniami nad zdrowiem
psychicznym na uniwersytecie w Bristolu. Urodziła mi się córeczka,
ożeniłem się i zastanawiałem się, czy nie powinienem kiedyś spróbować
napisać kolejnej książki i czy moje zdrowie psychiczne to przetrwa.
Wtedy z mojej lśniącej nowością strony autorskiej napłynęły do mnie
liczne maile.
Były to wiadomości od ludzi, których nigdy nie spotkałem, ale którzy
przeczytali moją fikcyjną historię młodego mężczyzny ze "schizofrenią" i poświęcili czas, aby skontaktować się ze mną i podzielić własnymi
historiami - prawdziwymi historiami - czasami dlatego, że były podobne;
czasami dlatego, że były zupełnie inne.
Ta rozmowa stawała się coraz bogatsza, w miarę jak spotykałem coraz
więcej ludzi, pisząc i mówiąc o zdrowiu psychicznym.
Wiele z opowiadanych mi historii było przygnębiających, inne pełne
nadziei. Rzadko kiedy miały one tak starannie wymyślony początek, środek
i koniec, jaki mogłem stworzyć jako pisarz. Prawdą o dziwnym zjawisku,
które nazywamy chorobą psychiczną, jest to, że jest ono bezładne i chaotyczne; może być niezwykle trudno nadać mu sens, ale to nie znaczy,
że nie powinniśmy próbować. Zdrowie psychiczne każdego z nas jest
kruche. Bycie częścią tej rozmowy służy nam wszystkim.
Tym właśnie jest ta książka: częścią rozmowy.
Chciałbym przedstawić kilka osób, które miałem szczęście poznać. Opowiem
ich historie, a po każdej z nich zastanowię się przez chwilę nad tym,
czego może nas nauczyć i jakie stawia nam pytania.
Rozważymy takie tematy, jak stygmatyzacja (i dlaczego obecne rozmowy na
temat stygmatyzacji mogą mijać się z celem), diagnoza (i dlaczego
diagnostyka psychiatryczna to bardzo grząski grunt), przyczyny "choroby
psychicznej" (i dlaczego nikt nie może powiedzieć z absolutną pewnością,
co sprawia, że dana osoba staje się "chora"), urojenia i halucynacje (i w jaki sposób są one częścią naszego życia przez cały czas) oraz leki
psychiatryczne (również to, o czym nie mówią nam "ulotki informacyjne
dla pacjentów").
W debatach charakteryzujących się coraz bardziej spolaryzowanymi
stanowiskami spróbujemy bardziej rewolucyjnego podejścia, polegającego
na próbie zachowania otwartego umysłu.
Mam nadzieję, że w ten sposób uda nam się rozwiać kilka bardziej
szkodliwych mitów i obalić kilka stereotypów, które tak uparcie wywołuje
samo słowo "schizofrenia", a także że zyskamy pewną jasność co do
naszego własnego samopoczucia psychicznego i samopoczucia innych.
Szalony Kapelusznik (ten z Batmana, nie z Przygód Alicji w Krainie
Czarów) wyjaśnił kiedyś, że próba zrozumienia szaleństwa za pomocą
logiki "nie różni się od szukania ciemności za pomocą
pochodni"12. Pomijając fakt, że to czarny charakter i raczej
niezbyt dobre uosobienie zdrowia psychicznego w literaturze (choćby i komiksowej), Kapelusznik ma jednak rację. Logika badań naukowych - które
z pewnością będą stanowić część tej książki - może nas zaprowadzić tylko
do pewnego momentu. Jest jeszcze jedna część tego, co nazywamy chorobą
psychiczną, część, która na zawsze pozostanie poza zasięgiem analizy
statystycznej, prawdopodobieństwa i krzywych rozkładu. Lub nieziemskich
obrazów obrazowania neurochemicznego.
Jest nią osoba. To jej historia.
Siedząc w szpitalnej palarni podczas swojego pierwszego dyżuru na
oddziale w charakterze opiekuna asystenta, byłem zbyt zdenerwowany, by
otworzyć usta. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć, co przez przypadek
sprawiło, że prawdopodobnie zrobiłem najlepszą rzecz w tej sytuacji.
Słuchałem. Nie zawsze można znaleźć właściwe słowa, ale mimo to można
brać udział w rozmowie. Zawsze możemy trochę pospacerować z ludźmi,
posiedzieć z nimi, posłuchać ich.
Dziennikarka
Uciekinierka
Po tym, jak uznano ją za najbardziej poszukiwaną przestępczynię w Wielkiej Brytanii, dwudziestodziewięcioletnia Erica Crompton wybrała się
na krótki spacer do lokalnego supermarketu, gdzie kupiła butelkę
wybielacza z zamiarem wypicia go.
Zatrzymała się na chwilę, by spojrzeć na stojak z gazetami, i potwierdziły się jej najgorsze obawy. "Daily Mirror" - gazeta, do
której wcześniej pisała artykuły - rozpoczęła kampanię nienawiści
przeciwko niej. Każde z pozostałych pism zamieściło jakiś nagłówek i historię dotyczącą popełnionych przez nią przestępstw. Obejmowały one
uwięzienie i napaść seksualną na przyjaciółkę z czasów studiów, jej
podejrzaną rolę w niewyjaśnionym morderstwie młodego mężczyzny na
imprezie w jakimś londyńskim skłocie oraz jej udział w spisku mającym na
celu zdetonowanie bomby w kompleksie biurowym Canary Wharf we wschodnim
Londynie wkrótce po
11 września 2001 roku. Były też inne przestępstwa, zbyt liczne, by Erica
mogła je sobie wszystkie przypomnieć. Jej podwójne życie dobiegało
końca. Policja była coraz bliżej. Na nocnym niebie krążyły śmigłowce.
Ściskając butelkę wybielacza, Erica pospiesznie wróciła do domu. Te
ulice były jej obce. W ciągu ostatnich dziesięciu lat często się
przeprowadzała, rzadko pozostając w jednej pracy lub mieszkaniu dłużej
niż kilka miesięcy. Najczęściej zmieniała miejsca w obrębie Londynu,
kilka razy przenosiła się do Nowego Jorku. Ostatnio mieszkała i pracowała w południowej Anglii jako wykładowczyni uniwersytecka. To
właśnie tam sprawy zaczęły się naprawdę komplikować, ale nie było sensu
dłużej o tym myśleć. W tej chwili szła ulicą w podupadłej dzielnicy
Birmingham, unikając kontaktu wzrokowego z każdym, kogo mijała,
przekonana, że wszyscy dokładnie wiedzą, kim jest i co zrobiła. Co
dziwniejsze: ci ludzie wiedzieli również, co zamierza zrobić. I byli z tego zadowoleni. "Dzięki Bogu, w końcu umrze".
Po powrocie do mieszkania Erica wzięła kubek ze wspólnej kuchni i zamknęła się w sypialni.
Napełniła kubek wybielaczem i wypiła go.
Siedem lat później wciąż czuje jego smak, jego gęstość i gorycz.
Rozmawiamy sobie w nieskazitelnie czystym, pełnym dzieł sztuki salonie
Eriki w jej domu w Derby - między nami na dywanie stoi otwarta zabytkowa
walizka, z której na podłogę wysypują się wycinki z jej licznych
artykułów i tekstów redakcyjnych dla krajowych brukowców, lśniących
magazynów mody, rozmaitych chałupniczych fanzinów i poważnych czasopism
naukowych.
Z trudem powstrzymuje odruch wymiotny na to wspomnienie.
- To po prostu trudne - wyjaśnia. - Myślenie o tym okropnym pokoju i moich współlokatorach, którzy nie wiedzieli, co się dzieje. I moja
zupełnie niewspierająca rodzina.
Waltonowie13 i Totalny Burdel
Erica dorastała w zamożnej, malowniczej wiosce Acton Trussell niedaleko
Stafford. Jej mama była gospodynią domową, a tata sprzedawał gaśnice.
Erica opisuje wczesne dzieciństwo jako idylliczne - przynajmniej tak jej
mama lubiła myśleć o tym okresie. Szyła ubrania dla Eriki i jej młodszej
siostry. Szyła im szkolne mundurki. A nawet sama robiła dżem, który
trafiał do kanapek z brązowego chleba w ich śniadaniówkach. Erica
sugeruje, że to wszystko miało wpływ na ich życie:
- Myślę, że mama lubiła myśleć, że jesteśmy Waltonami.
Jej rodzice dorastali w biedzie na robotniczych osiedlach, ale pieniądze
nie były już problemem. Firma gaśnicza jej ojca radziła sobie wyjątkowo
dobrze. Pod rządami Thatcher szybko się bogacili, wspinając się po
szczeblach drabiny społecznej. Pytam Ericę, czy uważa, że jej wychowanie
było typowe dla klasy średniej, ale kręci głową i określa je jako
nuworyszowskie.
Wspomina, że w wieku ośmiu lat, po zakończeniu nauczania początkowego,
błagała rodziców, by wysłali ją do prywatnej szkoły. Była niezwykle
zmotywowana i wyraźnie pamięta rozmowę z rodzicami przyjaciółki z wioski, którzy wtłaczali jej do głowy, jak ważne jest uzyskanie jak
najlepszego startu w życiu. Ostatecznie jednak Erica poszła do lokalnej
szkoły państwowej, a jej tata kupił sobie nowe BMW. Wiele lat później, w ramach czegoś, co Erica nazywa "Projekt Tata", dowiedziała się, ile
dokładnie kosztowało to BMW i ile kosztowałoby czesne w prywatnej
szkole.
Niezależnie od wszystkiego Erica w szkole radziła sobie doskonale. Była
ładna, popularna i ambitna. Została młodą dziennikarką BBC
Newsround14 i pisała sztuki i programy radiowe, w których
potem występowała z przyjaciółmi. Była też ekscentryczna.
- Lubiłam wymyślać różne rzeczy - mówi mi. - Na przykład szłam do
dyrektora szkoły i mówiłam: "Panie dyrektorze, czy wie pan, że dzisiaj
jest Narodowy Dzień Pizzy?", i próbowałam nakłonić go do zamówienia
pizzy dla wszystkich uczniów.
Założyła też w szkolnej sali gimnastycznej własną grupę gimnastyczną i namówiła inne dzieci, aby się zapisały. Nieustannie snuła skomplikowane
plany, a opowiadając mi o nich, zapożyczyła termin prosto z podręcznika
psychiatrii: gonitwa myśli. Jest to wyrażenie powszechnie kojarzone z tak zwanymi zaburzeniami maniakalnymi, jak na przykład choroba
dwubiegunowa, i opisuje zaburzenia toku myślenia polegające na jego
skrajnym przyspieszeniu i występowaniu przeskoków myślowych z jednego
wątku na inny.
Jest to również - oczywiście - całkowicie normalna cecha energicznego i ciekawego intelektualnie dziecka. Zatrzymuję się nad tym tylko z powodu
tego, co Erica mówi dalej:
- Nigdy nie byłam prześladowana za to, że byłam inna. Ale byłam inna.
- Twój tata zrobił coś strasznego - powiedziała jej mama. - To nie twoja
wina.
Erica miała jedenaście lat i ukrywała się w toalecie. Słuchała, jak mama
krzyczy na tatę, żeby zostawił ich w spokoju:
- Dzieci śpią, dzieci śpią!
Wyważał drzwi wejściowe.
Tą straszną rzeczą według mamy Eriki było to, że jej tata miał romans.
Potem nastąpił gwałtowny i burzliwy rozpad ich małżeństwa, a Erica i jej
młodsza siostra znalazły się pośrodku. Siostra poradziła sobie z tą
traumą, zamykając się w swoim pokoju i z nikim nie rozmawiając.
To Erica była osobą, której mama często się zwierzała. Zaczęła mocno pić
i pijana często budziła Ericę późno w nocy, siadała na jej łóżku i opowiadała o tym, jakim draniem był jej ojciec. To był straszny czas.
Koniec Waltonów i początek tego, co Erica nazywa teraz Totalnym
Burdelem.
Za brak właściwego rodzaju miłości w domu Erica zaczęła odgrywać się w szkole. W wieku dwunastu lat często wagarowała, wyjeżdżała na wieś z przyjaciółmi i paliła trawkę lub upijała się cydrem do wymiotów. W wieku
lat czternastu lub piętnastu odkryła kluby nocne i twardsze narkotyki.
Zaczęła zażywać dużo amfy (kosztujące 5 funtów porcje "Pink Champagne",
które piła lub wciągała). Traciła orientację w życiu. Pewnego razu
wyszła z zajęć teatralnych, by zapalić w toalecie, i próbowała wzniecić
pożar. Rolka papieru toaletowego wisiała w plastikowej osłonie i Erica
ją podpaliła. Była znudzona, rozdrażniona i miała wszystko w dupie.
Zniknęły jej dziecięce ambicje. Kiedy w końcu opuściła szkołę z czterema
miernymi na świadectwie ukończenia szkoły średniej, jedyne, na czym jej
zależało, to znaleźć pracę jako sprzątaczka, kupić ładne ciuchy i balować w klubach.
Ciekaw byłem, co na to wszystko jej rodzice. Erica odpowiada zwięźle:
- Mama starała się, jak mogła, ale nie można wychowywać małych dzieci,
gdy się jest pijanym.
Do akcji wkroczył tata, który teraz mieszkał ze swoją nową dziewczyną.
Ironią losu jest to, że przekupił Ericę, by pozostała w szkole,
obiecując jej zakup nowego samochodu - czarnego fiata uno z aluminiowymi
felgami. Zapisała się do lokalnego college'u, aby dostać dyplom
BTEC15 w projektowaniu mody. Wybrała ten kierunek, gdyż spodziewała
się, że to będzie łatwizna. A tymczasem okazało się, że ma do tego
talent. Chociaż jej stan psychiczny wciąż, jak sama mówi, balansował na
krawędzi. Wspomina dzień na uczelni, lekcję rysunku. Właśnie wróciła na
zajęcia po przerwie na papierosa, zajęła swoje miejsce i rozsypała się.
Szarpał nią niepohamowany, głośny szloch, który trwał może pół godziny,
i nikt nie był w stanie jej uspokoić. W końcu nauczyciel musiał odesłać
ją do domu. Do dziś Erica nie ma pojęcia, co się z nią wtedy stało.
Również w czasie nauki w szkole, po zerwaniu z chłopakiem, Erica zaczęła
nadużywać środków przeczyszczających, stając się, jak sama to nazywa,
"funkcjonującą bulimiczką".
Mimo to dobrze radziła sobie w szkole, a kilka lat później bez problemu
dostała się na studia związane z modą na Uniwersytecie Middlesex,
zdawszy egzamin w sukience, którą sama zaprojektowała i uszyła.
Przeprowadziła się do Londynu, do małego wynajmowanego mieszkanka w dzielnicy Bethnal Green we wschodniej części miasta. Mieszkanie było
urządzone w stylu lat sześćdziesiątych, z pomarańczowymi laminowanymi
blatami. Erica je pokochała. Kupiła zabytkowe krzesła w pawie oczka i "Chińską dziewczynę" Tretchikoffa do powieszenia na ścianie. Polubiła
swoją współlokatorkę, polubiła studia. Budowała swój dom. W końcu udało
się jej przebrnąć przez Totalny Burdel. A potem sprawy przybrały gorszy
obrót.
Ponowne narodziny
Wspomnienie jest nieco zamglone, ale wyglądało to mniej więcej tak.
Erica siedziała w studenckiej knajpce i nie czuła się zbyt dobrze.
Martwiła się, że jej mama pije i że odkąd ona sama przeprowadziła się do
Londynu, nie może jej pomagać. Martwiła się, że jej tata też nie pomaga.
Martwiła się, że nie jest taka szczupła jak inne dziewczyny na jej
kursie. Martwiła się, że jej współlokatorka chciała, aby wyprowadziły
się z mieszkania w Bethnal Green i znalazły coś większego z kimś
trzecim. Martwiła się tym, że tak bardzo ją to wszystko martwi, i w dodatku nie miała pewności co do swojej seksualności. Musiała wyglądać
na przygnębioną, ponieważ ktoś podszedł, by ją pocieszyć.
Erica znała tę dziewczynę z widzenia z zajęć. Pochodziła z Korei
Południowej i imponowała jej swoim obyciem i opanowaniem. Erica poczuła
się wzruszona, że taka dziewczyna w ogóle poświęca jej czas, pytając, co
się stało, dodając otuchy. Zaczęła myśleć o niej nieomal jak o aniele
zesłanym z góry, gdy dziewczyna powiedziała: "Ujrzysz światło".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki