Jeden
JEDEN
TERAŹNIEJSZOŚĆ
DWA LATA I CZTERY MIESIĄCE PÓŹNIEJ
Przejmujący chłód przenika przez mój wełniany płaszcz, jakby był
wykonany z siateczki, co zmusza mnie, bym otuliła się nim jeszcze
ciaśniej. Kiedy przechodzę przez ulicę, migają już światła, dlatego
przyspieszam kroku. Jak znam moje szczęście w ostatnich dniach, raczej
nie zdążę przejść na drugą stronę na czas. Bardziej prawdopodobne jest,
że potrąci mnie jakiś mały samochód marki Smart, bo taksówkarze w Waszyngtonie są tak samo szaleni jak w Nowym Jorku. I jakimś cudem
przeżyję, pozbawiona jedynie możliwości poruszania którąś z kończyn.
Gdy tylko dotykam stopami krawężnika, za moimi plecami warczy samochód,
ochlapując mi nogi i dół płaszcza falą błotnistego lodu i śniegu.
Wzdrygam się, kiedy zimno przenika mnie aż do kości.
- Wspaniale - mamroczę, otrzepując się i omijając lodowe tafle
oblepiające chodnik po wczorajszej śnieżycy. Ja to mam szczęście.
Waszyngton nie bywa raczej atakowany przez północne zimy, a przynajmniej
tak słyszałam. Znajduje się wystarczająco daleko na południu. Podobnie
jak w Charlestonie, Dziadek Mróz nie ma zwyczaju rozsypywać tu wiader
śniegu - a przynajmniej tak było, dopóki nie obrałam tego miejsca za
swój dom.
Tymczasem wczorajszy śnieg pobił prawie rekord najwcześniej zanotowanego
opadu z piątego listopada 1892 roku. Zabrakło raptem siedmiu dni.
Świetnie - no chyba nie. Nie jestem fanką świata w bieli, dlatego też
wybrałam Waszyngton, a nie Big Apple1. Kiedy prawie rok temu
zdecydowałam się opuścić Karolinę Południową, miałam proste potrzeby i niewiele wymagań, z których najważniejszym było życie w dużym mieście i najlepiej na północy. W żadnym wypadku nie brałam natomiast pod uwagę,
że będę mieszkała w miejscu, w którym przez więcej miesięcy w roku jest
zimno niż ciepło. Lepiej być nie mogło.
Z zamyślenia wyrywa mnie nieuważny krok. Potykam się i wpadam w poślizg,
wymachując szeroko rękami jak śmigłami wiatraka. Komiczne ruchy w niczym
nie pomagają mi się zatrzymać i w końcu tracę równowagę. Nagle, zupełnie
znikąd, pojawia się czyjaś ręka, która podtrzymuje moje ramiona, podczas
gdy druga stabilizuje biodra. Muszę spojrzeć wysoko w górę, aby ujrzeć
mojego wybawcę, który zdaje się przebywać gdzieś nade mną w stratosferze.
Ni stąd, ni zowąd znika przygnębiająca szarość dnia i orientuję się, że
pływam w oceanie błękitu. Nie dowierzam własnym oczom, gdyż
błyskawicznie rozpoznaję osobę, która mnie uratowała. Czuję, jakby los
grał ze mną w rosyjską ruletkę, i w końcu naciskam spust. Z potężnym
hukiem.
- Cześć - wykrztuszam.
Mężczyzna o oczach jak woda i twarzy, w którą mogłabym wpatrywać się bez
końca, przygląda mi się o sekundę dłużej, niż wydaje się to stosowne.
Wyraz jego szeroko otwartych oczu potwierdza, że jest tak samo
zaskoczony jak ja.
Kiedy się odzywa, jego głos jest głęboki - jak gówno, w które właśnie
wdepnęłam. Nasza historia jest o wiele za długa. Wtem, na sekundę,
seksowny błysk w jego oczach oświetla wszystkie myśli o przeszłości,
których napór tak długo powstrzymywałam.
- Cześć. Ja... ech... nie spodziewałem się spotkać cię tutaj - to można
śmiało uznać za spotkanie stulecia. Los sprawił, że natknąłem się na
ciebie właśnie na ulicach Waszyngtonu, odgrywając przy okazji rolę
wybawcy - z jego języka jak ciepły miód spływa charakterystyczne
południowe zaciąganie.
Nie odsuwa się, potrącany przez kilku kolejnych przechodniów. Zamiast
tego prowadzi mnie w bardziej ustronne miejsce w głębi ulicy, obok
bankomatu.
Mimo że oboje niemal od stóp do głów jesteśmy okryci zimowymi ubraniami,
znajdujemy się wystarczająco blisko siebie, abym mogła poczuć bijące od
niego ciepło. Wspomnienia z przeszłości przelatują przez moją głowę i mam wrażenie, jakby ktoś przeszedł po moim grobie. Czuję zimny dreszcz.
Pociera moje ramiona ukrytymi w rękawiczkach dłońmi tak, jakby to
zauważył.
- Mieszkasz tu?
Głupio kiwam głową, ponieważ jest ostatnią osobą, którą spodziewałabym
się jeszcze kiedyś zobaczyć, zwłaszcza że przez większość czasu przed
nim uciekam.
- Tak. A ty? - pytam, naprawdę zaciekawiona, czy wpadł tu tylko z wizytą, czy też nie.
Chmurka zmrożonej pary wypływa z jego ust, kiedy wzdycha i przesuwa
dłonią po włosach połyskujących słońcem pomimo pory roku.
- Nie jestem pewien.
Moje brwi wędrują do góry, gdy niemal ze śmiechem odpowiadam, rzucając
mu wymowne spojrzenie:
- No co ty? Albo mieszkasz, albo nie - ton mojego głosu, mimo że
rozbawiony, nie powstrzymuje zaciskania się mojego żołądka w skomplikowany węzeł.
Wzrusza ramionami.
- Badam grunt. Teraz, kiedy ukończyłem specjalizację...
- Ukończyłeś? - wyrywa mi się. Jestem zaskoczona jego wyznaniem.
Jego uśmiech jest ciepły, ale nie do końca współgra z tym, co wyrażają
oczy. A ja czuję się niezręcznie, że w ogóle zapytałam. Oczywiście, że
ukończył. Był tego bliski już wtedy, gdy uciekłam.
- Właściwie to nie - szepcze, przybliżając się nieco.
Nawet na zatłoczonej ulicy jego słowa dzwonią mi w uszach. Sposób, w jaki na mnie patrzy, sprawia, że czuję, jakby czytał moją duszę. Nagle
na mojej twarzy pojawia się wyraz udręki, którą on na pewno dostrzega.
Zatrzymuje moje spojrzenie nieco dłużej. Potem prostuje się i kontynuuje, jakby wcale nie dzieliło nas tyle czasu:
- Pracuję teraz z jednym z najlepszych gości z dziedziny onkologii.
Lekarka z jego przychodni jest na urlopie macierzyńskim. Moje zastępstwo
ma potencjał, aby przekształcić się w pełnowymiarową współpracę. To może
być życiowa szansa. Tak czy inaczej, muszę zdecydować, czy to miejsce
wystarczająco mi odpowiada, by przeprowadzić się tu na stałe. Wiesz
przecież, że moje serce pozostało w Charlestonie. Całą resztę zdaję na
los.
Znów to słowo. Czy to los postawił go na mojej drodze? Jaka jest szansa,
że poślizgnę się, a on będzie tym, który mnie złapie, całe kilometry od
naszego rodzinnego miasta?
Istnieje wiele powodów, dla których nie powinnam się nad tym
zastanawiać. Najważniejszym z nich jest fakt, że wyjechałam z Charlestonu po tym, jak on dał mi mnóstwo powodów, bym została.
- Powinnam wracać do pracy. Jestem już spóźniona - mówię, odwracając
wzrok.
Jego ręce powstrzymują mnie przed ucieczką, uniemożliwiając mi
jakikolwiek ruch. Poważnym spojrzeniem próbuje złapać ze mną kontakt
wzrokowy, zanim decyduje, co chce powiedzieć.
- Może wyskoczymy na lunch albo kolację? Cokolwiek. Wiem, że najbardziej
lubisz kuchnię włoską. Słyszałem, że niedaleko stąd jest jakaś dobra
restauracja.
- Nie wiem - przyznaję szczerze. Przyłapuje mój wzrok, ale kieruję
spojrzenie w podłogę, poszukując drogi ucieczki. Mimo że jest naprawdę
przystojniakiem, myśl o kontaktowaniu się z nim sprawia mi wiele bólu.
Gdy odeszłam, skrzywdziłam nie tylko jego. Siebie również.
Unosi palcem moją brodę, zmuszając mnie, bym spojrzała w jego cudowne
oczy.
- Nie musimy rozmawiać o przeszłości - Charlestonie, szpitalu, o żadnej
z tych rzeczy. Możemy to zrobić tak, jakbyśmy spotkali się pierwszy raz.
Zacząć zupełnie od nowa.
Moje serce galopuje jak rumak czystej krwi podczas polowania na dzikiego
zwierza.
- Drew...
Znowu potrząsa głową.
- Nie, spróbujmy czegoś nowego.
Robi jeden mały krok w tył, po czym podaje mi rękę.
- Cześć, jestem Andy.
- Andy? - jestem pewna, że moje brwi podskoczyły aż do linii włosów.
Pochyla się w moją stronę i szepcze:
- Inne imię mogłoby przypomnieć ci o przeszłości.
Zagryzam dolną wargę, ponieważ to imię wzbudza przypływ nieprzyjemnych
emocji w moim żołądku. Emocji, które sprawiają, że moja twarz się
czerwieni, a po policzkach spływają łzy wielkie jak grochy. Uciekam
przed tymi uczuciami, podobnie jak przed mężczyzną, który stoi przede
mną.
Niezdolna uczynić nic innego z wyciągniętą w moim kierunku dłonią,
ściskam ją z nieśmiałym uśmiechem.
- Cześć, Andy.
Zatrzymuje moją dłoń na dłuższą chwilę, znacznie dłuższą, niż zrobiłby
to jakikolwiek obcy. Kiedy wreszcie ją puszcza, na jego twarzy pojawia
się szelmowski uśmiech, który z całą pewnością mógłby zostać odebrany
jako zalotny.
- Miło cię poznać, Cate - porusza zabawnie brwiami - czy dałabyś mi swój
numer?
Ta oklepana fraza powinna zabrzmieć żenująco, ale sposób, w jaki ją
wypowiedział, był w stanie sprawić, by bielizna każdej kobiety stała się
wilgotna.
Odwracam wzrok, nie chcąc, żeby zauważył, jak jestem przejęta. Co
więcej, delikatnie dał mi
do zrozumienia, że wie, iż zmieniłam numer. To oznacza, że pomimo całej
sytuacji próbował się do mnie dodzwonić. Fakt, że nic mi o tym nie mówi,
tylko świadczy na korzyść jego deklaracji o nowym początku.
Wyciąga dłoń okrytą czarną skórzaną rękawiczką, by dotknąć mojego
policzka, i odrywa mnie od mojej wewnętrznej zawieruchy. Zmusza mnie,
bym stanęła twarzą w twarz z nim i własną szczerością.
- Widzę, jak twoja śliczna mała główka intensywnie pracuje. Jesteśmy tu,
w Waszyngtonie, z daleka od wszystkiego. Nikt nie musi wiedzieć - mówi,
a potem mnie puszcza.
Myśl, że nasza rodzina lub przyjaciele mogliby nabrać choćby
najmniejszych podejrzeń, że w ogóle rozważamy spotykanie się, przeraża
mnie do szaleństwa. Poza tym nadal sama sobie nie wybaczyłam. Wyrzuciłam
z głowy tę myśl. Zebrawszy się w sobie, wyciągam telefon z kieszeni. Bóg
jeden wie, czy to dobra decyzja, ale jestem już zmęczona uciekaniem.
Ujmę to inaczej. Jestem już zmęczona uciekaniem przed nim.
- A jaki jest twój?
Jego uśmiech sprawia, że rozpływam się od głowy po czubki palców. Nie
odpowiada. Opuszka jego schowanego w rękawiczce kciuka przesuwa się
delikatnie po moim policzku.
- Nadal jesteś tak samo piękna jak tego dnia, gdy ujrzałem cię po raz
pierwszy.
Jego oczy przenikają mnie jak laser, trafiając impulsem elektrycznym aż
do rdzenia. Tak jak wtedy czuję zakłopotanie tym, jak moje ciało na
niego reaguje. Sama myśl o jego dotyku każe moim trzewiom zaciskać się w oczekiwaniu.
Obserwuję, jak jego usta recytują numer. Zadziwiające, że w ogóle jestem
w stanie go słyszeć, skupiona na wyobrażaniu sobie tych wszystkich
rzeczy, które mógłby robić za pomocą swoich zręcznych ust. Pytanie,
które wysłałam, jest proste. Trzy słowa, których kolejność podała mi
moja wewnętrzna kocica.
Lunch, kolacja czy śniadanie?
Po szybkim pożegnaniu ruszam niespiesznie. Chcąc pierwszy raz od wieków
wydać się sexy, wplatam w rytm moich kroków kołysanie biodrami tylko po
to, by znów się poślizgnąć.
Łapie mnie po raz drugi i szepcze:
- Jeśli będziesz się tak ciągle przewracać, pomyślę, że chcesz, abym
stale trzymał na tobie moje dłonie. A to oznacza, że naszym pierwszym
wspólnym posiłkiem będzie śniadanie.
Para z jego oddechu dmucha prosto w mój policzek, a jej ciepło powoduje,
że przebiega mnie dreszcz. Stoi za moimi plecami, więc nie widzę wyrazu
jego twarzy. Ale dobrze wiem, że maluje się na niej zadziorność. Gdy
tylko się odwracam,
by coś powiedzieć, on już odchodzi w przeciwnym kierunku. Zasysam dolną
wargę, delikatnie ją przygryzając. Staram się nie czuć podekscytowania
na myśl o lunchu z Drew... Nie. Andym. Zmuszam się, by wypchnąć z głowy
myśli o przeszłości. Najmniej ważną z nich jest ta, jak mogę sobie w ogóle kiedykolwiek wybaczyć. Po tym wszystkim, co straciliśmy, i po moim
wyjeździe, nigdy bym nie przypuszczała, że on w ogóle będzie chciał mnie
jeszcze kiedykolwiek widzieć, a tym bardziej, że mi wybaczy.
Tymczasem jakimś cudem w ciągu ostatnich dziesięciu minut moje życie
obrało zdecydowany kierunek. Co gorsza, nie mogę wyrzucić go z głowy.
Przez cały czas, odkąd widziałam go ostatni raz, usilnie starałam się
zapomnieć i żyć dalej. Przeraża mnie fakt, że od czasów związku z nim
nie spotykałam się z nikim na poważnie. Boję się, że odkrywając swoje
serce, wystawiam się na zranienie. Jednak możliwość zjedzenia śniadania
w jego towarzystwie budzi we mnie głód, którego nie jest w stanie
zaspokoić jedzenie.
Kiedy otrzymuję odpowiedź: Kolacja z możliwością śniadania, z puszczającym oczko emotikonem, zastanawiam się, czy w ogóle mam prawo
tak szeroko się szczerzyć.
Dwa
DWA
PRZESZŁOŚĆ
Moja współlokatorka Jenna zagląda zza futryny. Łapię ją kątem oka. Zna
moją zasadę - żadnego przeszkadzania, kiedy jestem w trakcie pracy. Mój
nos utkwiony jest w ekranie komputera, a palce rozbiegły się po
klawiaturze. Ten stos tysiąca esejów musi zostać oddany w ciągu
pierwszego miesiąca tego semestru. Jenna nic nie mówi, po prostu wkracza
w przestrzeń. Niestety i tak działa na mnie na tyle rozpraszająco, że
wytrąca mnie z ciągu myśli i zaczynam pisać kompletne bzdury.
- Dobra, poddaję się. Czego chcesz? - pytanie zawiera tyle samo humoru
co frustracji.
Krzyżuje ramiona na piersi, widać, że jest zdecydowana o czymś mi
powiedzieć.
- Mam newsa - na jej twarzy, niczym kwiat, rozkwita nieprzyzwoity
uśmiech.
- Newsa? - marszczę się.
- Pamiętasz przyjaciela mojego brata, który był na imprezie w zeszły
weekend?
- Chyba tak - prawdę mówiąc, nie mam zielonego pojęcia, o kim ona mówi,
ale muszę szybko wrócić do pisania eseju, który mam oddać już jutro.
Poza tym Ben obracał się na imprezie wśród mnóstwa ludzi. Jestem bliska
odwrócenia wzroku, ale szybka odpowiedź Jenny zatrzymuje moją uwagę.
- Musisz pamiętać. Jest uroczy. Wysoki, włosy piaskowy blond, niebieskie
oczy. Ma na imię Drew?
Jej twarz rozświetla się, jakby była reporterką brukowca, która właśnie
znalazła historię godną okładki.
- No więc? - bo szczerze, tak jak uwielbiam przyjacielskie pogaduchy,
tak cała robota, którą muszę ogarnąć, zupełnie je wyklucza.
- Podobasz mu się. Bardzo.
Zawieszam się na sekundę, koncentrując się na sposobie, w jaki dodała tę
ostatnią część. Potem potrząsam głową.
- I dlatego wytrącasz mnie z transu, wariatko? - z uśmiechem rzucam w jej kierunku długopisem wyciągniętym zza ucha.
- Hej! - śmieje się, wiedząc, że złapałam przynętę - Drew jest gorący.
Nieziemsko gorący. Jak słodki grzech.
- No dobra, po pierwsze, nie mam czasu na Nieziemsko Gorącego Drew. A po
drugie, jaki u licha słodki grzech?
- Jak gorąca pianka marshmallow z czekoladą na krakersie. Taki. Nawet
lepszy. A dobrze wiesz, jak kocham pianki na krakersach.
Kręcę głową, bo Jenna zawsze była zwariowana na punkcie chłopaków. Na
szczęście dla niej udawało jej się spotykać tych właściwych.
- Jakkolwiek smacznie to brzmi, jestem teraz za bardzo zajęta. Muszę
utrzymać dobre oceny, jeśli chcę zachować stypendium - skupiam się z powrotem na komputerze i próbuję sobie przypomnieć, co właśnie
zamierzałam napisać.
- Jezu, Cate, w kółko tylko uczysz się i piszesz. Praktycznie siłą
musiałam cię zaciągnąć na tamtą imprezę w sobotę. Przysięgam, gdyby nie
to, że Ben jest w mieście, pewnie nigdy byś nie poszła.
Zataczam głową kółko, próbując rozluźnić sztywność karku.
- Wiesz przecież, czemu nie mogę sobie odpuścić. Jeśli stracę
stypendium, nie będę mogła opłacić czesnego. Nawet teraz ledwo stać mnie
na cokolwiek więcej niż to, co pokrywa stypendium. Rodzice ostrzegali
mnie, jak wygląda nasza sytuacja finansowa, kiedy decydowałam się pójść
tutaj do szkoły.
Patrzy na mnie, jakby zapomniała. Wzdycham.
- Wszystko zależy ode mnie - w końcu udaje mi się to powiedzieć w nadziei, że zapamięta. - Moja rodzina nie ma pieniędzy w przeciwieństwie
do twojej. Muszę utrzymać dobre oceny. Prawie to zawaliłam przez
jakiegoś dupka.
Jenna marszczy czoło.
- Jezu, Cate, jedna mała przerwa cię nie zbawi.
- Owszem, byłam na imprezie, co nie? Upiłam się. Nie pamiętam połowy
rzeczy, które tam robiłam. Poza tym ostatnim razem, kiedy poświęciłam
swoją uwagę facetowi, sporo mnie to kosztowało. Wyciągnęłam solidną
lekcję z tamtego razu. Pamiętasz?
- Tak, ale myślałam, że mówisz o tym, jak...
Muszę ją powstrzymać. Lepiej, żeby to jedno wspomnienie pozostało w mrokach niepamięci. Moja dłoń poszybowała w powietrze wraz z głośnym
jękiem.
- To była jebana katastrofa od początku do końca. Próbowałam iść do
łóżka z kretynem i wiesz, jak to się skończyło.
Podbiega i przytula mnie.
- Tak mi przykro. Wiem, że cię zranił.
- Tak, nawet gorzej, to było poniżające - mamroczę w jej ramię. - Nie
tylko. Moje oceny poszybowały z hukiem w dół. Nie chcę znów przez to
przechodzić. Biorę dodatkowe lekcje i haruję dwa razy więcej, żeby się
wyciągnąć w tym semestrze. Więc nie. W tym momencie nie biorę pod uwagę
pianki na krakersie. Chciałabym, żeby było inaczej.
Jenna wiąże włosy w niedbały koczek, oplatając go gumką do włosów.
- Myślałam, że skoro w sobotę poświęciłaś tyle czasu, mizdrząc się do
niego i zagadując, to jesteś nim zainteresowana.
Marszcząc się, mówię:
- Mhm, tak, to brzmi podejrzanie jak na mnie.
- Czyli jesteś na tak?
- Chciałabym, ale nauka jest na pierwszym miejscu. A teraz spadaj, żebym
mogła cokolwiek dziś dokończyć.
Wyślizguje się za drzwi, a ja wracam do pracy. Teraz jednak muszę
wyczarować jakieś bzdury, bo poprzednia myśl kompletnie mi uleciała.
Niech to szlag. Po jakichś dwudziestu minutach wstaję i stwierdzam, że
pójdę pobiegać. Bieganie zawsze pomaga mi zebrać myśli. Wiążę buty i znikam za drzwiami. Czterdzieści minut później, kiedy jestem już z powrotem, na stoliku stoi piękny bukiet
kwiatów.
- Był kurier, kiedy cię nie było - ogłasza Jenna z uśmieszkiem na
twarzy.
Opieram dłonie na blacie i rozciągam łydki, podczas gdy moja ciekawość
skłania mnie ku małej białej karteczce z napisem: Cate Forbes.
- Od kogo?
- Zgaduję, że od Drew, ot co - odpowiada Jenna, zbliżając do mnie twarz.
- No tak - wybucham śmiechem, bo dobrze znam swoją najlepszą
przyjaciółkę - kupiłaś je, a teraz udajesz, że są od Drew, prawda?
Jenna akurat ma na tyle przyzwoitości, by wyglądać na oburzoną. Z ręką
na piersi odpowiada:
- Serio? Myślisz, że zrobiłabym coś takiego?
- Owszem, tak myślę - kiwam głową.
- Kurwa. Nie masz o mnie zbyt dobrego zdania, co nie?
- Ależ mam. Kocham cię, naprawdę. Ale jak się na coś uprzesz, zboczona
Jenna wkracza z pełną mocą.
Wywraca oczami i chichocze.
- No dobra, więc nie wysłałam tych kwiatów, ale teraz żałuję, że tego
nie zrobiłam.
OK, to komplikuje sprawę.
- Naprawdę to nie ty?
- Przysięgam na mały palec, jeśli chcesz - podnosi palec w górę.
Więc jeśli to nie ona, musiał to zrobić ten koleś, Drew. Wracam znów do
kwiatów i niepewną dłonią sięgam po dołączony do nich bilecik.
- Nie ugryzie cię, jakby co - sarkastyczna uwaga Jenny dosięga mnie z drugiego końca pokoju.
Podnoszę kartkę i odczytuję.
Chciałbym dostać szansę zaproszenia Cię na kolację.
Drew McKnight
- I co napisał?
- No nie - bełkoczę zmieszana - zaprosił mnie na kolację. A one są
piękne. Nigdy wcześniej nie dostałam kwiatów. - Pochylam się, aby poczuć
ich zapach.
- Owszem. I na kiedy cię zaprosił? I nie marszcz się. Wiesz przecież, co
powtarza moja mama: to niezawodny sposób, aby nabawić się przedwczesnych
zmarszczek.
Cała sytuacja z kwiatami wprawiła mnie w oszołomienie. Nikt wcześniej
nie zrobił dla mnie nic tak słodkiego jak to.
- Nie podał konkretnej daty, napisał tylko, że chciałby mnie zaprosić.
- O mój Boże.
- Niech ci się nie robi od tego tak mokro - mówię, ale w rzeczywistości
to ja tu jestem tą, która się nakręca.
- Jesteś pewna, że go nie pamiętasz? Był z moim bratem przez całą noc. I mieliście całkiem miłą małą pogawędkę.
- Nie, nie pamiętam go! - piszczę, łapiąc ją za rękę. - Pomóż mi, Jenna!
Byłam nawalona. Ledwo pamiętam, że widziałam Bena - totalnie urwał mi
się film tamtej nocy. - Czekaj. Przyjaciel Bena... W jakim wieku jest ten
koleś?
- W tym samym co Ben.
- Co? Czyli to by było ile? Dwadzieścia siedem?
- No, coś takiego.
- Jezu. To jak dziadek. Nie ma mowy, żebym spotykała się z kimś w tym
wieku.
- Jest na drugim roku rezydentury. Jest lekarzem - mówi to w taki
sposób, jakby machała mi przed twarzą złotą marchewką.
- I? Czy to cokolwiek zmienia w kwestii randkowania? Nie obchodzi mnie,
czy jest synem prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jest dla mnie za stary.
Prawdopodobnie mógłby już szukać żony czy cokolwiek. Ja staram się
skończyć szkołę, a nie założyć rodzinę.
- Kurwa, Cate, wyluzuj. To nie jest tak, że on jest od ciebie o dwadzieścia lat starszy. Tylko o siedem. To wszystko. Wiele dziewczyn w twoim wieku umawia się z facetami o siedem lat od siebie starszymi.
- O, czyżby? Na przykład kto?
- Na przykład ta Scarlett z pierwszego roku, która chodzi z nami na
angielski. Ona się umawiała.
- No i spała prawie ze wszystkimi chłopakami z Purdue. Utrzymuje całą
drużynę Boilermakers na wysokich obrotach. W zeszłym roku w pojedynkę
obsługiwała oralnie wszystkich gości z czwartego roku inżynierii
mechanicznej.
- To czyste przypuszczenia.
- Czyste? To nie jest słowo, którego użyłabym w zdaniu dotyczącym
Scarlett.
- Kurwa, jaka ty jesteś uparta. Po prostu się z nim umów. Jedna randka.
Jeśli ci się nie spodoba lub po wszystkim stwierdzisz, że jednak jest za
stary, wtedy OK. Nie musisz się z nim więcej spotykać.
Kiedy się lepiej nad tym zastanawiam, musiało wtedy między nami
zaiskrzyć, skoro spędziłam z nim czas na tej imprezie, nawet jeśli byłam
pijana. To nie jest coś, co zazwyczaj mi się zdarza. Bardziej w moim
stylu jest trzymać się z daleka od wszelkich facetów.
- OK, zrobię to. Daj mu mój numer. Ale proszę, odpuść sobie, jeśli to
nie wypali, zwłaszcza że to przyjaciel Bena.
- Tym się nie martw, kochana.
Później tej nocy przeglądam listę esejów, które mam do napisania, i sprawdzam, jak wiele z nich będzie wymagało dużo pracy pod kątem
zebrania źródeł. Robienie dwóch kierunków to nie bułka z masłem, ale nie
mogłam dokonać wyboru między księgowością a dziennikarstwem, więc oto
siedzę na dupie i piszę. Ale tak szczerze - kocham to.
Kiedy dzwoni telefon, odbieram, nie patrząc nawet, kto jest po drugiej
stronie. Zgaduję, że mama. Zazwyczaj dzwoni o tej godzinie, bo wie, że
to najlepszy moment, żeby mnie złapać.
- Hej, mamo.
Odpowiada mi szalenie seksowny głos:
- Uhm, to nie mama. Z tej strony Drew... - kiedy nie odpowiadam, dodaje: -
McKnight.
Cholera. Drew. Facet od kwiatów i randki. Dziadek!
- O, hej! C-co tam? - jąkam się. Ogarnia mnie ta dziwna nerwowość,
ponieważ nie pamiętam nic, co go dotyczy, i nagle czuję się z tym
okropnie. Ale jeśli chociaż w połowie jest tak przystojny, jak brzmi lub
jak mówi Jenna, to oznacza, że mam kłopoty.
- Jenna dała mi twój numer - jego głos jest ciepły i serdeczny i przypomina mi, od jak dawna są zaniedbywane moje kobiece strefy.
- Tak! Bardzo ci dziękuję za kwiaty. Są przepiękne. To słodkie - dodaję.
- Cieszę się. Ja, hm, nie wiedziałem, w jaki jeszcze sposób mógłbym
sprawić, żebyś zgodziła się ze mną umówić.
Teraz czuję się źle. Jak suka, przez którą musiał aż tak kombinować.
- Oj, ja nie...
- Nie ma problemu, Cate. Po prostu chciałem, żebyś posmakowała mojego
porządnego, staromodnego uroku południowca - wyczuwam uśmiech skryty za
tymi słowami i natychmiast robi mi się lepiej.
- No więc podziałało. Jak mogłabym powiedzieć "nie" kwiatom? - czy ja
właśnie z nim flirtuję? Muszę wziąć się w garść. Robi ogromny wyłom w murze, który postawiłam wokół tematu randkowania, i muszę sama sobie
przypominać, że nie mam na to czasu.
- Jesteś zajęta w sobotę?
Zajęta? Kto pyta kogoś, czy jest zajęty? Muszę hamować śmiech.
- Pozwól, że sprawdzę - oczywiście, że nie jestem, ale nie chcę, by
pomyślał, że faktycznie jestem taką frajerką. Pozwalam więc minąć kilku
sekundom, zanim odpowiem: - Nie, jestem wolna - słowa wymykają mi się,
bo Jenna ma rację. Spędzam stanowczo za dużo czasu przed komputerem.
Jedna noc niewinnej zabawy nie sprawi, że stracę stypendium.
- Świetnie! Chciałbym zabrać cię na kolację.
- Dobrze - przerywam, bo na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Przygryzam
wargę, by go powstrzymać. Tak będzie lepiej. - Chętnie gdzieś wyjdę -
rzucam.
- Nie, przyjadę po ciebie. Pasuje ci siódma?
- Siódma? Idealnie. Mogę wysłać ci mój adres esemesem.
- Nie trzeba. Wysłałem ci kwiaty, pamiętasz? Ben był tak miły i mi dał
twój adres.
Cholera. Jestem idiotką.
- Och, racja.
- Prawda jest taka, Cate, że pomagałem Benowi przy przeprowadzce Jenny.
- Och - to mnie zaskoczyło. - Nie wiedziałam.
- Lubisz włoską kuchnię?
- Lubię każdą, ale włoska to moja ulubiona.
- Wspaniale, to zjemy coś włoskiego. Atmosfera całkiem swobodna.
- Brzmi świetnie - zbieram się, by zakończyć rozmowę, ale coś mnie
powstrzymuje. - Mogę cię o coś zapytać?
- Pewnie.
Biorąc głęboki oddech, wyrzucam z siebie:
- Dlaczego ja? Przecież jestem tylko studentką trzeciego roku i w zasadzie się nie znamy poza imprezą.
- Kiedy na imprezie zapytałem Bena o ciebie, ochrzanił mnie, co mnie
jeszcze bardziej zaintrygowało, więc cię odszukałem. Po naszej rozmowie
wiedziałem, że chcę cię lepiej poznać.
Żuję końcówkę mojego długopisu.
- Naszej rozmowie?
- Tak. Rozmawialiśmy o Charlestonie.
- Mhm...
Jego chichot jest mroczny, z odurzającym uderzeniem, jak whiskey
spływająca do gardła przy pierwszym łyku.
- Nie pamiętasz tego, prawda?
- Nie będę kłamać. Nie pamiętam. Przepraszam. To wina alkoholu.
- Lubisz tę piosenkę, co?2 - parska śmiechem. - Rozmawialiśmy o tym, jakie to zabawne, że nigdy się nie spotkaliśmy, chociaż oboje
jesteśmy z Charlestonu i ty przyjaźnisz się z Jenną, a ja z Benem. Coś
ci dzwoni?
Moja ręka automatycznie dotyka karku, drapie go. O Boże, dlaczego tego
nie pamiętam? Nigdy więcej nie piję.
- Nie i strasznie głupio mi to przyznać.
Znowu wybucha śmiechem i tym razem jego dźwięk wywołuje dreszcze
spływające w dół mojego kręgosłupa.
- Cate, nie przejmuj się tym. Chcesz wiedzieć, co jeszcze mi
powiedziałaś?
- O Boże. Nie jestem pewna - mamroczę.
Głębokie dudnienie jego śmiechu sprawia, że zaciska mi się żołądek. O co
chodzi z tym typem? I czemu nie mogę sobie przypomnieć, jak wygląda,
niech to szlag!
- To nic złego, serio.
- OK, więc co?
- Chciałaś wiedzieć, co taki facet jak ja robi na takiej imprezie.
Powiedziałem, że wpadłem z Benem. Wtedy chciałaś poznać szczegóły.
Przyznałem ci się, czym się zajmuję, a ty wyszeptałaś mi do ucha, że
gdybym był ginekologiem, nigdy nie przyszłabyś do mojego gabinetu, bo
obawiałabyś się, że poczujesz zakłopotanie podczas badania.
Jezusie Nazareński. Zakrywam twarz poduszką. Czuję się totalnie
upokorzona i nie wiem, co powiedzieć.
- Cate, jesteś tam?
- Uuuggghhh - wydaję z siebie jęk. Jest gorzej, niż się spodziewałam.
- To było całkiem seksowne, muszę przyznać.
- Czy zrobiłam jeszcze coś, co na zawsze wypaczy mi obraz mojego życia?
- Nie, mówiłaś tylko parę razy, że jestem seksowny, ale nie pamiętam
szczegółów.
Przetłumaczmy to jako - nie chcę cię dalej pogrążać.
- Seksowny? Powiedziałam ci w twarz, że jesteś seksowny? - temperatura
moich policzków prawdopodobnie roztopi mi skórę.
- Tak. I przybrałaś wszystkie odcienie czerwieni, gdy uświadomiłaś
sobie, że powiedziałaś to na głos.
Próbuję odezwać się znowu, ale moje słowa brzmią niewyraźnie, ponieważ
znów ukryłam twarz w poduszce. Siadam i decyduję się teraz to wyjaśnić.
- Więc pozostaje pytanie, dlaczego chcesz umówić się z dziewczyną, która
zrobiła z siebie idiotkę przy pierwszym spotkaniu.
- Jeśli mam być szczery, Cate, twoja otwartość wydała mi się
orzeźwiająca, zwłaszcza w przypadku tak pięknej kobiety jak ty. Nawet w nieco nietrzeźwym stanie byłaś dowcipna i uwodzicielska. Gdybym mógł cię
przekonać, żebyśmy poszli do mnie, zrobiłbym to. Tyle że Ben by mnie
zabił.
Moje usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
- Tak?
- Tak.
Moje ciało zapłonęło na to wyznanie. A to tylko rozmowa przez telefon.
Co dopiero, cholera, kiedy zobaczę go na żywo?
- OK, w takim razie, Drew, do zobaczenia.
- Świetnie. A, Cate?
- Tak?
- Obiecuję, że nie będę zachowywał się jak dziadek. Do zobaczenia o siódmej w sobotę. - Żartobliwość jego tonu jest wyraźna.
Zabiję Jennę. Bardzo powoli i boleśnie.
*
Dokładnie o siódmej w sobotę dźwięczy dzwonek do moich drzwi. Kiedy je
otwieram, patrzę prosto w parę najpiękniejszych modrych oczu na świecie.
Ich kąciki marszczą się, kiedy ich właściciel się uśmiecha, a wtedy
ukazuje mi się pełnia obrazu. Drew w żadnym wypadku nie jest dziadkiem.
Bezsprzecznie jest nieziemsko gorący. Gorąca pianka marshmallow z kawałkiem czekolady na krakersie, mówiąc słowami Jenny. A moimi - deser
lodowy z gorącą polewą krówkową, z bitą śmietaną i wisienką na górze, a do tego czekoladowe ciastko z lukrem.
Jego głowę okrywają grube, falowane włosy w kolorze piaskowego brązu
muśnięte pocałunkiem słońca. Są zmierzwione, jakby właśnie przesunął
przez nie dłonią, ale sprawiają, że sama chcę zanurzyć w nich palce i bawić się nimi podczas seksu. Bardzo niegrzecznie. Wysokie kości
policzkowe, nie za mały i nie za duży nos i usta, na widok których muszę
przełknąć, żeby nie zacząć się ślinić, tworzą razem piękną twarz.
Idealne zęby lśnią w nieustającym uśmiechu. To nie jest typowy chłopak z college'u. Brakuje mi słów. Jak, do diabła, mogłam zapomnieć taką twarz?
- Rozumiem, że się zgadzasz? - jego głos także jest idealny. Południowy
akcent, za którym tak tęsknię, odkąd mieszkam tu, na środkowym
zachodzie, wywołuje szeroki uśmiech na mojej twarzy.
- Przepraszam. Po prostu chciałam sprawdzić, czy cokolwiek sobie
przypomnę, patrząc na ciebie - nie jest to prawda i jestem prawie pewna,
że on o tym wie.
Chichocze, kiedy rzucam mu kilka kolejnych ukradkowych spojrzeń. Ma
szerokie ramiona i dużą klatę zwężającą się w kierunku talii. Moje
hormony szaleją jak u nastolatki, kiedy ślinię się na myśl o zajrzeniu
pod jego zapiętą koszulę. Chciałabym zobaczyć, czy ma sześcio-, czy też
ośmiopak. Jestem też ciekawa, czy dół jego brzucha ma kształt litery V,
bo jestem cholernie pewna, że tak. Ma na sobie ciemne dżinsy opuszczone
nisko na biodra, ciasno przylegające do ciała. Mam ochotę poprosić go,
by się obrócił, żebym mogła przyjrzeć się jego pośladkom, ale
powstrzymuję się.
- No więc? - jego szelmowski uśmiech tylko dodaje mu uroku.
- Dobra, przyłapałeś mnie - unoszę dłonie do góry. Zawsze byłam
nieśmiała i zwierzam się wyłącznie Jennie. Wydaje mi się, że to, co
miałam za ukradkowe spojrzenia, nie było aż tak niezauważalne, jak
planowałam. Co do cholery we mnie wstąpiło?
Z serdecznym śmiechem odrzuca głowę w tył.
By szybko zmyć z siebie podejrzenia, wyrzucam:
- Pomyślałam, że tak będzie sprawiedliwie, ponieważ na imprezie byłam
pijana i nie pamiętam naszego spotkania. Jestem pewna, że miałeś mnóstwo
czasu, żeby mnie sobie obejrzeć, więc stwierdziłam, że teraz wykorzystam
swoją szansę.
- Mam nadzieję, że cię nie zawiodłem - mówi, pochylając głowę.
- W żadnym wypadku - odsłaniam zęby w uśmiechu. Jeśli nic więcej z tego
nie wyjdzie, mocno rozważam chociaż jedną noc. To kompletnie nie w moim
stylu, ale, cholera, on jest tego wart.
Powstrzymuje uśmiech, ale widzę, że z wysiłkiem.
- W takim razie, pani Forbes, czy jest pani gotowa udać się ze mną na
kolację? - pyta, oferując mi swoje ramię.
- Jak najbardziej - chwytam małą torebkę, w której mam telefon i klucze,
zanim podam mu dłoń.
Zamykam drzwi i ruszamy w kierunku toyoty 4-runner. Nie jest to
najnowszy model, ale także nie stary. Niesamowicie lśni czystością, nie
jak moja nieogarnięta, zabałaganiona honda civic. Błagam, niech Drew nie
będzie pedantem. Jeśli jest, może mnie nie polubić i skończyć to, zanim
w ogóle się zaczęło.
Co dziwne, czuję, że byłabym rozczarowana, gdyby tak się stało.
- Jenna mówiła, że studiujesz dwa kierunki: księgowość i dziennikarstwo.
- To prawda. Co jeszcze Jenna o mnie mówiła? - szturcham go żartobliwie.
- Nie złość się na nią. Zadręczałem ją od kilku dni. Na początku nie
bardzo chciała mówić, dopóki jej nie zamęczyłem. Powinienem cię ostrzec.
Potrafię być taki.
- O nie, tylko nie to! - udaję zaskoczenie. Odnosi to zamierzony skutek,
Drew wybucha śmiechem.
- O tak. Miałem najlepszą nauczycielkę. Moją matkę.
- Hmm. Przynajmniej mnie ostrzegłeś.
- Więc?
To jedno słowo powoduje, że skupiam się na jego ustach. Zajmuje mi
sekundę, by przenieść wzrok z powrotem na jego oczy.
- Tak. Dwa kierunki. Na początku studiowałam tylko biznes, ale to nie
było dla mnie. Potem odkryłam księgowość i się zakochałam. A że zawsze
miałam dryg do pisania, uznałam, że może mogłabym połączyć obydwa w dziennikarstwo biznesowe lub pracować dla korporacji i pisać teksty na
temat zarządzania. Jeszcze nie wiem.
- Brzmi jak dobry plan - ma ciepły uśmiech i bardzo łatwo mi się z nim
rozmawia. Bałam się,
że rozmowa będzie z mojej strony wymuszona. Zdania wylewają się ze mnie,
jakbym cierpiała na gorączkę słowotoczną.
- Taki na pół gwizdka, jak mówi mój tata. Jest przekonany, że skończę w podrzędnej robocie gdzieś tam - śmieję się i potrząsam głową na myśl o rodzinie.
- No tak, rodzice potrafią być albo największym wsparciem, albo
najcięższą przeszkodą w tych sprawach. Powinnaś iść za głosem serca.
Uśmiecham się. Niewielu ludzi widzi moją logikę w połączeniu tych dwóch
kierunków.
- Dzięki - mówię, stukając go w ramię. - Miło to słyszeć, bo nawet Jenna
uważa, że oszalałam. Daje mi w kość, ponieważ ciągle się uczę.
- To dobrze być ambitnym, Cate. Nie każdy taki jest.
Wygładzam sukienkę na kolanach.
- Nie nazwałabym tego od razu ambicją. To kwestia konieczności -
tłumaczę mój układ z rodzicami i stypendiami.
- Ach, rozumiem. Ale rzeczy tego rodzaju motywują jeszcze bardziej. Ja
widzę to tak: mogłabyś pójść łatwą drogą i wybrać szkołę, której chcieli
twoi rodzice. Zamiast tego wybrałaś Purdue i ciężko pracujesz, żeby tu
pozostać. To twój wybór, prawda?
- No tak. Kiedy mówisz o tym w ten sposób, to myślę, że tak - Drew
sprawia, że czuję się dobrze z tym, że muszę się dużo uczyć. Wszyscy
pozostali, włączając w to moją najlepszą przyjaciółkę, mi to utrudniają.
Patrzę na jego profil, kiedy prowadzi, i widzę, jak jego usta układają
się w uśmiech. Jest zupełnie inny, niż się spodziewałam. A czego się
spodziewałam? Jakiegoś starszego gościa. Dlaczego? Nie wiem. Za siedem
lat będę w tym samym wieku. Czy będę się uważała za starą? Odrzucam tę
myśl, widząc, jak niedorzeczne były moje obawy.
- Czemu tak zamilkłaś? - rzuca mi spojrzenie, a potem z powrotem
koncentruje się na drodze.
- Szczerze? - powinnam czuć się głupio, ale tak nie jest. Drew wydaje
się życzliwy.
- Tak.
- Przez kilka rzeczy. Pierwsza, rozumiesz, dlaczego spędzam tyle czasu
na nauce. Wszyscy inni uważają, że to głupie. A druga, pomyślałam, że
dwadzieścia siedem lat to nie jest w sumie tak dużo.
- Och, a więc może nie jestem takim dziadkiem - puszcza oczko w moją
stronę.
Kręcę głową.
- Nie mogę uwierzyć, że Jenna ci o tym powiedziała.
- Nie złość się na nią. Jak mówiłem, jestem przekonujący. Musiałem
wiedzieć, czemu jesteś tak przeciwna naszemu spotkaniu. Potem uznałem,
że to zabawne. Z tej strony stary McKnight.
Brzmi komicznie, kiedy tak o tym mówi.
- To częściowo przez to, że nie umawiam się z chłopakami, bo muszę
zadbać o najlepsze oceny. Więc przyjaźnicie się z Benem? - pytam.
- Tak. Od przedszkola.
- To takie zabawne, że wszyscy jesteśmy z Charlestonu, co nie?
- Tak, ale śmieszniejsze jest to, że nie pamiętasz naszej rozmowy na ten
temat - mówi, szczerząc się w uśmiechu.
Chowam twarz w dłoniach.
- Boże. Tak mi wstyd. Nie wierzę, że jestem taka głupia. Powiedz mi
więc, co mi umknęło.
- Jedynie to, że przyjaźnię się z Benem od przedszkola, tak jak ty i Jenna.
- To niesamowite! - uderzam się w kolana. Wystarczająco dziwne jest, że
Jenna i ja, obie z Charlestonu, jesteśmy tu w Purdue. Większość
południowców nigdy nie wyjeżdża z Południa. Nigdy. Chyba że mają jakiś
bardzo istotny powód, jak poślubienie milionera, praca warta miliony czy
coś w tym stylu. Poza tym południowcy rzadko idą do college'u na
północy, chyba że zależy im na dyplomie w dziedzinie, której nie mogą
studiować na uczelni na Południu. Ale serio? Czy to w ogóle możliwe?
Więc jak Jenna i ja wylądowałyśmy w Purdue? Ponieważ jej brat Ben tu
przyjechał i ZAKOCHAŁ SIĘ w tym miejscu, a przynajmniej to słyszałyśmy
przez ostatnie cztery lata. Jenna przekonała mnie zatem, bym przyjechała
tu razem z nią i, muszę to przyznać, również się zakochałam.
- Więc dlaczego nigdy o tobie nie słyszałam?
Uniósł rękę w geście niewiedzy.
- Nie mam pojęcia. Patrz, co cię ominęło przez cały ten czas - wybucha
śmiechem, ukazując perłowobiałe zęby.
Niech to szlag. Skręcę Jennie kark, jak tylko ją zobaczę. A kiedy się
nad tym zastanowić, to dlaczego Jenna nigdy nie uganiała się za Drew?
Nigdy o nim nie mówiła. Nigdy.
W niekontrolowany sposób wyrzucam z siebie na głos:
- Dlaczego Jenna nigdy nawet o tobie nie wspomniała? Serio, przez te
wszystkie lata myślę, że słyszałabym o tobie.
Jego twarz przybiera najpiękniejszy odcień różu. Fala wędruje po same
czubki jego uszu.
- Może przez różnicę wieku. Dziadek, sama rozumiesz. Pomyśl. Ben i ja
byliśmy w liceum, kiedy ty i Jenna chodziłyście do podstawówki lub
gimnazjum - puszcza mi oczko. Potem wyraz jego twarzy robi się posępny.
- Ale byłem w poważnym związku jeszcze dwa lata temu.
- Ach. Przepraszam. Nie chciałam być wścibska - teraz to ma sens, ale
wolę się trzymać z daleka od zawodów miłosnych.
- Tak, spotykałem się z nią w college'u i byłem pewien, że weźmiemy
ślub, ale ona postanowiła inaczej. Zerwała ze mną w trakcie mojego
trzeciego roku szkoły medycznej.
- Och.
- Będę z tobą szczery. Zniosłem to niezbyt dobrze. Więc tak, pewnie
dlatego.
- Rozumiem - dokonałam paru obliczeń w głowie. - Więc skoro było to
ponad dwa lata temu, można uznać to za zawód miłosny?
O cholera. Czy serio powiedziałam to głośno?
- Zawód miłosny? Uważasz, że przeżywam nadal zawód miłosny? - parkuje
samochód i spogląda w kierunku restauracji.
- Ja, uhm... - zasysam powietrze przez zęby - nie miałeś tego słyszeć.
Obliczałam czas w swojej głowie.
Obraca się na swoim siedzeniu i wbija we mnie wzrok. Zostaję
przyszpilona do miejsca przez te cholernie niebieskie oczy. Są naprawdę
niesamowite.
- Nie przeżywam już zawodu miłosnego. Przez wiele miesięcy nie byłem w stanie nawet odezwać się do kobiety. Prawie przez rok, jeśli mam być
precyzyjny. Potem byłem na kilku randkach i zaprzestałem. Po prostu nie
czułem się gotowy. Ale w końcu zostawiłem to za sobą. Kiedy odpuściłem,
zrozumiałem, że nie byliśmy dla siebie stworzeni. Mieliśmy zupełnie
różne wizje życia. Kiedy to się stało, wszystko jakby wskoczyło na swoje
miejsce. Minęły
już ponad dwa lata, prawie trzy od rozstania, i jestem teraz
szczęśliwszy niż kiedykolwiek. Więc nie. Nie przeżywam nadal zawodu
miłosnego, Cate.
- Dziękuję. Nie musiałeś mi tego wszystkiego mówić.
- Nie, nie musiałem - stwierdza to z wdzięcznością. - Ale to dziwne, że
jesteśmy z tego samego miasta, a nigdy dotąd się nie spotkaliśmy. A fakt, że przyjaźnię się z bratem twojej najlepszej przyjaciółki,
sprawia, że to jeszcze dziwaczniejsze. To wymagało pewnego wyjaśnienia.
Cieszę się, że ci o tym powiedziałem. A teraz czy możemy iść jeść?
- Myślę, że tak.
Okrąża samochód i otwiera mi drzwi, jak prawdziwy dżentelmen.
- Tak a propos, czy mówiłem ci, jak dobrze dziś wyglądasz? - pyta.
- Nie.
- Mój błąd. Wyglądasz wspaniale.
- Dziękuję - spoglądam w dół na swój strój, czarną dzianinową
przylegającą do ciała sukienkę. Nie jest jakaś wyjątkowa, ale podkreśla
moje atuty i zawsze czuję się w niej atrakcyjnie.
- Muszę ci coś powiedzieć. Tej nocy, kiedy zobaczyłem cię na imprezie,
nie mogłem oderwać od ciebie wzroku. Po naszej małej pogawędce obrałem
sobie za cel umówienie się z tobą. Dziękuje, Cate, że mi pomogłaś.
- Pomogłam ci?
- No tak. Pomogłaś mi osiągnąć mój cel - mówi, unosząc brwi.
- Masz jeszcze jakieś cele, które mnie dotyczą? - pytam. Nie odważę się
mu powiedzieć, że sama ustaliłam już swoje własne. I nie są one z rodzaju tych, którymi lubię się dzielić.
- Tak, ale na razie ich nie ujawnię. Może potem, po kieliszku wina.
Pochylam się w jego kierunku.
- Będę umierać z ciekawości, Drew.
- Nie musisz się obawiać, Cate.
Kolacja jest przepyszna. To najlepsze włoskie dania, jakie kiedykolwiek
jadłam poza Charlestonem i Nowym Jorkiem. Drew zamawia dla nas obojga,
ponieważ nie jestem w stanie sama się zdecydować. W końcu proszę go, by
mnie zaskoczył. Kiedy jedzenie staje na stole, jest go tyle, że wybucham
śmiechem. Jestem pewna, że zapakujemy je do domu, ale Drew je, jakby
jego żołądek był studnią bez dna. Jestem pod wrażeniem.
- Gdzie to wszystko się mieści? Aż po same palce stóp?
- Tak. Coś takiego. Dźwigam dużo ciężarów, więc jestem wiecznie głodny.
Teraz naprawdę chcę zobaczyć jego "V". Może nawet polizać i ugryźć.
Nigdy w życiu nie widziałam jej na żywo. Jeśli już o tym mowa, tylko raz
w życiu uprawiałam pseudoseks, i to z tym dupkiem, z którym spotykałam
się w zeszłym roku. Starał się co noc wbijać swoim kutasem w moją cipkę
i to było tak obrzydliwe, że zażądałam, żeby przestał. Skończyło się
tym, że obrzucił mnie najgorszymi inwektywami - jak fiutblokerka i zimna
suka - więc zerwałam z nim, leżąc nago w łóżku i płacząc. To był
najbardziej upokarzający moment mojego życia. Nadal śnią mi się
koszmary. A ten dupek nie miał choćby śladu "V". Jego brzuch bardziej
przypominał miskę galaretki. Wydawał się całkiem uroczy z wyglądu, ale
przysięgam, że po jego chujowym zachowaniu w sypialni za każdym razem,
gdy go widziałam, jego twarz przypominała mordę trolla. Cóż, ciągle
zaklinam roje pszczół, by obsiadły jego kutasa i żądliły na śmierć. Nie
zasługuje na więcej.
- O czym, na litość boską, myślisz, że tak groźnie wyglądasz? Mam
nadzieję, że nie o mnie?
Dobry Boże.
- Och, nie! - mój śmiech jest drżący. - Zdecydowanie nie o tobie.
Właściwie o niczym, serio - drapię się po ramieniu, spoglądając na
serwetkę rozłożoną na moich udach. Dlaczego w ogóle myślę o tej okropnej
nocy?
- Daj spokój, Cate. Dwie sekundy temu wyglądałaś jak asasyn z jednego z tych filmów o Jasonie Bournie.
- Serio?
- Tak. Wyrzuć to z siebie - jego uśmiech jest rozbrajający.
- Nie. Pomyślisz, że jestem obrzydliwa - ostatnią rzeczą, jaką bym
zrobiła, jest powiedzenie mu o tym dupku.
- Tylko jeśli to dotyczy mnie - mówi.
- Nie, ale i tak nie mogę ci powiedzieć. To zbyt osobiste.
- No dobrze, mam nadzieję, że nigdy nie będziesz miała takiej miny
przeze mnie.
- Mam nadzieję, że ty też nie. Powiem ci jedynie, że to ma coś wspólnego
z zabójczymi pszczołami.
- Zabójczymi pszczołami. Zapamiętam to. Zmieniając temat, co powiesz na
jakiś zabójczy deser?
Jeśli tylko jest nim twoja "V", jestem jak najbardziej za.
- OK. Co zamawiasz?
- Mają tu najlepsze tiramisu.
- Chcesz wziąć na pół?
- Nie. Jestem zbyt zachłanny na słodycze.
- Kocham szczerych ludzi. Weźmy w takim razie dwa razy.
Kelner bierze nasze zamówienie, a kiedy przynosi desery, okazuje się, że
Drew miał rację. Jest smaczne. Ale założę się, że jego "V" smakuje
lepiej. Dlaczego jestem dzisiaj taką napaloną suką? Zjadam drugą
łyżeczkę, kiedy jego talerzyk robi się pusty. Wyciąga rękę przez mały
kwadratowy stolik i zanurza swoją łyżeczkę w moim deserze.
Jego złodziejstwo wywołuje mój śmiech.
- Cholera, naprawdę jesteś zachłanny.
- Przepraszam. Jestem zaskoczony, że moje zęby nie są rozmiaru Giant
Chiclets3. Jestem ogromnym miłośnikiem słodyczy.
- To bierz, co chcesz - dlaczego z nim flirtuję?
Porusza znowu brwiami i mówi:
- Liczyłem na to.
Prawie wypluwam kawałek tiramisu, który właśnie włożyłam do ust. Jego
twarz przybiera znowu lekko różową barwę, co wydaje mi się niezwykle
urocze.
- Przepraszam. To było trochę nie na miejscu - stwierdza.
Przełykam, by się nie zakrztusić, i odpowiadam:
- Nie. Ja nie miałam na myśli niczego, co by było nie na miejscu. Po
prostu wziąłeś mnie z zaskoczenia - zanim jestem gotowa wziąć kolejny
kęs, mój talerzyk jest pusty. Drew patrzy na mnie wzrokiem pełnym
poczucia winy. I z jakiegoś powodu mam ochotę uszczypnąć go w policzek i powiedzieć, że wszystko w porządku. Jak bardzo jest to dziwne? Zazwyczaj
nie jestem dziewczyną, która chichocze i łapie za policzki. Teraz, gdy o tym myślę, w ogóle nie jestem dziewczyną, która je desery na spółkę.
- Przepraszam, że ukradłem twoje tiramisu.
- W porządku. Oddałeś mi przysługę.
- Jak to?
- Nie potrzebuję aż tylu dodatkowych kalorii.
- O nie, proszę, powiedz, że nie jesteś jedną z tych - cofa się ku
oparciu krzesła i przygląda mi się uważnie.
- Jedną z których? - jestem naprawdę zdezorientowana.
- Króliczków. Dziewczyn, które jedzą jak króliki.
- Nie, nie przeżyłabym bez pizzy. Chyba to zauważyłeś.
- Zauważyłem, że wyglądasz idealnie.
Oho, wszyscy tak mówią, kiedy chcą się dobrać do twoich majtek.
- Nie wierzysz mi?
- Nie, wierzę. Ale daj spokój. Większość facetów myśli tylko o jednym.
- To prawda. Ale, Cate, ja nie jestem jak większość facetów.
Wybucham śmiechem.
- O tak, to wcale nie jest typowy tekst.
- Cholera. Zawaliłem, prawda?
- Nie jest najgorzej - oboje chichoczemy.
- Więc, Cate Forbes, czy masz ochotę pójść ze mną na drinka?
- Tak. Jedno pytanie. Gdzie mieszkasz?
Znów pojawia się ten uroczy uśmiech i Drew mówi:
- W Indy. Ale nie martw się. Zarezerwowałem pokój w hotelu na tę noc.
Myślałem, że może nam się zejść do późna i nie chciałem potem wracać
przez godzinę do domu.
To było słodkie.
- Gdzie się zatrzymałeś?
- W Union.
- Super. To jedźmy tam.
Decydujemy się na klub o nazwie Chuckie's. W samochodzie Drew pochyla
się w moją stronę i pyta:
- Cate, pozwolą ci wejść do klubu, skoro nie masz jeszcze dwudziestu
jeden lat?
- Bez obaw. - Macham ręką. - Jestem zaradną studentką. Mam fałszywy
dowód.
- Zdążyłem się zorientować po tym, że jesteś przyjaciółką Jenny.
Kiedy docieramy do Chuckie's, kierujemy się prosto do baru. Drew zamawia
dla nas drinki - wódkę z napojem gazowanym dla mnie, a dla siebie wódkę
z tonikiem - po czym rozpoczyna polowanie na jakieś miejsce, żeby usiąść
i pogadać. Łapie mnie za rękę i prowadzi przez salę do małego stolika w pobliżu parkietu.
- Jestem zaskoczony, że udało nam się znaleźć to miejsce.
- Wiem. Punkt dla nas - robię z nim żółwika i stukamy się szklankami.
Rozbrzmiewa muzyka, ludzie tańczą, a ja rozglądam się po sali,
sprawdzając, czy rozpoznam kogoś z obecnych.
Nie kojarzę nikogo, więc zamiast tego skupiam się na niesamowitych
oczach Drew. Patrzy na mnie z wyrazem zainteresowania. Nie jest to ani
trochę niezręczne. Nikt wcześniej nie sprawiał, że czułam się wyjątkowa,
ale kiedy on na mnie patrzy, właśnie tak się czuję. Uśmiecham się, potem
wypijam łyk drinka.
- Jeśli będziesz mi się tak przyglądać, pomyślę, że mam coś na twarzy.
Zgina rękę i pochyla się nad stołem, by znaleźć się bliżej mnie.
- Staram się być grzeczny i nie pocałować cię tak, jak mam na to ochotę,
tutaj, przy wszystkich.
- A może ja mam ochotę, żebyś mnie pocałował - mówię bez cienia wstydu.
Prawie odkrywa mój blef, kiedy ni stąd, ni zowąd kelnerka stawia przed
nami dwa szoty. Drew płaci i unosi jeden kieliszek.
- To ty je zamówiłeś?
Unosi jeden kącik ust w seksownym uśmieszku.
- Przyznaję się do winy. Wiem, że lubisz wódkę, więc pomyślałem, że parę
szotów z cytrynką będzie dobrym pomysłem.
- Uwielbiam szoty z cytrynką. Próbujesz mnie upić, Drew McKnighcie?
- Usilnie próbuję cię zdobyć, Cate Forbes, w każdy możliwy sposób.
Nie potrzebuję wódki, bo jestem pijana nim. Jest z nim tak swobodnie i czuję się obok niego tak komfortowo, jakbyśmy znali się od lat, a nie
parę godzin.
- Za cytryny i wódkę!
Szeroki uśmiech Drew przywołuje w odpowiedzi taki sam na moją twarz.
Cholera, facet jest niesamowicie uroczy, na moje szczęście. A może na
jego własne szczęście? Stukamy się szotami i wypijamy do dna. To idzie
stanowczo zbyt łatwo. Nagle rozbrzmiewa I Gotta Feeling zespołu Black
Eyed Peas.
Wyfruwam z mojego krzesła bez cienia skrępowania. Jak wariatka biegnę na
parkiet, naćpana życiem i Drew, zaczynam tańczyć. Alkohol mnie wyluzował
i poczułam ochotę na mały show. Drew siedzi, a ja tańczę tylko dla
niego, huśtając biodrami i krążąc wokół niego. Parę razy zdarza mi się
zachwiać, ale łapię równowagę, unosząc kciuki w kierunku Drew, jakbym
chciała pokazać, że to był zamierzony ruch. On zaś śmieje się i robi
żółwika na odległość. Kiedy piosenka się
kończy, roztrzepuję włosy i wracam do stolika.
- Niezła z ciebie tancerka, Cate.
- O tak, to jeden z moich talentów. Jesteś szczęściarzem, Drew.
Większość ludzi nie ma pojęcia o tych moich ukrytych zdolnościach. -
Pochylam się bliżej niego i szepczę mu do ucha. - Uprawiam stealth
dance4.
- Och, naprawdę?
- Tak. Mam własne kroki.
- Wierzę, że masz, ale muszę się z tobą czymś podzielić.
- Tak? Czym?
- Też mam swoje sekretne kroki, Cate.
- Och, jestem pewna, że masz.
Zaczynają grać wolną piosenkę i Drew bierze mnie za nadgarstek, obraca
mnie i mówi:
- Na przykład teraz. Co powiesz na taniec, tancereczko?
Staję na parkiecie w jego ramionach szybciej, niż jestem w stanie
pomyśleć. I podoba mi się to. Nie, jest idealnie. Trzyma mnie blisko
siebie, o wiele bliżej, niż sugerowałaby długość naszej znajomości.
Prawda jest taka, że sama mam ochotę zabrać ręce z jego ramion i wplątać
moje palce w jego włosy. Ma miły zapach. Nie za mocny, ale świeży i czysty, a ja chciałabym ułożyć twarz w miejscu, gdzie jego ramię łączy
się z szyją, i wtulić się w niego tu, na parkiecie. Moja dłoń spoczywa w jego dłoni, ale wtedy Drew zmienia kroki. Splątuje nasze palce razem.
Ten niewielki ruch sprawia, że żołądek mi się zaciska, a ja desperacko
pragnę go pocałować. Odchylam się, by na niego spojrzeć, i odkrywam, że
on także mi się przygląda. Na jego twarzy nie ma uśmiechu, jedynie jakiś
poważny zamiar wyryty w przymrużonych lekko oczach. Niespodziewanie
piosenka się kończy i stajemy unieruchomieni własnymi spojrzeniami,
podczas gdy zaczyna lecieć coś szybszego. Drew nie mówi ani słowa, tylko
odprowadza mnie z parkietu, obejmując na wysokości ramion.
- Dziękuję ci za ten taniec, Cate - mówi, kiedy docieramy do stolika.
Pochyla się i daje mi buziaka w policzek.
Jeszcze trochę pijemy i tańczymy. A ja bawię się o wiele za dobrze. Tak
dobrze, że Drew musi mnie praktycznie siłą stamtąd wyciągać. Na
szczęście po kolacji zaparkował samochód w garażu hotelu Union, skąd
poszliśmy pieszo do Chuckie's. Teraz musimy wrócić do domu. Cudownie się
z nim czuję. Nie chcę, by ta noc się kończyła. Mówię mu o tym.
- To najlepsza randka, na jakiej kiedykolwiek byłam.
- I pomyśleć, że nazywałaś mnie dziadkiem - dźga mnie łokciem.
- Skąd mogłam wiedzieć, że dziadkowie są tacy seksowni.
Jest późny wrzesień i nocą robi się trochę chłodno. Obejmuję się rękami,
a Drew otacza moje ramiona. Ale pragnę więcej. Pragnę, by otoczyły mnie
obie jego ręce, i chcę go skosztować. Mój podstępny umysł zaczyna
pracować, więc udaję, że na czymś staję i potykam się. Działa idealnie.
Łapie mnie za biodra, utrzymując mnie stabilnie, i stajemy twarzą w twarz. Obejmuję jego szyję, a on pochyla głowę, aż nasze usta prawie się
stykają. To mi nie wystarcza. Pragnę więcej Drew McKnighta. Pragnę
całego Drew McKnighta. Ale nie jestem zbyt doświadczona, więc pozwalam
mu prowadzić.
Odsuwa się i szepcze:
- Powiedz mi, że jest w porządku.
- Jest o wiele lepiej niż w porządku.
Jego usta przylegają do moich, z początku niepewnie, jakby badając
grunt. Miękkie, acz stanowcze, wgryzają się w moje i nagle czuję jego
język. Przeciąga nim po mojej dolnej wardze i otwieram usta. Nagle
zaczynamy się całować. Całować agresywnie. Przyciska moje ciało do
swojego, oplata mnie ciasno ramieniem, jego głowa przechyla się na bok,
a pocałunek staje się głębszy. Eksploruje moje usta, przyciskając się do
mnie z całą mocą. Czuję jego twardość i siłę przez materiał mojej
sukienki. Moje ciało staje się żywym przewodem elektrycznym - gęsia
skórka wykwita od szyi po same kostki, brzuch się zaciska, sutki
twardnieją i po raz pierwszy w życiu jestem mokra. Od samego pocałunku.
Do wszystkich seksownych diabłów.
Przesuwamy się. Drew unosi mnie w powietrze
i, nie przestając się całować, przesuwamy się. Nie jestem pewna dokąd i mało mnie to obchodzi, o ile nasze usta będą cały czas razem.
Zatrzymujemy się, gdy moje plecy o coś się opierają. Za każdym razem,
gdy odrywa się ode mnie, biorąc oddech, wgryza się ponownie w moje usta,
sprawiając, że chcę jeszcze więcej. Potem jedna z jego dłoni zsuwa się
niżej do moich bioder i zaciska, chwytając mnie mocniej, przyciskając
jeszcze do jego ciała. Szarpnięciem odrywa się
ode mnie.
- Kurwa. Cate. Catelyn. Cate, Cate, Cate - litania do imienia Cate.
Chwilę później jego usta są z powrotem przyciśnięte do moich. Trwa to
tylko sekundę, więc zaczynam jęczeć w proteście, gdy znów się odrywają.
Drżę na całym ciele i mam miękkie kolana. Chwytam go za ramię, by nie
przewrócić się na chodnik. To jest to, o czym piszą poematy i erotyki.
Mam mokro między nogami, a jedyne, czego dotknął poza moją twarzą, to
wnętrze moich ust i biodra. Jeszcze raz jego usta odnajdują moje,
splątując mój żołądek w węzeł szaleństwa i powodując zawroty głowy. Tym
razem, kiedy przestaje, potrzebuję kilka chwil, by dojść do siebie.
- Chodź ze mną do pokoju. Proszę. Nie musimy robić niczego, z czym się
nie będziesz dobrze czuła. Obiecuję. Chcę cię tylko przytulić. I patrzeć
na ciebie. I się z tobą obudzić. Może brzmię jak cipka, ale nie jestem
jeszcze gotowy, żeby odwieźć cię do domu.
Moje brwi z całą pewnością szybują aż pod linię włosów, kiedy chichoczę.
Jedynie dlatego, że jestem pijana - pijana jego pocałunkami. Nie znoszę
chichoczących dziewczyn, ale pomysł, że można by nazwać go cipką,
śmiertelnie mnie bawi.
- Dobrze. W porządku, przyjdę. Ale nie będę się z tobą pieprzyć -
wyrzucam.
- Nie, oczywiście. Żadnego pieprzenia. Nie ma mowy o pieprzeniu.
Solennie przysięgam. Słowo skauta. Boże, jesteś tak cholernie piękna.
Ten facet jest idealny. Jak z moich marzeń. I pomyśleć, że o mały włos
bym się z nim nie umówiła! Nie patrzyłam tak na to, ale jaki wielki błąd
bym popełniła! Bierze mnie za rękę i kierujemy się do jego pokoju. Mam
nadzieję, że to wszystko dzieje się naprawdę, a nie tylko alkohol
sprawia, że tak się czuję. Zatrzymuję się na chwilę i szczypię się w rękę.
- Co się stało? Robak cię ugryzł?
- Nie. Chciałam się tylko upewnić, że nie śnię - i w mgnieniu oka jego
dłonie mnie obejmują, a jego twarz pochyla się nad moją.
- Nie śnisz, Cate. To się dzieje naprawdę - i całuje mnie znowu,
wykradając ze mnie każdy kolejny oddech. Kiedy w końcu przestaje,
przesuwam palcami po jego wargach.
Potrząsam głową, by wyklarować myśli.
- Nie wiem, co ja sobie myślałam.
- Co masz na myśli?
- Dlaczego nie chciałam się z tobą umówić? Co, do diabła, było ze mną
nie tak? - wtedy uświadamiam sobie, że brzmię głupio i że powiedziałam
to głośno. Muszę zamknąć usta, zanim przestraszę biednego chłopaka.
- Dlatego obrałem sobie taki cel, Cate.
- Muszę ci coś wyznać - mówię, kiedy ruszamy dalej.
- Tak?
- Potknęłam się celowo. Chciałam mieć pretekst, żeby cię dotknąć.
Staje i przygląda mi się.
- Serio?
Kiwam głową, a on ponownie mnie całuje.
- Jak tylko zobaczyłem cię na tej imprezie, wiedziałem już, że to
kliknie.
Chwilę potem pojawia się przed nami hotel Union i nagle robię się
nerwowa. Co, jeśli rozbierzemy się do naga? O nie! Nie pozbyłam się
buszu. Ani się nie ogoliłam, ani nie wydepilowałam woskiem. Niech to
szlag! Wyglądam tam na dole jak przerośnięta małpa. Kurwa! Co ja zrobię?
Nie spodziewałam się tego, nigdy nawet nie wyobrażałam sobie, że
przetrwamy tę kolację! Może zakradnę się do łazienki i użyję jego
maszynki. Ale potem zerkam na jego twarz i przypominam sobie, że
zapuszcza lekki zarost, więc pewnie nawet żadnej ze sobą nie zabrał na
tę jedną noc. Cholercia.
- Co jest? Proszę, nie mów, że zaczynasz wątpić. Obiecuję, Cate, możemy
po prostu usiąść i porozmawiać. Chcę tylko spędzić z tobą czas.
- Wiem. Ufam ci, Drew - i, co dziwne, naprawdę tak jest.
Kiedy moje myśli wracają do poszukiwania możliwości, doznaję oświecenia.
Mogę powiedzieć, że nigdy nie rozbieram się na pierwszej randce. Tak.
Tak zrobię. Idealnie sensowne i akceptowalne. Docieramy do jego pokoju i Drew pyta, czy mam ochotę na coś do picia. Proszę o wodę. W ciągu paru
minut dostaję szklankę, z której łapczywie piję.
Sposób, w jaki na mnie patrzy, sugeruje mi, że widzi moje zdenerwowanie.
- Masz wyrzuty sumienia, prawda?
Kręcę głową.
- Nie, to nie to.
- Proszę, powiedz mi. Nie chcę, żeby coś ci ciążyło.
Moje głupie, totalnie głupie usta wyrzucają z siebie natychmiast:
- Wyglądam dziś jak zarośnięta małpa od pasa w dół.
- Że co?
Zgaduję, że jako mężczyzna nie zrozumiał, o co mi chodzi. Podnoszę więc
palec wskazujący i wskazuję bezpośrednio między nogi.
W świetle zapalonej żarówki wszystko staje się oczywiste, ponieważ widzę
jego uśmiech. Olbrzymi.
- W porządku. I tak nie planowałem cię rozbierać.
OK, więc właśnie wyjawiłam swój najgłębszy, najciemniejszy i najbardziej
upokarzający sekret - no, prawie najbardziej upokarzający - i to
wszystko na nic? Poczułam się śmiertelnie zakłopotana bez najmniejszej
potrzeby? Chcę wpełznąć do jakiejś nory i tam umrzeć. Robię tylko jedną
rzecz, którą znam. Łapie najbliżej leżącą poduszkę i chowam w niej
twarz. Najprzystojniejszy facet, jakiego w życiu spotkałam, o najbardziej uroczych oczach na tej planecie, siedzi przede mną, a ja
właśnie powiedziałam mu, że moja cipka jest zarośnięta jak Wielka Stopa.
To właśnie zastąpiło historię z tamtym dupkiem na pierwszym miejscu
listy najbardziej uwłaczających rzeczy w moim życiu. Nigdy jeszcze tak
nisko nie upadłam. Nigdy.
Trzy
TRZY
TERAŹNIEJSZOŚĆ
Żywa muzyka i moi jeszcze żywsi współpracownicy wypełniają klub. Ale nie
widzę ani nie słyszę żadnego z nich. Wpatruję się w lustro wiszące za
barem, zastanawiając się, czyje odbicie widzę. Prawie nie rozpoznaję
kobiety przyglądającej mi się pustym wzrokiem. Drew... Andy jest w mieście. Minęły trzy dni, odkąd go spotkałam, i nie jestem w stanie
wyrzucić go z głowy.
- Cate, jesteś za cicha. To uroczystość. Zakończyliśmy sprawozdanie
Caine'a. Może teraz będzie nam dane spać dłużej niż cztery godziny na
dobę - Daniel uśmiecha się i przykłada szklankę do ust. - Przynajmniej
do czasu zebrania w poniedziałek, gdzie omawiamy nasz nowy projekt.
Śmieje się z własnego żartu, gdy Mandy przysuwa się do nas z dwoma
drinkami w rękach. Pochyla się, by szepnąć mi do ucha:
- Nie wiem, co się z tobą dzisiaj dzieje, ale będziesz świętować.
Biorę zaoferowany mi drink, czując się jak smutaska. Mandy unosi swoją
szklankę, a po niej cały team robi to samo. Nie chcąc być
odszczepieńcem, dołączam się i przyklejam na twarz uśmiech.
- Za nas, a szczególnie za Cate. Bez jej pomocy w ostatnim momencie
wszyscy moglibyśmy być teraz w biurze, poprawiając projekt - ogłasza
Mandy.
- Za Cate - wszyscy wznoszą toast.
- Za nasz team - odpowiadam. - W teamie nie ma miejsca na "ja". Wszyscy
poświęciliśmy godziny i wszyscy, mam nadzieję, otrzymamy nagrody.
- Tak jest, tak jest! - rozlega się chór okrzyków.
Nie mam pojęcia, czy za ukończenie zadania na czas otrzymamy bonusy inne
niż ten wolny dzień, który już dostaliśmy. Ale nadal mogę mieć nadzieję.
Popijam szota, nie wiedząc kompletnie, co to za napój.
Moje gardło zaczyna palić i czuję smak cynamonu nie tylko w ustach, ale
również we łzach, które ciekną mi z oczu. To Jack Daniel's Fireball!
Kiedy oczy wyskakują mi z orbit, Mandy uderza mnie w plecy, jakbym się
krztusiła. Trzymam usta zamknięte ze strachu, że zaczną zionąć ogniem
jak smok.
- Wyrosną ci od tego włosy na klacie - szczebiocze Mandy. Jej
miodowobrązowe loki podskakują, jakby nie była w stanie zatrzymać w sobie rozpierającej ją energii. Przynajmniej tak mój tata mówił bratu,
kiedy pierwszy raz pili razem alkohol.
- Jestem pewna, że mój przełyk już nigdy nie będzie taki jak wcześniej -
skrzeczę.
- Proszę. Chcesz drugi?
Wyraz mojej twarzy może zmrozić, kiedy rzucam jej spojrzenie w stylu
"chyba oszalałaś".
- Żartujesz sobie ze mnie, prawda? Czy może próbujesz mnie otruć?
Odrzuca głowę w tył i wybucha śmiechem prosto z brzucha.
- Cate, przysięgam, kocham cię. Wiem, że martwisz się, bo jesteś
najnowszym członkiem teamu i możesz czuć, że jesteśmy onieśmieleni, bo
wyciągnęłaś nas wszystkich z gówna. Ale szczerze, wszyscy się cieszą, że
tutaj jesteś. Szczęśliwi klienci znaczą, że nadal mamy co robić. Więc
pij kolejnego za team.
Ma rację. Nikt nigdy nie dał mi odczuć w pracy, że jestem niechciana.
Zmartwienia zachmurzyły mi umysł. To, czego Mandy nie wie, a co wprawia
mnie w zdenerwowanie, to Drew, a raczej Andy. Zobaczenie go po tym
wszystkim uwalnia na powierzchnię tak wiele wyrzutów sumienia.
Podnoszę szota i tym razem jestem na to przygotowana. Stukam w jej
szklankę i zanim wypiję, krzyczę:
- Za team!
Mandy spogląda na mnie ukradkiem, budząc tym moją podejrzliwość.
- Jest jeszcze jedna rzecz, o której powinnaś wiedzieć.
- Co takiego? - pocieram oczy, mając nadzieję, że łzy spowodowane
wypiciem Fireballa nie zepsują mi makijażu.
- Daniel się w tobie podkochuje.
Kiedy ja prawie się krztuszę, wzrok Mandy pozostaje niewzruszony.
- Lubisz go? - pytam zmieszana.
- Nie - gwałtownie kręci głową. - Po prostu jest słodki. I taki
superuroczy - dodaje. - Znam go od zawsze i poczuwam się do
opiekuńczości wobec niego. Więc nie złam mu serca.
Klepie mnie w ramię, zanim odchodzi, a ja mrugam szybko, niepewna, co
się właśnie wydarzyło.
- Hej - spoglądam w górę i widzę stojącego przede mną Daniela. - Mogę z tobą usiąść?
- Jasne - wzruszam ramionami, starając się, by słowa Mandy nie sprawiły,
że zacznie być między nami niezręcznie. Ale i tak denerwuję się na myśl
o tym, co zamierza mi powiedzieć. Biorę ostatniego szota i wypijam go.
Uśmiecha się, ale wzdycha i widzę, że zbiera się, żeby coś mi
powiedzieć.
- Napij się ze mną jeszcze jednego - słowa wyskakują z moich ust,
ponieważ chcę uniknąć dania mu kosza. Mandy w jednym ma rację. On jest
słodki w ten nerdowo-superbohaterowy sposób. Z tymi ciemnymi włosami i okularami w czarnych oprawkach wygląda tak, że zaczynam się zastanawiać,
czy przypadkiem pod garniturem nie nosi niebiesko-czerwonego trykotu. A może wydaje mi się tak przez alkohol. Zanim jednak zdąży odpowiedzieć,
zamawiam dwie kolejki. Napój spływa do gardła coraz łatwiej, zwłaszcza
po piątym kieliszku.
Udaje mi się powstrzymać rozwój wszelkich tematów randkowych i wymienić
jedynie parę uśmiechów. Udaremniam mu wszelkie szanse odezwania się,
wykrzykując do wszystkich toasty, od szefa zaczynając, a na portierach z budynku kończąc. Ale wymówki już mi się skończyły.
- Cate, zastanawiałem się...
Muzyka przestaje grać i z głośników rozbrzmiewa głos Mandy.
- Cate! Gdzie jesteś, dziewczyno?
Czując się już niepewnie na własnych nogach, nadal jestem w stanie
stwierdzić, że wypiła znacznie więcej ode mnie, ponieważ jej słowa są
bełkotliwe.
- Czekaj, to ja - mówię, wskazując na siebie. Marszczę czoło, kiedy
zauważam, że jest mi jeszcze trudniej mówić niż powinno.
- Cate, Catieee, chodź, zaśpiewaj ze mną - zawodzi Mandy.
Tłum zaczyna skandować moje imię, a ja spoglądam na Daniela. Czuję, że
moje powieki są ciężkie. Ale to ucieczka, której szukałam.
- Muszę iść. Ale zobaczymy się później.
Odrobinę się chwieję, kiedy wstaję na nogi i ręce Daniela pojawiają się,
by pomóc mi złapać równowagę. Właściwie pomaga mi nawigować przez tłum.
- Masz miłe dłonie i ładne zęby. Lubię, kiedy mężczyzna ma ładne zęby -
mówię z roztargnieniem.
Daniel kręci głową.
- Ostrożnie, Catie - droczy się ze mną, pomagając mi wspiąć się na
scenę, i czuję się jak za dawnych czasów. Myślę o Jennie i okropnie za
nią tęsknię. Planuje mnie odwiedzić i co ja jej powiem o Drew... O Andym.
Trochę mi to zajmie, zanim się przyzwyczaję.
Mandy pęka, zanim piosenka w ogóle się zaczyna. Kiedy rozlega się
popularna melodia, słowa automatycznie pojawiają się w mojej głowie.
Wyciągam rękę do przyjaciółki i zaczynamy entuzjastycznie śpiewać.
Daniel jest naszym jedynym współpracownikiem, któremu udało się zdobyć
miejsce z przodu. W blasku nakierowanych na nas świateł nie widzę ani
jednej znanej mi twarzy, na której mogłabym się skupić, i kończę,
wyśpiewując do Daniela, żeby moje zawstydzenie nie sprawiło, że nagle
się zrzygam. Niestety, piosenka wybrana przez Mandy nie ma dokładnie
tego przesłania, które chciałam mu przekazać. Motywuje mnie entuzjazm
tłumu.
I know I just met you,
And this is crazy,
But here's my number,
So call me maybe!
Jakiś czas po karaoke i kilku kolejnych kolejkach zapominam o tym całym
bałaganie, którego narobiłam. Daniel przez cały czas jest przy moim
boku, zachęcając, abym już więcej nie piła, ale też specjalnie mnie
nie powstrzymuje. Zanim odchodzimy od baru, jesteśmy cali rozgrzani i spoceni. Daniel łapie dla nas taksówkę, przez cały czas starając się
utrzymać mnie i Mandy na nogach. Lodowate powietrze powinno działać jak
balsam, ale ledwo jestem w stanie stawiać krok za krokiem.
- Catie, tak bardzo się cieszę, że się tu przeprowadziłaś - bełkocze
Mandy. - Biuro było takie przygnębiające, zanim się pojawiłaś.
W końcu potykamy się i zatrzymujemy tuż przed krawężnikiem.
Kładę swoje ręce na jej ramionach, by się na mnie skupiła, i mówię jej,
jak się czuję, ponieważ uczucia są ważne.
- Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym cię nie spotkała. To okrutny, okrutny
świat, ale ty jesteś najweselszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałam. A ja potrzebuję radości. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką, ale nie mów
mojej najlepszej przyjaciółce, że tak powiedziałam. Jenna zazwyczaj nie
jest zazdrosna, ale lepiej nie wkurzaj tej dziewczyny. Jest bokserką.
Mandy kiwa, ponieważ rozumie.
- Obiecuję, nic nie powiem. Możemy być najlepszymi kumpelkami w tajemnicy.
Przytulamy się do momentu, aż przerywa to Daniel. Chcę mu powiedzieć, że
mimo że na niego nie lecę, nie lecę też na dziewczyny. Jego głos
przerywa moje wirujące myśli. Już nie jestem dłużej pewna, co ważnego
miałam mu do powiedzenia.
Daniel i jego cztery klony podtrzymują nas.
- No dalej, moje panie, uwaga na śnieg i lód.
Czuję się, jakbym była na statku.
- Łódka się trzęsie. Myślę, że możemy się wywrócić. Gdzie są nasze
kamizelki?
- Cate.
Ten głos, znam go. Odwracam się i świat się przechyla.
- To znów Titanic - wykrzykuję, padając do przodu.
Nie ląduję jednak na ziemi.
- Bogu dzięki za kamizelki ratunkowe - mamroczę. Czuję jedną ciasno na
swoim ciele.
- Cate - mówi znów głos.
- Drew - kręcę głową. - A nie, to An... Andy teraz - bełkoczę. - Nie,
Drew, nie mogę cię tak nazywać. Andy.
W moim polu widzenia pojawia się Daniel i nie jestem pewna, czy Andy tu
jest, czy też nie, i słyszę tylko głosy.
- W porządku. Mogę ją przejąć. Zabiorę ją do domu - mówi Daniel.
Jakimś cudem udaje mi się stanąć na własnych nogach, ale obraz przed
oczami nadal wiruje.
Cholerne obcasy mi nie ułatwiają.
- A ja lubię te obcasy - odpowiada Mandy, i wtedy orientuję się, że
powiedziałam to na głos.
Kiedy już stoję w miarę stabilnie, mój wzrok pada na świdrujące
niebieskie oczy. Czuję powiew arktycznego powietrza, które ze sobą
przynoszą. Andy. Daję sobie kciuk w górę za to, że wreszcie zapamiętałam
jego imię.
- Naprawdę tu jesteś.
Zauważam, że jego ręka podtrzymuje lekko moje plecy. Zaczynam się w niego zatapiać i pochylać, by przycisnąć swoje usta do jego ust, kiedy
łapię wzrok dwóch gości stojących za nim. Macham im, chcąc zachować się
grzecznie. Jestem tak zalana, że nie chcę robić Andy'emu wstydu przy
przyjaciołach lub kolegach z pracy.
- Cate, możesz już przestać machać - Mandy jest tuż obok mnie i szepcze
do mnie konspiracyjnie. Jeśli wnioskować po uśmieszkach na twarzach tych
gości, muszą mieć ponadludzki słuch. - Kim są ci przystojni kolesie?
Będziesz mnie tak trzymać w niepewności?
- Cate, Mandy, mam taksówkę. Powinniśmy już iść - Daniel brzmi o wiele
za trzeźwo. Mandy i ja zwracamy się w jego kierunku.
- Niech z ciebie nie będzie taki Clark Kent - mówię do niego ponad
ramieniem.
Kiedy spoglądam na Andy'ego, stoi odwrócony do mnie plecami. Nie słyszę,
co mówi. Kiedy się odwraca, zatyka mnie z wrażenia, jak cholernie jest
przystojny.
Słyszę, jak Mandy przedstawia się i rozmawia z towarzyszami Andy'ego,
ale mój wzrok jest utkwiony tylko w nim.
- Cate - mrugam parę razy, orientując się wreszcie, że Andy mówi do
mnie.
Dwaj przystojni goście szybko się żegnają i odchodzą.
Udaje mi się coś powiedzieć.
- Nie musiałeś pozwalać im odejść. Ten superman - wyciągam palec w kierunku Daniela - uratuje ten dzień i zabierze nas do domu.
Kiedy Andy dwoi mi się w oczach, widzę, jak jego brwi się unoszą.
- Superman, tak?
Spojrzenie na Daniela potwierdza mi, że wszystkie jego trzy klony się
zgadzają, ponieważ ich uśmiechy błyszczą jak u dziewczyny z reklamy
pasty do zębów.
Klepię Andy'ego po piersi, a kiedy wyczuwam solidne mięśnie pod swoimi
dłońmi, klepię jeszcze parę razy.
- Nie ma powodu do zazdrości. Totalnie jesteś Batmanem, a każdy wie, że
Batman jest najseksowniejszy z nich wszystkich.
- Nie ze wszystkich - oświadcza Mandy. Brzmi jak pijana i jest mi za nią
trochę wstyd. - Bez obrazy, Batman, ale mnie bardzo podoba się Thor.
Więc jeśli faktycznie jesteś Mrocznym Rycerzem, poznałbyś mnie z tym
podobnym do Chrisa Hemswortha, który właśnie poszedł? Jak on miał na
imię? - jej słowa brzmią, jakby je wypluwała, ale jakimś cudem są
spójne.
- Dziewczyny, taksówka czeka.
- Daniel, nie tak prędko - mówi przeciągle Mandy, kierując swoją uwagę
na kolegę. - Czekaj... ty naprawdę wyglądasz jak Clark Kent.
Próbujemy przybić sobie piątkę, ale nie trafiamy. Wygląda to dziwnie.
Próbujemy jeszcze raz i znów nic z tego. Wybucham śmiechem, ponieważ to
tak cholernie zabawne. Mandy kręci głową i stawia krok w kierunku
Daniela. Idę za nią, ponieważ jego twarz jest tak skwaszona, że można by
pomyśleć, iż połknął kawałek cytryny. Jednak Andy mnie nie wypuszcza.
- Dopilnuję, żeby bezpiecznie dotarła do domu - oświadcza.
Daniel prostuje się, a jego supermoc pozwala mu przekształcić się z trzech postaci w pięć. Nie mogę się powstrzymać od komentarza.
- On cię znacznie przewyższa liczebnie - mówię do Andy'ego lub do
nikogo. Już sama nie wiem.
Andy spogląda na mnie z góry, ale w jego oczach nie widzę rozbawienia.
Kiedy jego twarz przybiera ten rozmyty wyraz jak z horroru, mruczę:
- Nie jesteś Batmanem, prawda? Jesteś kimś innym?
- Jestem kimś - odmrukuje. Potem jego głos robi się bardziej basowy i mocny: - Zabieram ją. Możesz odprowadzić do domu jej przyjaciółkę.
Ocean znów zaczyna falować i pochylam się ku Andy'emu, przyciskając
twarz do jego klatki piersiowej. Zmarzniętym policzkiem czuję szorstkość
jego wełnianego płaszcza, ale przybliżam się jeszcze trochę, żeby
usłyszeć bicie jego serca. Muszę się upewnić, że jest żywy i że to nie
jest jakiś szalony sen.
- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. Pracujemy razem i nie
wiem, kim jesteś - mówi Daniel.
Głos Andy'ego wydaje się stłumiony dla jednego z moich uszu, drugim
słyszę go wyraźnie.
- Cate i ja... znamy się już długo. Gwarantuję, że jest ze mną bezpieczna.
Zawiozę ją do jej domu.
Informacja, którą muszę się podzielić, pozwala mi jeszcze raz stanąć
stabilnie na własnych nogach.
- Właśnie, zjemy razem kolację i powspominamy stare czasy. Albo nowe
czasy. I planujemy zjeść też śniadanie - śmieję się, zanim znów wraca mi
powaga. - Już całkiem długo nie jadłam śniadania - mówię z roztargnieniem. A potem jeszcze ciszej, bo to chcę powiedzieć wyłącznie
do Mandy, dodaję: - Wiesz, co oznacza tutaj słowo "śniadanie" -
chichoczę i nie mogę przestać, mimo iż tak nienawidzę chichotania.
- Śniadanie - Mandy unosi kciuk do góry. Coś musi mieć w oku, ponieważ
stoi z jednym zamkniętym, co nadaje jej twarzy dziwaczny wygląd. -
Zadzwoń i opowiedz mi wszystko rano. Też już dawno nie jadłam śniadania,
a tak lubię kiełbaski.
Chichocze cały czas, gdy Daniel pośpiesznie wpycha ją do taksówki, a ja
czuję, jak świat się przechyla. Andy mnie podtrzymuje. Naraz słyszę
wołanie Daniela:
- Cate, jesteś pewna, że wszystko w porządku?
Chcę kiwnąć głową, ale zaczynam czuć mdłości.
- Zostawiasz mnie w dobrych rękach. Wiesz, jest doktorem.
Daniel traci wszystkie swoje klony i kiwa mi zdawkowo, siadając obok
Mandy w taksówce. Kiedy odjeżdżają, zastanawiam się, czy powinnam czuć
się źle z tym, co powiedziałam. Po prostu byłam szczera. Ale ta myśl
odpływa, zmieciona kolejną falą mdłości.
- Mój samochód jest tam.
- Mają teraz samochody na oceanie? Chyba potrzebuję czegoś na wymioty.
Nie czuję się zbyt dobrze.
Zatrzymujemy się i Andy patrzy mi prosto w twarz.
- Ile dzisiaj wypiłaś?
Próbuję wzruszyć ramionami, ale mam wrażenie, że ważą tonę.
- A zjadłaś coś?
Na myśl przychodzą mi frytki. Nieprzyjemny pomruk w moim żołądku zmusza
mnie, żebym wyrzuciła z głowy obrazy jedzenia. Kręcę głową i mówię przez
zaciśnięte usta:
- Nie mogę o tym mówić.
- OK, chodź, zabierzemy cię do domu.
Andy prowadzi mnie przed siebie i zaczynają mnie boleć stopy. Przystaję
i próbuję zdjąć szpilki, ale ręce Andy'ego mnie powstrzymują.
- Cate, kochanie, jest zbyt zimno, żeby iść boso.
- Bolą mnie stopy - skarżę się, ale on stawia mnie prosto z powrotem.
- To nie jest daleko, obiecuję.
- Nie sądzę, żebym dała radę. Ratuj się. Ja tu zostanę i umrę - odrzucam
jego rękę, próbując pozwolić grawitacji ściągnąć mnie na ziemię.
Andy śmieje się, a potem podrywa mnie w powietrze.
- Ejże, kowboju. Odwróciłeś świat do góry nogami.
- To ty wywróciłaś mój świat do góry nogami - mówi słabym głosem, tak że
właściwie nie jestem pewna, czy go usłyszałam.
- Już prawie jesteśmy - te słowa wypowiada już normalnie, więc jestem
niemal pewna, że poprzednie mi się przyśniły.
Sprawia, że czuję się jak Kopciuszek i czekam, aż zaklęcie przestanie
działać. Nie powinien być dla mnie aż tak miły.
- Dlaczego zawsze tak się o mnie troszczysz?
Patrzy na mnie. A kiedy się zatrzymuje, jego słowa nie synchronizują się
z ruchami jego ust.
- Bo ja... - cokolwiek chciał teraz powiedzieć, chyba zmienia zdanie -
mieliśmy nie mówić o przeszłości, prawda?
Nie odpowiadam, ponieważ poprzez ciążącą mi na głowie chmurę upojenia
alkoholowego jakoś wiem, że taki był plan. Staram się skupić na dotarciu
do jego samochodu i niezwymiotowaniu na niego. Kiedy docieramy do
publicznego garażu, ostatnią rzeczą, która zostaje mi w pamięci, jest
to, że jego samochód jest elegancki i błyszczący. Pomaga mi pogrążyć się
w podgrzewanym skórzanym siedzeniu. Zamykam oczy, wdzięczna, że przez
całą drogę nie zwymiotowałam.
Kiedy otwieram oczy, uświadamiam sobie, że jestem w domu. Jest ciemno i kompletnie nie pamiętam, jak się tu dostałam. To, co zauważam, to to, że
nadal jestem ubrana, a moje ciuchy cuchną alkoholem. Mam odruch wymiotny
od tego smrodu, ale udaje mi się go powstrzymać. Fakt, że chwieję się na
nogach, mówi mi, że alkohol nadal krąży w moich żyłach. Na pewno nie
jestem w domu od dawna. Pokonuję zaledwie kilka kroków i muszę oprzeć
się o ścianę. Ukłucie bólu w stopach ostrzega mnie, że nadal mam na
sobie obcasy. Zrzucam je kopnięciem, a następnie wychodzę z pokoju w poszukiwaniu łazienki. Nie zawracam sobie głowy zapalaniem światła w obawie, że oślepi mnie ból głowy. Pierwsze drzwi, które otwieram,
okazują się prowadzić do garderoby. Potrząsam głową i zaczynam iść
zakolami, ponieważ świat wokół mnie wiruje. Posuwam się korytarzem, aż w końcu udaje mi się dotrzeć do łazienki.
Nieudolnie szarpiąc się ze swetrem, przypominam sobie o cienkim pasku
zapiętym w talii. Dużo czasu zajmuje mi odpięcie go i ściągnięcie swetra
przez głowę. OK, to zadanie zostało wykonane, przechodzę więc do zdjęcia
spódnicy. Kończy się to tak, że gonię za suwakiem z tyłu jak pies za
swoim ogonem. W końcu się poddaję i zdejmuję spódnicę, szarpiąc. Stringi
zajmują mi tylko chwilę, ale stanik doprowadza do szału. Kiedy wreszcie
jestem naga, po omacku odnajduję kurek prysznica i czekam na ciepłą
wodę. Naraz otwieram jednak pchnięciem drzwi i zastygam, bo coś jest nie
tak. Przypomina mi się noc z Andym i Danielem. Mrugam, ale wchodzę pod
prysznic z nadzieją, że to pomoże mi oczyścić umysł.
Stojąc tam przez chwilę, przywołuję widok zawiedzionego Daniela.
Zastanawiam się, jak spojrzę mu w oczy w pracy w poniedziałek i jak
przeżyję gniew Mandy. Ostrzegała mnie.
Po porządnym peelingu prawie wypadam spod prysznica i jestem pewna, że o czymś zapomniałam. Zęby. Chwytam szczoteczkę i pastę i zabieram się do
roboty. Miętowy, świeży oddech nie drażni mojego żołądka. Nieporadnie
odnajduję drogę do sypialni i zostawiam ręcznik na podłodze, wpełzając
do łóżka. Mając w pamięci, ile problemów przysporzyło mi ściąganie
ubrań, nie zamierzam martwić się zakładaniem piżamy.
Kiedy jakiś czas później otwieram oczy, zauważam trzy rzeczy. Po
pierwsze, przerażający ból pulsuje mi pod czaszką. Wiem, że jestem
odwodniona przez wypity alkohol i muszę napić się wody, by ból zniknął.
Po drugie, obrzydliwy smak w ustach. A więc na tyle zdało się moje mycie
zębów. Wystawiam język, mając nadzieję, że to pozwoli mi pozbyć się
uczucia waty w ustach. Po trzecie, jest mi okropnie gorąco, jakbym była
owinięta kocem elektrycznym. Odrzucam te wszystkie myśli w nadziei, że
znów pochłonie mnie sen. Nie jestem jeszcze gotowa, by się obudzić, a światło nie prześwieca przez rolety. Nadal panuje ciemność, więc jest
zbyt wcześnie, by podnosić się z łóżka.
Fantazje to najlepsza część spania. Z łatwością z powrotem pogrążam się
w marzeniach sennych. Tak dawno nikt mnie nie dotykał; przywołuję mojego
mężczyznę bardzo przebiegle z pomocą namiętnych romansów, które ostatnio
czytałam. Jego dłonie, które zawsze kochałam, przesuwają się w dół
mojego tułowia. Jestem trochę zła, że nie składają hołdu moim piersiom,
ale ta myśl odpływa, gdy jego palce zaczynają gładzić wiązki moich
nerwów z idealnym naciskiem.
- O mój Boże, minęło tyle czasu - mruczę leniwie.
- O tak.
Prawie wyskakuję ze skóry. Moje oczy otwierają się w locie, gdy podrywam
się i siadam na łóżku. W moim łóżku jest mężczyzna!
- Drew, to znaczy Andy - otrząsam się, bo kto inny mógłby to być? Poza
tym rozpoznałabym jego głos wszędzie.
- Cate?
- Dlaczego jesteś w moim łóżku? - jestem teraz zupełnie świadoma swojej
nagości. Świat fantazji przeobraża się w rzeczywistość. Pomimo naszej
historii on nigdy by sobie na to nie pozwolił. Podciągam nakrycie po
samą szyję.
- Właściwie to ty jesteś w moim - jego oświadczenie sprawia, że mój
świat się chwieje.
- Co? - ściskam kołdrę w dłoniach, przechylając się do tyłu, aż wreszcie
kładę głowę na zagłówku. Dopiero teraz zauważam, jak wygląda pokój.
Ciemne meble nie są ustawione tak jak moje, które są nieco bardziej
nowoczesne. W zasadzie to nawet drzwi nie znajdują się po tej stronie
pokoju, po której być powinny. Tak więc to nie może być moja sypialnia.
Andy kładzie się w tej samej pozycji co ja, opierając głowę na zagłówku,
tylko się nie przykrywa. Jego naga klata rozpościera się przed moim
badawczym wzrokiem i przed dłońmi, jeśli okażę się wystarczająco
odważna, by jej dotknąć. Jego mięśnie są wyraźnie zarysowane, tworząc
grzbiety i wzgórza, które błagają o uwagę. O Boże, ależ on jest piękny.
Czuję między nogami wilgoć, która wywołuje falę gorąca na moich
policzkach.
Chwyta mnie za wolną rękę i uśmiecha się delikatnie.
- Cate, kochanie, odpłynęłaś w moim samochodzie. Nie miałem bladego
pojęcia, gdzie mieszkasz. Zajrzałem ci do portfela, ale nadal masz prawo
jazdy z Karoliny Południowej. Powinnaś to zmienić, tak przy okazji.
Całuje moją dłoń, jakby chciał mnie uspokoić. Jego wzrok pada tam, gdzie
moja druga ręka zaciska się na kołdrze.
Łagodnie się śmieje.
Czuję się głupio, ponieważ wszystko widział, tymczasem wydaje mi się, że
nie mogę opuścić nakrycia. Zamiast tego wypełniam ciszę pośpiesznym
wyjaśnieniem.
- Nie mam samochodu. Dlatego zapominam wymienić prawo jazdy.
Kiwa głową i ściska moją dłoń.
- Próbowałem cię obudzić, ale nie reagowałaś. Nie miałem wyboru,
musiałem zabrać cię do domu, nie żeby mi było przykro z tego powodu.
Jego oczy przebiegają w dół mojego ciała jak pieszczota.
- A gdzie jest dom? - jedno spojrzenie przez częściowo uniesione rolety
i już widzę, że nie jestem w śródmieściu DC.
- Baltimore.
- Baltimore?
Znów kiwa głową. Mogłabym wypytywać go o to dłużej, ale mam inne naglące
pytania, które potrzebują odpowiedzi.
- Dlaczego jestem w twoim łóżku?
Drew, którego znałam, był dżentelmenem. Jeśli chce, żebyśmy zaczęli od
początku, raczej by nie sądził, że się z nim prześpię.
- Nie mam pojęcia. Położyłem cię w gościnnej sypialni, całkowicie
ubraną, mógłbym dodać. Obudziłem się, bo wołałaś moje imię i błagałaś,
żebym cię dotknął.
Jego wzrok zjeżdża w dół po moim okrytym kołdrą ciele i wraca z powrotem
na górę. Mimo że jestem okryta, przeraża mnie to, co powiedział.
Przypomina mi się, jak obijałam się, chodząc po jego mieszkaniu i nie
mogąc znaleźć drogi w środku nocy. Szukałam sypialni, aż w końcu
wpełzłam naga do jego łóżka. Spał przez cały ten czas, dopóki nie
zaczęłam wokalizować moich fantazji. Zjeżdżam pod kołdrę, by przykryć
się całkowicie, i wtedy orientuję się, że nie tylko ja jestem naga.
Ściągam szybko kołdrę z głowy. Potem uzmysławiam sobie, że powinnam znów
zakryć piersi.
- Jesteś nagi - rzucam oskarżycielsko.
- Tak, tak zwykle sypiam. Ale powinnaś o tym wiedzieć.
Problem polega na tym, że wiem za dużo. To nie zadziała. Jest dla mnie
zbyt niezręcznie. Przeszłość zaczyna mieszać się z teraźniejszością. I nawet jeśli wydaje się, że jemu to kompletnie pasuje, to mnie nie.
Przekręcam się na drugą stronę łóżka, ciągnąc kołdrę za sobą. Wstając,
nie oglądam się za siebie, okrywając moją gołą pupę, i daję drapaka do
łazienki, gdzie zostawiłam moje ubrania, jak mówi moja pijana pamięć.
Kiedy wreszcie wychodzę, całkowicie ubrana z wyjątkiem bielizny, on ma
już na sobie spodnie od piżamy, a w ręce trzyma szklankę wody i ibuprom.
Za to ja w jednej ręce trzymam zwinięte w kłębek stringi, które wydały
mi się zbyt obrzydliwe, by założyć je z powrotem po prysznicu, i które
planuję wrzucić do torebki, kiedy wreszcie ją znajdę. Andy wręcza mi
dwie tabletki, a ja popijam je całą szklanką wody.
- Dzięki.
- Nie ma problemu. Odwiózłbym cię do domu - patrzy na swój zegarek - ale
powinienem za pół godziny być w szpitalu. Zdaje się, że zaspałem.
- Nie, w porządku. Wezmę taksówkę - macham mu.
Kiwa głową.
- Nie musisz. Możesz podrzucić mnie do pracy, a potem wziąć mój
samochód. Nie będę go potrzebował. Przyjedź później i możemy zjeść razem
kolację. Potem cię odwiozę.
- Nie mogę wziąć twojego samochodu. Co, jeśli nagle będziesz go
potrzebował?
Podchodzi bliżej i chwyta moją brodę. Przeciąga kciukiem po moim
policzku. W jego pięknych oczach dostrzegam wszystkie nasze wspólne
wspomnienia. Po sposobie, w jaki zaciska szczęki, widzę, że walczy ze
sobą, by nie przypomnieć mi o wszystkim, co nas łączyło.
- Będę przez cały dzień w pracy. Nie będę go potrzebował. I wiem, że
zaczynamy od nowa, ale znamy się o wiele lepiej. Weź mój samochód i przyjedź później. Możesz mnie odebrać z pracy. To będzie dla ciebie
dobra wymówka, jeśli jakiejś potrzebujesz, by zjeść ze mną kolację.
Zanim odchodzi, daje mi buziaka w skroń, pozostawiając mnie ze swoimi
słowami. Patrzę, jak podnosi z oparcia krzesła parę spodni i wyciąga z nich kluczyki do samochodu. Bierze moją rękę i rozwija palce, kładąc
klucze na mojej otwartej dłoni, a następnie zaciska palce z powrotem
wokół nich.
- Daj mi parę minut, wezmę prysznic - mówi, zanim znika w łazience.
Chwytam klucze i powstrzymuję się przed pójściem za nim do łazienki. Tak
prosto byłoby do niego dołączyć. O wiele trudniej jest pozostać w miejscu zamiast po prostu przyzwyczaić się do bycia parą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki