p
Prolog
Prolog
W dźwięku zamykających się za nią drzwi brzmi ostateczność. Pewien
rodzaj dręczącego spokoju, gdy już wiadomo, że to koniec. Nie powinienem
oczekiwać, że sprawy będą się toczyły ciągle tym samym torem. Jakżeby
mogły? Nieraz bywało, że ci, których dopuściłem najbliżej siebie,
wypadli z mojego życia lub zawiedli.
Słowo, które mnie prześladuje, przyjęło rolę sędziego, ławy przysięgłych
i kata dla najbliższych mi osób. Dlaczego w tym przypadku miałoby być
inaczej? Przyciskam rękę do czoła, by złagodzić miażdżący ból głowy,
który usilnie daje o sobie znać. To tylko kwestia czasu, kiedy wszystko
się rozpadnie jak skorupa mojego pustego serca.
Wpatruję się w dziury w ścianach, jakbym wciąż mógł zobaczyć ją, tę,
którą wpuściłem do środka. Słońce wschodzi i zachodzi, ukazując swoje
wewnętrzne i zewnętrzne piękno, oślepiając mnie czymś, czego nie śmiem
nazwać, bo przeraża mnie nadzieją, którą ze sobą przynosi - nadzieją,
której nigdy wcześniej nie miałem. Za każdym razem, gdy z nią byłem,
wiedziałem, że nadejdzie świt. Teraz, gdy jej nie ma, ciemność zasłoniła
drogę światłu słonecznemu usiłującemu przedostać się przez okno.
Słodka jak brzoskwinia... Rzadko zdarzało jej się mówić o kimś coś złego -
aż do teraz. Stoję jak wrośnięty w podłogę. W moim pustym sercu
rozbrzmiewa to, jak opisała mnie na pożegnanie, zaczynając od suki, a kończąc na synu... Nie szokuje mnie samo słowo, nie pierwszy raz je
usłyszałem. Jestem zaskoczony tylko dlatego, że nigdy wcześniej nie
zauważyłem, żeby wymruczała choć jedno przekleństwo. A gdy wreszcie to
zrobiła, było ono wymierzone we mnie...
Moje ręce zaciskają się wokół szklanki i wypijam wypełniający ją
bursztynowy płyn, mając nadzieję na zapomnienie lub coś w tym stylu. Tak
dobrze znam tę drogę. Tylko tym razem jest inaczej. Nigdy nie zależało
mi tak jak teraz. Ona znaczy dla mnie więcej niż szybkie rżnięcie. Czy
nie miałem jej właśnie o tym powiedzieć? Jak to możliwe, że tak szybko
wszystko poszło nie tak?
Czuję, jak jej pogarda kpiąco przebija się przez moją klatkę piersiową i wysysa z niej krew, dokładnie tak, jak to sobie zamierzyła. Bicie mojego
serca zwalnia i rozbrzmiewa echem z drugiej strony przepaści, która
powstała między nami, gdy bezwiednie wyrwała mi je z piersi i odeszła,
zabierając je ze sobą w siną dal.
A jednak drzwi między nami wciąż ośmielają mnie, bym przekroczył próg i wszystko naprawił. Coś pozornie tak prostego, a jednak najtrudniejszego
ze wszystkich rzeczy, które przyszło mi zrobić. Jakby tego było mało,
zza grobu spogląda na mnie z dezaprobatą mój najlepszy przyjaciel, a ja
tęsknię za jego obecnością bardziej niż kiedykolwiek. Był moim kompasem,
prawą ręką i głosem rozsądku w sytuacjach takich jak ta.
Nieuchronnie samotny, patrzę, jak moje życie zapada się w nicość z powodu moich decyzji. Mogę to naprawić. Świerzbi mnie ręka, aby sięgnąć
po list, który napisał w swoich ostatnich dniach. W szufladzie obok
łóżka przez cały czas leży papier z poprzecieranymi szeregami liter,
który tak często rozkładałem i składałem. Ale nie mam dość siły, żeby po
niego pójść. To nie ma znaczenia. Ile razy przeczytałem to cholerstwo?
Sto? Tysiąc? Jego przejmujące myśli i rady wryły mi się w mózg równie
głęboko jak widok jego umierającej twarzy. Kiedy, kurwa, wyrzucę ten
obraz z głowy? I kiedy przestanę go potrzebować, żeby mnie ściągnął znad
krawędzi, do cholery? Jak, do cholery, mam naprawić to, co jest między
nią a mną bez niego? Dlaczego, do cholery, musiałeś umrzeć? Przyjaciele
nie powinni umierać, póki trwa przyjaźń. Przecież wiesz, że jestem w tym
kompletnie do dupy!
Słowa odbijają się echem od ścian, gdy nadal zapuszczam korzenie w podłogę jak niechciany chwast.
Praktycznie słyszę, jak krzyczy: "Rusz i zatrzymaj ją, idioto"!
Ale nie mogę. Umarłem milion razy, odkąd on opuścił ziemię.
- Gdybyś wciąż tu był, nie tkwiłbym po uszy w tym gównie - wyduszam z siebie, jakby wspomnienie o nim stało się ciałem.
Czego bym nie dał, żeby był tu teraz. Dałbym wszystko. Bo gdyby był,
wiedziałbym, że wszystko jest możliwe. Zwłaszcza wszystko, co chciałem,
aby było między nią a mną. Jego śmierć jest tylko przypomnieniem, że
marzenia się nie spełniają.
Nie bądź głupi. Wciąż możesz to naprawić.
Chociaż trzymam się jego pamięci jak powietrza, którym muszę oddychać,
postanawiam zignorować jego niewypowiedzianą radę. Zamiast tego uparcie
pozostaję na swoim miejscu, ponieważ nic już nie może zmienić tego, co
się stało. To prawda, która będzie mnie prześladować do ostatniego
tchnienia. I wiem o tym nie tylko ja, ale też ona. Między nami powstał
mur, na który nie jestem w stanie się wspiąć... nawet gdybyś dał mi
cholerną drabinę.
Nigdy nie skłaniałem się ku ponoszeniu zbytecznego ryzyka w sprawach
sercowych. Mogę sprawić, aby na moim wyciągu z konta bankowego widniała
cyfra z wieloma zerami. Ale nie umiem być mężczyzną, z którym kobieta
zostaje. Czy przed tym również jej nie ostrzegałem?
Nie potrafiąc spojrzeć poza własną gównianą egzystencję, tęsknię za jej
powrotem. Chcę wierzyć, że to wszystko było jakąś pomyłką i mogę o tym
zapomnieć, mimo że wiem, jak jest. W miarę jak upływają sekundy, dociera
do mnie, że to już naprawdę koniec. Tak szybko jak zatrzaskują się drzwi
jej samochodu i rozbrzmiewa warczenie silnika, zamyka się też moje okno
możliwości.
Jest tak blisko, ale jednocześnie daleko. Im dłużej pozwalam, by między
nami piętrzyły się minuty, wzrasta we mnie pewność, że rozłąka nie
popchnie nas sobie znów w ramiona. Ale może to i lepiej. Miłość czy
cokolwiek, co się pod nią kryje, nie wystarcza, by zakryć brudną,
popieprzoną prawdę. Gdy tylko sytuacja przerosła moje oczekiwania, fakty
wszystko zepsuły.
Z jękiem ciskam w stronę drzwi kryształową szklankę wartą małą fortunę.
Sam nie jestem w stanie podejść do drzwi. Światło pięknie gra na
okruchach, które spadają kaskadą w dół, eksplodując niczym fajerwerki.
To jest jak pokaz mojej rozpaczy, która najpierw uciska, a następnie
masakruje moją klatkę piersiową, ponieważ najlepsze, co mi się
przytrafiło, odeszło..., pozostawiając mnie z jedynym pewnym przekonaniem,
że moim przeznaczeniem jest być z nią.
- Kocham cię - szepczę po raz pierwszy zamiast słów pożegnania. Mogę się
tylko modlić, żebyśmy oboje przeżyli to, co ma nadejść.
Jeden BEN
Jeden
BEN
Mętne, szare niebo jest doskonałym odbiciem mojego życia w chwili, gdy
patrzę, jak trumna z moim najlepszym przyjacielem opuszcza się na zawsze
do ziemi. Drew odszedł w wieku dwudziestu dziewięciu lat. I to jest tak
cholernie niesprawiedliwe. Przyglądam się, tęskniąc za stanem
odrętwienia, który nie nadchodzi. Czuję o wiele za dużo, gdy organ
wielkości pięści w mojej piersi nadal bije, jakby drwiąc z tego, że
serce Drew już przestało. To nie jest w porządku i to mnie powoli
zabija.
Piękna kobieta, która przylgnęła do mnie, jakbym mógł ją utrzymać w tu i teraz, nie należy do mnie. Cate należy do Drew w sposób, jaki poeci
opisują w sonetach. Należą do siebie nawzajem tak, jak przedstawia każdy
babski film, jaki kiedykolwiek powstał.
Dla niego robię wszystko, co w mojej mocy, aby utrzymać wdowę na nogach.
Wdowa. Cholera.
Ona potrzebuje oparcia, a nie pizdy, która poza rodziną straciła
wszystko, co się liczy. Więc maskuję pustkę, która okrywa mnie jak koc,
parą bezużytecznych okularów przeciwsłonecznych. Ukrywają moje
zaczerwienione oczy, gdy wspomnienia ostatnich kilku dobrych dni
spędzonych w jego domu wypalają wnętrza moich powiek.
Cate radzi sobie niewiele lepiej, bo grube łzy spływają jej po
policzkach, przypominając mi, że życie nigdy nie będzie takie samo. Kto
będzie znosił moje gówniane problemy lub zwyzywa mnie, gdy będę tego
potrzebował?
Wilgoć spływa mi po twarzy i jestem wdzięczny za deszcz, który
eksploduje z chmur w idealnym, kurwa, momencie. Otwieram parasol i trzymam go nad nami obojgiem. Kiedy padają ostatnie słowa, posuwamy się
do przodu jak zombie i wrzucamy świeżo ścięte róże w dziurę wielkości
mojego popapranego serca. Nie wiem, dlaczego czuję się tak zjebany po
jego odejściu. Przecież nie byliśmy sekretnymi kochankami czy coś w tym
rodzaju. Ale on był moją drugą połówką w sposób, w jaki może być tylko
najlepszy przyjaciel. Miał wszystko, czego ja nie miałem. Dobrą rodzinę,
karierę, którą się cieszył, i kobietę, którą kochał bardziej niż swój
ostatni oddech. Więc dlaczego to on musiał umrzeć?
Zgłosiłbym się na ochotnika na jego miejsce, gdyby dano mi szansę. Co
musiałem zostawić za sobą? Karierę, którą uwielbiam nienawidzić?
Kobietę? Te myśli przyprawiają mnie o śmiech. Moja kariera jest obecnie
w rękach mojego ojca. A kobiety nigdy nie znaczyły dla mnie nic więcej
niż tymczasowe miejsce, w którym mogę zakopać się głęboko aż po same
jaja.
- Ben, nie mogę.
Drżące słowa Cate są echem moich własnych myśli. Życie jest zdecydowanie
zbyt krótkie i tak bardzo niesprawiedliwe. Moja odpowiedź jest pusta,
ale i tak wypycham ją z gardła.
- Dasz radę, dla Drew.
Moje wspomnienie z tego okropnego dnia blednie pod wpływem dźwięku lodu
stukającego w szklance, która wiruje w mojej dłoni. Mówią, że to kobieta
zawsze miesza mężczyźnie w głowie. Nie w każdej sytuacji jest to prawda.
W moim przypadku do utrzymującego się wciąż stanu spierdolenia w mojej
głowie przyczyniło się patrzenie, jak Drew umiera na raka - niczym
skradziony z tego świata na długo przed swoim czasem. I tylko na tym,
wydaje mi się, mogę się skupić. Nie na babce, którą właśnie skończyłem
pieprzyć kilka minut temu.
Podekscytowana przechadza się przede mną, jak gdyby szła po rozżarzonych
węglach, gadając bez przerwy, a jej głos brzmi, jakby ktoś szorował
paznokciami po tablicy. Ignoruję ją. Jest typem kobiety, która wywarłaby
wrażenie na każdym mężczyźnie. Ale jakiekolwiek zainteresowanie nią już
dawno we mnie wygasło. Fakt, że nie spuściłem się podczas naszej
ostatniej rundy seksu, jest kolejnym dowodem na to, że czas ruszyć
dalej. Moim błędem jest dbanie o to, by ją zadowolić, przez co nie jest
świadoma, że nie pałam już entuzjazmem. Ale jestem zmęczony
zachowywaniem pozorów. Nadszedł czas, żebym zachował się jak facet i wymyślił sposób, jak najlepiej powiedzieć jej, żeby zgubiła mój numer,
tak by nie skończyło się to wykrzykiwaniem przez nią przekleństw pod
moim adresem. Nie żebym na to nie zasługiwał. Po prostu nie mam dziś
siły, żeby to znieść.
- Ben, słyszałeś mnie? - pyta Karen.
- Tak - odchrząkuję, uwalniając słowo.
- W każdym razie, zastanawiałam się, czy mógłbyś wziąć jutro wolne,
żebyśmy podjechali wieczorem do szpitala.
Tym razem nie muszę domyślać się, o co pytała, bo wreszcie udaje mi się
skupić na niej uwagę. Zakłada biały koronkowy stanik, który zdjąłem z niej godzinę wcześniej. Opuszczam wzrok niżej i przyznaję, że ma świetny
tyłek. Jest nawet jeszcze trochę czerwony od moich klapsów. Ale nie jest
to niczym więcej, jak ładną, mydlącą oczy otoczką.
Kiedy zaczyna mi się przyglądać, w końcu odpowiadam jej pytaniem na
pytanie.
- Dlaczego?
- Dlaczego co? - przystaje i patrzy na mnie z groźnym błyskiem w oku.
Zaczyna się. Jej głos już się podnosi.
- Dlaczego miałbym wziąć dzień wolny?
Ledwo znam tę kobietę. Prawda jest taka, że ledwo znam Karen.
- Dlaczego? - jej twarz przyobleka się w gniewny odcień różu. - Wydawało
mi się, że po tym całym wspólnym czasie chciałbyś poznać moją rodzinę.
To, co zamierzam powiedzieć, jest niewłaściwe, ale i tak to mówię:
- Niby dlaczego?
Kładzie ręce na talii i pochyla się w moją stronę niczym nauczyciel,
który zamierza zdyscyplinować ucznia. Chce wymóc na mnie reakcję, ale ja
nie jestem w stanie zetrzeć z twarzy znudzonego spojrzenia. Mam
nadzieję, że zrozumie, o co mi chodzi, i nie będę musiał tego
przeliterować.
- Dlaczego? - przerywa i bierze głęboki wdech, jakby to miało ją
uspokoić.
Ale ja wiem lepiej. Trzy. Dwa. Jeden. Bingo. Widzę zmianę, kiedy w końcu
do niej dociera. Jej twarz uspokaja się, a dłoń sięga w stronę mojej
dłoni, by ją pogłaskać. Jeśli próbuje złagodzić tym gestem mój
zirytowany wyraz twarzy, to jest już za późno.
- Rak cię przeraża, rozumiem to. Ale to już... - wycofuje się i przykłada
palce do swojego policzka - ile, ponad rok? Zgoda, to smutne, że twój
najlepszy przyjaciel umarł. To jest tragiczne. Ale życie toczy się
dalej, Ben.
Po chwili dodaje:
- Czasami zastanawiam się, czy wy dwaj nie byliście kimś więcej niż
tylko przyjaciółmi.
Musiała to powiedzieć, co tylko dowodzi, jak mało mnie zna lub jak ja
sam mało ją interesuję poza wielkością mojego konta bankowego. Staram
się opanować gniew, ale nie udaje mi się to. Roztrzaskuję szklankę na
stoliku. Odskakuje, a jej twarz pokrywa się bladością.
- Był dla mnie jak brat. I miał dwadzieścia dziewięć lat, na litość
boską. Powinien starać się z Cate o dziecko, a nie leżeć pieprzone dwa
metry pod ziemią.
Unosi rękę, jakby próbowała uspokoić smoka, którym może faktycznie
jestem.
- Ja tylko mówię. Jesteśmy razem już od pięciu miesięcy.
- Nie, Karen, tu właśnie się mylisz - przerywam jej - pieprzymy się od
pięciu miesięcy.
Prostuje plecy, a oczy jej się zwężają. Przyjmuje z powrotem postawę
belfra, a kolejne słowa cedzi powoli i z rozmysłem, jakby dawała mi
lekcję.
- Ty pieprzony dupku. Jesteś gigafrajerem, który umrze w samotności,
jeśli nie wyciągnie głowy z dupy.
Dupek i frajer to tylko niektóre z określeń, którymi byłem nazywany
przez ostatnie lata i które spływają po mnie jak woda po kaczce. Jest
wiele argumentów, które mógłbym przedstawić w odpowiedzi, zaczynając od
tego, że właśnie skończyłem pieprzyć ją w dupę. Jednak siedzę cicho, bo
wygląda na to, że zamierza wyjść. Punkt. Podciąga spódnicę i wciąga
koszulkę przez głowę tak szybko, że jej naelektryzowane włosy
praktycznie stają dęba. Uśmiecham się, bo wygląda to nawet zabawnie.
- Nie masz się z czego śmiać. I nie zawracaj sobie głowy dzwonieniem do
mnie, gdy zdasz sobie sprawę, jaki błąd popełniłeś.
Wzruszam ramionami. Podchodząc do drzwi, rzuca jeszcze kilka
przekleństw.
Huk, kiedy je zatrzaskuje, jest tylko puentą, której potrzebuję, by
uznać ostatecznie, że nasz związek został zakończony. Podnoszę drinka i biorę kolejny głęboki łyk. Karen była świetną dupą, ale to wszystko.
Nigdy nie poczułem, że chciałbym czegoś więcej.
Ma rację co do jednej rzeczy. Rak mnie przeraża. Nie czuję się na siłach
przejść przez to po raz kolejny. Jestem wdzięczny, że w mojej rodzinie
nie ma nowotworów, bo wystarczy mi jeden miażdżący cios. Śmierć Drew
rozdarła mnie na kawałki i wciąż próbuję się poskładać. A nie ma go już
ponad rok.
Podnoszę telefon i wystukuję numer.
Wystarczy jeden sygnał i odbiera moja młodsza i jedyna siostra, Jenna.
- Co tam, Benny? Myślałam, że o tej porze będziesz już jechał do
Karoliny Północnej.
Bezgłośnie wzdycham, bo tam właśnie jedzie Karen. Sama.
- Skąd ten pomysł? - pytam nonszalancko.
Karen jest jej przyjaciółką. A ja muszę ograniczyć szkody, zanim
zadzwoni do niej Karen.
- Mój telefon dzwoni. Poczekaj.
- Czekaj, Jenna, nie odbieraj. Najpierw muszę z tobą porozmawiać.
Następuje pauza i ta bystrzacha w jednej chwili dodaje dwa do dwóch.
- Co zrobiłeś?
Decyduję chwycić byka za rogi i wyrzucam to z siebie z pełną
świadomością, jak ją to wkurzy.
- Nie mogę z nią być.
Cisza. Odliczam czas w odstępach co pięć. Gdy dochodzę do piętnastu, w końcu się odzywa.
- Dlaczego?
Wnioskując po sposobie, w jaki wypowiada to słowo, można by pomyśleć, że
to Jenna jest starsza ode mnie.
- Nie działa na mnie w ten sposób.
- Ben... - urywa, a jej głos łagodnieje, mimo że oczywiste jest, że czuje
się zawiedziona. Kocham moją siostrę, ale nie na tyle, żeby umawiać się
z kobietą, którą nie jestem zainteresowany. - To nie chodzi o Drew,
prawda? Przestraszyłeś się, bo ciotka Karen ma raka?
Nienawidzę tego, jak dobrze mnie zna.
- Nie przestraszyłem się - biorę kolejny łyk lagavulina - po prostu na
nią nie lecę. Nie ma powodu, żebym poznawał jej rodzinę, skoro nigdy nie
wsunę obrączki na jej palec.
Jenna pewnie już skrzyżowała ręce i najprawdopodobniej stuka stopą ze
zniecierpliwieniem. Nie jestem tchórzem, ale cieszę się, że rozmawiamy
przez telefon.
- Nie wierzę ci.
- Nie musisz - tracę panowanie nad sobą.
Przez kilka sekund nic nie mówi.
- Mama się wkurzy. Lubi ją. Już sobie wyobraża, że wy dwoje robicie
razem małe Beniątka.
Z moich ust wydobywa się jęk. Mama ostatnio poluje na dzieci.
- Ty zrobisz małe Jenniątka, bo Karen nie jest tą jedyną. Nie jestem w niej zakochany. I daleko do tego.
- Ben, kocham cię - wzdycha Jenna. - Do diabła, kocham też Cate. I kochałam Drew. Ale jeśli oboje się z tego nie otrząśniecie, to równie
dobrze mogliście umrzeć razem z nim.
Gdyby powiedział to ktokolwiek inny, odłożyłbym słuchawkę lub rzucił
kilka przekleństw, bo to, co powiedziała, jest dla mnie jak policzek.
- Wiem - z trudem udaje mi się wydusić z siebie to słowo.
- Może powinieneś z kimś porozmawiać, z terapeutą.
Terapeuta. Prawie czuję, jak Drew stoi tam i zgadza się z moją
siostrą. Gdyby tu był, użyłby najwłaściwszych słów. Ale właśnie o to
chodzi. Nie ma go. A powinien być. Zamykam oczy, czując jego odejście,
jakby to się stało wczoraj.
- Nie wiem. Może.
Wzdycha z ulgą, jakby wygrała.
- Tak czy inaczej, tak będzie lepiej - dodaję. - Nie jestem dla nikogo
dobry. Nigdy nie będę jak Drew.
- Ben...
- Przestań, Jenna. Nie umawiaj mnie z żadnymi innymi swoimi
przyjaciółkami, chyba że chcą się tylko pieprzyć - mam tu na myśli
więcej niż jedno znaczenie tego słowa. - To wszystko, co mam do
zaoferowania.
- Ben...
- Mówię poważnie.
Moja siostra, królowa słów, milczy.
- W porządku - mówi, a ja wiem, że to rozumie - nie będę ci już
naprawiać życia.
- Dobrze, zacznijmy od tego, że nigdy cię o to nie prosiłem.
Kiedy kończymy rozmowę, ogarnia mnie już niepokój. Wstaję z krzesła i podchodzę do stojącej na blacie butelki lagavulina. Nalewając
podwójnego, uświadamiam sobie, że nie mogę zadzwonić do Drew i poprosić
go, żeby wpadł, żeby to wszystko przetrawić. Przełykam płyn, myśląc o swoim gównianym życiu.
Moje myśli wędrują do pięknej Cate. Jest tak samo samotna jak ja. Może...
ta myśl umiera w moim umyśle nagłą śmiercią, ponieważ Cate jest dla mnie
jak młodsza siostra, co wywołuje u mnie dreszcz, nie wspominając już o tym, że wątpię, aby Drew miał to na myśli, kiedy prosił mnie o opiekę
nad nią.
Wymazawszy z umysłu ten dziwaczny pomysł, kieruję się pod prysznic, żeby
zmyć z siebie zapach Karen. Przechodząc przez sypialnię, szybko decyduję
się zdjąć z łóżka pościel, aby pozbyć się wszystkich śladów jej
obecności. Pewnie nieźle zaszokuje to moją sprzątaczkę.
Po wyjściu dzwonię do Marka, gościa z pracy, żeby sprawdzić, czy nie ma
ochoty się rozerwać. Może poker albo wyjście do baru pomoże mi zapomnieć
o wszystkim, łącznie z pieprzonym słowem na "R" - rakiem.
Kiedy nie odbiera, zakładam, że jego była wróciła i daje mu popalić.
Włączam telewizor i kończę na oglądaniu po raz milionowy Mrocznego
Rycerza. Tyle że Drew jest przez cały czas z tyłu mojej głowy,
opieprzając mnie za moje wybory. Nie zaaprobowałby tego, jak rozwiązałem
sprawę z Karen.
- W takim razie powinieneś tu być, żeby skopać mi tyłek - mówię do
pustego pokoju.
Następnego dnia wyczołguję się z łóżka na tyle wcześnie, żeby zdążyć do
pracy. Udaje mi się tam dotrzeć, zanim słońce pojawia się na niebie. W biurze panuje tłok. Nie zjawiam się bynajmniej pierwszy. Na szczęście
nie jestem też ostatni. Nie zdołałem jednak wyprzedzić starszego pana
będącego moim ojcem, co od jakiegoś czasu było dla mnie wyzwaniem.
Jeff, mój współpracownik, zauważa mnie, wychodząc z kuchni. Obejmuje
mnie ramieniem.
- Oto i nasz Kasiarz - ogłasza, sprawiając, że ludzie podnoszą wzrok
znad swoich stanowisk, jakbym był jakąś gwiazdą rocka. Pochyla się do
mnie konspiracyjnie, gdy mijamy morze sześciennych biur świeżo
rekrutowanych pracowników, i nieco ciszej mówi:
- Ben, człowieku, jest piątek. Nie rób planów na wieczór. Zabieramy
Marka, żeby się zabawił. Jego żona...
- Wkrótce była żona - odpieram. Nie wiem, dlaczego się przejmuję. Mark
chyba nie chce pozwolić jej odejść.
- Nieważne, ona trzyma go za jaja. Po pracy idziemy do Savanna's. Ty też
idziesz.
Savanna's to ekskluzywny klub w modnej części miasta. Zatrzymujemy się
przy moim małym biurze, tym, które staruszek niechętnie mi przydzielił,
kiedy zdecydowałem się wrócić i pracować dla niego po powrocie z Nowego
Jorku. Nadal jest wkurzony, że po studiach wyjechałem tam pracować dla
wielkiej korporacji, a nie dla niego. Zmusza mnie więc, bym zapracował
na swoje miejsce w jego firmie, a nie tylko używał swojego nazwiska, by
zgarnąć narożny gabinet. Nie przeszkadza mi to. Uwielbiam wyzwania. A udowodnienie ojcu, że nie ma powodu cieszyć się z tego, że Nowy Jork
okazał się być nie dla mnie, jest tego warte.
Jeff odsuwa się.
- Twój tata jest w nastroju. Uważaj.
Kiwam głową.
- W każdym razie po pracy bierzemy taksówkę do klubu, więc nie wymykaj
się - wskazuje na mnie palcem, ruszając do swojego biura parę drzwi
dalej, w strefie dla młodszych pracowników. - Liczymy na ciebie.
Tylko niecały metr dzieli mnie od biurka, gdy słyszę swoje imię
wypowiadane przez znajomy głos.
- Benjaminie, spóźniłeś się?
Ironicznie, wiem, że lepiej nie odpowiadać.
- Jeśli uważasz, że jesteś w stanie to zrobić, chciałbym otrzymać twoją
analizę ryzyka dotyczącą IPO, o której rozmawialiśmy wczoraj.
- Ja...
- Dziesięć minut, duża sala konferencyjna - przerywa mi i wychodzi.
Pozostawia mnie z uczuciem skarconego dziecka. Dobrze, że wczoraj
pracowałem do późnego wieczora, spodziewając się, że postawi mnie przed
faktem dokonanym. Bez wątpienia zwołał wszystkich analityków, by
wysłuchali raportu, o którego przygotowanie nie zostałem poproszony. Ale
przewidziałem to.
Spotkanie trwa długo, przez co zostaję w tyle z innymi bieżącymi
sprawami, ale udaje mi się. Każde pytanie, na które odpowiadam, było
dobrze przemyślane, dlatego mój ojczulek nie miał innego wyboru, jak
tylko cieszyć się, że wykonałem pracę.
Jestem zajęty nadrabianiem zaległości, dzięki czemu odrywam się na
chwilę od emocjonalnej karuzeli w mojej głowie..., to dlatego wyrabiam co
najmniej sześćdziesiąt godzin tygodniowo.
Kiedy Jeff wyciąga mnie z biura wcześniej niż zwykle, jestem wdzięczny
za to, że istnieje jedna rzecz. A mianowicie alkohol. Płacę za kilka
kolejek, podczas gdy chłopaki pomagają Markowi poczuć przyjemny szum w głowie. Sam jestem niemal w połowie drogi do tego stanu, chociaż moja
tolerancja na ten towar wzrosła i trzeba więcej, aby uzyskać pożądany
efekt.
Wypijam kieliszek i patrzę, jak Jeff przyciąga do Marka seksowną
blondynkę. Nieopodal stoi kobieta o ciemnych włosach i wyrazistych
niebieskich oczach i mruga do mnie. Ma wspaniałą egzotyczną mieszankę
cech, która sprawia, że wygląda oszałamiająco. Kupuję jej drinka lub
dwa, zanim pozwolę jej poprowadzić mnie w kierunku prywatnych toalet na
zapleczu.
Nie traci czasu i pociąga suwak mojego rozporka w dół, padając przede
mną na kolana. Biorę garść jej jedwabistych ciemnych włosów i owijam je
wokół dłoni. Naciąga prezerwatywę na mojego półtwardego kutasa i zaczynam się zastanawiać, czy jest profesjonalistką. Nie mówię nic i pozwalam jej postawić maszt do połowy. Tyle że mnie to nie kręci. To
atrakcyjna kobieta, ale nie mogę się do tego przekonać. Miałem już wiele
takich nocy i to zaczyna być nudne.
Odciągam jej usta i chowam go z powrotem w spodniach.
- Przepraszam, kochanie. Nic z tego nie wyjdzie - zanim zdąży się
wkurzyć i wypluć pod moim adresem parę przekleństw, które zwrócą uwagę
wszystkich dookoła, dodaję: - Chyba jestem zbyt pijany, żeby to się
udało - nie jest to do końca prawda, ale nie ma powodu, by psuć
atmosferę.
- Może następnym razem - mówi, puszczając mi oczko.
Kiwam głową. Podaje mi swój numer telefonu, a ja zadaję sobie trud
zapisania go w swoim telefonie, bardziej dla zachowania pozorów, że
chodzi o mnie, a nie o nią, co w większości jest prawdą. Wychodzimy z toalety i dołączam do moich przyjaciół. Nie mówię nic, kiedy się na mnie
gapią; nie muszę nic tym chłopakom udowadniać. Noc, która miała być
zajebista, okazuje się niewypałem. W końcu, kiedy wreszcie docieram do
tego słodkiego punktu na skali upojenia, a nie chcę zawiesić się swoim
samochodem na jakimś drzewie, wzywam taksówkę i wracam do domu.
Jakimś cudem udaje mi się dotrzeć do łóżka, czyli tam, gdzie budzę się
rano nadal w ubraniu. Po wypiciu butelki wody i filiżanki kawy ponownie
łapię taksówkę i jadę po swój samochód. Burczy mi w brzuchu, więc
zaglądam do pierwszego sklepu, który widzę. Zazwyczaj do niego nie
chodzę, ale przynajmniej jest tuż obok. Muszę kupić kilka rzeczy, takich
jak chleb, mleko, jajka, bekon i płatki śniadaniowe, na leniwe śniadanie
skacowanych mistrzów, czyli miszmasz wszystkiego i niczego.
Wchodzę do nieznanego mi sklepu i rozglądam się dookoła, aby określić, w którym kierunku powinienem się udać, aby znaleźć tę niewielką liczbę
produktów z listy.
Wtedy ją dostrzegam. Mój kutas sztywnieje i wskazuje w jej kierunku jak
różdżka radiestezyjna. Nie jestem pewien, co z tym zrobić. To się
jeszcze nigdy nie zdarzyło, zwłaszcza że widzę ją głównie od tyłu. Mam
widok na jej cycek z boku, a jego zarys robi pod tym kątem imponujące
wrażenie. Robię krok do przodu, ponieważ jej dolną połowę zakrywa
sklepowy stojak.
I wtedy to widzę. Całe kilometry długich, gładkich, opalonych nóg.
Wygląda, jakby wybierała się na plażę, ponieważ ma na sobie luźny biały
tank top z jasnoniebieskim stanikiem, może od bikini, który wystaje z boku przez wycięcie w topie. Opalenizna pokrywa górę jej ciała i wypływa
spod pary postrzępionych na brzegach szortów, które wcale nie muszą być
obcisłe, aby sprawić, że mój puls zacznie gnać w szaleńczym tempie.
Krew odpłynęła mi z mózgu i ledwo mogę myśleć. Nawet nie widziałem jej
twarzy, a kutasem, jak dłutem, mógłbym wykuwać kamienny posąg. Jej ręka
ląduje na okrągłym melonie, a ona odwraca się wystarczająco, by pokazać
mi swój profil. Cholera, wszystko jest w pakiecie. Jej twarz jest równie
ładna jak cała reszta. Pasma złotych włosów zmieszanych z miodowym
brązem są ściągnięte w jakiś niechlujny węzeł tuż nad szyją. Czuję się
do niej fizycznie przywiązany niczym pies na smyczy. Bezwiednie zaczynam
iść w jej kierunku.
Kiedy wreszcie widzę ją w całości, okazuje się nie być tak egzotycznie
oszałamiająca jak kobieta w klubie zeszłej nocy, a jednak pociąga mnie o wiele bardziej. Jej ręka nadal znajduje się na melonach i ściska je, a przynajmniej tak się wydaje.
- Przepraszam - mówię.
Zwraca na mnie zaskoczone spojrzenie orzechowozłotych oczu, a jej usta
rozciągają się w uśmiechu.
- Tak? - jej głos jest jak ręka głaszcząca mojego kutasa i wiem, że
muszę mieć ją dziś w swoim łóżku.
- Będę musiał cię spisać za molestowanie owoców. To niestosowne,
zwłaszcza gdy w pobliżu są dzieci. Będę potrzebował twojego imienia.
Teraz może albo kazać mi się zamknąć, jeśli mój żart wydał jej się
żenujący, albo da mi szansę, zdradzając swoje imię.
- Hmm - mruczy, zdejmując rękę z melona w udawanym szoku. - Mogłabym
podać ci nieprawdziwe.
- Mogłabyś albo ja mógłbym poprosić o dowód osobisty.
Chichocze, a ja z zachwytem patrzę na jej usta. Potrzeba siły dziesięciu
mężczyzn, by utrzymać moje oczy skierowane na jej twarz, a nie na te
niesamowite piersi. Mija kilka sekund, zanim otrzymuję odpowiedź.
- Jestem Samantha Calhoun, ale moi przyjaciele nazywają mnie Sam.
Wyciąga rękę, a ja składam na niej pocałunek.
- Miło mi cię poznać, Samantho. Jestem Ben Rhoades.
- Ben? Czy to skrót od Benjamin?
- Ach - mówię, niechętnie puszczając jej rękę. - To długa historia.
Taka, którą możesz usłyszeć tylko wtedy, gdy zgodzisz się umówić ze mną
na kolację.
- Serio? - unosi brwi.
Wzruszam ramionami.
- Dobra, chyba chcę usłyszeć tę długą historię.
- Dziś wieczorem? - pytam, bo tak bardzo chcę mieć ją w swoim łóżku, że
jestem prawie gotowy błagać. I czy to nie jest pojebane? Gdyby nie
dżinsy, mój kutas wyskoczyłby i sam jej powiedział.
- Nie mogę. Mam plany.
Oczywiście, że tak. Przecież jutro jest sobota. Proponując ten dzień,
wyszedłem pewno na totalnego frajera.
- Poniedziałek?
- Poniedziałek? - powtarza.
- Tak, jutro jestem zajęty, a kto ma plany na poniedziałek?
- Poniedziałek mi pasuje - uśmiecha się.
Wyciąga telefon, a ja przez sekundę mam déja vu, wspominając ostatnią
noc z egzotyczną pięknością w prywatnej łazience. Wymieniamy się
numerami telefonów i obiecuję, że zadzwonię do niej, żeby ustalić
szczegóły.
- Świetnie - mówi, olśniewając mnie kolejnym uśmiechem.
Czuję przypływ energii, po czym odchodzę, mówiąc tylko:
- Powinienem zgłosić cię do menedżera sklepu, ale tym razem będzie tylko
pouczenie.
Znów chichocze i wiem, że wygrałem. Kieruję się w stronę działu z nabiałem i nie oglądam się za siebie. Nie uganiam się za kobietami.
Nigdy tego nie robiłem i nie zacznę teraz. Jeśli między nami nic nie
wyjdzie, na świecie jest mnóstwo innych lasek, które zaspokoją moje
potrzeby.
Dwa SAM
Dwa
SAM
Jeszcze raz spoglądam na melona, nie przestając go głaskać. Och, ten
aromat. Kontroluj się, Sam. To jest pieprzony melon. Nie penis, na
litość boską!
Ciemnowłosy, szarooki bóg odsuwa się ode mnie, gdy patrzę na jego
klejnoty. Chyba złamałam prawo! Mężczyzna o najseksowniejszym głosie,
jaki może sobie wyobrazić kobieta, który przerwał moje sam na sam z melonem, totalnie zwala mnie z nóg, gdy tak stoję i przyglądam mu się
zaszokowana. Mam mokro w majtkach, zarówno kiedy widzę go od tyłu, jak i od przodu. Potargane włosy, zaniedbana twarz i uśmiech, który
powstrzymałby wojnę atomową, a do tego oskarżył mnie o molestowanie tego
cholernego owocu! Skąd on, do cholery, wiedział? Ale jest typem faceta,
który sprawiłby, że mogłabym zapomnieć o kontrolującej zawsze i wszystko
Sam. Co tu się, do cholery, wydarzyło? I jakie to banalne! Ze wszystkich
możliwych miejsc musieliśmy się spotkać akurat w dziale produktów w Whole Foods? A potem zaprasza mnie na randkę i wymieniamy się numerami.
Jezu w pomidorach. Poczęstowałam go swoim numerem jak cukierkiem. Nawet
nie sprawdziłam, kim jest. Nic. Odchodzi, a ja stoję tutaj, masując
melona, jakby to były jego jaja. A co w tym przyjemnego? Nie jest tak
aksamitnie gładki jak penis, nie zapominaj.
Z odrętwienia wyrywa mnie dzwonek telefonu.
- Przyjdziesz, prawda? - pyta Lauren.
- No co ty, ja przegapiłabym dzień na plaży? Jak mogłaś tak pomyśleć?
- To gdzie do cholery jesteś?
- Pojechałam okrężną drogą - mówię, wrzucając melona do koszyka. -
Jestem w Whole Foods, wezmę jakieś przekąski. Jestem pewna, że twoi
rodzice nie chcieliby przeżyć nalotu szarańczy na swoją lodówkę.
- A, to. Wiesz, że zawsze mają jedzenia jak dla plutonu wojska.
- Trudno. I tak już tu jestem.
- Nieważne. W takim razie do zobaczenia niebawem. I cokolwiek planujesz
przywieźć, nie przynoś żadnych ręczników. Mama mówi, że tyle osób już tu
swoje zostawiło, że ma wrażenie, że się rozmnażają.
W drodze do kasy wybucham śmiechem.
- Kumam. Do później.
Lauren i ja byłyśmy współlokatorkami od czasów studiów w Clemson.
Chodziłyśmy razem do liceum i wszyscy przysięgali, że zamieszkanie razem
okaże się błędem i że się znienawidzimy. Co oni wiedzieli? Sześć lat
później, a my nadal jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami i wciąż
mieszkamy razem. Jesteśmy z Lauren blisko jak siostry.
Niosąc zakupy do samochodu, ponownie słyszę telefon. Tym razem to mama.
- Hej, mamo.
- Hej, kochanie. Co porabiasz?
- Zmierzam na plażę. Staram się uniknąć korków.
- Cóż, nie będę cię zatrzymywać. Chciałam sprawdzić, czy podjęłaś już
decyzję.
Wydaję bezgłośny jęk. To nie jest temat, o którym lubię myśleć, ale
wiem, że zależy jej, żebym się z tym pośpieszyła.
- Jeszcze nie, mamo. Mam mnóstwo czasu.
- Wiem, że tak. Nie zwlekaj jednak zbyt długo.
- Nie będę. Muszę ruszać. Kocham cię.
- Buziaki, kochanie.
To idealny dzień na plażowanie - jasne, niebieskie niebo i ani jednej
chmurki w zasięgu wzroku. Okna w samochodzie są opuszczone i gra muzyka.
Kiedy wjeżdżam na podjazd domu Mitchellów, pozbywam się z głowy myśli o rozmowie z mamą, po czym wnoszę na górę wszystkie zakupy, zdecydowana
cieszyć się wspaniałym dniem.
- Już myślałam, że nigdy tu nie dotrzesz - sapie Lauren, odbierając ode
mnie parę toreb, żeby mi pomóc.
- Cześć, Sam - pani Mitchell przytula mnie - coś ty tu znowu nawiozła?
- Tylko trochę świeżych owoców na sałatkę. Może to pokroję.
- Zrobić ci Krwawą Mary lub mimozę? - pyta.
- Krwawą Mary bardzo chętnie, dziękuję.
- Nie uwierzysz, co się stało - mówię do Lauren, kiedy jej mama
wychodzi. - W Whole Foods spotkałam boga.
- Co?
Natychmiast wyjaśniam.
- Mówisz, że nazywa się Ben Rhoades?
- Tak. Znasz go?
Lauren patrzy na mnie ze zmarszczoną twarzą.
- Raczej nie znam. Mamo? Czy znasz jakichś Rhoadesów?
- Tak. Martina i Julię Rhoadesów. Dlaczego pytasz? - pani Mitchell
podaje mi drinka.
- O, tak - przytakuje Lauren - czy oni mają dzieci?
- Tak, dwoje. Może troje. Nie pamiętam, bo nigdy nie byliśmy z nimi
blisko. Myślę, że ich najstarszy syn prowadzi interesy z Martinem. Jest
właścicielem firmy inwestycyjnej, jeśli dobrze pamiętam. Twój ojciec
wiedziałby o tym coś więcej. Skąd to zainteresowanie?
- Sam spotkała dziś rano Bena Rhoadesa. Nazwała go bogiem.
Pani Mitchell unosi w zdziwieniu brwi i pochyla się.
- Naprawdę? Opowiadaj.
Znowu chichoczę, a one obie patrzą na mnie tak, jakby melon, który
trzymam, był moim trzecim okiem.
- Niech to, mamo. Jest w nim zabujana. Sam nigdy nie chichocze.
- Wiem. To fakt. Powinnyście to widzieć. Wiecie, jestem w Whole Foods.
Oglądam owoce jak jakieś porno, a on podchodzi do mnie i oskarża mnie o molestowanie melonów. Jakby miał telepatyczne połączenie z moim mózgiem.
Aż żałuję, że nie miałam w ręce swojego cholernego telefonu. Zrobiłabym
mu zdjęcie. Ślinka cieknie, serio.
Obie słuchają jak zaczarowane.
- Serio?
- O, tak. Miał rozczochrane włosy, aż chciałam zatopić w nich ręce i potargać je jeszcze bardziej. Wysoki, ciemnowłosy i ponętny. Tyle.
Pani Mitchell, którą uwielbiam, szturcha Lauren.
- Cóż, nic dziwnego, że chichocze.
- Oczy? - pyta Lauren.
- Przeszywająco szare. I chcecie usłyszeć najlepsze? Dałam mu swój
numer, a on zaprosił mnie na kolację w poniedziałek. Chyba nie myślicie,
że to seryjny morderca czy coś w tym stylu, nie?
Pani Mitchell wybucha śmiechem.
- Myślę, że w tej kwestii jesteś bezpieczna.
- A kiedy zamierzałaś mi o tym powiedzieć? Jutro? - Lauren wydęła dolną
wargę.
- Lauren, daj biednej dziewczynie szansę na opowiedzenie swojej historii
- wtrąca się pani Mitchell. - To ekscytujące. Dziewczyna spotyka
chłopaka przy stoisku z owocami.
- Nie! Nie przy stoisku z owocami. W dziale z owocami. Tak jak w filmach
- protestuję.
Lauren macha lekceważąco ręką.
- Nieważne. Opowiedz do końca!
- To wszystko. Wziął mój numer, zapisał go w telefonie i odszedł. I tak
cholernie dobrze wyglądał z tyłu. Ten facet był jak otoczony boską
poświatą, przysięgam.
- Hmm, chyba muszę zacząć kręcić się po Whole Foods - mamrocze Lauren.
- Nie wiem. Ale szczerze mówiąc, prawdopodobnie okaże się kretynem, jak
czterech ostatnich facetów, z którymi się umawiałam. Działam na kretynów
jak magnes.
- Może zostałaś rozmagnetyzowana. Nigdy nie wiadomo.
Resztę dnia spędzamy na plaży, wygrzewając się na słońcu, grając w siatkówkę, jedząc, pijąc i bawiąc się najlepiej, jak tylko można.
Berkeley, Carrie, Britt i Hayley - reszta moich przyjaciółek tworzących
oficjalny organ doradczy i w ogóle, nie wiem, co bym bez nich zrobiła -
dołączają trochę później tego ranka, a pani Mitchell jak zawsze robi
mnóstwo kanapek, jakby chciała wykarmić armię.
Wszystkie idziemy posurfować, choć fale są trochę gwałtowne. Britt
szpanuje przed wszystkimi na plaży, pryskając słoną wodą, a góra jej
kostiumu kąpielowego zsuwa się, odsłaniając przed publicznością jej
krągłości. Carrie i Hayley śmieją się tak bardzo, że nie są w stanie jej
o tym powiedzieć, a reszta z nas płynie za nią, więc nie widzimy tego,
dopóki pokaz sutków nie dobiega końca. Gdy kierujemy się z powrotem w stronę naszych leżaków, grupka chłopaków nagradza ją owacją na stojąco i proponuje jej piwo. Britt, będąc w dobrym humorze, wybucha na tę
propozycję śmiechem, po czym mówi, że przynajmniej mogliby zaoferować
jej importowane zamiast tego gównianego, które próbują jej wcisnąć.
Wszystkie umieramy ze śmiechu, nawet faceci.
Gdy dzień chyli się ku końcowi, Carrie proponuje grę w Home Team na
wyspie z kolacją i drinkami, a my od razu uznajemy to za dobry pomysł.
- Boże, kocham to miejsce - mówię z ustami pełnymi skrzydełek, kiedy
podano nam jedzenie.
Wszystkie rozkoszowałyśmy się smakiem, a po zjedzeniu ruszyłyśmy do
baru, gdzie bawiło się paru naszych znajomych.
- Jak tam twoje interesy, Sam? - pyta Berkeley.
- W zasadzie zajebiście - jestem właścicielką firmy zajmującej się
organizowaniem imprez, ze specjalizacją w bankietach. Zaczęłam zaraz po
studiach, a po dwóch latach doszłam do momentu, w którym sama decyduję,
które oferty przyjmuję, a które odrzucam.
- To super. Słyszałam, że prowadzicie rekrutację. Miałam zamiar
podpytać, czy jest możliwość zaplanowania u was czegoś na jesień dla
spółdzielni energetycznej.
- Fajnie. Zadzwoń do mnie i możemy zarezerwować jakiś termin.
Odwracam się, by odstawić pustą szklankę na barze. Mimowolnie zerkam w lewo i zauważam kogoś, kto ścigał mnie jak diabeł.
- Lauren, on tu jest - odzywam się.
- Kto? Bóg, którego spotkałaś w spożywczym?
- Nie! - wbijam jej łokieć w żebra. - Trevor.
Wszystkie dziewczyny pochylają się w moją stronę, by nie uronić ani
słowa.
- Gdzie? - pyta Lauren.
- Godzina jedenasta. Tylko się, kurwa, nie gapcie!
- Za późno. Już obczaja twoją dupę - rzuca Berkeley.
- Jakżeby inaczej - zgadza się Britt.
- Jakim cudem niby widzi mój tyłek w tym tłumie? Zaraz, czy mam aż tak
wielki tyłek?
- Zamknij się, do cholery! - Berkeley przekrzykuje hałas. - Ty prawie
nie masz dupy.
- O Boże, no chyba nie jest aż tak płaska, prawda?
- Ech, przestań! - jęczy Berkeley. - Nie, nie jest.
- O, niech to szlag, nadchodzi - wzdycham.
Trevor jest plażowym ciachem. Kitesurfer, opalony, umięśniony i w sumie
to taki facet, z którym wszystkie dziewczyny chcą się umówić. I to on
przeleciał mnie jakieś dziewięć miesięcy temu. Byliśmy razem od około
siedmiu miesięcy, kiedy przyłapałam go, jak po pijaku całował jakąś
dziewczynę w klubie w centrum miasta. Zerwałam z nim, a może to raczej
on rozstał się ze mną. Swego czasu myślałam, że to może być ten jedyny.
Zasypywał mnie wszelkiego rodzaju wyznaniami, od miłości po braterstwo
dusz, a potem BUM! Przyłapałam go z językiem w gardle innej dziewczyny.
Po tym wszystkim twierdził, że nie wiedział, co w niego wstąpiło, że ona
pojawiła się znikąd, a on wcale nie był do niej przekonany i bla, bla,
bla. Według niego wszystko to wyszło z jej inicjatywy, on się nie
angażował. Powiedziałam, że nie wierzę w te bzdury. Gdyby to była
prawda, czemu wciskałby jej swój język do gardła, oplatając ją rękami
jak bluszcz? I czy serio zrobiłby to z każdą kobietą, która
napatoczyłaby mu się, gdy jest pijany? Dzięki, ale nie. Odeszłam, ale
jakieś trzy miesiące później, gdy już o nim zapomniałam, zaczął do mnie
wydzwaniać.
Na początku telefony były rzadkie, ale potem zaczął robić coś więcej, na
przykład kilka razy w tygodniu rankiem na moim ganku znajdowałam duże
latte ze Starbucksa i babeczki jagodowe. Później zaczęły się pojawiać
dostawy lunchu, i to nie byle jakiego. Przysyła moją ulubioną sałatkę z jednej z restauracji, które często odwiedzam, Cru Café. A najdziwniejsze
jest to, że dzieje się to zawsze wtedy, gdy jestem zbyt zajęta, by zjeść
lunch, więc nie mogę tego nie docenić. Szczerze mówiąc, zaczyna w ten
sposób robić wyłom w mojej zbroi, co mnie martwi.
Lauren i Berkeley odzywają się jednocześnie.
- Daj mu szansę - radzi Lauren.
- Dam sobie rękę uciąć, że od tamtej nocy nie był z nikim w ogóle -
dodaje Berkeley.
- Jak miło z jego strony. Już to mówiłyście. Nie jestem głucha, wiecie?
- Hej, Sam. Drogie panie - Trevor rozciąga na twarzy swój nad wyraz
uroczy uśmiech.
- Cześć, Trevor. Co tam? - pyta Berkeley.
- Po staremu, wiesz. Czy mógłbym postawić wam wszystkim drinka?
- Jasne, podwójna wódka z wodą gazowaną i limonką dla mnie - mówię.
Zamawia nam drinki, a my stoimy ściśnięte razem w zatłoczonej
przestrzeni i rozmawiamy. W pewnym momencie Lauren pokazuje mi uniesione
w górę kciuki. Tak samo robi reszta. A po chwili znikają w tłumie. Wtedy
ogarnia mnie nerwowość. Trevor podnosi swojego drinka i wznosimy toast.
Nie chcę być z nim sama. Nie jestem na to gotowa, bo wiem na pewno, że
będzie chciał zaprosić mnie na randkę.
- Za udaną resztę weekendu - mówi.
- Wypiję za to.
- Więc co porabiasz, Sam? Nie widziałem cię w okolicy przez ostatnie
kilka tygodni.
- Tak, byłam trochę zajęta. Organizowaliśmy sporo wydarzeń - czuję, że
nie ustoję w miejscu, ale udaje mi się zachować spokój.
- Więc interesy dobrze idą?
- Tak. A co u ciebie?
- Wiesz, lato to mój czas, więc korzystam.
- To świetnie - stwierdzam.
- Wyglądasz dziś naprawdę niesamowicie - uśmiecha się. Jego rozjaśnione
słońcem włosy i orzechowe oczy doskonale komponują się z szerokim
uśmiechem. Jest naprawdę niezły. Ale moją pamięć wciąż obciąża brak
zaufania. Wciąż mam go przed oczami wygiętego w ramionach innej kobiety,
praktycznie połykającego jej język. Ta myśl sprawia, że niemal się
krztuszę.
- Dzięki - mówię, wyrzucając ten widok z mojej głowy. Unoszę wzrok i przyłapuję go, jak się na mnie gapi. Jego oczy skupiają się na moich
ustach, jak zawsze, i jest to trochę niepokojące, więc odwracam jego
uwagę pytaniem:
- Przyszedłeś sam?
- Nie, może znasz mojego nowego współlokatora, Roberta?
- Nie sądzę.
- Aha, no tak, kręci się gdzieś w tłumie.
Nasza rozmowa jest trochę sztampowa, ale być może to przez ten ścisk.
- Hej, mogę cię zabrać na kolację w piątek?
Nie ukrywa, że chciałby, żebyśmy do siebie wrócili, ale ja nie zamierzam
udawać, że mu ufam.
- Hm, nie wiem, Trevor.
- Daj spokój, Sam. Minął prawie rok, a to tylko kolacja. Trzeba jeść,
prawda? A ludzie się zmieniają - szturcha mnie ramieniem. Kuszący ton
jego głosu i figlarny uśmiech sprawiają, że moje postanowienie słabnie.
Nie wspominając o tym, że jestem takim mięczakiem. Cholera!
- Tak, może. Ale zanim zgodzę się na pewno, muszę sprawdzić kalendarz w domu, bo czasami piątkowe wieczory mam zarezerwowane z powodu
organizowanej imprezy. I nie traktuj tego inaczej niż jako zwykłego
posiłku przyjaciół, dobrze?
- Tak, tylko posiłek - wydaje się szczery.
- Mogę ci potwierdzić jutro esemesem? - pytam.
- Jak najbardziej.
O dziwo, gdy przyglądam mu się przez dłuższą chwilę, w mojej głowie
pojawia się niechlujne ubrany, szarooki bóg stojący obok wystawy miodów.
Skąd to się wzięło, do cholery? Potrząsam głową, by odegnać sprzed oczu
jego obraz.
- Sam? - Trevor strzela mi palcami przed twarzą. - Jesteś tu?
- Och, przepraszam. Chwilowo się zawiesiłam. To był naprawdę szalony
tydzień i przez cały dzień byłam na słońcu. Wiesz, jak to jest.
- Jasne. Alkohol też nie pomaga, bez wątpienia. Hej, chyba nie
prowadzisz dzisiaj samochodu, prawda?
- O, no co ty? Zabieram się wózkiem golfowym Mitchellów - śmieję się.
- Że jak?
Zatrzymuję się z Lauren w domu jej rodziców tutaj, na Sullivan's, i przyjechałyśmy ich wózkiem golfowym - wyjaśniam.
- A, jasne. Ale mimo wszystko uważaj. Mogą cię ukarać mandatem, nawet
gdy jedziesz czymś takim.
- Tak, wiem. Ale pan Mitchell powiedział, że przyjadą po nas, jeśli
będziemy potrzebować podwózki.
- Szczęściara z ciebie. Być rozpieszczaną przez takich rodziców -
mruczy.
- Wiem - marszczę nos z piskiem - ale tak na serio nie mamy pewności.
- To dobrze.
- A więc jeszcze jedna kolejka?
- Jasne, a czy masz coś przeciwko temu, żebyśmy poszukali moich
przyjaciółek?
- Skądże - Trevor kupuje mi jeszcze jednego drinka, ale sobie nie bierze
nic. Zauważam to, więc postanawiam go o to zapytać.
- Tak, ograniczyłem alkohol. Po tym, co się stało, kiedy, no wiesz,
zdecydowałem, że to... - unosi w górę swoją butelkę - zabrało mi, co
miałem najlepszego w swoim życiu, i nie zamierzam pozwolić, by to się
powtórzyło.
- Ach, cóż, to dobrze - ale zastanawiam się, czy robi to na pokaz. To
znowu kwestia zaufania.
Berkeley znajdujemy bardzo łatwo. Stoi tuż przed zespołem, tańczy i śpiewa jak groupie. Rzuca w stronę perkusisty bardzo wyraźne sygnały, że
jest chętna, jeśli tylko da jej szansę. Po sposobie, w jaki na nią
zerka, powiedziałabym, że jest zainteresowany. Mam nadzieję, że nie
wyląduje z nim w łóżku dzisiejszej nocy. Rano mogłoby być trochę
niezręcznie, gdybyśmy próbowały wyjaśnić to matce Lauren.
Reszta grupy jest rozproszona. Noc trwa w najlepsze. W pewnym momencie,
gdy wychodzę z łazienki, chwyta mnie czyjaś ręka, zaciąga za słabo
oświetlony róg i ktoś zaczyna mnie całować. Nie mam wątpliwości, że to
Trevor, jego wargi i usta są wciąż znajome po tych wszystkich
miesiącach, ale dlaczego wyobrażam sobie ciemnowłosego, grzesznie
seksownego nieznajomego?
- Mmm, to było miłe.
- Trevor, to wykraczało poza przyjaźń, przynajmniej taką w moim
rozumieniu tego słowa.
- Przepraszam. Marzyłem, by móc to robić już zawsze.
Z frustracją wypuszczam powietrze z płuc.
- Biorę pod uwagę, że właśnie pogrzebałem nadzieje na jakąkolwiek szansę
- zauważa.
- Szczerze mówiąc, nie wiem, co myśleć. Za każdym razem, gdy na ciebie
patrzę, w mojej głowie pojawia się obraz twój i tej dziewczyny.
- Nie możesz o tym zapomnieć? Ja już zapomniałem. To była tylko chwila,
a ja byłem wstawiony.
- Ależ oczywiście, że tak. To znaczyło bardzo dużo. Dla mnie. I obawiam
się, że może się powtórzyć.
- Nie powtórzy się - chwyta mnie za ręce - nigdy nie zrobię nic, co
mogłoby sprawić, że znów cię stracę.
Wzruszam ramionami.
- Zostawmy to.
- Czy w takim razie nadal rozważysz spotkanie w piątek?
- Jutro dam ci znać - kiwam głową - zostaję tutaj, ale sprawdzę, jak
tylko wrócę do domu.
- Fajnie. I dzięki, Sam.
Patrzę, jak odchodzi, i wiem, że jakakolwiek inna kobieta śliniłaby się
na jego widok i biegała za nim. Dlaczego nie ja?
Później tego wieczoru Berkeley, która ku mojej radości wróciła z nami do
domu, Britt, Lauren i ja siedzimy przy ladzie w kuchni Mitchellów,
jedząc i pijąc. Dziewczyny dokładnie mnie przepytują w sprawie Trevora.
Ale największe wrażenie robi na nich to, że zaprosił mnie na kolację.
Kiedy rzucam tę bombę, robią mi istne piekło.
- Jak to nie wiesz, czy chcesz z nim iść? - Lauren podnosi głos, niemal
krzycząc.
Przykładam palec do ust i mówię bardzo głośnym szeptem:
- Cicho, bo obudzisz rodziców!
- Nie obchodzi mnie to. Od jak dawna chciałaś, żeby wrócił i powiedział,
jak bardzo mu przykro? A teraz, gdy to zrobił, mówisz, że nie jesteś
pewna, czy w ogóle chcesz iść? Co z tobą, Sam?
- To nie do końca prawda - wzdycham. - Mówiłam, że chciałabym, żeby się
czołgał i kajał, że stracił najlepszą rzecz w życiu. Która dziewczyna
nie chciałaby tego po przyłapaniu swojego faceta na całowaniu innej
kobiety? I powiedziałam też, że wątpię, że mogłabym mu znowu zaufać, ale
że zaczyna przebijać się przez mój mur. Ale dziwne jest to, że kiedy
wychodziłam z łazienki, pocałował mnie. I nic.
- Jak to, nic?
- W ogóle nic nie czułam. To było jak całowanie ściany. Albo mojego
pluszowego misia koala.
- Przecież ty nie masz pluszowego misia koala - odmrukuje Lauren.
- Cóż, gdybym miała, to właśnie tak bym się czuła, całując go.
- Ech, jesteś tak cholernie wybredna - odpiera szybko Lauren. - Wiesz
co? Ty wcale nie przyciągasz kretynów. Jesteś po prostu zbyt, och, nie
wiem, czym jesteś - wyrzuca ręce w górę w geście bezradności.
Berkeley zarzuca mi rękę na ramię. Dobrze, że siedzę, bo inaczej by mnie
powaliła.
- Hej, zostaw ją w spokoju. Jeśli na niego nie leci, to nie leci i już.
- Czekaj, nic nie mówiłam, że na niego nie lecę - zaprzeczam. - To w ogóle nie o to chodzi. Nie ufam mu. A teraz czuję, że nie ma między nami
chemii. Jak można umawiać się z kimś, kiedy nie ma chemii?
- Chemia sremia. To głupie. Chemia jest przereklamowana. To wszystko i tak mija - Lauren wstaje gwałtownie i wydaje się pewna tego, co mówi.
- Och, naprawdę? Kiedy? - pytam.
- Kiedy oboje macie sztuczne zęby w szklankach obok łóżka - zauważa.
- Błee! To obrzydliwe, Lauren! A poza tym ja regularnie myję i nitkuję
zęby - to pierwsze słowa, które padły z ust Britt. Chyba miała dziś za
dużo Rudowłosych Dziwek.
- Dzięki za ten komentarz na temat twojej higieny jamy ustnej, Britt -
mówię, na co ona wstaje i kłania się. Boże, dopomóż. - Więc, Lauren,
mówisz, że chemia nie jest ważna. I zaufanie też nie jest, najwyraźniej.
Uważam, że to bzdura. Z iloma facetami się spotykałaś, rezygnując z tych
rzeczy?
- O Boże. Zaczynasz się tym emocjonować. Nawet przeklinałaś, a ty nigdy
nie przeklinasz - skontrowała Lauren.
- Przestańcie mnie rozpraszać. I tak, przeklinam, ale niezbyt często.
Przeklinam cały czas w mojej głowie, ale wiesz, jaka jest moja mama.
Zawsze na nas krzyczała, jeśli była zbyt blisko, kiedy akurat któraś z nas użyła brzydkiego słowa, bo chciała, żebyśmy z Laney były porządnymi
młodymi damami. A teraz odpowiedz na pytanie - zażądałam.
- Z mnóstwem facetów. Wiesz, co myślę? Myślę, że ten twój Bóg ze
Spożywczego pomieszał ci w głowie.
- Bóg ze Spożywczego? - pyta Berkeley.
- Tak, wiesz, facet z Whole Foods - wyjaśnia Lauren.
- Ach, prawda - kiwa głową Berkeley.
- Wcale mi nie pomieszał. Nie zgadzam się.
- Jasne, że tak - kłóci się Lauren.
- Nieważne - prycham. Orientuję się, że w ogóle nie słychać Hayley, a kiedy rozglądam się dookoła, bez zbytniego zdziwienia stwierdzam, że śpi
na jednej z kanap. To chyba dobrze, bo jestem pewna, że Chichocząca
Hayley też stanęłaby po stronie Trevora.
- Jeśli nieważne, to i tak powinnaś spotkać się z Trevorem - dodaje
Lauren. - Jeśli nie będziesz się dobrze bawiła, atmosfera będzie ciężka
albo ostatecznie zdecydujesz, że nigdy przenigdy nie będziesz w stanie
mu zaufać, wtedy OK. Nie spotykaj się z nim więcej. Przynajmniej
spróbujesz. Sam, jeśli tego nie zrobisz, możesz żałować do końca życia.
Co jeśli Bóg ze Spożywczego nigdy nie zadzwoni? Przecież nawet go nie
znasz.
Trudno podważyć jej punkt widzenia.
- Dobra, umówię się z Trevorem. Nie tyle z powodu tego, co powiedziałaś.
Raczej dlatego, że jeśli nie pójdę, to nigdy nie przestaniesz mi truć.
Lauren podskakuje na krześle i krzyczy:
- Dzięki, bogowie miłości, oświeciło ją! Teraz, gdy mamy to załatwione,
jest jeszcze jedna rzecz. Podjęłaś już decyzję?
Z moich ust wyrywa się długi jęk.
- Nieeeeee. Czy moja mama znowu do ciebie dzwoniła?
- Tak, dziś rano, gdy tu jechałam.
Pozostałe dziewczyny milczą.
- Słuchaj, nie powiem nic poza tym, że chciałabym, abyś się nad tym
zastanowiła, Sam. Proszę, nie czekaj zbyt długo - błaga.
- Obiecuję, że nie będę. Mam czas.
Lauren posyła mi niewyraźny uśmiech.
- Teraz twoja kolej, Berkeley, opowiedz nam wszystko o facecie z zespołu, którego praktycznie wyruchałaś na scenie. Martwiłam się, że
wylądujesz z nim dzisiaj w łóżku.
Mentalnie dziękuję jej za tę zgrabną zmianę tematu, gdy uwaga wszystkich
kieruje się na Berkeley. Ja zaś skupiam się na wiszących nade mną
problemach ze zdrowiem, a następnie uciekam szybko w myśli o kolesiu ze
spożywczaka. Będę się modlić do bogów miłości, żeby zadzwonił do mnie
jak najszybciej. Bo na pewno chciałabym go skosztować choć trochę.
Dobra, może więcej niż trochę.
Trzy BEN
Trzy
BEN
W sobotni poranek mój telefon rozsadzają esemesy od Karen, którymi
zasypuje mnie niczym pociskami z bombowca. Głównym tematem są miłość i nienawiść. Alarm ostrzegawczy złożony z połączonych sygnałów
napływających esemesów zmusza mnie do ewakuacji z Whole Foods, skąd
udaję się prosto do Home Depot. Po drodze zastanawiam się, czy ta
wariatka nie ukradła klucza do mojego domu.
Kiedy tam docieram, zastaję ojca siedzącego w moim salonie i oglądającego US Open. Od zawsze jest wielkim fanem golfa. Zapomniałem,
że dałem mu klucz. Najwyraźniej martwiłem się o niewłaściwą osobę.
- Tato?
Wycisza telewizor.
- Jestem zdziwiony, że tak wcześnie wstałeś. Pukałem. Nie
odpowiedziałeś. Domyśliłem się, że może śpisz gdzieś indziej.
Historie, które słyszałem od babci, sugerują, że w młodości był z niego
prawdziwy pies na baby, więc irytacja w jego tonie musi wynikać z czegoś
innego, co jego zdaniem zrobiłem źle. Z drugiej strony zawsze wydaje się
być zły z mojego powodu.
- Właściwie to skoczyłem do Home Depot - pokazuję mu torbę.
- Czego mógłbyś potrzebować w tej chwili?
Nienawidzę wstawać wcześnie rano i robię to tylko dlatego, że on tego
ode mnie oczekuje. W weekendy staram się jak najlepiej wyspać. Ale
ostatnio sen nie jest moim częstym gościem.
- Nie chcesz wiedzieć - macham ręką, kończąc ten temat.
- Czy ma to coś wspólnego z tą dziewczyną, która pojawiła się w domu
dziś rano, albo z tym, że twoja mama wyrzuciła mnie z domu?
- Karen? - jęk w moim głosie wyraża idealnie, co czuję, słysząc tę
wiadomość. Mogłem jej, do cholery, nigdy nie przedstawiać moim rodzicom.
- Tak - potwierdza, wyciągając w moim kierunku swój kubek z kawą.
Narzędzia trzymam w garażu i tam właśnie się udaję. Zabieram te, których
potrzebuję do zmiany zamka, i zabieram się do roboty.
- Wiesz, wydaje mi się, że przestałem dawać ci rady na temat kobiet, gdy
byłeś w liceum - kontynuuje, gdy wracam.
- Nie musisz zaczynać teraz - mruczę, z trudem otwierając opakowanie
zabezpieczone przed dziećmi. Wszystko teraz pakują w ten sposób.
To, co myśli tata, nie zmieni mojego postępowania. Już teraz rządzi moją
karierą, a to nie bardzo mi pasuje. Nie oddam mu do tego władzy nad moim
kutasem. Część mnie chce wrócić do Nowego Jorku, ale nawet ja wiem, że
to bez sensu. Nie jestem typem faceta z wielkiego miasta.
- Myślę, że byłoby to uzasadnione, biorąc pod uwagę, że zostałem
wyrzucony z własnego domu w sobotni poranek, ponieważ twoja mama
współczuje tej dziewczynie.
Spojrzenie, które mu posyłam, nie powstrzymuje go przed kontynuacją tej
tyrady.
- Lepiej trzymaj swoją dupę z daleka od domu, bo jak matka cię zobaczy...
- już otwieram usta, ale jego słowa wypełniają przestrzeń, zanim udaje
mi się cokolwiek powiedzieć. - Jesteś dorosłym człowiekiem. Nie mogę cię
karać tak jak wtedy, gdy byłeś dzieckiem. Ale sprawiedliwość to
sprawiedliwość. Każdą kobietę, którą przyprowadzasz do domu, twoja matka
postrzega jako twoją potencjalną żonę. Pamiętaj o tym, bo to ja będę
musiał poradzić sobie z konsekwencjami. Będzie mi robiła piekło. I wiem,
co zaproponuje. W poniedziałek wieczorem mamy kolację biznesową z potencjalnymi klientami. Konieczna jest twoja obecność. Mama będzie tam
u mojego boku, żeby klienci widzieli, że wyznajemy podobne wartości. Dla
zachowania równowagi musisz przyprowadzić dziewczynę. I jestem pewien,
że twoja matka bardzo by chciała, by tą dziewczyną była Karen.
Nie odpowiadam. Kończę wymianę zamka i kieruję się do sypialni. Pakuję
do torby ubrania na zmianę. Przebrany w strój na siłownię, wracam do
salonu. Wręczam ojcu jeden z kluczy, który był w zestawie, nadal
ignorując jego sugestie na temat Karen.
- Zamknij drzwi, kiedy wyjdziesz.
Na siłowni uderzam w ciężki worek, aż moje knykcie pokrywają siniaki, a ból zaczyna pulsować, mimo że są obklejone taśmą. Rozpiera mnie agresja,
która mogłaby popchnąć mnie nawet do zabójstwa. Bez pośpiechu próbuję ją
rozładować. Po treningu biorę gorący prysznic, a kiedy wychodzę z szatni, dostrzegam jeden z moich pijackich epizodów stojący z rękami
splecionymi na cyckach, które wyglądają naprawdę świetnie pod opiętą
koszulką. Szkoda, że są tak sztuczne w dotyku.
- Ben - wymawia moje imię, jakby było przekleństwem.
- Britney - cedzę przez zęby.
Jej widok sprawia, że mój kutas się kurczy. Zawsze lubiła trzymać moje
jaja mocno w garści. I kiedy mówię "mocno", mam na myśli pazury i walkę,
jakbym się siłował z facetem. Powinienem był wcześniej dostrzec
symptomy. Kumple znacząco chichotali, gdy zgodziłem się z nią umówić.
Przechwalała się, że potrafi wypić więcej ode mnie i wszystkich moich
kolesi. Złapałem przynętę i przegrałem.
- Nie britnuj mi tutaj. Nie dzwonisz, nie piszesz ani nawet, kurwa, nie
pamiętasz o moim istnieniu.
Bo chcę zapomnieć, że kiedykolwiek się z tobą pieprzyłem. Wzruszam
ramionami, zachowując swoje myśli dla siebie.
Wyciąga palec w moim kierunku i przez myśl przemyka mi, jakie to jest,
kurwa, zjebane, że nie mogę nic zrobić z tym, że zaraz dostanę od niej z liścia. Ta laska wyciśnie na ławeczce więcej niż połowa facetów na tej
siłowni, ale jeśli choćby tknę ją palcem, to mi przykleją łatkę
damskiego boksera.
- Hej - rozlega się głos mojej pięknej wybawicielki. - Gotowy na lunch?
Jackie, moja przyjaciółka, która odmówiła chyba każdemu facetowi na tej
siłowni, podchodzi do mnie i bierze mnie za rękę. Sprawnie rozładowuje
napięcie.
- Tak, chodźmy.
Jackie jest świetną dupą. I ma ładne cycki, nawet jeśli należą do tych
mniejszych. Nie jest typem dziewczyny, z którym zwykle się umawiam, ale
może jest dobrą opcją na jutrzejszy wieczór.
Kiedy dochodzimy do jej samochodu, postanawiam zaryzykować.
- Co robisz jutro wieczorem?
Szczerzy się do mnie w uśmiechu mówiącym: jesteśmy tylko przyjaciółmi.
- Słowa przychodzą ci zbyt łatwo.
- To zgódź się. Wyświadczysz mi ogromną przysługę.
Zanim zdążę wyjaśnić, Jackie kręci głową.
- Spotykam się z kimś.
Wzdycham z rozczarowaniem, bo jej obecność przy moim boku w poniedziałek
mogłaby sprawić, że wieczór upłynie o wiele lepiej.
- Kim jest ten gość? - pytam w udawanym szoku. - Muszę mu skopać tyłek.
Wybucha śmiechem, a ja dostrzegam, dlaczego faceci tak za nią szaleją,
pomijając fakt, że jest jedyną osobą, która trzyma się z dala od
króliczków z siłowni.
- Tak, jasne. Nawet gdybym się z nikim nie spotykała, i tak bym się z tobą nie umówiła.
Tym razem nie muszę udawać szoku. Nie jestem zarozumiały, ale też nie
mam zazwyczaj problemu z przekonaniem dziewczyny, żeby się ze mną
umówiła.
- Jesteś niesamowicie słodki - unoszę brwi, czekając, co powie dalej. -
OK, zbyt słodki. I właśnie dlatego nigdy nie mogłabym się z tobą umówić.
Całkowicie złamałbyś mi serce. Ale dzięki, że pytasz. Nieźle
podbudowałeś moje ego.
- A teraz twój chłopak będzie zbierał nagrody.
Posyła mi uśmiech i wsiada do samochodu. Patrzę za nią, jak odjeżdża, po
czym kieruję się do swojego auta. Moje myśli zwracają się w stronę
kobiety, którą spotkałem w spożywczym. Zaprosiłem ją na poniedziałkowy
wieczór, nie chcąc dłużej czekać. Ale przecież nie mogę jej zabrać na
spotkanie biznesowe.
Zerkam z powrotem na siłownię. Jest tam kilka dziewczyn, które kilka
razy zaczepiłem. To zawsze jakieś opcje, ale tak czy siak nie chcę tam
iść. Britney obserwuje mnie przez przeszkloną ścianę siłowni. W duchu
podejmuję decyzję, że nadszedł czas, aby zbudować sobie siłownię w domu,
a członkostwo tutaj niech sobie wygaśnie.
Mieszkanie Jenny nie jest daleko i ruszam prosto tam. Zaspana Cate
otwiera mi drzwi ubrana we flanelową piżamę, jakby to była zima.
- Seksownie wyglądasz, Cate - szepczę jej do ucha, zamykając w niedźwiedzim uścisku. Figlarnie klepie mnie po ramieniu, więc
postanawiam ją rozśmieszyć, bo wiem, że tego potrzebuje. - Wyjdź za
mnie, Cate, najlepiej w jednej ze swoich ulubionych piżam.
Tak dobrze jest słyszeć jej śmiech. Jenna dawała mi znać, że Cate nie
radzi sobie tak dobrze, jak chciał Drew.
- Nie mogę za ciebie wyjść. Jesteś dla mnie jak brat.
Brutalnie prawdziwe, mimo to nie mogę się powstrzymać, żeby się z nią
nie podroczyć.
- Och, no nie wiem. Może być jak w Błękitnej lagunie.
To historia dwójki dzieciaków, które zostały uwięzione na wyspie i nie
mając nikogo innego, kto mógłby zaspokoić ich buzujące coraz bardziej
hormony, w końcu zwracają się ku sobie nawzajem. Drew i ja nieraz
zakradaliśmy się i podglądaliśmy koleżanki, dlatego historia chłopca,
który nigdy nie widział nagiej dziewczyny, bardzo nas rozśmieszyła,
dopóki nas samych nie zahipnotyzował widok młodej Brooke Shields i jej
nagich piersi.
Wpatruje się we mnie, a ja uświadamiam sobie, że nie ma pojęcia o filmie, który wspomniałem. Nie powinno mnie to dziwić. Jest starszy od
nas obojga. Mój tata miał leciwy odtwarzacz VHS i to był jeden z filmów,
które można było na nim obejrzeć.
Któregoś razu późnym wieczorem, gdy Cate zasnęła, Drew i ja w końcu
obejrzeliśmy go ponownie, wspominając dawne czasy, i obaj poczuliśmy się
jak w niebie. Zmarł kilka krótkich dni później. To wspomnienie mną
wstrząsa. Nagle odsuwam się od Cate, ponownie przytłoczony stratą Drew.
Widzę go w tym pieprzonym szpitalnym łóżku bliskiego śmierci,
martwiącego się o wszystkich oprócz siebie. Pocieram twarz, mając
nadzieję, że nie widzi, jak moje oczy wilgotnieją.
- Wszystko w porządku?
- Tak - odpowiadam. - Jest Jenna?
To słaba próba zmiany tematu. Cate jej nie kupuje. Kręci powoli głową, a pokój wypełniają nagle współdzielone uczucie bólu i straty.
- Może będzie lepiej, jak sobie pójdę.
- Nie, proszę - chwyta mnie za ramię. W jej oczach odbija się mój
smutek. Wtem mocno mnie przytula. - Wszystko w porządku, Ben. Ja też za
nim tęsknię.
Przyciągam ją do siebie, próbując powstrzymać emocje. Tęsknię za tym
skurwielem jak za własną ręką. Stoimy tam przez tak długi czas, że
wydaje się to nie mieć znaczenia. Jakże by mogło, skoro oboje nie możemy
pogodzić się z tą stratą? W końcu Cate odsuwa się i delikatnym dotykiem
ociera łzy, których nawet nie czułem. Nic nie mówimy. Znajdujemy tę
cichą przestrzeń między nami, której nikt inny nie może zrozumieć.
Obdarza mnie delikatnym uśmiechem, po czym idzie do kuchni. Gotowanie.
Pod koniec zajmowaliśmy się tym bardzo dużo. Przede wszystkim staraliśmy
się zachęcić w ten sposób Drew do jedzenia, ponieważ okropnie marniał,
gdy rak powoli pustoszył jego ciało.
Cate przygotowuje dla nas obiad, a potem siadamy razem skuleni przed
telewizorem. Trzymam ją za rękę, a ona opiera się o mnie. I zastanawiam
się, czy Drew obserwuje nas, kręcąc głową. Tak bardzo by się
rozczarował, ponieważ nie robimy tego, czego chciał, a pragnął, żebyśmy
żyli.
Cate w milczeniu odwraca głowę, aż nasze spojrzenia się spotykają.
Wydaje mi się, że zastanawia się nad jakimś pytaniem.
- Śmiało, wypluj to.
Rumieni się, a ja mam wrażenie, że wiem, o czym chce rozmawiać.
- Jenna powiedziała mi, że zerwałeś z Karen. Nie poznałam jeszcze
wszystkich szczegółów.
Przewracam oczami, błagając o cierpliwość, której mi brakuje.
- Nigdy nie byliśmy razem.
Cate mnie rozumie, w przeciwieństwie do mojej siostry. Nie naciska.
- W porządku. A zamierzasz dać komuś kiedykolwiek szansę? Drew by tego
chciał.
Nie ma pojęcia, o co pyta. Próbowałem swoich sił w miłości już dwa razy
i za każdym razem się nie udało. Nie ma mowy, żebym brał się za to
ponownie.
Zamiast odpowiadać, odbijam pytanie z powrotem do niej.
- Mógłbym spytać o to samo.
- Nie jestem gotowa.
To mantra, którą słyszałem od niej już tysiąc razy.
- Wiem o tej dziewczynie ze studiów, choć Drew nigdy nie zdradził mi
szczegółów.
Zamykam oczy, by sobie przypomnieć. Ukłucie w piersi wciąż jest świeże i muszę zdusić w zarodku ten jej niedorzeczny pomysł, że kiedykolwiek
doczekam się jakiegoś bajkowego zakończenia.
- To z tą dziewczyną nigdy nie powinno było się zdarzyć - to
niedopowiedzenie. Upokorzenie, którego doznałem w liceum, nie było
wystarczającą lekcją. - Opuściłem gardę, wiesz - była oszałamiająca, jak
świeżo zerwany z drzewa owoc, piękna i niewinna. - Powinienem być
mądrzejszy i nie dopuszczać nikogo tak blisko. Ale ona nie poszłaby na
układ "przyjaciele do łóżka" - wciągam powietrze, bo inaczej nie wyduszę
z siebie tej części mojego życia, o której mówię.
- Drew.
Kręcę głową, bo Cate wie z pierwszej ręki, co zamierzam powiedzieć.
- Nigdy nie wierzył, że miłość równa się seks, i przekonał mnie, żebym
dał jej szansę. Podobała mi się bardziej niż większość, z którymi byłem
w tamtym czasie. Zaryzykowałem i podążyłem za radami Drew - zgrzytam
zębami, przypominając sobie, jakim byłem głupcem. Nawet po tylu latach
to nadal uderza mnie prosto serce. - W końcu powiedziała, że mnie kocha,
i pozwoliła mi... - macham ręką.
- ...się rozdziewiczyć.
- Boże, kocham cię, Cate.
Uśmiecha się, bo choć jest moją najlepszą przyjaciółką, to trudno jest
mi rozmawiać o tych gównianych sprawach z kobietą.
- Ale tak. W każdym razie, byliśmy razem przez resztę semestru.
Myślałem, że mogę widzieć siebie z tą dziewczyną już na zawsze. Nie od
razu, czy coś, ale mogłem sobie wyobrazić biały płot wokół naszego domu
w przyszłości - przełykam. Teraz nadchodzi ta trudna część. - Kilka
tygodni po feriach zimowych chciała porozmawiać, ale jedyne, co udawało
jej się z siebie wyrzucić, to płacz. Nie wiedziałem, co robić. Łzy są
zjebane - zakłopotanie z powodu porzucenia pali mnie jak sztylet w piersi, nawet przy Cate, która wie o mnie właściwie wszystko. Przerywam
na moment, zmuszając się do wyduszenia z siebie kolejnych słów. - W końcu powiedziała mi, że jest w ciąży - pamiętam strach, jaki czułem,
gdy te słowa po raz pierwszy opuściły jej usta. - Mimo że byłem
przerażony jak cholera, byłem gotów zachować się po rycersku i poprowadzić ją do ołtarza, jeśli będę musiał. Kiedy jej to powiedziałem,
smutny uśmiech, jakim mnie obdarzyła, tylko mnie zdezorientował, dopóki
mnie nie oświeciła.
Nie zauważyłem, że przestałem mówić, dopóki Cate się nie odezwała.
- Co powiedziała?
Język jakby spuchł mi w ustach. Ale kończę opowieść.
- Przypomniała mi, że nie mogę być ojcem, bo zawsze się
zabezpieczaliśmy, choć nie jest to niezawodne. W ten sposób próbowała mi
powiedzieć, że przespała się z kimś innym - wszystkie moje kiepskie
manewry, by być innym i lepszym niż reszta facetów, wepchnęły ją w ręce
innego kolesia, łamiąc przy okazji moje serce. To był wystarczający
dowód na to, że kobiety nie chcą porządnych facetów. - Resztę mojej
żałosnej przeszłości już znasz.
- Och, Benny. To straszne.
- Jest, jak jest. Więc te miłosne pierdoły nie są dla mnie.
Otacza mnie ramionami akurat wtedy, gdy wchodzi Jenna. Rzuca nam obojgu
surowe spojrzenie. Nanosekundy dzielą nas od nadchodzącego wykładu.
- Co ja mam zrobić z wami obojgiem? Ktoś tu musi być głosem rozsądku. To
nie jest sposób na uhonorowanie Drew. On pewnie przewraca się w grobie.
Otrząśnijcie się z tego. Nie chciałby tego dla żadnego z was.
Cate i ja patrzymy na siebie, ale nic nie mówimy. Nikt nie rozumie słów
Jenny lepiej ode mnie, ale nie wypełnia to pustej przestrzeni w mojej
klatce piersiowej, której nie potrafię chyba niczym załatać.
- Ty - wskazuje na Cate - musisz wybudzić Louise z hibernacji i wziąć
się za doktora Mercera.
Staram się nie reagować, bo poznałem lekarza, którego Cate nazywa tylko
przyjacielem.
- Kim jest Louise? Wiem, że Mercer to dobry facet, ale dlaczego chcesz
go swatać z tą Louise?
Jenna patrzy na Cate i obie wybuchają śmiechem. Cate skręca się ze
śmiechu, a Jenna chrumka.
- Co, do cholery, jest w tym takiego zabawnego? - pytam.
- Nieważne - odpowiada z trudem Jenna. - Ale ty - śmiech ucichł w jednej
chwili, a jej spojrzenie przyszpiliło mnie do kanapy - zacznij lepiej
pilnować tego, co masz w spodniach. Jestem już zmęczona tym, że za
każdym razem, gdy kobiety zdają sobie sprawę, że jestem twoją siostrą,
mówią mi: "Twój brat jest skończonym dupkiem".
- Wolisz, żeby było tak jak kiedyś, kiedy wracałem do domu z college'u i wszystkie dziewczyny zachwycały się, że jestem wymarzonym chłopakiem? -
posyłam jej kpiący uśmieszek.
- Wymarzony, niewydarzony - wzdryga się, kręcąc głową.
- Ale rymy - rzucam.
- Nieważne. Przeraża mnie sama myśl o tobie i twoich krętactwach. Nie
wyobrażasz sobie, jak dostałam od Karen po uszach.
Cate strzyże uszami.
- O, opowiedz.
- Nie uwierzyłabyś - Jenna opowiada jej historię, która mogła powstać
tylko i wyłącznie ze złudnych wyobrażeń Karen na nasz temat. Słucham,
jak opuszcza część o ciotce chorej na raka, co tylko sprawia, że
wychodzę na większego dupka. Pozwalam jednak siostrze na żarty moim
kosztem, bo dzięki temu Cate się śmieje. I czuję, że Drew pochwaliłby
mnie za to, że dzięki temu ona się uśmiecha.
- Facet od pieniędzy to zwykła męska dziwka. Ben, naprawdę powinieneś
się już ustatkować - mówi Cate, klepiąc mnie po ramieniu.
Jenna, która zdaje się, że wsiadła do pociągu do krainy Ben to Łobuz,
kontynuuje:
- Może powinniśmy skrócić to do dziwki od pieniędzy. Brzmi nieźle.
Dziewczyny znowu zasypują mnie lawiną śmiechu.
Kiedy wracam do domu, taty już nie ma. Nalewam sobie drinka, zerkając na
telefon i rozważając wybranie numeru, bo strasznie korci mnie, żeby
zatracić się w jakiejś cipce. Ale kiedy przewijam kontakty, rzuca mi się
w oczy imię Samanthy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki