p

Zły los. Piękne i okrutne #1 - A.M. Hargrove, Terri E. Laine

Kup ebooka

44.99 zł
37.58 zł (37,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

PRO­LOG

PRZE­SZŁOŚĆ

Budzi mnie chra­pliwy głos. To nie cał­kiem prawda, bo w rze­czy­wi­sto­ści już nie śpię. Moje ciało unosi się w prze­strzeni, która nie należy do końca ani do świata snu, ani jawy. Po tym ostat­nim roku nie jestem pewna, czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze prze­śpię porząd­nie noc.

- Cate?

- Tak? Co się stało? - stale utrzy­muję stan pod­wyż­szo­nej goto­wo­ści.

- Myślę, że już czas. Jestem gotowy jechać do szpi­tala.

Słowa, któ­rych oba­wia­łam się od tygo­dni, tra­fiają mnie pro­sto w żołą­dek. Ale nie pozwa­lam mu tego zoba­czyć.

- Dobrze, dobrze. Tylko się ubiorę.

- Cate? Myślę, że powin­naś zadzwo­nić pod 999. Wydaje mi się, że nie będę w sta­nie sam iść - robi wdech, po któ­rym sły­szę słabe rzę­że­nie docho­dzące z głębi piersi. Boże, jak ja to prze­żyję?

Drew? - schy­lam się w jego stronę i przy­ci­skam poli­czek do jego policzka. To, co było jędr­nym cia­łem, jest teraz niczym wię­cej niż skórą obcią­gniętą na kościach. Moje ręce zaci­skają się na jego ramio­nach i wra­że­nie jest takie samo. Cała masa mię­śniowa znik­nęła, skra­dziona przez cho­robę, która znisz­czyła jego piękne ciało i duszę.

- Będzie dobrze, Cate, obie­cuję. Wszystko będzie dobrze. Po pro­stu zadzwoń na 999 - z tru­dem pró­buje odchrząk­nąć.

Zawsze opty­mi­sta. Chcę mi się krzy­czeć i wrzesz­czeć, tupać i ciskać rze­czami. Ale nic takiego nie robię. Patrzę w jego chmurne nie­bie­skie oczy, nie­gdyś tak czy­ste i pełne czaru, i kiwam tylko głową. Pod­no­szę słu­chawkę sto­ją­cego przy łóżku tele­fonu i dzwo­nię, pro­sząc głos po dru­giej stro­nie, by prze­ka­zał ratow­ni­kom, żeby nie włą­czali sygna­łów i świa­teł, oraz tłu­ma­czę dla­czego. Gdy wresz­cie przy­jeż­dżają, pro­wa­dzę ich do Drew. Potem jadę za karetką do szpi­tala. Po dro­dze wyko­nuję kilka wypeł­nio­nych stra­chem tele­fo­nów do rodziny.

Pusta. Taka się czuję, patrząc, jak wyno­szą Drew na noszach. Wszystko zostało ze mnie wydarte - jelita, serce, dusza. Sto­jąc tu, zagry­zam palce. On wie, co się dzieje. Jest leka­rzem. Wszystko mi roz­pi­sał i wyja­śnił, choć nie uwie­rzy­łam w połowę z tego, co powie­dział. Dla­czego musiał mieć rację? Mój umysł chce po pro­stu pojąć pewne rze­czy. I ta do nich nie należy.

Kiedy wresz­cie znaj­du­jemy się w sali, zasy­pia. Ciem­no­fio­le­towe cie­nie pod oczami mocno kon­tra­stują z jego bladą skórą. Przy­po­mi­nam sobie czasy, kiedy był opa­lony. A jego włosy, które po ostat­niej nie­uda­nej che­mii są tylko odra­sta­ją­cym puszy­stym mesz­kiem, tak róż­nią się od gru­bych nie­ujarz­mio­nych fal, nawet zimą peł­nych sło­necz­nych reflek­sów. Jed­nak nawet teraz, kiedy nie­wiele różni się od szkie­letu, na­dal jest moim ide­al­nym Drew. I ponow­nie, tysięczny raz, zadaję sobie pyta­nie, jak ja to wytrzy­mam.

Póź­niej tego dnia, kiedy Drew wresz­cie się budzi, daje mi znak, abym pode­szła do jego łóżka.

- Cate, wiesz, kiedy po raz pierw­szy zoba­czy­łem cię na tam­tej impre­zie, wie­dzia­łem, że jesteś dla mnie tą jedyną. Moją dziew­czynką. I wtedy tak bar­dzo mi się opie­ra­łaś, że nie sądzi­łem, że kie­dy­kol­wiek uda mi się zapro­sić cię na randkę. Ale udało mi się.

Zagry­zam dolną wargę, pró­bu­jąc się nie roz­pła­kać na to wspo­mnie­nie.

Lewy kącik jego gór­nej wargi powę­dro­wał do góry, to jego znak roz­po­znaw­czy, który tak uwiel­biam. To spra­wia, że czuję się, jakby prze­je­chał po mnie pie­przony czołg, i chcę zwi­nąć się przy nim na łóżku, przy­le­ga­jąc do niego na zawsze.

- Wie­dzia­łem, że gdy­bym tylko dostał szansę zabra­nia cię na randkę, mógł­bym cię zdo­być. Dzięki Bogu się udało. Jesteś moim życiem, Cate, celem mojego ist­nie­nia. Przy­kro mi tylko, że to wszystko tak się skoń­czyło. To - prze­suwa dłońmi w górę i w dół swo­jego ciała - nie było czę­ścią mojego planu na cie­bie. Chcia­łem całego pakietu - ślubu, i mamy to, ale chcia­łem też dzieci, SUV-a, dużego domu, a także wnu­ków. Przy­kro mi, że to wszystko zje­ba­łem, kocha­nie. Ale słu­chaj, kocham cię nad życie. I posłu­chaj mnie teraz. Chcę, żebyś wró­ciła do domu.

Kiwam głową i powstrzy­muję łzy.

- Zgoda, pójdę do domu, wezmę prysz­nic, bo tro­chę cuchnę. Też cię kocham, Drew. Bar­dziej niż jestem w sta­nie wyra­zić.

- Cate, stop. Nie to mia­łem na myśli. Chcę, żebyś mi coś obie­cała, OK? Przy­się­gnij mi natych­miast - jego głos jest sta­now­czy, sil­niej­szy niż w ciągu ostat­nich dni.

- Dobrze. Co takiego?

- Chcę, żebyś wyszła teraz z tej sali i poszła do domu, ale nie chcę, żebyś wra­cała, jak weź­miesz prysz­nic. Chcę, żebyś się ze mną poże­gnała tu i teraz.

- Co?! Co ty mówisz? - serce pod­ska­kuje mi do gar­dła.

- Mówię to, co sły­szysz. Bar­dzo cię kocham, tak bar­dzo, że nie pozwolę ci sie­dzieć tu przez kilka kolej­nych dni. Nie chcę tego. Przy­się­głaś, Cate.

- Drew, ja nie mogę.

- Ow­szem, możesz. No już, idź. Odwróć się, przejdź przez drzwi i nie oglą­daj się za sie­bie. Wszyst­kie moje rze­czy są spa­ko­wane dokład­nie tak, jak cię pro­si­łem, i wiesz, co z nimi zro­bić. Moi i twoi rodzice będą tu razem z Benem. Ale ty, ty nie musisz tu być. Nie chcę, żebyś tu była. Chcę, żebyś zapa­mię­tała mnie takim, jakim byłem, kiedy byłem zdrowy, w naszych naj­lep­szych latach. No już, spójrz na drzwi i postaw pierw­sze kroki ku nowemu życiu, Cate. I obie­caj mi, że będziesz żyć, Cate. Zrób to dla mnie.

Jeden

JEDEN

TERAŹ­NIEJ­SZOŚĆ

DWA LATA I CZTERY MIE­SIĄCE PÓŹ­NIEJ

Przej­mu­jący chłód prze­nika przez mój weł­niany płaszcz, jakby był wyko­nany z sia­teczki, co zmu­sza mnie, bym otu­liła się nim jesz­cze cia­śniej. Kiedy prze­cho­dzę przez ulicę, migają już świa­tła, dla­tego przy­spie­szam kroku. Jak znam moje szczę­ście w ostat­nich dniach, raczej nie zdążę przejść na drugą stronę na czas. Bar­dziej praw­do­po­dobne jest, że potrąci mnie jakiś mały samo­chód marki Smart, bo tak­sów­ka­rze w Waszyng­to­nie są tak samo sza­leni jak w Nowym Jorku. I jakimś cudem prze­żyję, pozba­wiona jedy­nie moż­li­wo­ści poru­sza­nia któ­rąś z koń­czyn.

Gdy tylko doty­kam sto­pami kra­węż­nika, za moimi ple­cami war­czy samo­chód, ochla­pu­jąc mi nogi i dół płasz­cza falą błot­ni­stego lodu i śniegu. Wzdry­gam się, kiedy zimno prze­nika mnie aż do kości.

- Wspa­niale - mam­ro­czę, otrze­pu­jąc się i omi­ja­jąc lodowe tafle oble­pia­jące chod­nik po wczo­raj­szej śnie­życy. Ja to mam szczę­ście. Waszyng­ton nie bywa raczej ata­ko­wany przez pół­nocne zimy, a przy­naj­mniej tak sły­sza­łam. Znaj­duje się wystar­cza­jąco daleko na połu­dniu. Podob­nie jak w Char­le­sto­nie, Dzia­dek Mróz nie ma zwy­czaju roz­sy­py­wać tu wia­der śniegu - a przy­naj­mniej tak było, dopóki nie obra­łam tego miej­sca za swój dom.

Tym­cza­sem wczo­raj­szy śnieg pobił pra­wie rekord naj­wcze­śniej zano­to­wa­nego opadu z pią­tego listo­pada 1892 roku. Zabra­kło rap­tem sied­miu dni. Świet­nie - no chyba nie. Nie jestem fanką świata w bieli, dla­tego też wybra­łam Waszyng­ton, a nie Big Apple1. Kiedy pra­wie rok temu zde­cy­do­wa­łam się opu­ścić Karo­linę Połu­dniową, mia­łam pro­ste potrzeby i nie­wiele wyma­gań, z któ­rych naj­waż­niej­szym było życie w dużym mie­ście i naj­le­piej na pół­nocy. W żad­nym wypadku nie bra­łam nato­miast pod uwagę, że będę miesz­kała w miej­scu, w któ­rym przez wię­cej mie­sięcy w roku jest zimno niż cie­pło. Lepiej być nie mogło.

Z zamy­śle­nia wyrywa mnie nie­uważny krok. Poty­kam się i wpa­dam w poślizg, wyma­chu­jąc sze­roko rękami jak śmi­głami wia­traka. Komiczne ruchy w niczym nie poma­gają mi się zatrzy­mać i w końcu tracę rów­no­wagę. Nagle, zupeł­nie zni­kąd, poja­wia się czy­jaś ręka, która pod­trzy­muje moje ramiona, pod­czas gdy druga sta­bi­li­zuje bio­dra. Muszę spoj­rzeć wysoko w górę, aby ujrzeć mojego wybawcę, który zdaje się prze­by­wać gdzieś nade mną w stra­tos­fe­rze.

Ni stąd, ni zowąd znika przy­gnę­bia­jąca sza­rość dnia i orien­tuję się, że pły­wam w oce­anie błę­kitu. Nie dowie­rzam wła­snym oczom, gdyż bły­ska­wicz­nie roz­po­znaję osobę, która mnie ura­to­wała. Czuję, jakby los grał ze mną w rosyj­ską ruletkę, i w końcu naci­skam spust. Z potęż­nym hukiem.

- Cześć - wykrztu­szam.

Męż­czy­zna o oczach jak woda i twa­rzy, w którą mogła­bym wpa­try­wać się bez końca, przy­gląda mi się o sekundę dłu­żej, niż wydaje się to sto­sowne. Wyraz jego sze­roko otwar­tych oczu potwier­dza, że jest tak samo zasko­czony jak ja.

Kiedy się odzywa, jego głos jest głę­boki - jak gówno, w które wła­śnie wdep­nę­łam. Nasza histo­ria jest o wiele za długa. Wtem, na sekundę, sek­sowny błysk w jego oczach oświe­tla wszyst­kie myśli o prze­szło­ści, któ­rych napór tak długo powstrzy­my­wa­łam.

- Cześć. Ja... ech... nie spo­dzie­wa­łem się spo­tkać cię tutaj - to można śmiało uznać za spo­tka­nie stu­le­cia. Los spra­wił, że natkną­łem się na cie­bie wła­śnie na uli­cach Waszyng­tonu, odgry­wa­jąc przy oka­zji rolę wybawcy - z jego języka jak cie­pły miód spływa cha­rak­te­ry­styczne połu­dniowe zacią­ga­nie.

Nie odsuwa się, potrą­cany przez kilku kolej­nych prze­chod­niów. Zamiast tego pro­wa­dzi mnie w bar­dziej ustronne miej­sce w głębi ulicy, obok ban­ko­matu.

Mimo że oboje nie­mal od stóp do głów jeste­śmy okryci zimo­wymi ubra­niami, znaj­du­jemy się wystar­cza­jąco bli­sko sie­bie, abym mogła poczuć bijące od niego cie­pło. Wspo­mnie­nia z prze­szło­ści prze­la­tują przez moją głowę i mam wra­że­nie, jakby ktoś prze­szedł po moim gro­bie. Czuję zimny dreszcz.

Pociera moje ramiona ukry­tymi w ręka­wicz­kach dłońmi tak, jakby to zauwa­żył.

- Miesz­kasz tu?

Głu­pio kiwam głową, ponie­waż jest ostat­nią osobą, którą spo­dzie­wa­ła­bym się jesz­cze kie­dyś zoba­czyć, zwłasz­cza że przez więk­szość czasu przed nim ucie­kam.

- Tak. A ty? - pytam, naprawdę zacie­ka­wiona, czy wpadł tu tylko z wizytą, czy też nie.

Chmurka zmro­żo­nej pary wypływa z jego ust, kiedy wzdy­cha i prze­suwa dło­nią po wło­sach poły­sku­ją­cych słoń­cem pomimo pory roku.

- Nie jestem pewien.

Moje brwi wędrują do góry, gdy nie­mal ze śmie­chem odpo­wia­dam, rzu­ca­jąc mu wymowne spoj­rze­nie:

- No co ty? Albo miesz­kasz, albo nie - ton mojego głosu, mimo że roz­ba­wiony, nie powstrzy­muje zaci­ska­nia się mojego żołądka w skom­pli­ko­wany węzeł.

Wzru­sza ramio­nami.

- Badam grunt. Teraz, kiedy ukoń­czy­łem spe­cja­li­za­cję...

- Ukoń­czy­łeś? - wyrywa mi się. Jestem zasko­czona jego wyzna­niem.

Jego uśmiech jest cie­pły, ale nie do końca współ­gra z tym, co wyra­żają oczy. A ja czuję się nie­zręcz­nie, że w ogóle zapy­ta­łam. Oczy­wi­ście, że ukoń­czył. Był tego bli­ski już wtedy, gdy ucie­kłam.

- Wła­ści­wie to nie - szep­cze, przy­bli­ża­jąc się nieco.

Nawet na zatło­czo­nej ulicy jego słowa dzwo­nią mi w uszach. Spo­sób, w jaki na mnie patrzy, spra­wia, że czuję, jakby czy­tał moją duszę. Nagle na mojej twa­rzy poja­wia się wyraz udręki, którą on na pewno dostrzega. Zatrzy­muje moje spoj­rze­nie nieco dłu­żej. Potem pro­stuje się i kon­ty­nu­uje, jakby wcale nie dzie­liło nas tyle czasu:

- Pra­cuję teraz z jed­nym z naj­lep­szych gości z dzie­dziny onko­lo­gii. Lekarka z jego przy­chodni jest na urlo­pie macie­rzyń­skim. Moje zastęp­stwo ma poten­cjał, aby prze­kształ­cić się w peł­no­wy­mia­rową współ­pracę. To może być życiowa szansa. Tak czy ina­czej, muszę zde­cy­do­wać, czy to miej­sce wystar­cza­jąco mi odpo­wiada, by prze­pro­wa­dzić się tu na stałe. Wiesz prze­cież, że moje serce pozo­stało w Char­le­sto­nie. Całą resztę zdaję na los.

Znów to słowo. Czy to los posta­wił go na mojej dro­dze? Jaka jest szansa, że pośli­zgnę się, a on będzie tym, który mnie zła­pie, całe kilo­me­try od naszego rodzin­nego mia­sta?

Ist­nieje wiele powo­dów, dla któ­rych nie powin­nam się nad tym zasta­na­wiać. Naj­waż­niej­szym z nich jest fakt, że wyje­cha­łam z Char­le­stonu po tym, jak on dał mi mnó­stwo powo­dów, bym została.

- Powin­nam wra­cać do pracy. Jestem już spóź­niona - mówię, odwra­ca­jąc wzrok.

Jego ręce powstrzy­mują mnie przed ucieczką, unie­moż­li­wia­jąc mi jaki­kol­wiek ruch. Poważ­nym spoj­rze­niem pró­buje zła­pać ze mną kon­takt wzro­kowy, zanim decy­duje, co chce powie­dzieć.

- Może wysko­czymy na lunch albo kola­cję? Cokol­wiek. Wiem, że naj­bar­dziej lubisz kuch­nię wło­ską. Sły­sza­łem, że nie­da­leko stąd jest jakaś dobra restau­ra­cja.

- Nie wiem - przy­znaję szcze­rze. Przy­ła­puje mój wzrok, ale kie­ruję spoj­rze­nie w pod­łogę, poszu­ku­jąc drogi ucieczki. Mimo że jest naprawdę przy­stoj­nia­kiem, myśl o kon­tak­to­wa­niu się z nim spra­wia mi wiele bólu. Gdy ode­szłam, skrzyw­dzi­łam nie tylko jego. Sie­bie rów­nież.

Unosi pal­cem moją brodę, zmu­sza­jąc mnie, bym spoj­rzała w jego cudowne oczy.

- Nie musimy roz­ma­wiać o prze­szło­ści - Char­le­sto­nie, szpi­talu, o żad­nej z tych rze­czy. Możemy to zro­bić tak, jak­by­śmy spo­tkali się pierw­szy raz. Zacząć zupeł­nie od nowa.

Moje serce galo­puje jak rumak czy­stej krwi pod­czas polo­wa­nia na dzi­kiego zwie­rza.

- Drew...

Znowu potrząsa głową.

- Nie, spró­bujmy cze­goś nowego.

Robi jeden mały krok w tył, po czym podaje mi rękę.

- Cześć, jestem Andy.

- Andy? - jestem pewna, że moje brwi pod­sko­czyły aż do linii wło­sów.

Pochyla się w moją stronę i szep­cze:

- Inne imię mogłoby przy­po­mnieć ci o prze­szło­ści.

Zagry­zam dolną wargę, ponie­waż to imię wzbu­dza przy­pływ nie­przy­jem­nych emo­cji w moim żołądku. Emo­cji, które spra­wiają, że moja twarz się czer­wieni, a po policz­kach spły­wają łzy wiel­kie jak gro­chy. Ucie­kam przed tymi uczu­ciami, podob­nie jak przed męż­czy­zną, który stoi przede mną.

Nie­zdolna uczy­nić nic innego z wycią­gniętą w moim kie­runku dło­nią, ści­skam ją z nie­śmia­łym uśmie­chem.

- Cześć, Andy.

Zatrzy­muje moją dłoń na dłuż­szą chwilę, znacz­nie dłuż­szą, niż zro­biłby to jaki­kol­wiek obcy. Kiedy wresz­cie ją pusz­cza, na jego twa­rzy poja­wia się szel­mow­ski uśmiech, który z całą pew­no­ścią mógłby zostać ode­brany jako zalotny.

- Miło cię poznać, Cate - poru­sza zabaw­nie brwiami - czy dała­byś mi swój numer?

Ta okle­pana fraza powinna zabrzmieć żenu­jąco, ale spo­sób, w jaki ją wypo­wie­dział, był w sta­nie spra­wić, by bie­li­zna każ­dej kobiety stała się wil­gotna.

Odwra­cam wzrok, nie chcąc, żeby zauwa­żył, jak jestem prze­jęta. Co wię­cej, deli­kat­nie dał mi do zro­zu­mie­nia, że wie, iż zmie­ni­łam numer. To ozna­cza, że pomimo całej sytu­acji pró­bo­wał się do mnie dodzwo­nić. Fakt, że nic mi o tym nie mówi, tylko świad­czy na korzyść jego dekla­ra­cji o nowym początku.

Wyciąga dłoń okrytą czarną skó­rzaną ręka­wiczką, by dotknąć mojego policzka, i odrywa mnie od mojej wewnętrz­nej zawie­ru­chy. Zmu­sza mnie, bym sta­nęła twa­rzą w twarz z nim i wła­sną szcze­ro­ścią.

- Widzę, jak twoja śliczna mała główka inten­syw­nie pra­cuje. Jeste­śmy tu, w Waszyng­to­nie, z daleka od wszyst­kiego. Nikt nie musi wie­dzieć - mówi, a potem mnie pusz­cza.

Myśl, że nasza rodzina lub przy­ja­ciele mogliby nabrać choćby naj­mniej­szych podej­rzeń, że w ogóle roz­wa­żamy spo­ty­ka­nie się, prze­raża mnie do sza­leń­stwa. Poza tym na­dal sama sobie nie wyba­czy­łam. Wyrzu­ci­łam z głowy tę myśl. Zebraw­szy się w sobie, wycią­gam tele­fon z kie­szeni. Bóg jeden wie, czy to dobra decy­zja, ale jestem już zmę­czona ucie­ka­niem. Ujmę to ina­czej. Jestem już zmę­czona ucie­ka­niem przed nim.

- A jaki jest twój?

Jego uśmiech spra­wia, że roz­pły­wam się od głowy po czubki pal­ców. Nie odpo­wiada. Opuszka jego scho­wa­nego w ręka­wiczce kciuka prze­suwa się deli­kat­nie po moim policzku.

- Na­dal jesteś tak samo piękna jak tego dnia, gdy ujrza­łem cię po raz pierw­szy.

Jego oczy prze­ni­kają mnie jak laser, tra­fia­jąc impul­sem elek­trycz­nym aż do rdze­nia. Tak jak wtedy czuję zakło­po­ta­nie tym, jak moje ciało na niego reaguje. Sama myśl o jego dotyku każe moim trze­wiom zaci­skać się w ocze­ki­wa­niu.

Obser­wuję, jak jego usta recy­tują numer. Zadzi­wia­jące, że w ogóle jestem w sta­nie go sły­szeć, sku­piona na wyobra­ża­niu sobie tych wszyst­kich rze­czy, które mógłby robić za pomocą swo­ich zręcz­nych ust. Pyta­nie, które wysła­łam, jest pro­ste. Trzy słowa, któ­rych kolej­ność podała mi moja wewnętrzna kocica.

Lunch, kola­cja czy śnia­da­nie?

Po szyb­kim poże­gna­niu ruszam nie­spiesz­nie. Chcąc pierw­szy raz od wie­ków wydać się sexy, wpla­tam w rytm moich kro­ków koły­sa­nie bio­drami tylko po to, by znów się pośli­zgnąć.

Łapie mnie po raz drugi i szep­cze:

- Jeśli będziesz się tak cią­gle prze­wra­cać, pomy­ślę, że chcesz, abym stale trzy­mał na tobie moje dło­nie. A to ozna­cza, że naszym pierw­szym wspól­nym posił­kiem będzie śnia­da­nie.

Para z jego odde­chu dmu­cha pro­sto w mój poli­czek, a jej cie­pło powo­duje, że prze­biega mnie dreszcz. Stoi za moimi ple­cami, więc nie widzę wyrazu jego twa­rzy. Ale dobrze wiem, że maluje się na niej zadzior­ność. Gdy tylko się odwra­cam, by coś powie­dzieć, on już odcho­dzi w prze­ciw­nym kie­runku. Zasy­sam dolną wargę, deli­kat­nie ją przy­gry­za­jąc. Sta­ram się nie czuć pod­eks­cy­to­wa­nia na myśl o lun­chu z Drew... Nie. Andym. Zmu­szam się, by wypchnąć z głowy myśli o prze­szło­ści. Naj­mniej ważną z nich jest ta, jak mogę sobie w ogóle kie­dy­kol­wiek wyba­czyć. Po tym wszyst­kim, co stra­ci­li­śmy, i po moim wyjeź­dzie, ni­gdy bym nie przy­pusz­czała, że on w ogóle będzie chciał mnie jesz­cze kie­dy­kol­wiek widzieć, a tym bar­dziej, że mi wyba­czy.

Tym­cza­sem jakimś cudem w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu minut moje życie obrało zde­cy­do­wany kie­ru­nek. Co gor­sza, nie mogę wyrzu­cić go z głowy. Przez cały czas, odkąd widzia­łam go ostatni raz, usil­nie sta­ra­łam się zapo­mnieć i żyć dalej. Prze­raża mnie fakt, że od cza­sów związku z nim nie spo­ty­ka­łam się z nikim na poważ­nie. Boję się, że odkry­wa­jąc swoje serce, wysta­wiam się na zra­nie­nie. Jed­nak moż­li­wość zje­dze­nia śnia­da­nia w jego towa­rzy­stwie budzi we mnie głód, któ­rego nie jest w sta­nie zaspo­koić jedze­nie.

Kiedy otrzy­muję odpo­wiedź: Kola­cja z moż­li­wo­ścią śnia­da­nia, z pusz­cza­ją­cym oczko emo­ti­ko­nem, zasta­na­wiam się, czy w ogóle mam prawo tak sze­roko się szcze­rzyć.

Dwa

DWA

PRZE­SZŁOŚĆ

Moja współ­lo­ka­torka Jenna zagląda zza futryny. Łapię ją kątem oka. Zna moją zasadę - żad­nego prze­szka­dza­nia, kiedy jestem w trak­cie pracy. Mój nos utkwiony jest w ekra­nie kom­pu­tera, a palce roz­bie­gły się po kla­wia­tu­rze. Ten stos tysiąca ese­jów musi zostać oddany w ciągu pierw­szego mie­siąca tego seme­stru. Jenna nic nie mówi, po pro­stu wkra­cza w prze­strzeń. Nie­stety i tak działa na mnie na tyle roz­pra­sza­jąco, że wytrąca mnie z ciągu myśli i zaczy­nam pisać kom­pletne bzdury.

- Dobra, pod­daję się. Czego chcesz? - pyta­nie zawiera tyle samo humoru co fru­stra­cji.

Krzy­żuje ramiona na piersi, widać, że jest zde­cy­do­wana o czymś mi powie­dzieć.

- Mam newsa - na jej twa­rzy, niczym kwiat, roz­kwita nie­przy­zwo­ity uśmiech.

- Newsa? - marsz­czę się.

- Pamię­tasz przy­ja­ciela mojego brata, który był na impre­zie w zeszły week­end?

- Chyba tak - prawdę mówiąc, nie mam zie­lo­nego poję­cia, o kim ona mówi, ale muszę szybko wró­cić do pisa­nia eseju, który mam oddać już jutro. Poza tym Ben obra­cał się na impre­zie wśród mnó­stwa ludzi. Jestem bli­ska odwró­ce­nia wzroku, ale szybka odpo­wiedź Jenny zatrzy­muje moją uwagę.

- Musisz pamię­tać. Jest uro­czy. Wysoki, włosy pia­skowy blond, nie­bie­skie oczy. Ma na imię Drew?

Jej twarz roz­świe­tla się, jakby była repor­terką bru­kowca, która wła­śnie zna­la­zła histo­rię godną okładki.

- No więc? - bo szcze­rze, tak jak uwiel­biam przy­ja­ciel­skie poga­du­chy, tak cała robota, którą muszę ogar­nąć, zupeł­nie je wyklu­cza.

- Podo­basz mu się. Bar­dzo.

Zawie­szam się na sekundę, kon­cen­tru­jąc się na spo­so­bie, w jaki dodała tę ostat­nią część. Potem potrzą­sam głową.

- I dla­tego wytrą­casz mnie z transu, wariatko? - z uśmie­chem rzu­cam w jej kie­runku dłu­go­pi­sem wycią­gnię­tym zza ucha.

- Hej! - śmieje się, wie­dząc, że zła­pa­łam przy­nętę - Drew jest gorący. Nie­ziem­sko gorący. Jak słodki grzech.

- No dobra, po pierw­sze, nie mam czasu na Nie­ziem­sko Gorą­cego Drew. A po dru­gie, jaki u licha słodki grzech?

- Jak gorąca pianka mar­sh­mal­low z cze­ko­ladą na kra­ker­sie. Taki. Nawet lep­szy. A dobrze wiesz, jak kocham pianki na kra­ker­sach.

Kręcę głową, bo Jenna zawsze była zwa­rio­wana na punk­cie chło­pa­ków. Na szczę­ście dla niej uda­wało jej się spo­ty­kać tych wła­ści­wych.

- Jak­kol­wiek smacz­nie to brzmi, jestem teraz za bar­dzo zajęta. Muszę utrzy­mać dobre oceny, jeśli chcę zacho­wać sty­pen­dium - sku­piam się z powro­tem na kom­pu­te­rze i pró­buję sobie przy­po­mnieć, co wła­śnie zamie­rza­łam napi­sać.

- Jezu, Cate, w kółko tylko uczysz się i piszesz. Prak­tycz­nie siłą musia­łam cię zacią­gnąć na tamtą imprezę w sobotę. Przy­się­gam, gdyby nie to, że Ben jest w mie­ście, pew­nie ni­gdy byś nie poszła.

Zata­czam głową kółko, pró­bu­jąc roz­luź­nić sztyw­ność karku.

- Wiesz prze­cież, czemu nie mogę sobie odpu­ścić. Jeśli stracę sty­pen­dium, nie będę mogła opła­cić cze­snego. Nawet teraz ledwo stać mnie na cokol­wiek wię­cej niż to, co pokrywa sty­pen­dium. Rodzice ostrze­gali mnie, jak wygląda nasza sytu­acja finan­sowa, kiedy decy­do­wa­łam się pójść tutaj do szkoły.

Patrzy na mnie, jakby zapo­mniała. Wzdy­cham.

- Wszystko zależy ode mnie - w końcu udaje mi się to powie­dzieć w nadziei, że zapa­mięta. - Moja rodzina nie ma pie­nię­dzy w prze­ci­wień­stwie do two­jej. Muszę utrzy­mać dobre oceny. Pra­wie to zawa­li­łam przez jakie­goś dupka.

Jenna marsz­czy czoło.

- Jezu, Cate, jedna mała prze­rwa cię nie zbawi.

- Ow­szem, byłam na impre­zie, co nie? Upi­łam się. Nie pamię­tam połowy rze­czy, które tam robi­łam. Poza tym ostat­nim razem, kiedy poświę­ci­łam swoją uwagę face­towi, sporo mnie to kosz­to­wało. Wycią­gnę­łam solidną lek­cję z tam­tego razu. Pamię­tasz?

- Tak, ale myśla­łam, że mówisz o tym, jak...

Muszę ją powstrzy­mać. Lepiej, żeby to jedno wspo­mnie­nie pozo­stało w mro­kach nie­pa­mięci. Moja dłoń poszy­bo­wała w powie­trze wraz z gło­śnym jękiem.

- To była jebana kata­strofa od początku do końca. Pró­bo­wa­łam iść do łóżka z kre­ty­nem i wiesz, jak to się skoń­czyło.

Pod­biega i przy­tula mnie.

- Tak mi przy­kro. Wiem, że cię zra­nił.

- Tak, nawet gorzej, to było poni­ża­jące - mam­ro­czę w jej ramię. - Nie tylko. Moje oceny poszy­bo­wały z hukiem w dół. Nie chcę znów przez to prze­cho­dzić. Biorę dodat­kowe lek­cje i haruję dwa razy wię­cej, żeby się wycią­gnąć w tym seme­strze. Więc nie. W tym momen­cie nie biorę pod uwagę pianki na kra­ker­sie. Chcia­ła­bym, żeby było ina­czej.

Jenna wiąże włosy w nie­dbały koczek, opla­ta­jąc go gumką do wło­sów.

- Myśla­łam, że skoro w sobotę poświę­ci­łaś tyle czasu, miz­drząc się do niego i zaga­du­jąc, to jesteś nim zain­te­re­so­wana.

Marsz­cząc się, mówię:

- Mhm, tak, to brzmi podej­rza­nie jak na mnie.

- Czyli jesteś na tak?

- Chcia­ła­bym, ale nauka jest na pierw­szym miej­scu. A teraz spa­daj, żebym mogła cokol­wiek dziś dokoń­czyć.

Wyśli­zguje się za drzwi, a ja wra­cam do pracy. Teraz jed­nak muszę wycza­ro­wać jakieś bzdury, bo poprzed­nia myśl kom­plet­nie mi ule­ciała. Niech to szlag. Po jakichś dwu­dzie­stu minu­tach wstaję i stwier­dzam, że pójdę pobie­gać. Bie­ga­nie zawsze pomaga mi zebrać myśli. Wiążę buty i zni­kam za drzwiami. Czter­dzie­ści minut póź­niej, kiedy jestem już z powro­tem, na sto­liku stoi piękny bukiet kwia­tów.

- Był kurier, kiedy cię nie było - ogła­sza Jenna z uśmiesz­kiem na twa­rzy.

Opie­ram dło­nie na bla­cie i roz­cią­gam łydki, pod­czas gdy moja cie­ka­wość skła­nia mnie ku małej bia­łej kar­teczce z napi­sem: Cate For­bes.

- Od kogo?

- Zga­duję, że od Drew, ot co - odpo­wiada Jenna, zbli­ża­jąc do mnie twarz.

- No tak - wybu­cham śmie­chem, bo dobrze znam swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę - kupi­łaś je, a teraz uda­jesz, że są od Drew, prawda?

Jenna aku­rat ma na tyle przy­zwo­ito­ści, by wyglą­dać na obu­rzoną. Z ręką na piersi odpo­wiada:

- Serio? Myślisz, że zro­bi­ła­bym coś takiego?

- Ow­szem, tak myślę - kiwam głową.

- Kurwa. Nie masz o mnie zbyt dobrego zda­nia, co nie?

- Ależ mam. Kocham cię, naprawdę. Ale jak się na coś uprzesz, zbo­czona Jenna wkra­cza z pełną mocą.

Wywraca oczami i chi­cho­cze.

- No dobra, więc nie wysła­łam tych kwia­tów, ale teraz żałuję, że tego nie zro­bi­łam.

OK, to kom­pli­kuje sprawę.

- Naprawdę to nie ty?

- Przy­się­gam na mały palec, jeśli chcesz - pod­nosi palec w górę.

Więc jeśli to nie ona, musiał to zro­bić ten koleś, Drew. Wra­cam znów do kwia­tów i nie­pewną dło­nią się­gam po dołą­czony do nich bile­cik.

- Nie ugry­zie cię, jakby co - sar­ka­styczna uwaga Jenny dosięga mnie z dru­giego końca pokoju.

Pod­no­szę kartkę i odczy­tuję.

Chciał­bym dostać szansę zapro­sze­nia Cię na kola­cję.

Drew McK­ni­ght

- I co napi­sał?

- No nie - beł­ko­czę zmie­szana - zapro­sił mnie na kola­cję. A one są piękne. Ni­gdy wcze­śniej nie dosta­łam kwia­tów. - Pochy­lam się, aby poczuć ich zapach.

- Ow­szem. I na kiedy cię zapro­sił? I nie marszcz się. Wiesz prze­cież, co powta­rza moja mama: to nie­za­wodny spo­sób, aby naba­wić się przed­wcze­snych zmarsz­czek.

Cała sytu­acja z kwia­tami wpra­wiła mnie w oszo­ło­mie­nie. Nikt wcze­śniej nie zro­bił dla mnie nic tak słod­kiego jak to.

- Nie podał kon­kret­nej daty, napi­sał tylko, że chciałby mnie zapro­sić.

- O mój Boże.

- Niech ci się nie robi od tego tak mokro - mówię, ale w rze­czy­wi­sto­ści to ja tu jestem tą, która się nakręca.

- Jesteś pewna, że go nie pamię­tasz? Był z moim bra­tem przez całą noc. I mie­li­ście cał­kiem miłą małą poga­wędkę.

- Nie, nie pamię­tam go! - pisz­czę, łapiąc ją za rękę. - Pomóż mi, Jenna! Byłam nawa­lona. Ledwo pamię­tam, że widzia­łam Bena - total­nie urwał mi się film tam­tej nocy. - Cze­kaj. Przy­ja­ciel Bena... W jakim wieku jest ten koleś?

- W tym samym co Ben.

- Co? Czyli to by było ile? Dwa­dzie­ścia sie­dem?

- No, coś takiego.

- Jezu. To jak dzia­dek. Nie ma mowy, żebym spo­ty­kała się z kimś w tym wieku.

- Jest na dru­gim roku rezy­den­tury. Jest leka­rzem - mówi to w taki spo­sób, jakby machała mi przed twa­rzą złotą mar­chewką.

- I? Czy to cokol­wiek zmie­nia w kwe­stii rand­ko­wa­nia? Nie obcho­dzi mnie, czy jest synem pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Jest dla mnie za stary. Praw­do­po­dob­nie mógłby już szu­kać żony czy cokol­wiek. Ja sta­ram się skoń­czyć szkołę, a nie zało­żyć rodzinę.

- Kurwa, Cate, wylu­zuj. To nie jest tak, że on jest od cie­bie o dwa­dzie­ścia lat star­szy. Tylko o sie­dem. To wszystko. Wiele dziew­czyn w twoim wieku uma­wia się z face­tami o sie­dem lat od sie­bie star­szymi.

- O, czyżby? Na przy­kład kto?

- Na przy­kład ta Scar­lett z pierw­szego roku, która cho­dzi z nami na angiel­ski. Ona się uma­wiała.

- No i spała pra­wie ze wszyst­kimi chło­pa­kami z Pur­due. Utrzy­muje całą dru­żynę Boiler­ma­kers na wyso­kich obro­tach. W zeszłym roku w poje­dynkę obsłu­gi­wała oral­nie wszyst­kich gości z czwar­tego roku inży­nie­rii mecha­nicz­nej.

- To czy­ste przy­pusz­cze­nia.

- Czy­ste? To nie jest słowo, któ­rego uży­ła­bym w zda­niu doty­czą­cym Scar­lett.

- Kurwa, jaka ty jesteś uparta. Po pro­stu się z nim umów. Jedna randka. Jeśli ci się nie spodoba lub po wszyst­kim stwier­dzisz, że jed­nak jest za stary, wtedy OK. Nie musisz się z nim wię­cej spo­ty­kać.

Kiedy się lepiej nad tym zasta­na­wiam, musiało wtedy mię­dzy nami zaiskrzyć, skoro spę­dzi­łam z nim czas na tej impre­zie, nawet jeśli byłam pijana. To nie jest coś, co zazwy­czaj mi się zda­rza. Bar­dziej w moim stylu jest trzy­mać się z daleka od wszel­kich face­tów.

- OK, zro­bię to. Daj mu mój numer. Ale pro­szę, odpuść sobie, jeśli to nie wypali, zwłasz­cza że to przy­ja­ciel Bena.

- Tym się nie martw, kochana.

Póź­niej tej nocy prze­glą­dam listę ese­jów, które mam do napi­sa­nia, i spraw­dzam, jak wiele z nich będzie wyma­gało dużo pracy pod kątem zebra­nia źró­deł. Robie­nie dwóch kie­run­ków to nie bułka z masłem, ale nie mogłam doko­nać wyboru mię­dzy księ­go­wo­ścią a dzien­ni­kar­stwem, więc oto sie­dzę na dupie i piszę. Ale tak szcze­rze - kocham to.

Kiedy dzwoni tele­fon, odbie­ram, nie patrząc nawet, kto jest po dru­giej stro­nie. Zga­duję, że mama. Zazwy­czaj dzwoni o tej godzi­nie, bo wie, że to naj­lep­szy moment, żeby mnie zła­pać.

- Hej, mamo.

Odpo­wiada mi sza­le­nie sek­sowny głos:

- Uhm, to nie mama. Z tej strony Drew... - kiedy nie odpo­wia­dam, dodaje: - McK­ni­ght.

Cho­lera. Drew. Facet od kwia­tów i randki. Dzia­dek!

- O, hej! C-co tam? - jąkam się. Ogar­nia mnie ta dziwna ner­wo­wość, ponie­waż nie pamię­tam nic, co go doty­czy, i nagle czuję się z tym okrop­nie. Ale jeśli cho­ciaż w poło­wie jest tak przy­stojny, jak brzmi lub jak mówi Jenna, to ozna­cza, że mam kło­poty.

- Jenna dała mi twój numer - jego głos jest cie­pły i ser­deczny i przy­po­mina mi, od jak dawna są zanie­dby­wane moje kobiece strefy.

- Tak! Bar­dzo ci dzię­kuję za kwiaty. Są prze­piękne. To słod­kie - dodaję.

- Cie­szę się. Ja, hm, nie wie­dzia­łem, w jaki jesz­cze spo­sób mógł­bym spra­wić, żebyś zgo­dziła się ze mną umó­wić.

Teraz czuję się źle. Jak suka, przez którą musiał aż tak kom­bi­no­wać.

- Oj, ja nie...

- Nie ma pro­blemu, Cate. Po pro­stu chcia­łem, żebyś posma­ko­wała mojego porząd­nego, sta­ro­mod­nego uroku połu­dniowca - wyczu­wam uśmiech skryty za tymi sło­wami i natych­miast robi mi się lepiej.

- No więc podzia­łało. Jak mogła­bym powie­dzieć "nie" kwia­tom? - czy ja wła­śnie z nim flir­tuję? Muszę wziąć się w garść. Robi ogromny wyłom w murze, który posta­wi­łam wokół tematu rand­ko­wa­nia, i muszę sama sobie przy­po­mi­nać, że nie mam na to czasu.

- Jesteś zajęta w sobotę?

Zajęta? Kto pyta kogoś, czy jest zajęty? Muszę hamo­wać śmiech.

- Pozwól, że spraw­dzę - oczy­wi­ście, że nie jestem, ale nie chcę, by pomy­ślał, że fak­tycz­nie jestem taką fra­jerką. Pozwa­lam więc minąć kilku sekun­dom, zanim odpo­wiem: - Nie, jestem wolna - słowa wymy­kają mi się, bo Jenna ma rację. Spę­dzam sta­now­czo za dużo czasu przed kom­pu­te­rem. Jedna noc nie­win­nej zabawy nie sprawi, że stracę sty­pen­dium.

- Świet­nie! Chciał­bym zabrać cię na kola­cję.

- Dobrze - prze­ry­wam, bo na mojej twa­rzy poja­wia się uśmiech. Przy­gry­zam wargę, by go powstrzy­mać. Tak będzie lepiej. - Chęt­nie gdzieś wyjdę - rzu­cam.

- Nie, przy­jadę po cie­bie. Pasuje ci siódma?

- Siódma? Ide­al­nie. Mogę wysłać ci mój adres ese­me­sem.

- Nie trzeba. Wysła­łem ci kwiaty, pamię­tasz? Ben był tak miły i mi dał twój adres.

Cho­lera. Jestem idiotką.

- Och, racja.

- Prawda jest taka, Cate, że poma­ga­łem Benowi przy prze­pro­wadzce Jenny.

- Och - to mnie zasko­czyło. - Nie wie­dzia­łam.

- Lubisz wło­ską kuch­nię?

- Lubię każdą, ale wło­ska to moja ulu­biona.

- Wspa­niale, to zjemy coś wło­skiego. Atmos­fera cał­kiem swo­bodna.

- Brzmi świet­nie - zbie­ram się, by zakoń­czyć roz­mowę, ale coś mnie powstrzy­muje. - Mogę cię o coś zapy­tać?

- Pew­nie.

Bio­rąc głę­boki oddech, wyrzu­cam z sie­bie:

- Dla­czego ja? Prze­cież jestem tylko stu­dentką trze­ciego roku i w zasa­dzie się nie znamy poza imprezą.

- Kiedy na impre­zie zapy­ta­łem Bena o cie­bie, ochrza­nił mnie, co mnie jesz­cze bar­dziej zain­try­go­wało, więc cię odszu­ka­łem. Po naszej roz­mo­wie wie­dzia­łem, że chcę cię lepiej poznać.

Żuję koń­cówkę mojego dłu­go­pisu.

- Naszej roz­mo­wie?

- Tak. Roz­ma­wia­li­śmy o Char­le­sto­nie.

- Mhm...

Jego chi­chot jest mroczny, z odu­rza­ją­cym ude­rze­niem, jak whi­skey spły­wa­jąca do gar­dła przy pierw­szym łyku.

- Nie pamię­tasz tego, prawda?

- Nie będę kła­mać. Nie pamię­tam. Prze­pra­szam. To wina alko­holu.

- Lubisz tę pio­senkę, co?2 - par­ska śmie­chem. - Roz­ma­wia­li­śmy o tym, jakie to zabawne, że ni­gdy się nie spo­tka­li­śmy, cho­ciaż oboje jeste­śmy z Char­le­stonu i ty przy­jaź­nisz się z Jenną, a ja z Benem. Coś ci dzwoni?

Moja ręka auto­ma­tycz­nie dotyka karku, dra­pie go. O Boże, dla­czego tego nie pamię­tam? Ni­gdy wię­cej nie piję.

- Nie i strasz­nie głu­pio mi to przy­znać.

Znowu wybu­cha śmie­chem i tym razem jego dźwięk wywo­łuje dresz­cze spły­wa­jące w dół mojego krę­go­słupa.

- Cate, nie przej­muj się tym. Chcesz wie­dzieć, co jesz­cze mi powie­dzia­łaś?

- O Boże. Nie jestem pewna - mam­ro­czę.

Głę­bo­kie dud­nie­nie jego śmie­chu spra­wia, że zaci­ska mi się żołą­dek. O co cho­dzi z tym typem? I czemu nie mogę sobie przy­po­mnieć, jak wygląda, niech to szlag!

- To nic złego, serio.

- OK, więc co?

- Chcia­łaś wie­dzieć, co taki facet jak ja robi na takiej impre­zie. Powie­dzia­łem, że wpa­dłem z Benem. Wtedy chcia­łaś poznać szcze­góły. Przy­zna­łem ci się, czym się zaj­muję, a ty wyszep­ta­łaś mi do ucha, że gdy­bym był gine­ko­lo­giem, ni­gdy nie przy­szła­byś do mojego gabi­netu, bo oba­wia­ła­byś się, że poczu­jesz zakło­po­ta­nie pod­czas bada­nia.

Jezu­sie Naza­reń­ski. Zakry­wam twarz poduszką. Czuję się total­nie upo­ko­rzona i nie wiem, co powie­dzieć.

- Cate, jesteś tam?

- Uuugg­ghhh - wydaję z sie­bie jęk. Jest gorzej, niż się spo­dzie­wa­łam.

- To było cał­kiem sek­sowne, muszę przy­znać.

- Czy zro­bi­łam jesz­cze coś, co na zawsze wypa­czy mi obraz mojego życia?

- Nie, mówi­łaś tylko parę razy, że jestem sek­sowny, ale nie pamię­tam szcze­gó­łów.

Prze­tłu­maczmy to jako - nie chcę cię dalej pogrą­żać.

- Sek­sowny? Powie­dzia­łam ci w twarz, że jesteś sek­sowny? - tem­pe­ra­tura moich policz­ków praw­do­po­dob­nie roz­topi mi skórę.

- Tak. I przy­bra­łaś wszyst­kie odcie­nie czer­wieni, gdy uświa­do­mi­łaś sobie, że powie­dzia­łaś to na głos.

Pró­buję ode­zwać się znowu, ale moje słowa brzmią nie­wy­raź­nie, ponie­waż znów ukry­łam twarz w poduszce. Sia­dam i decy­duję się teraz to wyja­śnić.

- Więc pozo­staje pyta­nie, dla­czego chcesz umó­wić się z dziew­czyną, która zro­biła z sie­bie idiotkę przy pierw­szym spo­tka­niu.

- Jeśli mam być szczery, Cate, twoja otwar­tość wydała mi się orzeź­wia­jąca, zwłasz­cza w przy­padku tak pięk­nej kobiety jak ty. Nawet w nieco nie­trzeź­wym sta­nie byłaś dow­cipna i uwo­dzi­ciel­ska. Gdy­bym mógł cię prze­ko­nać, żeby­śmy poszli do mnie, zro­bił­bym to. Tyle że Ben by mnie zabił.

Moje usta roz­cią­gnęły się w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Tak?

- Tak.

Moje ciało zapło­nęło na to wyzna­nie. A to tylko roz­mowa przez tele­fon. Co dopiero, cho­lera, kiedy zoba­czę go na żywo?

- OK, w takim razie, Drew, do zoba­cze­nia.

- Świet­nie. A, Cate?

- Tak?

- Obie­cuję, że nie będę zacho­wy­wał się jak dzia­dek. Do zoba­cze­nia o siód­mej w sobotę. - Żar­to­bli­wość jego tonu jest wyraźna.

Zabiję Jennę. Bar­dzo powoli i bole­śnie.

*

Dokład­nie o siód­mej w sobotę dźwię­czy dzwo­nek do moich drzwi. Kiedy je otwie­ram, patrzę pro­sto w parę naj­pięk­niej­szych modrych oczu na świe­cie. Ich kąciki marsz­czą się, kiedy ich wła­ści­ciel się uśmie­cha, a wtedy uka­zuje mi się peł­nia obrazu. Drew w żad­nym wypadku nie jest dziad­kiem. Bez­sprzecz­nie jest nie­ziem­sko gorący. Gorąca pianka mar­sh­mal­low z kawał­kiem cze­ko­lady na kra­ker­sie, mówiąc sło­wami Jenny. A moimi - deser lodowy z gorącą polewą krów­kową, z bitą śmie­taną i wisienką na górze, a do tego cze­ko­la­dowe ciastko z lukrem.

Jego głowę okry­wają grube, falo­wane włosy w kolo­rze pia­sko­wego brązu muśnięte poca­łun­kiem słońca. Są zmierz­wione, jakby wła­śnie prze­su­nął przez nie dło­nią, ale spra­wiają, że sama chcę zanu­rzyć w nich palce i bawić się nimi pod­czas seksu. Bar­dzo nie­grzecz­nie. Wyso­kie kości policz­kowe, nie za mały i nie za duży nos i usta, na widok któ­rych muszę prze­łknąć, żeby nie zacząć się śli­nić, two­rzą razem piękną twarz. Ide­alne zęby lśnią w nie­usta­ją­cym uśmie­chu. To nie jest typowy chło­pak z col­lege'u. Bra­kuje mi słów. Jak, do dia­bła, mogłam zapo­mnieć taką twarz?

- Rozu­miem, że się zga­dzasz? - jego głos także jest ide­alny. Połu­dniowy akcent, za któ­rym tak tęsk­nię, odkąd miesz­kam tu, na środ­ko­wym zacho­dzie, wywo­łuje sze­roki uśmiech na mojej twa­rzy.

- Prze­pra­szam. Po pro­stu chcia­łam spraw­dzić, czy cokol­wiek sobie przy­po­mnę, patrząc na cie­bie - nie jest to prawda i jestem pra­wie pewna, że on o tym wie.

Chi­cho­cze, kiedy rzu­cam mu kilka kolej­nych ukrad­ko­wych spoj­rzeń. Ma sze­ro­kie ramiona i dużą klatę zwę­ża­jącą się w kie­runku talii. Moje hor­mony sza­leją jak u nasto­latki, kiedy śli­nię się na myśl o zaj­rze­niu pod jego zapiętą koszulę. Chcia­ła­bym zoba­czyć, czy ma sze­ścio-, czy też ośmio­pak. Jestem też cie­kawa, czy dół jego brzu­cha ma kształt litery V, bo jestem cho­ler­nie pewna, że tak. Ma na sobie ciemne dżinsy opusz­czone nisko na bio­dra, cia­sno przy­le­ga­jące do ciała. Mam ochotę popro­sić go, by się obró­cił, żebym mogła przyj­rzeć się jego poślad­kom, ale powstrzy­muję się.

- No więc? - jego szel­mow­ski uśmiech tylko dodaje mu uroku.

- Dobra, przy­ła­pa­łeś mnie - uno­szę dło­nie do góry. Zawsze byłam nie­śmiała i zwie­rzam się wyłącz­nie Jen­nie. Wydaje mi się, że to, co mia­łam za ukrad­kowe spoj­rze­nia, nie było aż tak nie­zau­wa­żalne, jak pla­no­wa­łam. Co do cho­lery we mnie wstą­piło?

Z ser­decz­nym śmie­chem odrzuca głowę w tył.

By szybko zmyć z sie­bie podej­rze­nia, wyrzu­cam:

- Pomy­śla­łam, że tak będzie spra­wie­dli­wie, ponie­waż na impre­zie byłam pijana i nie pamię­tam naszego spo­tka­nia. Jestem pewna, że mia­łeś mnó­stwo czasu, żeby mnie sobie obej­rzeć, więc stwier­dzi­łam, że teraz wyko­rzy­stam swoją szansę.

- Mam nadzieję, że cię nie zawio­dłem - mówi, pochy­la­jąc głowę.

- W żad­nym wypadku - odsła­niam zęby w uśmie­chu. Jeśli nic wię­cej z tego nie wyj­dzie, mocno roz­wa­żam cho­ciaż jedną noc. To kom­plet­nie nie w moim stylu, ale, cho­lera, on jest tego wart.

Powstrzy­muje uśmiech, ale widzę, że z wysił­kiem.

- W takim razie, pani For­bes, czy jest pani gotowa udać się ze mną na kola­cję? - pyta, ofe­ru­jąc mi swoje ramię.

- Jak naj­bar­dziej - chwy­tam małą torebkę, w któ­rej mam tele­fon i klu­cze, zanim podam mu dłoń.

Zamy­kam drzwi i ruszamy w kie­runku toyoty 4-run­ner. Nie jest to naj­now­szy model, ale także nie stary. Nie­sa­mo­wi­cie lśni czy­sto­ścią, nie jak moja nie­ogar­nięta, zaba­ła­ga­niona honda civic. Bła­gam, niech Drew nie będzie pedan­tem. Jeśli jest, może mnie nie polu­bić i skoń­czyć to, zanim w ogóle się zaczęło. Co dziwne, czuję, że była­bym roz­cza­ro­wana, gdyby tak się stało.

- Jenna mówiła, że stu­diu­jesz dwa kie­runki: księ­go­wość i dzien­ni­kar­stwo.

- To prawda. Co jesz­cze Jenna o mnie mówiła? - sztur­cham go żar­to­bli­wie.

- Nie złość się na nią. Zadrę­cza­łem ją od kilku dni. Na początku nie bar­dzo chciała mówić, dopóki jej nie zamę­czy­łem. Powi­nie­nem cię ostrzec. Potra­fię być taki.

- O nie, tylko nie to! - udaję zasko­cze­nie. Odnosi to zamie­rzony sku­tek, Drew wybu­cha śmie­chem.

- O tak. Mia­łem naj­lep­szą nauczy­cielkę. Moją matkę.

- Hmm. Przy­naj­mniej mnie ostrze­głeś.

- Więc?

To jedno słowo powo­duje, że sku­piam się na jego ustach. Zaj­muje mi sekundę, by prze­nieść wzrok z powro­tem na jego oczy.

- Tak. Dwa kie­runki. Na początku stu­dio­wa­łam tylko biz­nes, ale to nie było dla mnie. Potem odkry­łam księ­go­wość i się zako­cha­łam. A że zawsze mia­łam dryg do pisa­nia, uzna­łam, że może mogła­bym połą­czyć oby­dwa w dzien­ni­kar­stwo biz­nesowe lub pra­co­wać dla kor­po­ra­cji i pisać tek­sty na temat zarzą­dza­nia. Jesz­cze nie wiem.

- Brzmi jak dobry plan - ma cie­pły uśmiech i bar­dzo łatwo mi się z nim roz­ma­wia. Bałam się, że roz­mowa będzie z mojej strony wymu­szona. Zda­nia wyle­wają się ze mnie, jak­bym cier­piała na gorączkę sło­wo­toczną.

- Taki na pół gwizdka, jak mówi mój tata. Jest prze­ko­nany, że skoń­czę w pod­rzęd­nej robo­cie gdzieś tam - śmieję się i potrzą­sam głową na myśl o rodzi­nie.

- No tak, rodzice potra­fią być albo naj­więk­szym wspar­ciem, albo naj­cięż­szą prze­szkodą w tych spra­wach. Powin­naś iść za gło­sem serca.

Uśmie­cham się. Nie­wielu ludzi widzi moją logikę w połą­cze­niu tych dwóch kie­run­ków.

- Dzięki - mówię, stu­ka­jąc go w ramię. - Miło to sły­szeć, bo nawet Jenna uważa, że osza­la­łam. Daje mi w kość, ponie­waż cią­gle się uczę.

- To dobrze być ambit­nym, Cate. Nie każdy taki jest.

Wygła­dzam sukienkę na kola­nach.

- Nie nazwa­ła­bym tego od razu ambi­cją. To kwe­stia koniecz­no­ści - tłu­ma­czę mój układ z rodzi­cami i sty­pen­diami.

- Ach, rozu­miem. Ale rze­czy tego rodzaju moty­wują jesz­cze bar­dziej. Ja widzę to tak: mogła­byś pójść łatwą drogą i wybrać szkołę, któ­rej chcieli twoi rodzice. Zamiast tego wybra­łaś Pur­due i ciężko pra­cu­jesz, żeby tu pozo­stać. To twój wybór, prawda?

- No tak. Kiedy mówisz o tym w ten spo­sób, to myślę, że tak - Drew spra­wia, że czuję się dobrze z tym, że muszę się dużo uczyć. Wszy­scy pozo­stali, włą­cza­jąc w to moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę, mi to utrud­niają.

Patrzę na jego pro­fil, kiedy pro­wa­dzi, i widzę, jak jego usta ukła­dają się w uśmiech. Jest zupeł­nie inny, niż się spo­dzie­wa­łam. A czego się spo­dzie­wa­łam? Jakie­goś star­szego gościa. Dla­czego? Nie wiem. Za sie­dem lat będę w tym samym wieku. Czy będę się uwa­żała za starą? Odrzu­cam tę myśl, widząc, jak nie­do­rzeczne były moje obawy.

- Czemu tak zamil­kłaś? - rzuca mi spoj­rze­nie, a potem z powro­tem kon­cen­truje się na dro­dze.

- Szcze­rze? - powin­nam czuć się głu­pio, ale tak nie jest. Drew wydaje się życz­liwy.

- Tak.

- Przez kilka rze­czy. Pierw­sza, rozu­miesz, dla­czego spę­dzam tyle czasu na nauce. Wszy­scy inni uwa­żają, że to głu­pie. A druga, pomy­śla­łam, że dwa­dzie­ścia sie­dem lat to nie jest w sumie tak dużo.

- Och, a więc może nie jestem takim dziad­kiem - pusz­cza oczko w moją stronę.

Kręcę głową.

- Nie mogę uwie­rzyć, że Jenna ci o tym powie­działa.

- Nie złość się na nią. Jak mówi­łem, jestem prze­ko­nu­jący. Musia­łem wie­dzieć, czemu jesteś tak prze­ciwna naszemu spo­tka­niu. Potem uzna­łem, że to zabawne. Z tej strony stary McK­ni­ght.

Brzmi komicz­nie, kiedy tak o tym mówi.

- To czę­ściowo przez to, że nie uma­wiam się z chło­pa­kami, bo muszę zadbać o naj­lep­sze oceny. Więc przy­jaź­ni­cie się z Benem? - pytam.

- Tak. Od przed­szkola.

- To takie zabawne, że wszy­scy jeste­śmy z Char­le­stonu, co nie?

- Tak, ale śmiesz­niej­sze jest to, że nie pamię­tasz naszej roz­mowy na ten temat - mówi, szcze­rząc się w uśmie­chu.

Cho­wam twarz w dło­niach.

- Boże. Tak mi wstyd. Nie wie­rzę, że jestem taka głu­pia. Powiedz mi więc, co mi umknęło.

- Jedy­nie to, że przy­jaź­nię się z Benem od przed­szkola, tak jak ty i Jenna.

- To nie­sa­mo­wite! - ude­rzam się w kolana. Wystar­cza­jąco dziwne jest, że Jenna i ja, obie z Char­le­stonu, jeste­śmy tu w Pur­due. Więk­szość połu­dniow­ców ni­gdy nie wyjeż­dża z Połu­dnia. Ni­gdy. Chyba że mają jakiś bar­dzo istotny powód, jak poślu­bie­nie milio­nera, praca warta miliony czy coś w tym stylu. Poza tym połu­dniowcy rzadko idą do col­lege'u na pół­nocy, chyba że zależy im na dyplo­mie w dzie­dzi­nie, któ­rej nie mogą stu­dio­wać na uczelni na Połu­dniu. Ale serio? Czy to w ogóle moż­liwe? Więc jak Jenna i ja wylą­do­wa­ły­śmy w Pur­due? Ponie­waż jej brat Ben tu przy­je­chał i ZAKO­CHAŁ SIĘ w tym miej­scu, a przy­naj­mniej to sły­sza­ły­śmy przez ostat­nie cztery lata. Jenna prze­ko­nała mnie zatem, bym przy­je­chała tu razem z nią i, muszę to przy­znać, rów­nież się zako­cha­łam.

- Więc dla­czego ni­gdy o tobie nie sły­sza­łam?

Uniósł rękę w geście nie­wie­dzy.

- Nie mam poję­cia. Patrz, co cię omi­nęło przez cały ten czas - wybu­cha śmie­chem, uka­zu­jąc per­ło­wo­białe zęby.

Niech to szlag. Skręcę Jen­nie kark, jak tylko ją zoba­czę. A kiedy się nad tym zasta­no­wić, to dla­czego Jenna ni­gdy nie uga­niała się za Drew? Ni­gdy o nim nie mówiła. Ni­gdy.

W nie­kon­tro­lo­wany spo­sób wyrzu­cam z sie­bie na głos:

- Dla­czego Jenna ni­gdy nawet o tobie nie wspo­mniała? Serio, przez te wszyst­kie lata myślę, że sły­sza­ła­bym o tobie.

Jego twarz przy­biera naj­pięk­niej­szy odcień różu. Fala wędruje po same czubki jego uszu.

- Może przez róż­nicę wieku. Dzia­dek, sama rozu­miesz. Pomyśl. Ben i ja byli­śmy w liceum, kiedy ty i Jenna cho­dzi­ły­ście do pod­sta­wówki lub gim­na­zjum - pusz­cza mi oczko. Potem wyraz jego twa­rzy robi się posępny. - Ale byłem w poważ­nym związku jesz­cze dwa lata temu.

- Ach. Prze­pra­szam. Nie chcia­łam być wścib­ska - teraz to ma sens, ale wolę się trzy­mać z daleka od zawo­dów miło­snych.

- Tak, spo­ty­ka­łem się z nią w col­lege'u i byłem pewien, że weź­miemy ślub, ale ona posta­no­wiła ina­czej. Zerwała ze mną w trak­cie mojego trze­ciego roku szkoły medycz­nej.

- Och.

- Będę z tobą szczery. Znio­słem to nie­zbyt dobrze. Więc tak, pew­nie dla­tego.

- Rozu­miem - doko­na­łam paru obli­czeń w gło­wie. - Więc skoro było to ponad dwa lata temu, można uznać to za zawód miło­sny?

O cho­lera. Czy serio powie­dzia­łam to gło­śno?

- Zawód miło­sny? Uwa­żasz, że prze­ży­wam na­dal zawód miło­sny? - par­kuje samo­chód i spo­gląda w kie­runku restau­ra­cji.

- Ja, uhm... - zasy­sam powie­trze przez zęby - nie mia­łeś tego sły­szeć. Obli­cza­łam czas w swo­jej gło­wie.

Obraca się na swoim sie­dze­niu i wbija we mnie wzrok. Zostaję przy­szpi­lona do miej­sca przez te cho­ler­nie nie­bie­skie oczy. Są naprawdę nie­sa­mo­wite.

- Nie prze­ży­wam już zawodu miło­snego. Przez wiele mie­sięcy nie byłem w sta­nie nawet ode­zwać się do kobiety. Pra­wie przez rok, jeśli mam być pre­cy­zyjny. Potem byłem na kilku rand­kach i zaprze­sta­łem. Po pro­stu nie czu­łem się gotowy. Ale w końcu zosta­wi­łem to za sobą. Kiedy odpu­ści­łem, zro­zu­mia­łem, że nie byli­śmy dla sie­bie stwo­rzeni. Mie­li­śmy zupeł­nie różne wizje życia. Kiedy to się stało, wszystko jakby wsko­czyło na swoje miej­sce. Minęły już ponad dwa lata, pra­wie trzy od roz­sta­nia, i jestem teraz szczę­śliw­szy niż kie­dy­kol­wiek. Więc nie. Nie prze­ży­wam na­dal zawodu miło­snego, Cate.

- Dzię­kuję. Nie musia­łeś mi tego wszyst­kiego mówić.

- Nie, nie musia­łem - stwier­dza to z wdzięcz­no­ścią. - Ale to dziwne, że jeste­śmy z tego samego mia­sta, a ni­gdy dotąd się nie spo­tka­li­śmy. A fakt, że przy­jaź­nię się z bra­tem two­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, spra­wia, że to jesz­cze dzi­wacz­niej­sze. To wyma­gało pew­nego wyja­śnie­nia. Cie­szę się, że ci o tym powie­dzia­łem. A teraz czy możemy iść jeść?

- Myślę, że tak.

Okrąża samo­chód i otwiera mi drzwi, jak praw­dziwy dżen­tel­men.

- Tak a pro­pos, czy mówi­łem ci, jak dobrze dziś wyglą­dasz? - pyta.

- Nie.

- Mój błąd. Wyglą­dasz wspa­niale.

- Dzię­kuję - spo­glą­dam w dół na swój strój, czarną dzia­ni­nową przy­le­ga­jącą do ciała sukienkę. Nie jest jakaś wyjąt­kowa, ale pod­kre­śla moje atuty i zawsze czuję się w niej atrak­cyj­nie.

- Muszę ci coś powie­dzieć. Tej nocy, kiedy zoba­czy­łem cię na impre­zie, nie mogłem ode­rwać od cie­bie wzroku. Po naszej małej poga­wędce obra­łem sobie za cel umó­wie­nie się z tobą. Dzię­kuje, Cate, że mi pomo­głaś.

- Pomo­głam ci?

- No tak. Pomo­głaś mi osią­gnąć mój cel - mówi, uno­sząc brwi.

- Masz jesz­cze jakieś cele, które mnie doty­czą? - pytam. Nie odważę się mu powie­dzieć, że sama usta­li­łam już swoje wła­sne. I nie są one z rodzaju tych, któ­rymi lubię się dzie­lić.

- Tak, ale na razie ich nie ujaw­nię. Może potem, po kie­liszku wina.

Pochy­lam się w jego kie­runku.

- Będę umie­rać z cie­ka­wo­ści, Drew.

- Nie musisz się oba­wiać, Cate.

Kola­cja jest prze­pyszna. To naj­lep­sze wło­skie dania, jakie kie­dy­kol­wiek jadłam poza Char­le­sto­nem i Nowym Jor­kiem. Drew zama­wia dla nas obojga, ponie­waż nie jestem w sta­nie sama się zde­cy­do­wać. W końcu pro­szę go, by mnie zasko­czył. Kiedy jedze­nie staje na stole, jest go tyle, że wybu­cham śmie­chem. Jestem pewna, że zapa­ku­jemy je do domu, ale Drew je, jakby jego żołą­dek był stud­nią bez dna. Jestem pod wra­że­niem.

- Gdzie to wszystko się mie­ści? Aż po same palce stóp?

- Tak. Coś takiego. Dźwi­gam dużo cię­ża­rów, więc jestem wiecz­nie głodny.

Teraz naprawdę chcę zoba­czyć jego "V". Może nawet poli­zać i ugryźć. Ni­gdy w życiu nie widzia­łam jej na żywo. Jeśli już o tym mowa, tylko raz w życiu upra­wia­łam pseu­do­seks, i to z tym dup­kiem, z któ­rym spo­ty­ka­łam się w zeszłym roku. Sta­rał się co noc wbi­jać swoim kuta­sem w moją cipkę i to było tak obrzy­dliwe, że zażą­da­łam, żeby prze­stał. Skoń­czyło się tym, że obrzu­cił mnie naj­gor­szymi inwek­ty­wami - jak fiut­blo­kerka i zimna suka - więc zerwa­łam z nim, leżąc nago w łóżku i pła­cząc. To był naj­bar­dziej upo­ka­rza­jący moment mojego życia. Na­dal śnią mi się kosz­mary. A ten dupek nie miał choćby śladu "V". Jego brzuch bar­dziej przy­po­mi­nał miskę gala­retki. Wyda­wał się cał­kiem uro­czy z wyglądu, ale przy­się­gam, że po jego chu­jo­wym zacho­wa­niu w sypialni za każ­dym razem, gdy go widzia­łam, jego twarz przy­po­mi­nała mordę trolla. Cóż, cią­gle zakli­nam roje psz­czół, by obsia­dły jego kutasa i żądliły na śmierć. Nie zasłu­guje na wię­cej.

- O czym, na litość boską, myślisz, że tak groź­nie wyglą­dasz? Mam nadzieję, że nie o mnie?

Dobry Boże.

- Och, nie! - mój śmiech jest drżący. - Zde­cy­do­wa­nie nie o tobie. Wła­ści­wie o niczym, serio - dra­pię się po ramie­niu, spo­glą­da­jąc na ser­wetkę roz­ło­żoną na moich udach. Dla­czego w ogóle myślę o tej okrop­nej nocy?

- Daj spo­kój, Cate. Dwie sekundy temu wyglą­da­łaś jak asa­syn z jed­nego z tych fil­mów o Jaso­nie Bour­nie.

- Serio?

- Tak. Wyrzuć to z sie­bie - jego uśmiech jest roz­bra­ja­jący.

- Nie. Pomy­ślisz, że jestem obrzy­dliwa - ostat­nią rze­czą, jaką bym zro­biła, jest powie­dze­nie mu o tym dupku.

- Tylko jeśli to doty­czy mnie - mówi.

- Nie, ale i tak nie mogę ci powie­dzieć. To zbyt oso­bi­ste.

- No dobrze, mam nadzieję, że ni­gdy nie będziesz miała takiej miny przeze mnie.

- Mam nadzieję, że ty też nie. Powiem ci jedy­nie, że to ma coś wspól­nego z zabój­czymi psz­czo­łami.

- Zabój­czymi psz­czo­łami. Zapa­mię­tam to. Zmie­nia­jąc temat, co powiesz na jakiś zabój­czy deser?

Jeśli tylko jest nim twoja "V", jestem jak naj­bar­dziej za.

- OK. Co zama­wiasz?

- Mają tu naj­lep­sze tira­misu.

- Chcesz wziąć na pół?

- Nie. Jestem zbyt zachłanny na sło­dy­cze.

- Kocham szcze­rych ludzi. Weźmy w takim razie dwa razy.

Kel­ner bie­rze nasze zamó­wie­nie, a kiedy przy­nosi desery, oka­zuje się, że Drew miał rację. Jest smaczne. Ale założę się, że jego "V" sma­kuje lepiej. Dla­czego jestem dzi­siaj taką napa­loną suką? Zja­dam drugą łyżeczkę, kiedy jego tale­rzyk robi się pusty. Wyciąga rękę przez mały kwa­dra­towy sto­lik i zanu­rza swoją łyżeczkę w moim dese­rze.

Jego zło­dziej­stwo wywo­łuje mój śmiech.

- Cho­lera, naprawdę jesteś zachłanny.

- Prze­pra­szam. Jestem zasko­czony, że moje zęby nie są roz­miaru Giant Chic­lets3. Jestem ogrom­nym miło­śni­kiem sło­dy­czy.

- To bierz, co chcesz - dla­czego z nim flir­tuję?

Poru­sza znowu brwiami i mówi:

- Liczy­łem na to.

Pra­wie wyplu­wam kawa­łek tira­misu, który wła­śnie wło­ży­łam do ust. Jego twarz przy­biera znowu lekko różową barwę, co wydaje mi się nie­zwy­kle uro­cze.

- Prze­pra­szam. To było tro­chę nie na miej­scu - stwier­dza.

Prze­ły­kam, by się nie zakrztu­sić, i odpo­wia­dam:

- Nie. Ja nie mia­łam na myśli niczego, co by było nie na miej­scu. Po pro­stu wzią­łeś mnie z zasko­cze­nia - zanim jestem gotowa wziąć kolejny kęs, mój tale­rzyk jest pusty. Drew patrzy na mnie wzro­kiem peł­nym poczu­cia winy. I z jakie­goś powodu mam ochotę uszczyp­nąć go w poli­czek i powie­dzieć, że wszystko w porządku. Jak bar­dzo jest to dziwne? Zazwy­czaj nie jestem dziew­czyną, która chi­cho­cze i łapie za policzki. Teraz, gdy o tym myślę, w ogóle nie jestem dziew­czyną, która je desery na spółkę.

- Prze­pra­szam, że ukra­dłem twoje tira­misu.

- W porządku. Odda­łeś mi przy­sługę.

- Jak to?

- Nie potrze­buję aż tylu dodat­ko­wych kalo­rii.

- O nie, pro­szę, powiedz, że nie jesteś jedną z tych - cofa się ku opar­ciu krze­sła i przy­gląda mi się uważ­nie.

- Jedną z któ­rych? - jestem naprawdę zdez­o­rien­to­wana.

- Kró­licz­ków. Dziew­czyn, które jedzą jak kró­liki.

- Nie, nie prze­ży­ła­bym bez pizzy. Chyba to zauwa­ży­łeś.

- Zauwa­ży­łem, że wyglą­dasz ide­al­nie.

Oho, wszy­scy tak mówią, kiedy chcą się dobrać do two­ich maj­tek.

- Nie wie­rzysz mi?

- Nie, wie­rzę. Ale daj spo­kój. Więk­szość face­tów myśli tylko o jed­nym.

- To prawda. Ale, Cate, ja nie jestem jak więk­szość face­tów.

Wybu­cham śmie­chem.

- O tak, to wcale nie jest typowy tekst.

- Cho­lera. Zawa­li­łem, prawda?

- Nie jest naj­go­rzej - oboje chi­cho­czemy.

- Więc, Cate For­bes, czy masz ochotę pójść ze mną na drinka?

- Tak. Jedno pyta­nie. Gdzie miesz­kasz?

Znów poja­wia się ten uro­czy uśmiech i Drew mówi:

- W Indy. Ale nie martw się. Zare­zer­wo­wa­łem pokój w hotelu na tę noc. Myśla­łem, że może nam się zejść do późna i nie chcia­łem potem wra­cać przez godzinę do domu.

To było słod­kie.

- Gdzie się zatrzy­ma­łeś?

- W Union.

- Super. To jedźmy tam.

Decy­du­jemy się na klub o nazwie Chuc­kie's. W samo­cho­dzie Drew pochyla się w moją stronę i pyta:

- Cate, pozwolą ci wejść do klubu, skoro nie masz jesz­cze dwu­dzie­stu jeden lat?

- Bez obaw. - Macham ręką. - Jestem zaradną stu­dentką. Mam fał­szywy dowód.

- Zdą­ży­łem się zorien­to­wać po tym, że jesteś przy­ja­ciółką Jenny.

Kiedy docie­ramy do Chuc­kie's, kie­ru­jemy się pro­sto do baru. Drew zama­wia dla nas drinki - wódkę z napo­jem gazo­wa­nym dla mnie, a dla sie­bie wódkę z toni­kiem - po czym roz­po­czyna polo­wa­nie na jakieś miej­sce, żeby usiąść i poga­dać. Łapie mnie za rękę i pro­wa­dzi przez salę do małego sto­lika w pobliżu par­kietu.

- Jestem zasko­czony, że udało nam się zna­leźć to miej­sce.

- Wiem. Punkt dla nas - robię z nim żół­wika i stu­kamy się szklan­kami.

Roz­brzmiewa muzyka, ludzie tań­czą, a ja roz­glą­dam się po sali, spraw­dza­jąc, czy roz­po­znam kogoś z obec­nych.

Nie koja­rzę nikogo, więc zamiast tego sku­piam się na nie­sa­mo­wi­tych oczach Drew. Patrzy na mnie z wyra­zem zain­te­re­so­wa­nia. Nie jest to ani tro­chę nie­zręczne. Nikt wcze­śniej nie spra­wiał, że czu­łam się wyjąt­kowa, ale kiedy on na mnie patrzy, wła­śnie tak się czuję. Uśmie­cham się, potem wypi­jam łyk drinka.

- Jeśli będziesz mi się tak przy­glą­dać, pomy­ślę, że mam coś na twa­rzy.

Zgina rękę i pochyla się nad sto­łem, by zna­leźć się bli­żej mnie.

- Sta­ram się być grzeczny i nie poca­ło­wać cię tak, jak mam na to ochotę, tutaj, przy wszyst­kich.

- A może ja mam ochotę, żebyś mnie poca­ło­wał - mówię bez cie­nia wstydu.

Pra­wie odkrywa mój blef, kiedy ni stąd, ni zowąd kel­nerka sta­wia przed nami dwa szoty. Drew płaci i unosi jeden kie­li­szek.

- To ty je zamó­wi­łeś?

Unosi jeden kącik ust w sek­sow­nym uśmieszku.

- Przy­znaję się do winy. Wiem, że lubisz wódkę, więc pomy­śla­łem, że parę szo­tów z cytrynką będzie dobrym pomy­słem.

- Uwiel­biam szoty z cytrynką. Pró­bu­jesz mnie upić, Drew McK­ni­gh­cie?

- Usil­nie pró­buję cię zdo­być, Cate For­bes, w każdy moż­liwy spo­sób.

Nie potrze­buję wódki, bo jestem pijana nim. Jest z nim tak swo­bod­nie i czuję się obok niego tak kom­for­towo, jak­by­śmy znali się od lat, a nie parę godzin.

- Za cytryny i wódkę!

Sze­roki uśmiech Drew przy­wo­łuje w odpo­wie­dzi taki sam na moją twarz. Cho­lera, facet jest nie­sa­mo­wi­cie uro­czy, na moje szczę­ście. A może na jego wła­sne szczę­ście? Stu­kamy się szo­tami i wypi­jamy do dna. To idzie sta­now­czo zbyt łatwo. Nagle roz­brzmiewa I Gotta Feeling zespołu Black Eyed Peas.

Wyfru­wam z mojego krze­sła bez cie­nia skrę­po­wa­nia. Jak wariatka bie­gnę na par­kiet, naćpana życiem i Drew, zaczy­nam tań­czyć. Alko­hol mnie wylu­zo­wał i poczu­łam ochotę na mały show. Drew sie­dzi, a ja tań­czę tylko dla niego, huś­ta­jąc bio­drami i krą­żąc wokół niego. Parę razy zda­rza mi się zachwiać, ale łapię rów­no­wagę, uno­sząc kciuki w kie­runku Drew, jak­bym chciała poka­zać, że to był zamie­rzony ruch. On zaś śmieje się i robi żół­wika na odle­głość. Kiedy pio­senka się koń­czy, roz­trze­puję włosy i wra­cam do sto­lika.

- Nie­zła z cie­bie tan­cerka, Cate.

- O tak, to jeden z moich talen­tów. Jesteś szczę­ścia­rzem, Drew. Więk­szość ludzi nie ma poję­cia o tych moich ukry­tych zdol­no­ściach. - Pochy­lam się bli­żej niego i szep­czę mu do ucha. - Upra­wiam ste­alth dance4.

- Och, naprawdę?

- Tak. Mam wła­sne kroki.

- Wie­rzę, że masz, ale muszę się z tobą czymś podzie­lić.

- Tak? Czym?

- Też mam swoje sekretne kroki, Cate.

- Och, jestem pewna, że masz.

Zaczy­nają grać wolną pio­senkę i Drew bie­rze mnie za nad­gar­stek, obraca mnie i mówi:

- Na przy­kład teraz. Co powiesz na taniec, tan­ce­reczko?

Staję na par­kie­cie w jego ramio­nach szyb­ciej, niż jestem w sta­nie pomy­śleć. I podoba mi się to. Nie, jest ide­al­nie. Trzyma mnie bli­sko sie­bie, o wiele bli­żej, niż suge­ro­wa­łaby dłu­gość naszej zna­jo­mo­ści. Prawda jest taka, że sama mam ochotę zabrać ręce z jego ramion i wplą­tać moje palce w jego włosy. Ma miły zapach. Nie za mocny, ale świeży i czy­sty, a ja chcia­ła­bym uło­żyć twarz w miej­scu, gdzie jego ramię łączy się z szyją, i wtu­lić się w niego tu, na par­kie­cie. Moja dłoń spo­czywa w jego dłoni, ale wtedy Drew zmie­nia kroki. Splą­tuje nasze palce razem. Ten nie­wielki ruch spra­wia, że żołą­dek mi się zaci­ska, a ja despe­racko pra­gnę go poca­ło­wać. Odchy­lam się, by na niego spoj­rzeć, i odkry­wam, że on także mi się przy­gląda. Na jego twa­rzy nie ma uśmie­chu, jedy­nie jakiś poważny zamiar wyryty w przy­mru­żo­nych lekko oczach. Nie­spo­dzie­wa­nie pio­senka się koń­czy i sta­jemy unie­ru­cho­mieni wła­snymi spoj­rze­niami, pod­czas gdy zaczyna lecieć coś szyb­szego. Drew nie mówi ani słowa, tylko odpro­wa­dza mnie z par­kietu, obej­mu­jąc na wyso­ko­ści ramion.

- Dzię­kuję ci za ten taniec, Cate - mówi, kiedy docie­ramy do sto­lika. Pochyla się i daje mi buziaka w poli­czek.

Jesz­cze tro­chę pijemy i tań­czymy. A ja bawię się o wiele za dobrze. Tak dobrze, że Drew musi mnie prak­tycz­nie siłą stam­tąd wycią­gać. Na szczę­ście po kola­cji zapar­ko­wał samo­chód w garażu hotelu Union, skąd poszli­śmy pie­szo do Chuc­kie's. Teraz musimy wró­cić do domu. Cudow­nie się z nim czuję. Nie chcę, by ta noc się koń­czyła. Mówię mu o tym.

- To naj­lep­sza randka, na jakiej kie­dy­kol­wiek byłam.

- I pomy­śleć, że nazy­wa­łaś mnie dziad­kiem - dźga mnie łok­ciem.

- Skąd mogłam wie­dzieć, że dziad­ko­wie są tacy sek­sowni.

Jest późny wrze­sień i nocą robi się tro­chę chłodno. Obej­muję się rękami, a Drew ota­cza moje ramiona. Ale pra­gnę wię­cej. Pra­gnę, by oto­czyły mnie obie jego ręce, i chcę go skosz­to­wać. Mój pod­stępny umysł zaczyna pra­co­wać, więc udaję, że na czymś staję i poty­kam się. Działa ide­al­nie. Łapie mnie za bio­dra, utrzy­mu­jąc mnie sta­bil­nie, i sta­jemy twa­rzą w twarz. Obej­muję jego szyję, a on pochyla głowę, aż nasze usta pra­wie się sty­kają. To mi nie wystar­cza. Pra­gnę wię­cej Drew McK­ni­ghta. Pra­gnę całego Drew McK­ni­ghta. Ale nie jestem zbyt doświad­czona, więc pozwa­lam mu pro­wa­dzić.

Odsuwa się i szep­cze:

- Powiedz mi, że jest w porządku.

- Jest o wiele lepiej niż w porządku.

Jego usta przy­le­gają do moich, z początku nie­pew­nie, jakby bada­jąc grunt. Mięk­kie, acz sta­now­cze, wgry­zają się w moje i nagle czuję jego język. Prze­ciąga nim po mojej dol­nej war­dze i otwie­ram usta. Nagle zaczy­namy się cało­wać. Cało­wać agre­syw­nie. Przy­ci­ska moje ciało do swo­jego, oplata mnie cia­sno ramie­niem, jego głowa prze­chyla się na bok, a poca­łu­nek staje się głęb­szy. Eks­plo­ruje moje usta, przy­ci­ska­jąc się do mnie z całą mocą. Czuję jego twar­dość i siłę przez mate­riał mojej sukienki. Moje ciało staje się żywym prze­wo­dem elek­trycz­nym - gęsia skórka wykwita od szyi po same kostki, brzuch się zaci­ska, sutki tward­nieją i po raz pierw­szy w życiu jestem mokra. Od samego poca­łunku. Do wszyst­kich sek­sow­nych dia­błów.

Prze­su­wamy się. Drew unosi mnie w powie­trze i, nie prze­sta­jąc się cało­wać, prze­su­wamy się. Nie jestem pewna dokąd i mało mnie to obcho­dzi, o ile nasze usta będą cały czas razem. Zatrzy­mu­jemy się, gdy moje plecy o coś się opie­rają. Za każ­dym razem, gdy odrywa się ode mnie, bio­rąc oddech, wgryza się ponow­nie w moje usta, spra­wia­jąc, że chcę jesz­cze wię­cej. Potem jedna z jego dłoni zsuwa się niżej do moich bio­der i zaci­ska, chwy­ta­jąc mnie moc­niej, przy­ci­ska­jąc jesz­cze do jego ciała. Szarp­nię­ciem odrywa się ode mnie.

- Kurwa. Cate. Cate­lyn. Cate, Cate, Cate - lita­nia do imie­nia Cate.

Chwilę póź­niej jego usta są z powro­tem przy­ci­śnięte do moich. Trwa to tylko sekundę, więc zaczy­nam jęczeć w pro­te­ście, gdy znów się odry­wają. Drżę na całym ciele i mam mięk­kie kolana. Chwy­tam go za ramię, by nie prze­wró­cić się na chod­nik. To jest to, o czym piszą poematy i ero­tyki. Mam mokro mię­dzy nogami, a jedyne, czego dotknął poza moją twa­rzą, to wnę­trze moich ust i bio­dra. Jesz­cze raz jego usta odnaj­dują moje, splą­tu­jąc mój żołą­dek w węzeł sza­leń­stwa i powo­du­jąc zawroty głowy. Tym razem, kiedy prze­staje, potrze­buję kilka chwil, by dojść do sie­bie.

- Chodź ze mną do pokoju. Pro­szę. Nie musimy robić niczego, z czym się nie będziesz dobrze czuła. Obie­cuję. Chcę cię tylko przy­tu­lić. I patrzeć na cie­bie. I się z tobą obu­dzić. Może brzmię jak cipka, ale nie jestem jesz­cze gotowy, żeby odwieźć cię do domu.

Moje brwi z całą pew­no­ścią szy­bują aż pod linię wło­sów, kiedy chi­cho­czę. Jedy­nie dla­tego, że jestem pijana - pijana jego poca­łun­kami. Nie zno­szę chi­cho­czą­cych dziew­czyn, ale pomysł, że można by nazwać go cipką, śmier­tel­nie mnie bawi.

- Dobrze. W porządku, przyjdę. Ale nie będę się z tobą pie­przyć - wyrzu­cam.

- Nie, oczy­wi­ście. Żad­nego pie­prze­nia. Nie ma mowy o pie­prze­niu. Solen­nie przy­się­gam. Słowo skauta. Boże, jesteś tak cho­ler­nie piękna.

Ten facet jest ide­alny. Jak z moich marzeń. I pomy­śleć, że o mały włos bym się z nim nie umó­wiła! Nie patrzy­łam tak na to, ale jaki wielki błąd bym popeł­niła! Bie­rze mnie za rękę i kie­ru­jemy się do jego pokoju. Mam nadzieję, że to wszystko dzieje się naprawdę, a nie tylko alko­hol spra­wia, że tak się czuję. Zatrzy­muję się na chwilę i szczy­pię się w rękę.

- Co się stało? Robak cię ugryzł?

- Nie. Chcia­łam się tylko upew­nić, że nie śnię - i w mgnie­niu oka jego dło­nie mnie obej­mują, a jego twarz pochyla się nad moją.

- Nie śnisz, Cate. To się dzieje naprawdę - i całuje mnie znowu, wykra­da­jąc ze mnie każdy kolejny oddech. Kiedy w końcu prze­staje, prze­su­wam pal­cami po jego war­gach.

Potrzą­sam głową, by wykla­ro­wać myśli.

- Nie wiem, co ja sobie myśla­łam.

- Co masz na myśli?

- Dla­czego nie chcia­łam się z tobą umó­wić? Co, do dia­bła, było ze mną nie tak? - wtedy uświa­da­miam sobie, że brzmię głu­pio i że powie­dzia­łam to gło­śno. Muszę zamknąć usta, zanim prze­stra­szę bied­nego chło­paka.

- Dla­tego obra­łem sobie taki cel, Cate.

- Muszę ci coś wyznać - mówię, kiedy ruszamy dalej.

- Tak?

- Potknę­łam się celowo. Chcia­łam mieć pre­tekst, żeby cię dotknąć.

Staje i przy­gląda mi się.

- Serio?

Kiwam głową, a on ponow­nie mnie całuje.

- Jak tylko zoba­czy­łem cię na tej impre­zie, wie­dzia­łem już, że to klik­nie.

Chwilę potem poja­wia się przed nami hotel Union i nagle robię się ner­wowa. Co, jeśli roz­bie­rzemy się do naga? O nie! Nie pozby­łam się buszu. Ani się nie ogo­li­łam, ani nie wyde­pi­lo­wa­łam woskiem. Niech to szlag! Wyglą­dam tam na dole jak prze­ro­śnięta małpa. Kurwa! Co ja zro­bię? Nie spo­dzie­wa­łam się tego, ni­gdy nawet nie wyobra­ża­łam sobie, że prze­trwamy tę kola­cję! Może zakradnę się do łazienki i użyję jego maszynki. Ale potem zer­kam na jego twarz i przy­po­mi­nam sobie, że zapusz­cza lekki zarost, więc pew­nie nawet żad­nej ze sobą nie zabrał na tę jedną noc. Cho­ler­cia.

- Co jest? Pro­szę, nie mów, że zaczy­nasz wąt­pić. Obie­cuję, Cate, możemy po pro­stu usiąść i poroz­ma­wiać. Chcę tylko spę­dzić z tobą czas.

- Wiem. Ufam ci, Drew - i, co dziwne, naprawdę tak jest.

Kiedy moje myśli wra­cają do poszu­ki­wa­nia moż­li­wo­ści, doznaję oświe­ce­nia. Mogę powie­dzieć, że ni­gdy nie roz­bie­ram się na pierw­szej randce. Tak. Tak zro­bię. Ide­al­nie sen­sowne i akcep­to­walne. Docie­ramy do jego pokoju i Drew pyta, czy mam ochotę na coś do picia. Pro­szę o wodę. W ciągu paru minut dostaję szklankę, z któ­rej łap­czy­wie piję.

Spo­sób, w jaki na mnie patrzy, suge­ruje mi, że widzi moje zde­ner­wo­wa­nie.

- Masz wyrzuty sumie­nia, prawda?

Kręcę głową.

- Nie, to nie to.

- Pro­szę, powiedz mi. Nie chcę, żeby coś ci cią­żyło.

Moje głu­pie, total­nie głu­pie usta wyrzu­cają z sie­bie natych­miast:

- Wyglą­dam dziś jak zaro­śnięta małpa od pasa w dół.

- Że co?

Zga­duję, że jako męż­czy­zna nie zro­zu­miał, o co mi cho­dzi. Pod­no­szę więc palec wska­zu­jący i wska­zuję bez­po­śred­nio mię­dzy nogi.

W świe­tle zapa­lo­nej żarówki wszystko staje się oczy­wi­ste, ponie­waż widzę jego uśmiech. Olbrzymi.

- W porządku. I tak nie pla­no­wa­łem cię roz­bie­rać.

OK, więc wła­śnie wyja­wi­łam swój naj­głęb­szy, naj­ciem­niej­szy i naj­bar­dziej upo­ka­rza­jący sekret - no, pra­wie naj­bar­dziej upo­ka­rza­jący - i to wszystko na nic? Poczu­łam się śmier­tel­nie zakło­po­tana bez naj­mniej­szej potrzeby? Chcę wpeł­znąć do jakiejś nory i tam umrzeć. Robię tylko jedną rzecz, którą znam. Łapie naj­bli­żej leżącą poduszkę i cho­wam w niej twarz. Naj­przy­stoj­niej­szy facet, jakiego w życiu spo­tka­łam, o naj­bar­dziej uro­czych oczach na tej pla­ne­cie, sie­dzi przede mną, a ja wła­śnie powie­dzia­łam mu, że moja cipka jest zaro­śnięta jak Wielka Stopa. To wła­śnie zastą­piło histo­rię z tam­tym dup­kiem na pierw­szym miej­scu listy naj­bar­dziej uwła­cza­ją­cych rze­czy w moim życiu. Ni­gdy jesz­cze tak nisko nie upa­dłam. Ni­gdy.

Trzy

TRZY

TERAŹ­NIEJ­SZOŚĆ

Żywa muzyka i moi jesz­cze żywsi współ­pra­cow­nicy wypeł­niają klub. Ale nie widzę ani nie sły­szę żad­nego z nich. Wpa­truję się w lustro wiszące za barem, zasta­na­wia­jąc się, czyje odbi­cie widzę. Pra­wie nie roz­po­znaję kobiety przy­glą­da­ją­cej mi się pustym wzro­kiem. Drew... Andy jest w mie­ście. Minęły trzy dni, odkąd go spo­tka­łam, i nie jestem w sta­nie wyrzu­cić go z głowy.

- Cate, jesteś za cicha. To uro­czy­stość. Zakoń­czy­li­śmy spra­woz­da­nie Caine'a. Może teraz będzie nam dane spać dłu­żej niż cztery godziny na dobę - Daniel uśmie­cha się i przy­kłada szklankę do ust. - Przy­naj­mniej do czasu zebra­nia w ponie­dzia­łek, gdzie oma­wiamy nasz nowy pro­jekt.

Śmieje się z wła­snego żartu, gdy Mandy przy­suwa się do nas z dwoma drin­kami w rękach. Pochyla się, by szep­nąć mi do ucha:

- Nie wiem, co się z tobą dzi­siaj dzieje, ale będziesz świę­to­wać.

Biorę zaofe­ro­wany mi drink, czu­jąc się jak smu­ta­ska. Mandy unosi swoją szklankę, a po niej cały team robi to samo. Nie chcąc być odszcze­pień­cem, dołą­czam się i przy­kle­jam na twarz uśmiech.

- Za nas, a szcze­gól­nie za Cate. Bez jej pomocy w ostat­nim momen­cie wszy­scy mogli­by­śmy być teraz w biu­rze, popra­wia­jąc pro­jekt - ogła­sza Mandy.

- Za Cate - wszy­scy wzno­szą toast.

- Za nasz team - odpo­wia­dam. - W teamie nie ma miej­sca na "ja". Wszy­scy poświę­ci­li­śmy godziny i wszy­scy, mam nadzieję, otrzy­mamy nagrody.

- Tak jest, tak jest! - roz­lega się chór okrzy­ków.

Nie mam poję­cia, czy za ukoń­cze­nie zada­nia na czas otrzy­mamy bonusy inne niż ten wolny dzień, który już dosta­li­śmy. Ale na­dal mogę mieć nadzieję. Popi­jam szota, nie wie­dząc kom­plet­nie, co to za napój.

Moje gar­dło zaczyna palić i czuję smak cyna­monu nie tylko w ustach, ale rów­nież we łzach, które ciekną mi z oczu. To Jack Daniel's Fire­ball! Kiedy oczy wyska­kują mi z orbit, Mandy ude­rza mnie w plecy, jak­bym się krztu­siła. Trzy­mam usta zamknięte ze stra­chu, że zaczną zio­nąć ogniem jak smok.

- Wyro­sną ci od tego włosy na kla­cie - szcze­bio­cze Mandy. Jej mio­do­wo­brą­zowe loki pod­ska­kują, jakby nie była w sta­nie zatrzy­mać w sobie roz­pie­ra­ją­cej ją ener­gii. Przy­naj­mniej tak mój tata mówił bratu, kiedy pierw­szy raz pili razem alko­hol.

- Jestem pewna, że mój prze­łyk już ni­gdy nie będzie taki jak wcze­śniej - skrze­czę.

- Pro­szę. Chcesz drugi?

Wyraz mojej twa­rzy może zmro­zić, kiedy rzu­cam jej spoj­rze­nie w stylu "chyba osza­la­łaś".

- Żar­tu­jesz sobie ze mnie, prawda? Czy może pró­bu­jesz mnie otruć?

Odrzuca głowę w tył i wybu­cha śmie­chem pro­sto z brzu­cha.

- Cate, przy­się­gam, kocham cię. Wiem, że mar­twisz się, bo jesteś naj­now­szym człon­kiem teamu i możesz czuć, że jeste­śmy onie­śmie­leni, bo wycią­gnę­łaś nas wszyst­kich z gówna. Ale szcze­rze, wszy­scy się cie­szą, że tutaj jesteś. Szczę­śliwi klienci zna­czą, że na­dal mamy co robić. Więc pij kolej­nego za team.

Ma rację. Nikt ni­gdy nie dał mi odczuć w pracy, że jestem nie­chciana. Zmar­twie­nia zachmu­rzyły mi umysł. To, czego Mandy nie wie, a co wpra­wia mnie w zde­ner­wo­wa­nie, to Drew, a raczej Andy. Zoba­cze­nie go po tym wszyst­kim uwal­nia na powierzch­nię tak wiele wyrzu­tów sumie­nia.

Pod­no­szę szota i tym razem jestem na to przy­go­to­wana. Stu­kam w jej szklankę i zanim wypiję, krzy­czę:

- Za team!

Mandy spo­gląda na mnie ukrad­kiem, budząc tym moją podejrz­li­wość.

- Jest jesz­cze jedna rzecz, o któ­rej powin­naś wie­dzieć.

- Co takiego? - pocie­ram oczy, mając nadzieję, że łzy spo­wo­do­wane wypi­ciem Fire­balla nie zepsują mi maki­jażu.

- Daniel się w tobie pod­ko­chuje.

Kiedy ja pra­wie się krztu­szę, wzrok Mandy pozo­staje nie­wzru­szony.

- Lubisz go? - pytam zmie­szana.

- Nie - gwał­tow­nie kręci głową. - Po pro­stu jest słodki. I taki super­u­ro­czy - dodaje. - Znam go od zawsze i poczu­wam się do opie­kuń­czo­ści wobec niego. Więc nie złam mu serca.

Kle­pie mnie w ramię, zanim odcho­dzi, a ja mru­gam szybko, nie­pewna, co się wła­śnie wyda­rzyło.

- Hej - spo­glą­dam w górę i widzę sto­ją­cego przede mną Daniela. - Mogę z tobą usiąść?

- Jasne - wzru­szam ramio­nami, sta­ra­jąc się, by słowa Mandy nie spra­wiły, że zacznie być mię­dzy nami nie­zręcz­nie. Ale i tak dener­wuję się na myśl o tym, co zamie­rza mi powie­dzieć. Biorę ostat­niego szota i wypi­jam go. Uśmie­cha się, ale wzdy­cha i widzę, że zbiera się, żeby coś mi powie­dzieć.

- Napij się ze mną jesz­cze jed­nego - słowa wyska­kują z moich ust, ponie­waż chcę unik­nąć dania mu kosza. Mandy w jed­nym ma rację. On jest słodki w ten ner­dowo-super­bo­ha­te­rowy spo­sób. Z tymi ciem­nymi wło­sami i oku­la­rami w czar­nych opraw­kach wygląda tak, że zaczy­nam się zasta­na­wiać, czy przy­pad­kiem pod gar­ni­tu­rem nie nosi nie­bie­sko-czer­wo­nego try­kotu. A może wydaje mi się tak przez alko­hol. Zanim jed­nak zdąży odpo­wie­dzieć, zama­wiam dwie kolejki. Napój spływa do gar­dła coraz łatwiej, zwłasz­cza po pią­tym kie­liszku.

Udaje mi się powstrzy­mać roz­wój wszel­kich tema­tów rand­ko­wych i wymie­nić jedy­nie parę uśmie­chów. Uda­rem­niam mu wszel­kie szanse ode­zwa­nia się, wykrzy­ku­jąc do wszyst­kich toa­sty, od szefa zaczy­na­jąc, a na por­tie­rach z budynku koń­cząc. Ale wymówki już mi się skoń­czyły.

- Cate, zasta­na­wia­łem się...

Muzyka prze­staje grać i z gło­śni­ków roz­brzmiewa głos Mandy.

- Cate! Gdzie jesteś, dziew­czyno?

Czu­jąc się już nie­pew­nie na wła­snych nogach, na­dal jestem w sta­nie stwier­dzić, że wypiła znacz­nie wię­cej ode mnie, ponie­waż jej słowa są beł­ko­tliwe.

- Cze­kaj, to ja - mówię, wska­zu­jąc na sie­bie. Marsz­czę czoło, kiedy zauwa­żam, że jest mi jesz­cze trud­niej mówić niż powinno.

- Cate, Catieee, chodź, zaśpie­waj ze mną - zawo­dzi Mandy.

Tłum zaczyna skan­do­wać moje imię, a ja spo­glą­dam na Daniela. Czuję, że moje powieki są cięż­kie. Ale to ucieczka, któ­rej szu­ka­łam.

- Muszę iść. Ale zoba­czymy się póź­niej.

Odro­binę się chwieję, kiedy wstaję na nogi i ręce Daniela poja­wiają się, by pomóc mi zła­pać rów­no­wagę. Wła­ści­wie pomaga mi nawi­go­wać przez tłum.

- Masz miłe dło­nie i ładne zęby. Lubię, kiedy męż­czy­zna ma ładne zęby - mówię z roz­tar­gnie­niem.

Daniel kręci głową.

- Ostroż­nie, Catie - dro­czy się ze mną, poma­ga­jąc mi wspiąć się na scenę, i czuję się jak za daw­nych cza­sów. Myślę o Jen­nie i okrop­nie za nią tęsk­nię. Pla­nuje mnie odwie­dzić i co ja jej powiem o Drew... O Andym. Tro­chę mi to zaj­mie, zanim się przy­zwy­czaję.

Mandy pęka, zanim pio­senka w ogóle się zaczyna. Kiedy roz­lega się popu­larna melo­dia, słowa auto­ma­tycz­nie poja­wiają się w mojej gło­wie. Wycią­gam rękę do przy­ja­ciółki i zaczy­namy entu­zja­stycz­nie śpie­wać. Daniel jest naszym jedy­nym współ­pra­cow­ni­kiem, któ­remu udało się zdo­być miej­sce z przodu. W bla­sku nakie­ro­wa­nych na nas świa­teł nie widzę ani jed­nej zna­nej mi twa­rzy, na któ­rej mogła­bym się sku­pić, i koń­czę, wyśpie­wu­jąc do Daniela, żeby moje zawsty­dze­nie nie spra­wiło, że nagle się zrzy­gam. Nie­stety, pio­senka wybrana przez Mandy nie ma dokład­nie tego prze­sła­nia, które chcia­łam mu prze­ka­zać. Moty­wuje mnie entu­zjazm tłumu.

I know I just met you,

And this is crazy,

But here's my num­ber,

So call me maybe!

Jakiś czas po kara­oke i kilku kolej­nych kolej­kach zapo­mi­nam o tym całym bała­ga­nie, któ­rego naro­bi­łam. Daniel przez cały czas jest przy moim boku, zachę­ca­jąc, abym już wię­cej nie piła, ale też spe­cjal­nie mnie nie powstrzy­muje. Zanim odcho­dzimy od baru, jeste­śmy cali roz­grzani i spo­ceni. Daniel łapie dla nas tak­sówkę, przez cały czas sta­ra­jąc się utrzy­mać mnie i Mandy na nogach. Lodo­wate powie­trze powinno dzia­łać jak bal­sam, ale ledwo jestem w sta­nie sta­wiać krok za kro­kiem.

- Catie, tak bar­dzo się cie­szę, że się tu prze­pro­wa­dzi­łaś - beł­ko­cze Mandy. - Biuro było takie przy­gnę­bia­jące, zanim się poja­wi­łaś.

W końcu poty­kamy się i zatrzy­mu­jemy tuż przed kra­węż­ni­kiem.

Kładę swoje ręce na jej ramio­nach, by się na mnie sku­piła, i mówię jej, jak się czuję, ponie­waż uczu­cia są ważne.

- Nie wiem, co bym zro­biła, gdy­bym cię nie spo­tkała. To okrutny, okrutny świat, ale ty jesteś naj­we­sel­szą osobą, jaką kie­dy­kol­wiek spo­tkałam. A ja potrze­buję rado­ści. Jesteś moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką, ale nie mów mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółce, że tak powie­dzia­łam. Jenna zazwy­czaj nie jest zazdro­sna, ale lepiej nie wku­rzaj tej dziew­czyny. Jest bok­serką.

Mandy kiwa, ponie­waż rozu­mie.

- Obie­cuję, nic nie powiem. Możemy być naj­lep­szymi kum­pel­kami w tajem­nicy.

Przy­tu­lamy się do momentu, aż prze­rywa to Daniel. Chcę mu powie­dzieć, że mimo że na niego nie lecę, nie lecę też na dziew­czyny. Jego głos prze­rywa moje wiru­jące myśli. Już nie jestem dłu­żej pewna, co waż­nego mia­łam mu do powie­dze­nia.

Daniel i jego cztery klony pod­trzy­mują nas.

- No dalej, moje panie, uwaga na śnieg i lód.

Czuję się, jak­bym była na statku.

- Łódka się trzę­sie. Myślę, że możemy się wywró­cić. Gdzie są nasze kami­zelki?

- Cate.

Ten głos, znam go. Odwra­cam się i świat się prze­chyla.

- To znów Tita­nic - wykrzy­kuję, pada­jąc do przodu.

Nie ląduję jed­nak na ziemi.

- Bogu dzięki za kami­zelki ratun­kowe - mam­ro­czę. Czuję jedną cia­sno na swoim ciele.

- Cate - mówi znów głos.

- Drew - kręcę głową. - A nie, to An... Andy teraz - beł­ko­czę. - Nie, Drew, nie mogę cię tak nazy­wać. Andy.

W moim polu widze­nia poja­wia się Daniel i nie jestem pewna, czy Andy tu jest, czy też nie, i sły­szę tylko głosy.

- W porządku. Mogę ją prze­jąć. Zabiorę ją do domu - mówi Daniel.

Jakimś cudem udaje mi się sta­nąć na wła­snych nogach, ale obraz przed oczami na­dal wiruje.

Cho­lerne obcasy mi nie uła­twiają.

- A ja lubię te obcasy - odpo­wiada Mandy, i wtedy orien­tuję się, że powie­dzia­łam to na głos.

Kiedy już stoję w miarę sta­bil­nie, mój wzrok pada na świ­dru­jące nie­bie­skie oczy. Czuję powiew ark­tycz­nego powie­trza, które ze sobą przy­no­szą. Andy. Daję sobie kciuk w górę za to, że wresz­cie zapa­mię­ta­łam jego imię.

- Naprawdę tu jesteś.

Zauwa­żam, że jego ręka pod­trzy­muje lekko moje plecy. Zaczy­nam się w niego zata­piać i pochy­lać, by przy­ci­snąć swoje usta do jego ust, kiedy łapię wzrok dwóch gości sto­ją­cych za nim. Macham im, chcąc zacho­wać się grzecz­nie. Jestem tak zalana, że nie chcę robić Andy'emu wstydu przy przy­ja­cio­łach lub kole­gach z pracy.

- Cate, możesz już prze­stać machać - Mandy jest tuż obok mnie i szep­cze do mnie kon­spi­ra­cyj­nie. Jeśli wnio­sko­wać po uśmiesz­kach na twa­rzach tych gości, muszą mieć ponad­ludzki słuch. - Kim są ci przy­stojni kole­sie? Będziesz mnie tak trzy­mać w nie­pew­no­ści?

- Cate, Mandy, mam tak­sówkę. Powin­ni­śmy już iść - Daniel brzmi o wiele za trzeźwo. Mandy i ja zwra­camy się w jego kie­runku.

- Niech z cie­bie nie będzie taki Clark Kent - mówię do niego ponad ramie­niem.

Kiedy spo­glą­dam na Andy'ego, stoi odwró­cony do mnie ple­cami. Nie sły­szę, co mówi. Kiedy się odwraca, zatyka mnie z wra­że­nia, jak cho­ler­nie jest przy­stojny.

Sły­szę, jak Mandy przed­sta­wia się i roz­ma­wia z towa­rzy­szami Andy'ego, ale mój wzrok jest utkwiony tylko w nim.

- Cate - mru­gam parę razy, orien­tu­jąc się wresz­cie, że Andy mówi do mnie.

Dwaj przy­stojni goście szybko się żegnają i odcho­dzą.

Udaje mi się coś powie­dzieć.

- Nie musia­łeś pozwa­lać im odejść. Ten super­man - wycią­gam palec w kie­runku Daniela - ura­tuje ten dzień i zabie­rze nas do domu.

Kiedy Andy dwoi mi się w oczach, widzę, jak jego brwi się uno­szą.

- Super­man, tak?

Spoj­rze­nie na Daniela potwier­dza mi, że wszyst­kie jego trzy klony się zga­dzają, ponie­waż ich uśmie­chy błysz­czą jak u dziew­czyny z reklamy pasty do zębów.

Kle­pię Andy'ego po piersi, a kiedy wyczu­wam solidne mię­śnie pod swo­imi dłońmi, kle­pię jesz­cze parę razy.

- Nie ma powodu do zazdro­ści. Total­nie jesteś Bat­ma­nem, a każdy wie, że Bat­man jest naj­sek­sow­niej­szy z nich wszyst­kich.

- Nie ze wszyst­kich - oświad­cza Mandy. Brzmi jak pijana i jest mi za nią tro­chę wstyd. - Bez obrazy, Bat­man, ale mnie bar­dzo podoba się Thor. Więc jeśli fak­tycz­nie jesteś Mrocz­nym Ryce­rzem, poznał­byś mnie z tym podob­nym do Chrisa Hem­swor­tha, który wła­śnie poszedł? Jak on miał na imię? - jej słowa brzmią, jakby je wyplu­wała, ale jakimś cudem są spójne.

- Dziew­czyny, tak­sówka czeka.

- Daniel, nie tak prędko - mówi prze­cią­gle Mandy, kie­ru­jąc swoją uwagę na kolegę. - Cze­kaj... ty naprawdę wyglą­dasz jak Clark Kent.

Pró­bu­jemy przy­bić sobie piątkę, ale nie tra­fiamy. Wygląda to dziw­nie. Pró­bu­jemy jesz­cze raz i znów nic z tego. Wybu­cham śmie­chem, ponie­waż to tak cho­ler­nie zabawne. Mandy kręci głową i sta­wia krok w kie­runku Daniela. Idę za nią, ponie­waż jego twarz jest tak skwa­szona, że można by pomy­śleć, iż połknął kawa­łek cytryny. Jed­nak Andy mnie nie wypusz­cza.

- Dopil­nuję, żeby bez­piecz­nie dotarła do domu - oświad­cza.

Daniel pro­stuje się, a jego super­moc pozwala mu prze­kształ­cić się z trzech postaci w pięć. Nie mogę się powstrzy­mać od komen­ta­rza.

- On cię znacz­nie prze­wyż­sza liczeb­nie - mówię do Andy'ego lub do nikogo. Już sama nie wiem.

Andy spo­gląda na mnie z góry, ale w jego oczach nie widzę roz­ba­wie­nia. Kiedy jego twarz przy­biera ten roz­myty wyraz jak z hor­roru, mru­czę:

- Nie jesteś Bat­ma­nem, prawda? Jesteś kimś innym?

- Jestem kimś - odmru­kuje. Potem jego głos robi się bar­dziej basowy i mocny: - Zabie­ram ją. Możesz odpro­wa­dzić do domu jej przy­ja­ciółkę.

Ocean znów zaczyna falo­wać i pochy­lam się ku Andy'emu, przy­ci­ska­jąc twarz do jego klatki pier­sio­wej. Zmar­z­nię­tym policz­kiem czuję szorst­kość jego weł­nia­nego płasz­cza, ale przy­bli­żam się jesz­cze tro­chę, żeby usły­szeć bicie jego serca. Muszę się upew­nić, że jest żywy i że to nie jest jakiś sza­lony sen.

- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. Pra­cu­jemy razem i nie wiem, kim jesteś - mówi Daniel.

Głos Andy'ego wydaje się stłu­miony dla jed­nego z moich uszu, dru­gim sły­szę go wyraź­nie.

- Cate i ja... znamy się już długo. Gwa­ran­tuję, że jest ze mną bez­pieczna. Zawiozę ją do jej domu.

Infor­ma­cja, którą muszę się podzie­lić, pozwala mi jesz­cze raz sta­nąć sta­bil­nie na wła­snych nogach.

- Wła­śnie, zjemy razem kola­cję i powspo­mi­namy stare czasy. Albo nowe czasy. I pla­nu­jemy zjeść też śnia­da­nie - śmieję się, zanim znów wraca mi powaga. - Już cał­kiem długo nie jadłam śnia­da­nia - mówię z roz­tar­gnie­niem. A potem jesz­cze ciszej, bo to chcę powie­dzieć wyłącz­nie do Mandy, dodaję: - Wiesz, co ozna­cza tutaj słowo "śnia­da­nie" - chi­cho­czę i nie mogę prze­stać, mimo iż tak nie­na­wi­dzę chi­cho­ta­nia.

- Śnia­da­nie - Mandy unosi kciuk do góry. Coś musi mieć w oku, ponie­waż stoi z jed­nym zamknię­tym, co nadaje jej twa­rzy dzi­waczny wygląd. - Zadzwoń i opo­wiedz mi wszystko rano. Też już dawno nie jadłam śnia­da­nia, a tak lubię kieł­ba­ski.

Chi­cho­cze cały czas, gdy Daniel pośpiesz­nie wpy­cha ją do tak­sówki, a ja czuję, jak świat się prze­chyla. Andy mnie pod­trzy­muje. Naraz sły­szę woła­nie Daniela:

- Cate, jesteś pewna, że wszystko w porządku?

Chcę kiw­nąć głową, ale zaczy­nam czuć mdło­ści.

- Zosta­wiasz mnie w dobrych rękach. Wiesz, jest dok­to­rem.

Daniel traci wszyst­kie swoje klony i kiwa mi zdaw­kowo, sia­da­jąc obok Mandy w tak­sówce. Kiedy odjeż­dżają, zasta­na­wiam się, czy powin­nam czuć się źle z tym, co powie­dzia­łam. Po pro­stu byłam szczera. Ale ta myśl odpływa, zmie­ciona kolejną falą mdło­ści.

- Mój samo­chód jest tam.

- Mają teraz samo­chody na oce­anie? Chyba potrze­buję cze­goś na wymioty. Nie czuję się zbyt dobrze.

Zatrzy­mu­jemy się i Andy patrzy mi pro­sto w twarz.

- Ile dzi­siaj wypi­łaś?

Pró­buję wzru­szyć ramio­nami, ale mam wra­że­nie, że ważą tonę.

- A zja­dłaś coś?

Na myśl przy­cho­dzą mi frytki. Nie­przy­jemny pomruk w moim żołądku zmu­sza mnie, żebym wyrzu­ciła z głowy obrazy jedze­nia. Kręcę głową i mówię przez zaci­śnięte usta:

- Nie mogę o tym mówić.

- OK, chodź, zabie­rzemy cię do domu.

Andy pro­wa­dzi mnie przed sie­bie i zaczy­nają mnie boleć stopy. Przy­staję i pró­buję zdjąć szpilki, ale ręce Andy'ego mnie powstrzy­mują.

- Cate, kocha­nie, jest zbyt zimno, żeby iść boso.

- Bolą mnie stopy - skarżę się, ale on sta­wia mnie pro­sto z powro­tem.

- To nie jest daleko, obie­cuję.

- Nie sądzę, żebym dała radę. Ratuj się. Ja tu zostanę i umrę - odrzu­cam jego rękę, pró­bu­jąc pozwo­lić gra­wi­ta­cji ścią­gnąć mnie na zie­mię.

Andy śmieje się, a potem pod­rywa mnie w powie­trze.

- Ejże, kow­boju. Odwró­ci­łeś świat do góry nogami.

- To ty wywró­ci­łaś mój świat do góry nogami - mówi sła­bym gło­sem, tak że wła­ści­wie nie jestem pewna, czy go usły­sza­łam.

- Już pra­wie jeste­śmy - te słowa wypo­wiada już nor­mal­nie, więc jestem nie­mal pewna, że poprzed­nie mi się przy­śniły.

Spra­wia, że czuję się jak Kop­ciu­szek i cze­kam, aż zaklę­cie prze­sta­nie dzia­łać. Nie powi­nien być dla mnie aż tak miły.

- Dla­czego zawsze tak się o mnie trosz­czysz?

Patrzy na mnie. A kiedy się zatrzy­muje, jego słowa nie syn­chro­ni­zują się z ruchami jego ust.

- Bo ja... - cokol­wiek chciał teraz powie­dzieć, chyba zmie­nia zda­nie - mie­li­śmy nie mówić o prze­szło­ści, prawda?

Nie odpo­wia­dam, ponie­waż poprzez cią­żącą mi na gło­wie chmurę upo­je­nia alko­ho­lo­wego jakoś wiem, że taki był plan. Sta­ram się sku­pić na dotar­ciu do jego samo­chodu i nie­zwy­mio­to­wa­niu na niego. Kiedy docie­ramy do publicz­nego garażu, ostat­nią rze­czą, która zostaje mi w pamięci, jest to, że jego samo­chód jest ele­gancki i błysz­czący. Pomaga mi pogrą­żyć się w pod­grze­wa­nym skó­rza­nym sie­dze­niu. Zamy­kam oczy, wdzięczna, że przez całą drogę nie zwy­mio­to­wa­łam.

Kiedy otwie­ram oczy, uświa­da­miam sobie, że jestem w domu. Jest ciemno i kom­plet­nie nie pamię­tam, jak się tu dosta­łam. To, co zauwa­żam, to to, że na­dal jestem ubrana, a moje ciu­chy cuchną alko­ho­lem. Mam odruch wymiotny od tego smrodu, ale udaje mi się go powstrzy­mać. Fakt, że chwieję się na nogach, mówi mi, że alko­hol na­dal krąży w moich żyłach. Na pewno nie jestem w domu od dawna. Poko­nuję zale­d­wie kilka kro­ków i muszę oprzeć się o ścianę. Ukłu­cie bólu w sto­pach ostrzega mnie, że na­dal mam na sobie obcasy. Zrzu­cam je kop­nię­ciem, a następ­nie wycho­dzę z pokoju w poszu­ki­wa­niu łazienki. Nie zawra­cam sobie głowy zapa­la­niem świa­tła w oba­wie, że oślepi mnie ból głowy. Pierw­sze drzwi, które otwie­ram, oka­zują się pro­wa­dzić do gar­de­roby. Potrzą­sam głową i zaczy­nam iść zako­lami, ponie­waż świat wokół mnie wiruje. Posu­wam się kory­ta­rzem, aż w końcu udaje mi się dotrzeć do łazienki.

Nie­udol­nie szar­piąc się ze swe­trem, przy­po­mi­nam sobie o cien­kim pasku zapię­tym w talii. Dużo czasu zaj­muje mi odpię­cie go i ścią­gnię­cie swe­tra przez głowę. OK, to zada­nie zostało wyko­nane, prze­cho­dzę więc do zdję­cia spód­nicy. Koń­czy się to tak, że gonię za suwa­kiem z tyłu jak pies za swoim ogo­nem. W końcu się pod­daję i zdej­muję spód­nicę, szar­piąc. Stringi zaj­mują mi tylko chwilę, ale sta­nik dopro­wa­dza do szału. Kiedy wresz­cie jestem naga, po omacku odnaj­duję kurek prysz­nica i cze­kam na cie­płą wodę. Naraz otwie­ram jed­nak pchnię­ciem drzwi i zasty­gam, bo coś jest nie tak. Przy­po­mina mi się noc z Andym i Danie­lem. Mru­gam, ale wcho­dzę pod prysz­nic z nadzieją, że to pomoże mi oczy­ścić umysł.

Sto­jąc tam przez chwilę, przy­wo­łuję widok zawie­dzio­nego Daniela. Zasta­na­wiam się, jak spoj­rzę mu w oczy w pracy w ponie­dzia­łek i jak prze­żyję gniew Mandy. Ostrze­gała mnie.

Po porząd­nym peelingu pra­wie wypa­dam spod prysz­nica i jestem pewna, że o czymś zapo­mnia­łam. Zęby. Chwy­tam szczo­teczkę i pastę i zabie­ram się do roboty. Mię­towy, świeży oddech nie drażni mojego żołądka. Nie­po­rad­nie odnaj­duję drogę do sypialni i zosta­wiam ręcz­nik na pod­ło­dze, wpeł­za­jąc do łóżka. Mając w pamięci, ile pro­ble­mów przy­spo­rzyło mi ścią­ga­nie ubrań, nie zamie­rzam mar­twić się zakła­da­niem piżamy.

Kiedy jakiś czas póź­niej otwie­ram oczy, zauwa­żam trzy rze­czy. Po pierw­sze, prze­ra­ża­jący ból pul­suje mi pod czaszką. Wiem, że jestem odwod­niona przez wypity alko­hol i muszę napić się wody, by ból znik­nął. Po dru­gie, obrzy­dliwy smak w ustach. A więc na tyle zdało się moje mycie zębów. Wysta­wiam język, mając nadzieję, że to pozwoli mi pozbyć się uczu­cia waty w ustach. Po trze­cie, jest mi okrop­nie gorąco, jak­bym była owi­nięta kocem elek­trycz­nym. Odrzu­cam te wszyst­kie myśli w nadziei, że znów pochło­nie mnie sen. Nie jestem jesz­cze gotowa, by się obu­dzić, a świa­tło nie prze­świeca przez rolety. Na­dal panuje ciem­ność, więc jest zbyt wcze­śnie, by pod­no­sić się z łóżka.

Fan­ta­zje to naj­lep­sza część spa­nia. Z łatwo­ścią z powro­tem pogrą­żam się w marze­niach sen­nych. Tak dawno nikt mnie nie doty­kał; przy­wo­łuję mojego męż­czy­znę bar­dzo prze­bie­gle z pomocą namięt­nych roman­sów, które ostat­nio czy­ta­łam. Jego dło­nie, które zawsze kocha­łam, prze­su­wają się w dół mojego tuło­wia. Jestem tro­chę zła, że nie skła­dają hołdu moim pier­siom, ale ta myśl odpływa, gdy jego palce zaczy­nają gła­dzić wiązki moich ner­wów z ide­al­nym naci­skiem.

- O mój Boże, minęło tyle czasu - mru­czę leni­wie.

- O tak.

Pra­wie wyska­kuję ze skóry. Moje oczy otwie­rają się w locie, gdy pod­ry­wam się i sia­dam na łóżku. W moim łóżku jest męż­czy­zna!

- Drew, to zna­czy Andy - otrzą­sam się, bo kto inny mógłby to być? Poza tym roz­po­zna­ła­bym jego głos wszę­dzie.

- Cate?

- Dla­czego jesteś w moim łóżku? - jestem teraz zupeł­nie świa­doma swo­jej nago­ści. Świat fan­ta­zji prze­obraża się w rze­czy­wi­stość. Pomimo naszej histo­rii on ni­gdy by sobie na to nie pozwo­lił. Pod­cią­gam nakry­cie po samą szyję.

- Wła­ści­wie to ty jesteś w moim - jego oświad­cze­nie spra­wia, że mój świat się chwieje.

- Co? - ści­skam koł­drę w dło­niach, prze­chy­la­jąc się do tyłu, aż wresz­cie kładę głowę na zagłówku. Dopiero teraz zauwa­żam, jak wygląda pokój. Ciemne meble nie są usta­wione tak jak moje, które są nieco bar­dziej nowo­cze­sne. W zasa­dzie to nawet drzwi nie znaj­dują się po tej stro­nie pokoju, po któ­rej być powinny. Tak więc to nie może być moja sypial­nia.

Andy kła­dzie się w tej samej pozy­cji co ja, opie­ra­jąc głowę na zagłówku, tylko się nie przy­krywa. Jego naga klata roz­po­ściera się przed moim badaw­czym wzro­kiem i przed dłońmi, jeśli okażę się wystar­cza­jąco odważna, by jej dotknąć. Jego mię­śnie są wyraź­nie zary­so­wane, two­rząc grzbiety i wzgó­rza, które bła­gają o uwagę. O Boże, ależ on jest piękny. Czuję mię­dzy nogami wil­goć, która wywo­łuje falę gorąca na moich policz­kach.

Chwyta mnie za wolną rękę i uśmie­cha się deli­kat­nie.

- Cate, kocha­nie, odpły­nę­łaś w moim samo­cho­dzie. Nie mia­łem bla­dego poję­cia, gdzie miesz­kasz. Zaj­rza­łem ci do port­fela, ale na­dal masz prawo jazdy z Karo­liny Połu­dnio­wej. Powin­naś to zmie­nić, tak przy oka­zji.

Całuje moją dłoń, jakby chciał mnie uspo­koić. Jego wzrok pada tam, gdzie moja druga ręka zaci­ska się na koł­drze.

Łagod­nie się śmieje.

Czuję się głu­pio, ponie­waż wszystko widział, tym­cza­sem wydaje mi się, że nie mogę opu­ścić nakry­cia. Zamiast tego wypeł­niam ciszę pośpiesz­nym wyja­śnie­niem.

- Nie mam samo­chodu. Dla­tego zapo­mi­nam wymie­nić prawo jazdy.

Kiwa głową i ści­ska moją dłoń.

- Pró­bo­wa­łem cię obu­dzić, ale nie reago­wa­łaś. Nie mia­łem wyboru, musia­łem zabrać cię do domu, nie żeby mi było przy­kro z tego powodu.

Jego oczy prze­bie­gają w dół mojego ciała jak piesz­czota.

- A gdzie jest dom? - jedno spoj­rze­nie przez czę­ściowo unie­sione rolety i już widzę, że nie jestem w śród­mie­ściu DC.

- Bal­ti­more.

- Bal­ti­more?

Znów kiwa głową. Mogła­bym wypy­ty­wać go o to dłu­żej, ale mam inne naglące pyta­nia, które potrze­bują odpo­wie­dzi.

- Dla­czego jestem w twoim łóżku?

Drew, któ­rego zna­łam, był dżen­tel­me­nem. Jeśli chce, żeby­śmy zaczęli od początku, raczej by nie sądził, że się z nim prze­śpię.

- Nie mam poję­cia. Poło­ży­łem cię w gościn­nej sypialni, cał­ko­wi­cie ubraną, mógł­bym dodać. Obu­dzi­łem się, bo woła­łaś moje imię i bła­ga­łaś, żebym cię dotknął.

Jego wzrok zjeż­dża w dół po moim okry­tym koł­drą ciele i wraca z powro­tem na górę. Mimo że jestem okryta, prze­raża mnie to, co powie­dział. Przy­po­mina mi się, jak obi­ja­łam się, cho­dząc po jego miesz­ka­niu i nie mogąc zna­leźć drogi w środku nocy. Szu­ka­łam sypialni, aż w końcu wpeł­złam naga do jego łóżka. Spał przez cały ten czas, dopóki nie zaczę­łam woka­li­zo­wać moich fan­ta­zji. Zjeż­dżam pod koł­drę, by przy­kryć się cał­ko­wi­cie, i wtedy orien­tuję się, że nie tylko ja jestem naga.

Ścią­gam szybko koł­drę z głowy. Potem uzmy­sła­wiam sobie, że powin­nam znów zakryć piersi.

- Jesteś nagi - rzu­cam oskar­ży­ciel­sko.

- Tak, tak zwy­kle sypiam. Ale powin­naś o tym wie­dzieć.

Pro­blem polega na tym, że wiem za dużo. To nie zadziała. Jest dla mnie zbyt nie­zręcz­nie. Prze­szłość zaczyna mie­szać się z teraź­niej­szo­ścią. I nawet jeśli wydaje się, że jemu to kom­plet­nie pasuje, to mnie nie. Prze­krę­cam się na drugą stronę łóżka, cią­gnąc koł­drę za sobą. Wsta­jąc, nie oglą­dam się za sie­bie, okry­wa­jąc moją gołą pupę, i daję dra­paka do łazienki, gdzie zosta­wi­łam moje ubra­nia, jak mówi moja pijana pamięć. Kiedy wresz­cie wycho­dzę, cał­ko­wi­cie ubrana z wyjąt­kiem bie­li­zny, on ma już na sobie spodnie od piżamy, a w ręce trzyma szklankę wody i ibu­prom.

Za to ja w jed­nej ręce trzy­mam zwi­nięte w kłę­bek stringi, które wydały mi się zbyt obrzy­dliwe, by zało­żyć je z powro­tem po prysz­nicu, i które pla­nuję wrzu­cić do torebki, kiedy wresz­cie ją znajdę. Andy wrę­cza mi dwie tabletki, a ja popi­jam je całą szklanką wody.

- Dzięki.

- Nie ma pro­blemu. Odwió­zł­bym cię do domu - patrzy na swój zega­rek - ale powi­nie­nem za pół godziny być w szpi­talu. Zdaje się, że zaspa­łem.

- Nie, w porządku. Wezmę tak­sówkę - macham mu.

Kiwa głową.

- Nie musisz. Możesz pod­rzu­cić mnie do pracy, a potem wziąć mój samo­chód. Nie będę go potrze­bo­wał. Przy­jedź póź­niej i możemy zjeść razem kola­cję. Potem cię odwiozę.

- Nie mogę wziąć two­jego samo­chodu. Co, jeśli nagle będziesz go potrze­bo­wał?

Pod­cho­dzi bli­żej i chwyta moją brodę. Prze­ciąga kciu­kiem po moim policzku. W jego pięk­nych oczach dostrze­gam wszyst­kie nasze wspólne wspo­mnie­nia. Po spo­so­bie, w jaki zaci­ska szczęki, widzę, że wal­czy ze sobą, by nie przy­po­mnieć mi o wszyst­kim, co nas łączyło.

- Będę przez cały dzień w pracy. Nie będę go potrze­bo­wał. I wiem, że zaczy­namy od nowa, ale znamy się o wiele lepiej. Weź mój samo­chód i przy­jedź póź­niej. Możesz mnie ode­brać z pracy. To będzie dla cie­bie dobra wymówka, jeśli jakiejś potrze­bu­jesz, by zjeść ze mną kola­cję.

Zanim odcho­dzi, daje mi buziaka w skroń, pozo­sta­wia­jąc mnie ze swo­imi sło­wami. Patrzę, jak pod­nosi z opar­cia krze­sła parę spodni i wyciąga z nich klu­czyki do samo­chodu. Bie­rze moją rękę i roz­wija palce, kła­dąc klu­cze na mojej otwar­tej dłoni, a następ­nie zaci­ska palce z powro­tem wokół nich.

- Daj mi parę minut, wezmę prysz­nic - mówi, zanim znika w łazience.

Chwy­tam klu­cze i powstrzy­muję się przed pój­ściem za nim do łazienki. Tak pro­sto byłoby do niego dołą­czyć. O wiele trud­niej jest pozo­stać w miej­scu zamiast po pro­stu przy­zwy­czaić się do bycia parą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki